Hiszpanka

Jest grudzień 1918 roku. Polska od miesiąca jest niepodległym krajem, który jeszcze o wolność musi troszkę powalczyć. Z Londynu przybywa do Poznania Ignacy Jan Paderewski, by objąć tekę premiera odrodzonego kraju. Pruskiej armii mocno się ta sytuacji nie podoba i za wszelką cenę muszą zatrzymać Paderewskiego. Wynajmują słynnego spirytystę i telepatę, doktora Abuse. Czy Polakom uda się uchronić przyszłego premiera? Grupa polskich mediów decyduje się zatrudnić drugiego zdolnego telepatę – Rudolfa Funka.

hiszpanka1

Próba zrobienia w Polsce kina szalonego, pokręconego, bawiącego i żonglującego gatunkami. Łukasz Barczyk – enfant terrible kina polskiego – tym razem postanowił opowiedzieć o polskiej historii, bazując na elementach czystej fikcji, gdzie w tle pojawiają się postacie historyczne. Sensacyjna intryga, steampunkowa estetyka i teatralne aktorstwo – mieszanka Lyncha, Gilliama i jeszcze na siłę można tu dodać Wesa Andersona. Największym problemem tego filmu dla mnie jest to, że sam nie wie o czym ma być. Watki sensacyjne, szpiegowskie, fantastyczne i historyczne (w tle przygotowania do powstania wielkopolskiego) mieszają się ze sobą, ale cała akcja jest prowadzona tak wolno, ze nie udaje się Barczykowi wciągnąć i utrzymać w napięciu czy zainteresować.

hiszpanka2

Trudno się przyczepić do warstwy wizualnej – reżyser dopieszcza detalami (kostiumy i scenografia robi wielkie wrażenie – wygląd Poznania), kamera ma kilka świetnych ujęć (wejść młodej pary do hotelu czy zastawiona pułapka na Abuse w jachcie), ale czasami nietypowa perspektywa podawana tutaj zbyt często („żabia” perspektywa czy zniekształcenia) działa tutaj odstraszająco. Sytuacje próbuje jeszcze twórca ubarwić intertekstualnymi gierkami, gdzie można złapać cytaty z innych scen (użycie mocy Abuse wobec niedowierzającego oficera jak w „Gwiezdnych wojnach” czy Paderewski tropiący muchę niczym Walter White z „Breaking Bad”) jak i elementów szarad (groteskowe spektakle reżyserowane przez niejakiego Stanisława Kybryka czy obecność Tiedemana z Hakaty). Jednak to wszystko jeszcze bardziej rozsadza ekran, nie stanowiąc żadnej spójności. Dodatkowo jeszcze zakończenie wprawia w kompletny mętlik.

hiszpanka3

Jak wspominałem aktorstwo jest tutaj świadomie teatralne, a postacie przerysowane. Wielu może zdenerwować zmodulowany głos kilku bohaterów (bardzo niski i niewyraźny), ale tak naprawdę każdy wczuwa się w konwencje i poziom jest dość równy. Jednak najbardziej spodobali mi się: demoniczny Crisplin Glover (potężny dr Abuse) oraz lekko ironiczny Jan Peszek (przedsiębiorca Tytus Ceglarski). Także podejście do spraw patriotycznych dalekie jest od słodzenia oraz martyrologii, za co należy się plus.

hiszpanka4

Grany przez Peszka przedsiębiorca mówi w filmie: „Droga ta impreza (…) Polska.” To zdanie idealnie pasuje też do „Hiszpanki”, która jest po prostu nierówna. Pogmatwana i skomplikowana intryga miesza się z trudnym odbiorem oraz brakiem napięcia. Nierówne kino i (bardzo) ambitna porażka. A mógł z tego powstać film w stylu nowego „Sherlocka Holmesa”.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Lotna brygada

