Duet na żółtych papierach

Jest sobie dwóch kumpli. Steve pracuje w telewizji jako pogodynka, a Ben jest zakompleksionym brodaczem z obsesjami i lubiącym zajarać trawkę. Ich dość monotonne życie zostaje przerwane, kiedy ojciec Bena umiera i zapisuje mu w spadku spory majątek.

zolte_papiery1

Kiedy twórcy serialowi próbują swoich sił w kinie, to zazwyczaj kończy się to spektakularną wpadką albo co najwyżej niezła produkcja. Do tej grupy można uznać film Matthew Weinera, twórcy „Mad Men”. reklamowana jako komedia, „Duet…” to historia dwóch ludzi postawionych zmuszonych do przewartościowania swojego życia – pustego, jałowego, wzięcia na siebie odpowiedzialności za siebie oraz swój los. Owszem, czasami jest to okraszone humorem (podglądanie zza okna czy schizy Bena), jednak takich zabawnych momentów jest zaledwie kilka. Także przy okazji obserwujemy rodzinę Bena, ze szczególnym uwzględnieniem złośliwej siostry starającej się o dziecko oraz bardzo młodej i atrakcyjnej żony nieboszczyka, posądzanej o chciwość. Te relacje są kluczem do całości, jednak wątek ten zostaje mocno spłycony i potraktowany po macoszemu, a wnioski mocno skręcają w stronę banału. Szkoda, bo można było wycisnąć z tego więcej, a miejscami robi się dość nudno.

zolte_papiery2

Pewną siłą są aktorzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Owen Wilson nie zgrywa kretyna, a Zach Gallifianakis (jego widok bez brody może zszokować) choć grający lekko szalonego człowieka mocno odcina się od swojego emploi z „Kac Vegas”. Wdzięczne są też Amy Poehler (siostra Bena, Terri) oraz apetyczna (pod warunkiem, ze nosi prześwitującą biała suknię) Laura Ramsey (Angela).

zolte_papiery3

Chyba na jakiś czas odpuszczę sobie tragikomedie czy filmy obyczajowe, bo ostatnio zaczęły się robić zbyt podobne do siebie. Także film Weinera niczym specjalnym się nie wyróżnia.

6/10

Radosław Ostrowski

Motywacja

Cała opowieść toczy się wokół poradnika „Reach Me”, którego autor ukrywa się przed ludźmi. Dzieło to osiągnęło status bestsellera oraz odmieniło życie paru osób. A kogo tutaj nie mamy: policjanta dość łatwo i chętnie sięgającego za broń, dwóch gangsterów, dziennikarza mającego wytropić autora, kobietę wychodząca z wiezienia marzącą o pracy projektantki mody. Ich losy będą się przycinać i przeplatać.

motywacja1

O filmie John Herzfelda usłyszałem, gdy twórca zbierał fundusze na Kickstarterze. Muszę przyznać, że efekt jest całkiem przyzwoity jak na dość krótki (półtorej godziny) filmik. Twórcy próbują opowiedzieć dość prostą prawdę, że nigdy nie jest za późno na przewartościowanie i zweryfikowanie swojego życia. Brzmi jak banał z powieści Paolo Coehlo? Po części tak jest, a pewne wątki i postacie są zaledwie zarysowane (raper E-Ruption) i czas trwania działa mocno na niekorzyść. W dodatku przewija się konwencja zarówno dramatu obyczajowego, filmu sensacyjnego i przez krótką chwilę – komedii. Ogląda się to bez bólu, jednak angażują tylko pewne fragmenty i momenty, jak postać Teddy’ego – autora „Reach Me” walczącego ze swoimi demonami.

motywacja2

Sytuację próbuje broić gwiazdorska obsada i rzeczywiście – nie brakuje tutaj znanych twarzy: od Sylvestra Stallone’a (Gerald – szef portalu internetowego), Kyry Sedgwick (Colette) i Kelseya Grammara (Angelo) po Toma Sizemora (gangster Frank), Danny’ego Aiello (ksiądz Paul) oraz – chyba najlepszego w zestawie – Thomasa Jane’a (policjant Wolfie) oraz Toma Berengera (Teddy). Ale nawet aktorzy nie są w stanie zrobić wiele, jeśli scenariusz nie pozwala rozwinąć skrzydeł, a lista jest oczywiście o wiele dłuższa.

motywacja3

W zasadzie film można obejrzeć, jeśli nie mamy co wybrać w popołudnie. To ciepłe i dość letnie kino, a można było więcej wycisnąć.

