Dzikie historie

Każdy z nas miał taki moment, że odzywała się żądza mordu i chęć zemsty – na szefie, na systemie, na sąsiedzie. O tym opowiada nowy film z Argentyny niejakiego Damiana Szifrona. „Dzikie historie” to zbiór sześciu opowieści z zemstą w tle.

dzikie_historie1

Poziom tych opowieści jest różny, a łączy je czarny humor oraz bardzo silne emocje naszych bohaterów, które muszą eksplodować. Pierwsza opowieść zaczyna się dość banalnie – rozmowa modelki w samolocie z krytykiem muzycznym o swoim byłym chłopaku, Gabrielu Pasternaku zaczyna przybierać nieoczekiwany obrót, gdy okazuje się, że pasażerowie znali tego niespełnionego muzyka. A to dopiero początek, gdyż następne opowieści zaskoczą – biznesmen obrazi kierowcę innego samochodu, kelnerka dostrzeże w kliencie komornika (obecnie polityka), syn bogacza potrąci kobietę w ciąży, inżynier pirotechnik walczący z firmą holującą jego auto (za często), wreszcie na końcu trafimy na wesele.

dzikie_historie2

Każda z tych historii jest dość przewrotna, zaskakuje puentą i jest zrealizowana na dobrym poziomie. Na mnie największe wrażenie zrobiła historia inżyniera Simona, która kończy się dość spektakularnie. widocznie jedynym sposobem na walkę z niesprawiedliwością jest wykorzystanie swoich umiejętności z pracy (pan Bombka :)) oraz afera z wypadkiem, gdzie sprawę próbuje się załatwić za pomocą przekupstwa, jednak nikt nie przewidział komplikacji związanych z chciwością paru osób. Jest kilka efektownych ujęć (jazda samochodem pokazana z kilku perspektyw), soczystych dialogów i groteskowych sytuacji (rozmowa Simona z urzędnikami), które wydają się dziwnie znajome.

dzikie_historie3

W każdej z nich zemsta działa tak samo, jednak zapala się ona w różny sposób. Raz uruchamia się pod wpływem impulsu (biznesmen), a raz bywa planowana od dłuższego czasu (Pasternak). Jednak wszystkie te opowieści maja pokazać (i przypomnieć), że w każdym z nas siedzi bestia, gotowa w odpowiednim momencie się ujawnić.

dzikie_historie4

Zagrane jest to bardzo dobrze i wiele razy się zaśmiejecie, to mogę wam obiecać. Dla mnie to była ostra jazda, choć pewne rzeczy mogą się nie spodobać (nowela z biznesmenem). Aż dziwne, ze ten film nie powstał w Polsce – czyżby nie było u nas takich narwańców i furiatów?

7/10

Radosław Ostrowski

Wielkie oczy

Margaret Ulbrich jest kobietą, która w 1958 roku postanowiła odejść od swojego męża, razem ze swoją córką. Próbuje utrzymać się z malowania, jednak zarabia mało pieniędzy. I wtedy poznaje Waltera Keana – malarza z dużym dorobkiem. Po pewnym czasie zostaje jego żoną, jednak mężczyzna przypisuje sobie jej dzieła.

wielkie_oczy1

Tim Burton postanowił mocno przebudować swój filmowy świat. Po pierwsze, zrezygnował z udziału Johnny’ego Deppa oraz Heleny Bohnam Carter. Po drugie, nakręcił biografię – tym razem jest to historia malarki zmuszonej niejako żyć w cieniu męża, który zawłaszcza wszystko, co miała do tej pory. Niby „Wielkie oczy” wydaja się świeższą produkcja od dotychczasowych filmów Amerykanina, jednak mam problem z tym tytułem. Dotyka problemu życia kobiet na przełomie lat 50. i 60., gdzie feminizm i parytet może jest znany, jednak w małżeństwie to mężczyzna miał decydujący głos, a kobieta miała być u jego boku, posłuszna oraz lojalna. Jednak brakuje tutaj głębszego wejścia w tej problem – bo cała historia jest podana w tonie bardziej humorystycznym, co psuje silne wrażenie. Przydałby się tutaj bardziej pełnokrwisty dramat, gdzie wszelkie emocje trzymałyby za gardło. Jedynie gdzieś pod koniec, gdy nasza bohaterka odkrywa kłamstwa swojego męża i decyduje się w końcu wyznać prawdę, robi się wtedy gorąco.