Jack Reagan jest dowódcą oddziału policji Sweeney – jednostki walczącej z najgroźniejszymi przestępcami oraz mocno balansując na granicy prawa. Przełożeni z powodu wyników są w stanie przymknąć oczy na brutalność ich działań, co doprowadza do przydzielenia kontrolera z Wydziału Wewnętrznego. W tym czasie Reagan i spółka prowadzi śledztwo w sprawie napadu na jubilera, gdzie dochodzi do morderstwa.

lotna_brygada1

Brytyjski kryminał Nicka Love’a, twórcy „Football Factory” jest remake’m telewizyjnego serialu z lat 70. I jest to bardzo mroczne, dynamiczne kino, które mimo stosowania klisz, potrafi skupić uwagę na dłużej. Pozornie prosta intryga komplikuje się, klimat jest mroczny i surowy (świetne zdjęcia, gdzie dominuje zieleń biura i czerń, a całość podlana jest krwią oraz permanentnym używaniem słowa fuck. Akcja wciąga, pościgi i strzelaniny są dynamiczne (choć na złodziei rabujących bank można było wziąć coś więcej niż tylko pistolety, a cała sekwencja troszkę przypomina „Gorączkę”), a stosowanie montażu równoległego działa bez zarzutu. Problem w tym, ze pojawiają się pewne elementy mocno nierealistyczne, co psuję odrobinę odbiór. A to podczas strzelaniny, nagle wszystkim psuje się celownik i chybiają (a strzały lecą na prawo i lewo), a oficer z wewnętrznego jest szują i tylko przeszkadza w pracy, zaś dowódca jest na tyle pyskaty i ignoruje polecenia swoich przełożonych, że w realu zostałby wywalony od razu. W filmie trafia do więzienia i… zostaje wypuszczony, by wrócić do akcji. A może się zwyczajnie czepiam, choć film wydaje się być poważny.

lotna_brygada2

Aktorsko jest bez zarzutu, chociaż najbardziej pamiętamy niezawodnego Raya Winstona. Jego bohater jest twardy, nieugięty i prędzej da się zabić niż pójdzie za biurkiem. Nagina prawo, ale bandyci też się nie patyczkują. Podobnie jest z Benem Drewem (George Carter – podwładny Reagana). Reszta bohaterów jest solidna – zarówno Damian Lewis (przełożony Reagana), Steven Mackintosh (Ivan Lewis z wewnętrznego) i Paul Anderson (antagonista Reagana – Allen) pasują do swoich ról, ale nie wybijają się szczególnie (tutaj błyszczą epizody Allana Forda i Allena Coultera).

lotna_brygada3

Solidny brytyjski kryminał z niezłym klimatem i dobrym wykonaniem. Mam nadzieję, że Nick Love jeszcze pokaże na co go stać.

7/10

Radosław Ostrowski

Słowo na M

Wallace jest niedoszłym lekarzem po rozstaniu z dziewczyną. Od roku nie spotyka się z nikim i pracuje przy pisaniu instrukcji. Chantrey z kolei jest rysowniczką i od 5 lat ma chłopaka Bena pracującego w ONZ. Poznają się u imprezie u jej kuzyna, a jego przyjaciela – Allana. Zostają przyjaciółmi, ale – jak poniekąd wiemy lub nie – przyjaźń między kobietą a mężczyzną czasami staje się czymś większym.