6/10

Radosław Ostrowski

Śmieć

W brazylijskich slumsach nie jest lekko – bida, nędza, brak edukacji. Jeśli nie jesteś sprytny, nie przetrwasz. Tak ma choćby Rafael – 14-letni chłopak, mieszkający w jednym z takich slumsów, gdzie wszyscy zarabiają zbierając śmieci. W zasadzie to wydawał się nudnym dniem, gdyby nie portfel z forsą i paroma przedmiotami. Policja bardzo pilnie szuka tego portfela, przez co Raphael i jego kumple (Gardo i Szczur) wpakują się w poważną aferę.

smiec1

Stephen Daldry to jeden z bardziej cienionych reżyserów brytyjskich, którzy nie boją się sięgać po trudne tematy. Tym razem chyba poszedł w stronę Danny’ego Boyle’a, tylko że tym razem przenosimy się do Brazylii. Jednak jest to taka sama bieda, nędza i brud, gdzie ludzie są traktowani jak śmiecie. Jednak – być może troszkę w sposób wyidealizowany – pokazuje, ze nawet w takim miejscu mogą znaleźć się przyzwoici ludzie. Co skłoniło Raphaela do poszukiwań prawdy i odkrycia afery? Trudno jednoznacznie powiedzieć – może jeden z przedmiotów (zdjęcie dziewczynki)? Daldry prowadzi swoje i naszych bohaterów śledztwo prowadzi do korupcyjnej afery, gdzie jest pełno brudu moralnego, a policja działa ostro i brutalnie – nie wahają się zastraszyć, pobić, a nawet zabić, bo jest to niewygodne i prostsze. Zagadka wciąga, intryga oraz skomplikowanie potrafi naprawdę zmusić  swoje komórki do działania. Reżyser parę razy bawi się montażem (plan dzieciaków przeplatany z realizacją, która poszła kompletnie nie po myśli) i dynamizuje akcję (ucieczka przez fawele), podkręcając tempo gangsta hip-hopem z Brazylii. Może i jest to troszkę naiwne kino (mała rewolucja, troszkę bajkowe zakończenie), jednak ma pewna siłę oraz energię.

smiec2

Po części jest to zasługa aktorów. Najlepiej wypadają tutaj młodzi chłopcy, czyli Rickson Tevez, Edouardo Luis i Gabriel Weinstein. Chłopaki są w pełni naturalni, pełni pasji i energii – to oni czynią ta historię wiarygodną, nawet jeśli wydaje się ona mocno naciągana. Swoje robią też dorośli aktorzy ze wskazaniem na Seltona Mello w roli skorumpowanego i brudnego gliniarza Frederico (sama posturą, budzi przerażenie). Słabiej prezentują się najbardziej rozpoznawalne twarze Rooney Mary (aktywistka Olivia) oraz Martin Sheen (cyniczny ksiądz). Zostali pewnie obsadzeni, by udało się zebrać kasę na film i łatwiej znaleźć dystrybutora, ale nic ponadto.

smiec3

Nie jest to może idealny film, ale Daldry wspierany przez scenarzystę Richarda Curtisa trzyma rękę na pulsie i tworzy naprawdę dobre kino rozrywkowe. Przy okazji przywraca ono wiarę w dobro człowieka, nawet jeśli jest uważany za śmiecia. A to sporo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Razem czy osobno?

Owen Little robi wszystko, by się nie dać polubić. Wszystko się zaczęło, odkąd zmarła jego żona. Unika ludzi, bywa złośliwy i nieprzyjemny, także wobec swoich sąsiadów oraz swoich klientów, którym sprzedaje domy. I w zasadzie tak trwałaby cała sytuacja, gdyby nie jego syn. Ponieważ idzie do więzienia, nie ma z kim zostawić swojej córki.

razem_czy_nie1

Dalszy ciąg możecie sobie dopowiedzieć, bo film Roba Reinera niczym nie zaskakuje i nie odkrywa Ameryki. Bo jest to kolejna historia o zgorzkniałym facecie, który okazuje się być kimś innym niż się wydaje. Nawet wtórność nie jest wcale największym problemem, bo takie słodko-gorzkie opowieści można zawsze wybronić (patrz: „Mów mi Vincent”), ale sam humor jest dość prosty i czasami bardzo niskich lotów (pies „tańczący” z pluszowym misiem). Poza tym, wszystkie postacie są dość prosto nakreślone i są mało wyraziste (poza piosenkarką Leą), stając się w zasadzie tylko tłem, niemal zbędną dekoracją dla Owena. Czegoś mi tutaj zabrakło, a wszelkie problemy wydają się tak łatwe do rozwiązania, że głowa mała. Reiner chyba ostatnio zniżył formę.