wielkie_oczy2

Choć bohaterką jest tutaj Margaret, miałem nieodparte wrażenie, że Burton opowiada o Walterze, niepotrzebnie spychając ją na dalszy plan. Przy okazji są stawiane pytanie o sztukę, rolę mężczyzny czy potencjale komercyjnym (obrazy przerabiane na plakaty czy umieszczane na pocztówkach, torebkach – Keane był prekursorem), jednak zarówno komediowy ton, jak i kolorowa warstwa wizualna rozsadza ten film od środka.

wielkie_oczy3

Od strony aktorskiej najlepiej prezentuje się Amy Adams, jednak jest ona mocno stonowana i wyciszona. Taka szara myszka, z niską samooceną – kiedy ona się pojawia, to film nabiera rumieńców. Szkoda tylko, że zostaje zepchnięta przez grającego na granicy autoparodii Christopha Waltza. Ten austriacki aktor, który robił największą jatkę u Quentina Tarantino, tutaj wydaje się szyderczy i demoniczny, jednak jest to mocno groteskowe – niby jest tutaj czarującym dżentelmenem, jednak za tą fasadą jest mitoman, oszust i szantażysta. Nieświadome Waltz szkodzi temu filmowi i brakuje tutaj kontroli nad tą rolą. Poza tą dwójką, reszta aktorów niespecjalnie się wyróżnia.

wielkie_oczy4

Wydawałoby się, że odejście Burtona ze swojego baśniowego świata, pomoże mu odzyskać wenę. Niestety, „Wielkie oczy” to kolejny artystyczny niewypał reżysera, gdzie niewiele się tu klei. Gdyby cała historia była przedstawiona w bardziej dramatycznej konwencji, efekt byłby o wiele mocniejszy. Wielka szkoda – coraz bardziej martwię się o Burtona, który przechodzi kryzys twórczy.

5/10

Radosław Ostrowski

Tusk

UWAGA!

Tekst zawiera spojlery.

Z czym wam się kojarzy Kanada? Ze spokojem, nudą, Winnipeg oraz tym, że są w przeciwieństwie do Amerykanów jakieś 10 lat do tyłu (kto oglądał „Jak widziałem wasza matkę”, wie o czym mówię). A także z tego, że jest tam spora banda idiotów. Ich przedstawiają dwaj prezenterzy radia internetowego – Teddy i Wallace z Non-See Party. Ten drugi wyrusza do kanady, by przeprowadzić wywiad z internetową gwiazdą, jednak na miejscu okazuje się, że osobnik nie żyje. Przypadkowo nasz radiowiec znajduje notkę z intrygującą treścią i tak poznaje Howarda Howe’a, co mocno zmieni jego życie.

tusk3

Jak można z tego opisu, film Kevina Smitha nie jest biografią Donalda Tuska. Nawet dziadka z Wehrmachtu tu nie znajdziecie (jest co prawda wspominany Adolf Hitler, jednak to tyle w tym temacie). Sam początek wydaje się typową komedią w stylu Smitha (nieprzyzwoite żarty, niepozbawione wulgarności i ciosów poniżej pasa, ale to nadal zabawne), jednak dalej humor staje się coraz bardziej smolisty, atmosfera mroczniejsza i na granicy obrzydzenia. Sama intryga (która rozkręca się po 30 minutach) mogła powstać tylko w chorym umyśle – stworzenie człowieka, który fizycznie i mentalnie przemieni się w morsa budzi odrazę i poczucie wstrętu. Napięcie jest tutaj budowane bardzo powoli, jednak całość jest tak strasznie groteskowa i surrealistyczna, że nie było możliwością powstrzymania się od śmiechu (walka morsów czy opowieści Howe’a). Pomieszana chronologia pozwala na bliższe poznanie głównych bohaterów, którzy jednak nie wzbudzają do końca naszej sympatii.