slowo_na_m1

Brzmi jak banalna komedia romantyczna? Film Michaela Downsa wpisuje się w tą konwencję, jednak robi to w troszkę inny sposób niż przyzwyczaili nas do siebie twórcy. Jak ognia unikają banalności, słodzenia oraz amerykańskiego lukru. Nasi bohaterowie są młodzi, niekoniecznie pięknie, ale nie bogaci, nie mieszkają w wypasionych willach, nie jeżdżą samochodami za miliony dolców itp. A co dostajemy w zamian? Film, w którym ironia i cynizm miesza się z wrażliwością oraz romantyzmem – jak nasz główny bohater. Humor jest tutaj cierpki, ale też nie brakuje sytuacyjnych gagów (zdjęcie za dużej sukienki przez Wallace’a czy „wypadek” Bena), obyczajowych obserwacji oraz odrobiny pieprzu (scena na plaży, gdzie nagle znikają… gacie). Całość jest też ładnie sfotografowana (Toronto wygląda bardzo ładnie), muzyka współgra świetne z wydarzeniami ekranowymi i całość ani razu nie wchodzi w oceany idiotyzmu. Cała relacja między nasza dwójką budowana jest za pomocą rozmów z ich przyjaciółmi, pełna subtelności i niejednoznacznych odpowiedzi na pozornie łatwe pytania. O miłość, wspólne życie, przyjaźń, jak nasze lęki i obawy rzutują na życie.

slowo_na_m2

Reżyser pewnie tez prowadzi aktorów, zdając się całkowicie na ich charyzmę i wychodzi na tym dobrze. Pozytywnie zaskakuje Daniel Radcliffe, który konsekwentnie próbuje pokazać, że jest kimś więcej niż tylko czarodziejem z Hogwartu i jest przekonujący. Równie dobra jest Zoe Kazan jako Chantrey – troszkę neurotyczna i wyciszona dziewczyna, która mocno trzyma się ziemi. Może nie jest seksbombą, ale jej urok jest potężny. I co najważniejsze, jest między nimi widoczna chemia, a to jest klucz w tego typu produkcji. Poza nimi na drugim planie najbardziej błyszczy wyborny Adam Driver – Allan w jego wykonaniu jest jednocześnie facetem z bogatym życiem erotycznym, ale też potrafi zaskoczyć trafną obserwacją oraz dojrzałością. Każdy z bohaterów ma tutaj więcej niż jedna twarz, co jest sporym plusem – nawet Rafe Spall (Ben – chłopak Chantrey) nie jest tutaj kimś, kogo można zaszufladkować jako konkurenta dla naszego Wallace’a.

slowo_na_m3

Kanadyjczycy zapatrzyli się tutaj w tradycje i wzorce brytyjskie, co jest wielkim plusem. Słodko-gorzka komedia, która ma coś więcej do powiedzenia niż żarty. Tak się robi inteligentne kom-romy.

slowo_na_m4

8/10

Radosław Ostrowski

Ugryź mnie!

Poznajcie Linę i Lazara – jak można domyślić się po imionach, to chłopak i dziewczyna. Kiedyś byli ze sobą, ale trzy lata temu chłopak wyjechał z kraju. Kiedy umiera jego ojciec, wraca do domu i powoli zaczyna odradzać się uczucie między nimi.

Kino europejskie pozostaje dla mnie w sporej części łamigłówką. Głównie obracałem się w Polsce, Francji (czasami) i Wielkiej Brytanii. Tym razem trafiłem na film z Serbii, niejakiej Miny Djukić. Sam film ma być opowieścią o odradzającej się miłości młodych ludzi, którzy wchodzą w dorosłość. Tylko, że tego po prostu nie widać. Bohaterowie są strasznie małomówni, a jak już rozmawiają to – za przeproszeniem – o husarze i dupie Maryni („-Czy masz z kim jeść… – Arbuza? Tak.”). Nie wiem, czy to było tak planowane, czy po prostu na planie panowała improwizacja, ale efekt jest zwyczajnie tragiczny. Sceny wspólnej wycieczki też jakoś nie kleją się ze sobą – jadą oni na swoich rowerkach kompletnie bez celu, bez planu. Celu możemy się tylko domyślać, w czym pomaga nam pojawiający się kilka razy narrator, którego wypowiedzi czynią film jeszcze bardziej pretensjonalnym i banalnym. Sama aura (pojawiająca się w kilku ładnych ujęciach) oraz interesująca ścieżka dźwiękowa to mało.

ugryz_mnie1

O aktorstwie mógłbym powiedzieć, gdyby w ogóle ono było. Bohaterowie są nieciekawi, dziecinni i irytujący (włam na wesel jeszcze przełknę, ale gra w łapki w aptece, po której ona decyduje się pojechać z nim?), a ich zachowanie jest irracjonalne. Aż zastanawiam się, co oni takiego w sobie widzieli 3 lata wcześniej? Nie mam pojęcia. Może to miało być ciekawe i nieszablonowe kino, tylko wywołało we mnie znużenie i irytację. Nieznośny film, który jest pusty w środku.

3/10

Radosław Osteowski

Francuski minister

Arthur Vlamick jest młodym i ambitnym japiszonem, który dostaje posadę u samego szefa dyplomacji, ministra Alexandre’a Taillarda de Vormsa. Jego zadaniem jest pisanie przemówień dla ministra, co nie jest wcale takie proste.

francuski_minister1

Polityka zawsze była celem satyry, także tej filmowej. Nowe dzieło francuskiego mistrza, Bertranda Taverniera oparte jest na komiksie z 2010 roku, gdzie szyderczo pokazano działania dyplomacji francuskiej. Cała intryga skupia się na przygotowaniu przemówienia dla ministra na szczycie ONZ. Jednak problemem staje się temperament ministra, którego myśli pozostają zagadką dla wszystkich, a jego obecność wywołuje jeszcze większy chaos (widać to m.in. latającymi kartkami, gdy wchodzi). Jakby tego było mało, dzieją się różne trudne rzeczy – kryzysy zagraniczne, porwania, konflikty w Afryce. Na wszystko musi być przygotowana mowa, pytanie, notatka itp. Jednak żaden minister nie jest tak zmienny jak de Worms. Reżyser punktuje absurdy biurokratyzacji, zabawy w podchody i niesnaski personalne – dodatkowo całość okraszona jest cytatami z Heraklita, nakręcającymi absurdalność całej sytuacji.  I jak tu w ogóle pracować, funkcjonować i oddychać? Problemem może być zbyt pora liczba absurdów na ekranie oraz słowny humor, ale Tavernier trzyma rękę na pulsie i jest w stanie mieszać powagę z groteską.

francuski_minister2

Do tego jeszcze ma brawurowego Thierry Lhermitte’a. De Worms (mocno wzorowany na Dominique’u de Villepinie – szefie MSZ w latach 2002-2004) sprawia wrażenie pewnego siebie, inteligentnego polityka, jednak tak naprawdę jest lubiącym skupiać na siebie uwagę, niekompetentnym idiotą, którego gadulstwo jest nieznośne (rozmowa z noblistką, Molly Hutchinson tylko to potwierdza), a ważniejsze poza czytaniem jest używanie markerów w książkach. Równie dobry jest Raphael Personnaz jako Vlamick – inteligentny i ambitny w zderzeniu z chaosem politycznym sprawia wrażenie bezradnego i słabego człowieka. Mimo słabości, podejmuje walkę z wiatrakami i potrafi wzbudzić sympatię. Nawet pomoc pragmatycznego i opanowanego Claude’a Maupasa (świetny Niels Arestrup) okazuje się niewystarczająca.

francuski_minister3

„Francuski minister” jest inteligentną oraz ciętą satyrą polityczną, która jest zrozumiała nie tylko dla mieszkańców Żabolandii. Tylko trzeba dać szansę. Chociaż, czy politycy zasługują na drugą szansę?

7/10

Radosław Ostrowski

Klub Jimmy’ego

Na samym początku widzimy czarno-białe obrazki z Nowego Jorku. Ale to zmyłka, gdyż zaraz potem pojawiają się zielone pola Irlandii. Tam powraca Jimmy Gralton – czołowy komunista, który musiał uciec do USA. Wtedy działał jego klub, gdzie była potańcówka, uczono dzieci i prowadzono dyskusje. Jednak klub był solą w oku miejscowego proboszcza – ojca Sheridana, próbującego zwalczyć klub. A jak Jimmy wrócił, to klub też zostaje reaktywowany.