 

W cała tą pokręconą konwencję wpisali się aktorzy. Znakomity jest Michael Parks w roli Howe’a – początkowo sprawia wrażenie interesującego gawędziarza, jednak pod tym wszystkim skrywa się szaleniec z chorym pomysłem. Przypomina on stara prawdę, że najbardziej przerażający jest człowiek. Sekundują mu bardzo dobrzy Justin Long (niewierny i arogancki Wallace) oraz powracający do gry Haley Joel Osmond (misiowaty Teddy). I kiedy wydaje się, że już nic ciekawego nie może się zdarzyć, pojawia się detektyw Guy LePointe, grany przez… Guya LePointe (to żart Smitha, tak naprawdę LePointe nazywa się Johnny Depp). Dziwaczny detektyw z bardzo charakterystycznym akcentem, jest tak przerysowany, jakby wzięty z innej opowieści, wnosząc i tak dużą dawkę humoru.

tusk4

Takiego oblicza Smitha się nie spodziewałem. Niby horror, niby dramat, niby komedia. Zgrywa i groteska idą tutaj ręka w rękę z obrzydliwością i poczuciem niesmaku. Ostrzegam, ten koktajl nie wszystkim się spodoba, ale jeśli macie twarde żołądki i chorą wyobraźnię, „Tusk” jest dla was idealną propozycją.

7/10

Radosław Ostrowski

Pingwiny z Madagaskaru

Kiedy w 2005 roku pojawił się „Madagaskar”, tak naprawdę z tego filmu zapamiętało się nie głównych bohaterów, ale postacie drugoplanowe, sztuk pięć. Pierwszy to był charyzmatyczni i imprezowy król lemurów, Julian. Pozostali to był czteroosobowy oddział pingwinów-komandosów kierowany przez Skippera. I to ci ostatni zostali głównymi bohaterami animacji studia DreamWorks.

pingwiny1

Na początku filmu poznajemy nasze pingwiny na Antarktydzie, gdzie odłączają się od grupy w pogoni za spadającym jajkiem. Jajeczko udaje się ocalić i tak przychodzi na świat Szeregowy, który staje się nowym członkiem oddziału. Potem następuje przeskok i trafiamy tuż po wydarzeniach z trzeciej części „Madagaskaru”, gdzie Skipper i spółka uciekają z cyrku, włamując się do Fort Knox. Tam jednak zostają schwytani przez ośmiornicę Dave’a, planującego zemstę na pingwinach wszelakich. Wtedy pojawia się nowy sojusznik – organizacja szpiegowska Wiatr Północy.

pingwiny3

Po tym krótkim zawiązaniu fabuły, należy się spodziewać ubranej w szaty animacji kina akcji, gdzie pomysłowość w inscenizacji pościgów i potyczek. Wystarczy wspomnieć sekwencję ucieczki w Wenecji przez gondolę czy maskowanie się w Szanghaju, gdzie zarówno brawura realizacyjna idzie ręka w rękę z humorystycznymi dialogami (ucieczka z samolotu oraz lot w dół, gdzie bohaterowie w dość oryginalny sposób wychodzą z tej sytuacji obronną ręką). Plan zemsty jest odpowiednio demoniczny, główny bohater jest zły i antypatyczny, zaś spięcia między członkami Wiatru Północy (wyposażeni w gadżety i precyzyjnie planujący) a Pingwinami (improwizującymi i wyposażonymi w zawartość żołądku Rico) jest esencją humoru. Wychodzi z tego całkiem sympatyczna produkcja, głównie skierowana dla młodszego odbiorcy, pokazująca i chwaląca przyjaźń. Jest jednak parę żartów dla starszego odbiorcy, jednak jest to na tyle grzeczne, by nie odstraszyć widza. Sama animacja jest tutaj na dobrym poziomie, a pingwiny wyglądają przeuroczo. Aczkolwiek ja liczyłem bardziej na prequel serii oraz większy akcent na genezę całego składu – przede wszystkim ciekawiła mnie odpowiedź na pytanie jak polegli Manfredi i Johnson. Niemniej efekt jest tutaj co najmniej przyzwoity.

pingwiny2

Cegiełkę tutaj dokłada naprawdę dobry dubbing, kierowany przez Jarosława Boberka (reżyser). Tłumaczenie jest tutaj zrobione solidnie (parę odniesień do naszej rzeczywistości, zgrabne wyjaśnienie skrótu NW) i to jest dodatkowym atutem. No i wreszcie aktorzy. W głównych rolach są ci sami aktorzy, co w „Madagaskarze”, czyli Grzegorz Pawlak (nieszablonowo działający Skipper), Jacek Lenartowicz (przemądrzały Kowalski) i Tomasz Steciuk (uroczy, choć niedoceniany przez grupę  Szeregowy). Cała trojka gra fantastycznie głosowo, uzupełniając mimikę twarzy. Poza tym tercetem (Rico tylko coś mamrocze i to niewyraźnie), trzeba wspomnieć obowiązkowo o dwóch postaciach. Pierwszą jest szef Wiatru Północy – Utajniony (przyzwoity Waldemar Barwiński), który jest profesjonalistą w swoim calu, jednak stawia przede wszystkim na swoje gadżety i precyzyjne planowanie, nie pozostawiając miejsca na improwizację. No i jest Dave (piekielnie dobry Krzysztof Dracz) – przebiegły i zgorzkniały arcyłotr z diabolicznym planem, konsekwentnie realizowanym.