klub_jimmyego1

Jeśli mamy Irlandię i poruszane są kwestie społeczne, to reżyserem może być tylko jedna osoba – Ken Loach. Spór ideologiczny między lewicowym społecznikiem (bo tak należy nazwać Graltona) z konserwatywnym księdzem jest nieunikniony oraz pasuje do sytuacji społecznej w Irlandii. Kler walczy o władzę i kontrolę nad ludźmi (mają monopol na nauczanie oraz silne wpływy w rządzie), a Gralton staje po stronie ludzi słabszych, biednych, pozbawionych wykształcenia. Rozmowy obu antagonistów mają silny ładunek emocjonalny, ale co najważniejsze – obie strony są równoprawnymi antagonistami, bez popadania w karykaturę (najmocniej to widać w przeplatających się scen tańca w klubie z ostrym atakiem z ambony). Wielu może zrazić dość spokojny rytm opowieści oraz troszkę brak klasycznie rozumianej fabuły, jednak trafna obyczajowa obserwacja realiów epoki z silną pozycją kleru oraz podzieloną IRA czyni całość interesującą. Loach wie jak prowadzić opowieść i zaangażować do dyskusji.

klub_jimmyego2

Dodatkowo ma świetnych aktorów w głównych rolach, którzy tworzą pełnokrwiste postacie. Zarówno Barry Ward (twardo stąpający po ziemi Gralton) jak i Jim Norton (strasznie konserwatywny ojciec Sheridan – brakowało mu tylko wideł i wody święconej do wypędzenia diabła 😉 ) idealnie pasują do swoich postaci, których spór jest nie do uniknięcia. Zwycięzca tego starcia, niestety też.

klub_jimmyego3

Loach zapowiada, że „Klub Jimmy’ego” to jego ostatni film w karierze. Jeśli tak, to Anglik godnie zamyka swój dorobek. Mam wrażenie, że warto odwiedzić ten klub.

7/10

Radosław Ostrowski

Jeziorak

Iławiec – miasto gdzieś na Warmii i Mazurach. I to właśnie tutaj komisarz Iza Dereń prowadzi śledztwo w sprawie szemranego bimbrownika, który podczas obławy rani jednego z policjantów. W tym samym czasie zostają znalezione w łódce zwłoki młodej kobiety. Jakby tego było mało, dwóch policjantów zaginęło po nocnej służbie (jeden z nich to narzeczony Izy). O tym, że te wątki są ze sobą powiązane ze sobą, zorientowałby się każdy.

jeziorak1

Michał Otłowski przez długi czas realizował program „997”, więc teoretycznie zna się na tworzeniu kryminału. Reżyser garściami czerpie z kina skandynawskiego, co widać w stronie plastycznej – mazurskie lasy i jeziora skrywają mrok oraz tajemnicę, co silnie podkreśla kamera Łukasz Gutta utrzymana w burej kolorystyce. Morderstwo, pożar, prostytucja, korupcja, kłamstwo – kluczem do rozwiązania jest tajemnicza przeszłość, gdzie nic nie jest oczywiste. Dochodzenie toczy się dość spokojnie, w oparciu o sprawdzony zestaw – rozmowy, zbieranie dowodów, nie ma tutaj zawodów w strzelaniu.

jeziorak2

Klimat chwyta od pierwszego ujęcia, a cała intryga jest sprawnie opowiedziana, mimo pewnych klisz (niedopasowany duet policjantów, umoczenie miejscowej policji, dziennikarz „handlujący” informacjami) ogląda się to dobrze. Pewną wadą mogą być wplecione retrospekcje dotyczącej niejakiej Wilhelminy, które burzyły rytm opowieści. I zakończenie jest przewidywalne, ale to są tak naprawdę drobiazgi, nie psującego pozytywnego odbioru „Jezioraka”.

jeziorak3

Otłowski wie też jak prowadzić aktorów i tutaj należą mu się brawa. Najbardziej błyszczy Jowita Budnik w roli podkomisarz Dereń. I wbrew pozorom nie jest to słaba i delikatna kobieta (zaawansowana ciąża nasuwa skojarzenia z Frances McDormand w „Fargo”), ale twardo stąpająca po ziemi, dociekliwa i nie idąca na kompromisy policjantka. Partneruje jej świetny Sebastian Fabijański jako aspirant Marzec, który pomaga w dochodzeniu. Mało doświadczony gliniarz okazuje się dobry partnerem w sprawie, nadrabiając logicznym myśleniem i inteligencją. Poza tym duetem drugi plan tworzą znane twarze takich aktorów jak Łukasz Simlat (tajemniczy Wilhelm Bryl), Mariusz Bonaszewski (komendant Wolski) czy Przemysław Bluszcz (Paweł Bączak – właściciel pensjonatu Jeziorak), którzy tworzą wyraziste postacie.

jeziorak4

„Jeziorak” jest przykładem na to, że w Polsce da się zrobić klimatyczny i dobry kryminał. Mimo oczywistych inspiracji kryminałami z mroźnej północy Europy, nie jest to w żaden sposób sztuczne. Porządna rozrywka.

7/10

Radosław Ostrowski

Seks według Eda

Ed Cole chce podjąć pracę jako nauczyciel, jednak problemem jest brak wolnych miejsc. Dlatego Ed dorabia sobie w sklepie z ptysiami i tym podobnymi słodkościami. W końcu idąc do związku nauczycielstwa (a raczej ich amerykańskiego odpowiednika), udaje się dostać posadę w szkole, do której uczęszczają mniejszości (czarni i Latynosi), gdzie Ed ma uczyć podczas zajęć dodatkowych. Pod wpływem incydentu, mężczyzna decyduje się na wychowanie seksualne.

sex_ed1

Komedia z seksem? To jest zawsze niebezpieczne połączenie, które zazwyczaj kojarzy się z rynsztokiem, wulgarnością, co jest nieuniknione. Reżyser próbuje sięgnąć po ten temat i chce, by było zabawnie. Najlepszy dowcip jest taki, że to działa, mimo pewnych pikantnych sytuacji (zobaczenie swoich najlepszych kumpli – kobietę i faceta razem, w łóżku czy skorzystanie z usług profesjonalistki, który okazuje się facetem) oraz dość balansującego na granicy smaku gagów (pytania dzieci o sprawach seksu – niektóre rozbrajająco poniżej pasa), ale jestem zaskakująco zadowolony z seansu. Zdecydowanie nie jest to film dla młodego widza. Nie brakuje kilku obyczajowych obserwacji oraz pokrzepienia osób mających problem ze spełnieniem, jednak nie należy tego traktować jako przewodnika po seksie. Samej golizny tutaj nie ma, a kilka razy zdarzyło się zaśmiać. Nie jest to jednak poziom specjalnie wielki, tylko propozycja w sam raz na rozluźnienie po cięższym dniu.

sex_ed2

Jednak to wszystko nie zagrałoby, gdyby nie grający główną rolę Haley Joel Osment. Jako chłopiec widział martwych w „Szóstym zmyśle”. Gdy dorósł, stał się pulchny i w tym filmie gra troszkę ciapowatego prawiczka, który ma uczyć seksu. Brzmi jak popis kaskaderski, ale to zaskakująco dobrze działa i nie czuć w tym fałszu. Równie naturalnie wypadli młodzi aktorzy, mianowicie dzieci – rozbrajająco śmieszne. No i jeszcze jest bardzo apetyczna Lorenza Izzo (Pilar, siostra jednego z uczniów), która dodaje walorów wizualnych, że się tak wyrażę, a także rozbrajający Matt Walsh (Washout z amerykańskiego ZNP).