Niby jest pewne rozczarowanie, ale miło wspominam czas spędzony przy tej szpiegowskiej produkcji. A że jest to film mający na celu zarobienie pieniędzy na fanach tej czwórki? Realizacja jest tutaj na tyle porządna, że mi to nie przeszkadzało.

7/10

Radosław Ostrowski

Zniknięcie Eleanor Rigby: Oni

Eleanor Rigby do tej pory kojarzyła mi się tylko z piosenką The Beatles. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że istnieje osoba o takim imieniu i nazwisku – jest rudowłosą kobietą z Nowego Jorku, która znalazła mężczyznę swojego życia. Pojawia się po raz pierwszy, gdy z nim ucieka z kawiarni nie płacąc rachunku. Są szczęśliwi, radośni i pogodni. Ale sielanka nie trwa wiecznie. Następne ujecie (po napisach) pokazuję Eleonor skaczącą z mostu. Kobieta trafia do szpitala, ale potem wychodzi nie informując (już) męża Connora, znikając z jego życia. Dlaczego?

eleonora_rigby2

Ned Benson wpadł na ambitny i nietypowy pomysł opowieści o dwojgu ludzi oraz ich związku. Najpierw przedstawił to z jej perspektywy („Ona”), potem jego („On”) i wreszcie skleił obie te perspektywy w jedną całość. Brzmi to dziwnie, ale ambicji reżyserowi odmówić nie można. Powoli widzimy związek będący w stanie kryzysu pod wpływem silnej tragedii – śmierci dziecka. Co ją spowodowało? Pozostaje tajemnica, która dla Bensona służy jedynie jako katalizator, impuls doprowadzający do powolnego rozpadu i zgonu tej miłości. Nie ma tutaj pójścia na łatwiznę, prostych rozwiązań i typowego happy endu – każdy z bohaterów miota się ze sobą nawzajem. Jest między nimi chemia, ale dlaczego siebie unikają, uciekają w pracę (On), do rodziny (Ona) i co poszło nie tak? Pytanie te są stawiane niemal odkąd mężczyzna i kobieta odkryli miłość. Jednak reżyser pewnie i co najważniejsze, bez fałszu pokazuje trudności takiej relacji.

eleonora_rigby1

Sama realizacja jest dość oszczędna, pozbawiona ozdobników. Trafiamy albo po nocnym krajobrazie Nowego Jorku, do domu rodziców Eleanor, wreszcie na uczelnię, gdzie kobieta zaczyna chodzić na zajęcia. Kamera jest kręcona z ręki, dominuje kolor czerni, czerwieni, żółci. Po drodze jeszcze spotkamy kilka postaci i rozmowy, które mogą wydawać się czasem banalne i oczywiste, ale pełne refleksji oraz trafności obserwacji. Istotne tutaj są rozmowy zarówno z rodzicami obojga bohaterów jak i z panią profesor Friedman. Wspomnienia, doświadczenia życiowe, wszystko niespieszne, ale jednocześnie pełne emocji, rysujących się na twarzach. Klimatu dopełnia niezwykła ścieżka dźwiękowa Son Luxa, zwłaszcza piosenka „No Fate Await Me” będzie długo siedzieć w odtwarzaczu.

eleonora_rigby3

Jednak poza obserwacjami i dobrym scenariuszem idzie też bardzo dobre aktorstwo. Zarówno James McAvoy (Connor) jak i Jessica Chastain (Eleonor) tworzą piękny – nie tylko wizualnie – duet dwojga młodych, pogubionych, chociaż kochających się ludzi. Oboje tłumią w sobie emocje, próbują odzyskać swoją przeszłość, ale to jedno zdarzenie odmienia ich. Czy na lepsze? Tego wam nie zdradzę, ale ten duet bardzo sugestywnie tworzy swoje postacie. Poza nimi jest bardzo bogaty drugi plan, gdzie każdy tworzy pełnokrwistą postać, nawet jeśli nie pojawia się dość długo. Dotyczy to zarówno Williama Hurta i Isabelle Huppert (rodzice Eleonor), zaskakująco poważnego Billa Hadera (Stuart, wspólnik Connora), wyciszonego Ciarana Hindsa (ojciec Connora) oraz doświadczonej Viola Davis (profesor Friedman). Sama obecność tych nazwisk robi wielkie wrażenie.