sex_ed3

Jak wspomniałem, „Seks według Eda” to nie jest film, który wywoła wstrząs światopoglądowy, odmieni oblicze świata czy doprowadzi do przyśpieszenia badań nad Parkinsonem. Wątpię tez, by spopularyzował pigułkę „dzień po”. Wiedzy na temat seksu też nie poszerzy, ale całkiem miło spędziłem czas.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Gracz

James Bennett był kiedyś bardzo obiecującym pisarzem, który odniósł sukces debiutancką powieścią. Jednak od śmierci swojego dziadka, w jego życiu zmieniło się wiele – zaczął wykładać literaturę na uniwersytecie, jednak jego największym problemem jest uzależnienie od hazardu. Bennett pakuje się w większe tarapaty, kiedy zapożycza się u Neville’a Baraki, by spłacić pana Lee. Ma 7 dni na spłacenie długu – ponad 250 tysięcy dolarów.

gracz1

Opromieniony sukcesem „Genezy planety małp” Rupert Wyatt tym razem postanowił nakręcić remake filmu Karela Reisza z 1974 roku, by opowiedzieć o kolejnym nałogowcu. Hazard jest równie niebezpieczny jak każdy nałóg – pozornie prosta intryga związana ze spłatą długu ulega komplikacji z powodu nałogu, który staje się jedynym sensem życia. Nawet praca przestaje sprawiać mu przyjemność, co widać w scenach wykładów na uniwersytecie. Studenci mają go gdzieś i przychodzą tylko po to, by dostać zaliczenia, a gangsterzy są bardzo bezwzględni i nie boja się użyć siły, by odzyskać dług.

gracz2

Pod względem realizacji „Gracz” przypomina gangsterskie kino Martina Scorsese tylko bez narracji z offu – długie ujęcia, mroczny klimat podziemnych kasyn i różnych spelun robi wrażenie, tak samo montaż był bez zarzutu (kluczowa dla filmu scena meczu koszykówki). Dodatkowo jeszcze klimat potęgowany jest mieszankę elektronicznej muzyki Jona Briona z piosenkami, głównie z lat 70. (m.in. Rodriguez czy przerobiony na reggae Pink Floyd), współgrając z wydarzeniami ekranowymi. Można się przyczepić do hollywoodzkiego zakończenia czy dość wolnego tempa akcji, jednak pewna reżyseria Wyatta pozwala ogląda ten film bez problemów.

gracz3

Sporym plusem jest też zaskakująco dobra gra aktorska. Nie jestem wielki fanem Marka Wahlberga, jednak od paru lat prezentuje więcej niż przyzwoity poziom. Także w „Graczu” prezentuje się z dobrej strony. Jego chłód podczas gry oraz brutalna szczerość i ignorancja innych działają jak bomba atomowa, choć pozornie twarz sprawia wrażenie obojętnej. Jednak w oczach widać więcej, a kilka scen (próba sprzedania zegarka czy ostatnia gra w ruletkę) to perły w wykonaniu tego aktora. Mocni są też Michael Kenneth Williams (bezwzględny Baraka) i Alvin Ing (pan Lee), z którymi nie należy zadzierać. Jednak film kradnie wyborny John Goodman jako lichwiarz Frank, które wypowiedzi to błyskotliwe obserwacje nałogu, a jego filozofia jest bardzo interesująca. Słabiej prezentuje się Brie Larson w roli Amy – studentki i dziewczyny Bennetta. Miłość (troszkę za mocne słowo) między nią a nałogowym hazardzistą wydawała mi się mało wiarygodna, a specyficzna uroda Larsen nie przemawiała do mnie.

gracz4

Nowy film Brytyjczyka ma w sobie coś z klimatu Martina Scorsese, co widać w sposobie realizacji i pokazuje, że Mark Wahlberg potrafi grać. Choć lepszym studium nałogowego gracza pokazał „Hazardzista” ze znakomitym Philipsem Seymourem Hoffmanem, to „Gracz” nie jest od niego gorszy. Niegłupia rozrywka i stylowe kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Wywiad ze Słońcem Narodu