Ten film na pewno pozostanie w pamięci na długo i jest czymś więcej niż tylko banalnym love story. Bo miłość – jakkolwiek to banalnie zabrzmi – ma kilka różnych odcieni i kolorów. Debiut Bensona jest przykładem tezy, że by poruszyć widza nie trzeba dużego budżetu, bajeranckich efektów specjalnych i hektolitrów krwi. Ciekawe, czy reżyser jeszcze zaskoczy swoimi następnymi filmami?

7,5/10

Radosław Ostrowski


Obywatel

Bohater, który wplątany zostaje w mechanizmy historii – taki motyw od czasu „Forresta Gumpa” stał się bardzo popularny. W naszym kraju też był jeden Forrest Gump, tylko nazywał się Jan Piszczyk i stał się symbolem oportunizmu i bierności. Teraz pojawił się jego następca – Jan Bratek. Poznajemy go, gdy uczestniczy w katolickim programie tv jako pracownik kurii ds. kontaktu z młodzieżą. Po programie zostaje trafiony literą „P” z loga TVP. Sparaliżowany i pokryty gipsem Bratek zaczyna wspominać swoją historię.

obywatel1

Jerzy Stuhr jest bardzo znanym i cenionym aktorem z dużym dorobkiem oraz kilkoma pamiętnymi rolami (m.in. z filmów „Amator”, „Seksmisja” czy „Mistyfikacja”). Próbuje też swoich sił jako reżyser i „Obywatel” to jego kolejna próba, tym razem chyba najambitniejsza. Losy Jana Bratka mają być komentarzem do historii Polski ostatniego półwiecza. Dość luźna konstrukcja fabularna (retrospekcje i spojrzenie na Bratka w szpitalu) nawet się broni, próba ironicznego spojrzenia na rzeczywistość kilka razy się udaje, a losy bohatera zmielonego przez historię czasami potrafią zaskoczyć. Na przykład, gdy w dzień stanu wojennego idzie do sąsiada po sól i… zostaje internowany (potem w więzieniu ma opinię kapusia, gdyż „pożyczenie soli” było hasłem) czy ukrywania się przez cztery lata u kobiety z MSW. Nie brakuje tutaj naprawdę gorzkich refleksji, gdzie pokazana jest śmieszność i wady każdego Polaka (nadmierny antysemityzm – Komisja sprawdzająca, kto jest prawdziwym Polakiem w rządzie, mitomaństwo, które czynią z Bratka bohatera czy hipokryzja związana z wiarą), ale tak naprawdę poszczególne fragmenty niespecjalnie kleją się w całość. „Obywatel” z racji skrótowości przypomina ciąg skeczy, gdzie podejmowane są próby wyszydzenia patosu (głodówka Solidarności, gdzie jeden z uczestników jest mocno narwany i gotowy na demonstrację siłową), pójścia w groteskę.

obywatel2

Nie brakuje też znanych wydarzeń ostatnich lat, jak sytuacja z nauczycielem, któremu wrzucono kosz na głowę, odwołanie realizacji w Polsce filmu o Sobieskim, kłótliwa debata dwojga posłów z telewizji (Dorota Stalińska i Jerzy Fedorowicz) – to przez pewien moment ubarwia całość, jednak sam humor to troszkę za mało i po seansie jest tylko poczucie niewykorzystania potencjału.

Trudno jednak zarzucić coś aktorom, którzy naprawdę dobrze poradzili sobie z zadaniem. Stuhr w roli Bratka obsadził samego siebie oraz syna Macieja i ten duet sprawdza się świetnie. Jan Bratek planowy jest jako everyman, którego Historia mieli w swoich kołach i trybach, nie pytając się nikogo o zgodę. Jego losy potrafią wzbudzić zarówno śmiech jak i współczucie, co jest zasługa obydwu aktorów, tworzących jedną i spójną rolę. Poza nimi jest tutaj masa epizodów, które zapadają w pamięć i są bardzo wyrazistymi rolami, chociaż na ekranie pojawiają się kilka minut. Do takich należą role m.in. Sonii Bohosiewicz (Renata, poznana w więzieniu pani psycholog), Violetty Arlak (sąsiadka Kazia), Piotra Głowackiego („narwanego” uczestnika głodówki) czy Wojciecha Malajkata (Lipski – konspirator).

obywatel3

Cóż, Stuhr tym razem podjął się zadania, które go przerosło, jednak trzeba docenić zarówno odwagę oraz próbę podejścia do „polskości” z innej perspektywy – humorystycznej, ironicznej i złośliwej. Jednak na „Forresta Gumpa” urodzonego w Polsce jeszcze trzeba będzie poczekać, a ile to potrwa – nie wiem.

6/10

Radosław Ostrowski

Ramię za milion dolarów

Krykiet to gra mało interesująca i mało dynamiczna dla kina, gdzie chodzi o odbicie piłki.  I to właśnie przypadkowe obejrzenie meczu krykieta staje się inspiracja dla J.B. Bernsteina. Mężczyzna jest agentem sportowym, który działa na własną rękę i to bez sukcesów. Pomysł, który mu przychodzi do głowy jest dość niecodzienny – pojedzie do Indii, gdzie krykiet jest bardzo popularny i zorganizuje talent show, w którym zwycięzca otrzyma milion dolarów i trening na baseballistę, a w zasadzie dwóch – drugi dostanie dziesięć tysięcy dolarów.

ramie_za_milion1

Baseball nie jest zbyt popularną dyscypliną w USA, podobnie jak krykiet. Ale próba połączenia jednego z drugim, może stać się ciekawym eksperymentem. Zazwyczaj filmy wytwórni Disneya kojarzą się z infantylizmem, sentymentalizmem, ale potrafiły też poruszyć i czasami rozbawić. Tak tez jest z prawdziwą historią opowiedziana przez Craiga Gillespie (reżyser „Miłości Larsa”) oraz scenarzystę Thomasa McCarthy’ego („Dróżnik”). Sam film to kolejna z opowieści o spełnieniu swojego amerykańskiego snu, co nie jest zawsze łatwe, szczególnie dla osoby spoza USA. Jednak sama historia jest może troszkę przewidywalna (nie zabraknie wzlotów i upadków, zapatrzenia w forsę czy poruszających mów motywacyjnych), jednak wszystko to jest wyważone i potrafi nawet rozbawić. To naprawdę działa, przy okazji pokazując kontrast między bogatym Zachodem (samo mieszkanie Bernstein to niemalże pałac), a biedniejszymi Indiami (sam casting i program robiony jest ze sporym rozmachem – także wizualnym), gdzie mimo masy mieszkańców jest molochem biedy.

Źródłem humoru jest przede wszystkim próba aklimatyzacji dwójki Hindusów, zwycięzców programu oraz ich tłumacza w nowym środowisku, gdzie nie ma wind, boisko do baseballa jest kompletną nowością, ale są też kompletnie osamotnieni i zdani niemal sami na siebie.

ramie_za_milion2

Sporo emocji przynoszą same sceny programu, gdzie o wygranej decyduje siłą uderzenia (a dokładnie jej prędkość), a przemiana głównego bohatera pozostaje wiarygodna. Może i te wątki wydaja się dość oczywiste (relacja J.R. z lokatorką, próba odnajdywanie się w nowym środowisku czy finałowe spotkanie z łowcami talentów), jednak film ogląda się naprawdę przyjemnie i bardzo miło.

ramie_za_milion3

Co jest też zasługą dobrze radzących sobie aktorów. Największe pole do popisu miał Jon Hamm. Gwiazda serialu „Mad Men” odnajduje się w roli samotnego, szukającego forsy faceta, który jednak w decydującym momencie potrafi potraktować innych nie tylko jako źródło dochodów, jednak przebiega to w dość stopniowy sposób. Równie świetni i świeżsi są Suraj Sarma oraz Mahdur Mittal jako zwycięzcy programu „Million Dollar Arm”, a ich sceny adaptacji w USA potrafią być naprawdę zabawne.  Warto też zwrócić uwagę na solidny drugi plan z Alanem Arkinem (łowca talentów Ray) oraz Billem Paxtonem (trener Tom House) na czele.