Korea Północna jak wszyscy wiemy jest krajem pełny spokoju i ładu. Wszyscy mieszkańcy są tam szczęśliwi, nie ma głodu i nędzy, mimo sankcji ze strony zgniłego Zachodu. A po co im bron nuklearna? Oczywiście po to, żeby się bronić. I właśnie do tego kraju przybywa niejaki Dave Skylark – prowadzący satyryczny program telewizyjny „Wieczór ze Skylarkiem” oraz jego producent Aaron Rapaport. W sprawę angażuje się CIA, żeby wykorzystać sytuację do usunięcia Kim Dzong Una.

slonce_narodu2

Ten film stał się głośny, jeszcze zanim pojawił się w kinowej dystrybucji, a wszystko z powodu domniemanego ataku hakerów z Korei Północnej, którzy włamali się do serwerów dystrybutora filmu, Sony Pictures Entertainment. Jednak bardziej pachnie to wszystko pomysłową kampanią promocyjną wynikająca raczej z wątpliwej jakości dzieła Evana Goldberga i Setha Rogena. Jak jest naprawdę? Prawda jest raczej po środku, ale jedno jest pewne – „Wywiad” jest bardzo specyficzną komedią, która nie jest dla każdego. Poza zabawą popkulturą i szyderstwem z gwiazd szołbiznesu (rozmowa z Eminemem, który przyznaje się do homoseksualizmu), twórcy w krzywym zwierciadle pokazują przywódcę Korei Północnej. Owszem, bywa porywczy i nie boi się użyć siły, ale też bardzo lubi grać w kosza, słuchać Katy Perry i ma ciągoty gejowskie, pozostając sprytnym manipulatorem. Twórcy jednocześnie starają ubrać się całość w konwencję pastiszu kina szpiegowskiego, gdzie zamiast agenta 007 mamy dwóch geeków, kompletnie nieudolnych (szkolenie CIA – jedna z najzabawniejszych scen), jednak jakiś cudem potrafią wyjść z każdej niezręcznej sytuacji.

slonce_narodu1

Poczucie humoru jest jak już wspomniałem specyficzne – poza zgrywą z przywódcy Korei i gwiazd szołbiznesu USA, zdarzają się momenty na granicy dobrego smaku (odgryzanie ręki czy zabezpieczenie przesyłki od CIA za pomocą wsadzenia go w… odbyt), ale bilans zaskakująco wychodzi na plus. W końcu, filmowcy mogli pokazać ciemne strony Korei (głodujących, obozy koncentracyjne), jednak aż tak daleko Goldberg z Rogenem nie idą, jednocześnie czasami jadą po bandzie (scena wywiadu oraz strzelanina tuż po).

slonce_narodu3

Największym atutem tego wariactwa jest chemia między grającymi główne role Jamesem Franco i Sethem Rogenem. Obaj tworzą dość pokręcony duet dwóch pajaców, mających w głównie oglądalność, wyrywanie lasek – innymi słowy to ostatni ludzie na Ziemi, którzy mogliby dokonać zamachu na dyktatora. Duet potrafi też wygrać także kloaczny humor, co też jest zaletą. Na drugim planie najbardziej błyszczy Russell Park jako koreański przywódca. Kim nie jest tutaj demonicznym przywódcą, tylko zmuszonym do grania twardego i nieustępliwego słabeuszem, kreowanym na Boga. Na szczerość pozwala sobie tylko w sytuacji sam na sam ze Skylarkiem, chociaż tego nie można być pewnym na 100%.

slonce_narodu4

Powiem krótko: z dużej chmury jest mały deszcz, bo „Wywiad…” nie jest aż tak szkodliwy wobec Kima jak mogło by się to wydawać, ani tak słaby, by użyć tej dość nietypowej metody promocji. To całkiem niezła komedia, choć trzeba naprawdę dużej tolerancji na głupotę, by ją przełknąć i się bawić. Uważajcie tylko.

6/10

Radosław Ostrowski