Typowy disnejowski film sportowy, których wytwórnia trzaskała na potęgę. I jest to kolejny porządnie wykonany tytuł, który może niczym nie zaskakuje, jednak potrafi działać na emocje.

7/10

Radosław Ostrowski

Chłód w lipcu

Jest rok 1989, mała mieścina gdzieś w Teksasie. Tam mieszka Richard Dane, właściciel małego sklepu z ramkami. W nocy zauważa intruza, który włamał się do jego domu i zabija go. Jednak jego ojciec, wychodzący z więzienia Russell chce się zemścić.

chlod_w_lipcu1

Ten opis filmu Jima Mickle’a może wydawać się prostą i banalną opowieścią o zemście. Jednak już po pół godzinie wszystko zmienia tory i skręca w kompletnie niespodziewane rewiry. Początek jednak pachnie filmami zemsty oraz osaczeniem wynikającym z nieobliczalności Russella. Ale im dalej w las, tym bardziej reżyser zmienia tory i coraz bardziej zaskakuje intrygą, która staje się coraz bardziej skomplikowana – zamiast zemsty, będzie próba dojścia do prawdy, perwersyjne okropieństwa oraz finał płynący krwią oraz trupami. Więcej nie mogę zdradzić, ale ja byłem zaskoczony zarówno samą opowieścią, jak i precyzją w realizacji. Owszem, to kino klasy B, jednak posiadające zarówno mroczny klimat (świetne zdjęcia, z dominująca czernią oraz zielenią w nocnych ujęciach czy pachnącą latami 80. elektroniczna muzyka) oraz bardzo pomysłowo zainscenizowane sceny przemocy. Więcej nie mogę zdradzić, bo na tym tez polega siła tego filmu. Mam nadzieję, ze tak jak ja wypadnie ze swoich kapci po seansie.

chlod_w_lipcu2

Wszystko to nakręca jeszcze znakomicie zagrane główne role. Michael C. Hall tutaj kompletnie odcina się od wizerunku „Dextera” i jest tutaj wyciszonym przeciętniakiem wplątanym w krwawą kabałę. Sam Shephard samym spojrzeniem budzi przerażenie w roli Russella. Jest to klasyczny twardziel – mówi wiele, nigdy nie chybia i jest gotowy ponieść konsekwencję swoich działań. Trio to jest dopełnione przez wracającego chyba do gry Dona Johnsona, który tutaj jest prywatnym detektywem Jimem Bobem. To trio tworzy zgraną ekipę, która przykuwa na ekranie.

chlod_w_lipcu3

Jak widać, można zrobić film tani, ale niegłupi. Może sama historia wydaje się prosta, ale trzyma w napięciu i ogląda się po prostu świetnie. Dla wielu lipcowa noc zmieniła się całkowicie.

8/10

Radosław Ostrowski

W potrzasku. Belfast ’71

Rok 1971 dla szeregowego Gary’ego Rossa był bardzo trudnym rokiem. I to nie dlatego, ze zaczynał swoją służbę w brytyjskiej armii. Także w tym roku został przeniesiony na teren wroga – gdzie żaden angielski wojak nie jest mile widziany. Do Północnej Irlandii. Jednak chłopak ma paskudnego pecha. W trakcie nalotu na dom, dochodzi do zamieszek i jeden z chłopaków kradnie karabin żołnierzy. Ross rusza za nim w pościg (dostał taki rozkaz) i zostaje oddzielony od grupy i pobity, następnie ucieka przed gnojkami próbującymi go zabić.

71_1

O konflikcie między brytyjskim wojskiem a IRA powstało sporo filmów, wiec co nowego w tej kwestii ma niejaki Yann Demange? Okazuje się, że całkiem sporo i co najważniejsze nie bawi się w publicystykę. Tu nie ma tylko brutalnych i ostrych Anglików czy narwany i agresywnych Irlandczyków – jest tutaj więcej odcieni szarości, choć na ekranie dominuje tutaj mrok nocy oraz czerwień światła czy krwi. To wszystko buduje klimat grozy, osaczenia i przerażenia, gdyż z mroku nocy może wyłonić się chłopak z pistoletem gotowym do strzału. Zwłaszcza, ze w samej IRA też dochodzi do konfliktu i walki o władzę, gdzie nasz bohater zostaje przypadkowo wplątany. Realizm jest tutaj mocny (kostiumy i scenografia mocno w tym pomagają), a kilka scen jak eksplozja w barze zostanie w pamięci na długo i trzyma w napięciu do końca.

Spora w tym zasługa aktorów dość mniej znanych jak świetny Jack O’Connell w roli Rossa – obcego w obcym mieście i wśród obcych ludzi. On dźwiga ten film na swoich plecach i radzi sobie bez zarzutu. pozostali aktorzy, których można kojarzyć raczej z małego ekranu (Sean Harris – kapitan Browning czy Richard Dormer – Eamon), tworzą skomplikowane i wyraziste postacie.

71_2

Po latach wiemy, że udało się w Północnej Irlandii dojść do rozejmu. Jak to było możliwe? Drogą zapomnienia przeszłości, choć nie jest to łatwe. Ta dość optymistyczna refleksja nie pozwala zapomnieć o absurdalności jakiejkolwiek wojny, co młodemu debiutantowi, wcześniej pracującemu dla telewizji udało się pokazać w sposób naprawdę poruszający.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Głosy

Poznajcie Jerry’ego – facet pracujący w fabryce produkującej sprzęt do łazienek. Zazwyczaj jest uśmiechnięty, ale nie potrafi się odnaleźć w towarzystwie innych ludzi. Można o nim rzec, że jest dziwakiem. I takiemu dziwakowi udaje się zakochać w koleżance z pracy – Angielce Fionie z księgowości. Jest jednak jedno małe ale. Jerry rozmawia ze swoimi zwierzakami, kotem i psem. Okej, przecież wielu tak ma. Ale nie każdy dopuszcza się morderstwa.

glosy1

Amerykanie mają wiele koncepcji na kino. Jedną z nich jest ściąganie do siebie ludzi piekielnie zdolnych, którzy albo zostaną zmieleni w papkę, albo pozostaną wierni sobie i osiągną sukces. Marjanne Satrapi – autorka komiksu „Persepolis” już od pewnego czasu realizuje filmy, w których nie brakuje elementów surrealistycznych oraz czarnego humoru („Kurczak ze śliwkami”). „Głosy” to pierwsza produkcja Francuzki zrobiona w USA i jest to bardzo mroczny thriller psychologiczny, mający być studium choroby psychicznej.

Jeśli zaś chodzi o humor, to jego źródłem są zarówno rozmowy z gadającymi zwierzątkami zachowującymi się jak Anioł i Diabeł. Kontrast jest widoczny także dzięki głosom (kot jest bardziej angielski i rzucający fakami na prawo i lewo, pies ma głęboki głos, bardziej serdeczny) oraz zachowaniu. Także niektóre sceny zgonów potrafią rozbawić, ale na krótko.

glosy2

Historia jest mroczna, co jest potęgowana przez realizację ocierającą się o ponure horrory (sposób filmowania mieszkania Jerry’ego, ślady krwi, ciemna kolorystyka), co naprawdę budzi przerażenie oraz niepokój. Strona plastyczna ma za zadanie pokazać, jak komórki mózgowe osoby chorej odbierają sygnały z zewnątrz. A gdy nasz bohater nie bierze leków, to wtedy może być naprawdę niebezpiecznie. Jeszcze bardziej jest to potęgowane, gdy wplątują się retrospekcje z przeszłości.

glosy3

Grający główną rolę Ryan Reynolds, kojarzony raczej z komediami tutaj dostał naprawdę trudne zadanie, z którego zaskakująco dobrze sobie poradził. Postać grana przez niego jest prowadzona bardzo oszczędnie, wręcz nienachlanie, jednak każda zmiana mimiki oznacza miotające się emocje. Reynolds także podłożył głosy pod towarzyszących Jerry’emu psu oraz kotu, co jest naprawdę sporym wyczynem. Także należy pochwalić partnerujące panie. Zarówno Gemma Arterton (Fiona), jak i Anna Kendrick (Lisa) sprawdzają się dobrze, przyjemnie oglądając obie aktorki.

glosy4

„Głosy” to mroczna, krwawa i – miejscami – zabawna historia pokazująca zwichrowany umysł chorego człowieka. Ostatnim filmem, który tak na mnie podziałał w tej tematyce był „Pająk” Davida Cronenberga, który nie był aż tak zabawny. Dziwaczna, ale interesująca mieszanka.

7/10

Radosław Ostrowski