razem_czy_nie2

Szkoda zarówno Michaela Douglasa (Owen) i Diane Keateon (Leah), którzy radzą sobie naprawdę dobrze, ale stać ich po prostu na więcej. Tylko scenarzysta im nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Obejrzeć w zasadzie można, bo to w zasadzie bardzo sympatyczny film. Dla mnie to chyba troszkę za mało.

razem_czy_nie3

6/10

Radosław Ostrowski

Magia w blasku księżyca

Stanley Crawford jest iluzjonistą, który zajmuje się demaskowaniem fałszywych medium w czasach przedwojennych. Jego stary przyjaciel Howard prosi go o pomoc. Trafił na tajemniczą Amerykankę o imieniu Sophie Baker, która działa jako medium u rodziny Cathridge’ów, nie mogąc znaleźć żadnych słabych punktów. Stanley wyrusza do Francji, by obalić oszustkę.

magia_w_blasku_ksiezyca1

Woody Allen to jest jeden z niewielu reżyserów, których filmy oglądam w ciemno. Ale nawet w przypadku reżysera takiej klasy, zdarza się nakręcić film słabszy i rozczarowujący. I „Magia…” niestety wpisuje się do tej drugiej grupy. Sama intryga jest prowadzona dość wolno i nawet jest w tym odrobina uroku, jednak wnioski o magicznej stronie miłości to nie jest to, czego się spodziewałem po Allenie. Idzie to wszystko w dość przewidywalnym sznurku, co powoduje pewne zmęczenie. Nie jest w stanie tego ukryć ani piękna strona plastyczna (ładna stylizacja i plenery), ani warstwa muzyczna utrzymana w typowej dla Allena mieszanki jazzu i muzyki klasycznej. Nawet dialogi pozbawione są błysku oraz humoru, choć zderzenie świata optymizmu z cynizmem, racjonalizmu i mizantropii z magia oraz urokiem dawało spore pole do popisu.

magia_w_blasku_ksiezyca3

Sytuację częściowo próbują aktorzy i grający główne role Colin Firth z Emmą Stone grają po prostu czarująco. On – twardo trzymający się ziemi racjonalista do szpiku kości ze sporym ego, ona – czarująca i świadoma swojego uroku. A jak wiadomo, przeciwieństwa się przyciągają. Solidny poziom trzyma Simon McBurney (Howard Burkam) oraz Eileen Atkins (ciocia Vanessa).

magia_w_blasku_ksiezyca2

Allen ma to do siebie, że jego filmografia jest jak sinusoida. Raz idzie w gorę, by gwałtownie nagle spaść w dół. „Magia…” to znacznie lżejsza rozrywka, która dla mnie jest troszeczkę za lekka i zbyt słaba jak na produkcję mistrza. Może następnym razem się uda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

Allan Karsson to człowiek z bardzo długim życiem, gdyż skończył równo 100 lat. Trafił wtedy do domu starców i w dzień swoich urodzin decyduje się uciec. Na stacji dochodzi do dziwnej sytuacji, gdyż Allan zostaje poproszony o popilnowanie walizki. Staruszek ucieka z pakunkiem i zaczyna się lawina dziwacznych zdarzeń.

stulatek1

Skandynawskie kino jest czymś, co znam tylko ze słyszenia. Za namową pewnej jednej postanowiłem spróbować się nie ograniczać i tak trafiłem na ten film. Reżyser Felix Herngren tym razem nakręcił czarną komedię mieszającą dwie czasowe przestrzenie. Pierwsza to współczesność, gdzie Allan przypadkowo wplątuje się w gangsterską intrygę związaną z walizką zawierającą strasznie dużo pieniędzy, druga przestrzeń to przeszłość Allana pełna wybuchów, rewolucji oraz innych ważnych wydarzeń XX wieku. Jeśli to drugie przypomina wam „Forresta Gumpa”, to jest to porównanie bardzo jasne i czytelne. A jednocześnie twórcy mają szaloną wyobraźnię (od wojny domowej w Hiszpanii po działalność szpiegowską do upadku muru berlińskiego). Całość jest naprawdę zabawna, choć jest to czarny humor i poziom żartów jest tak absurdalny, że to mogło zdarzyć się tylko w Szwecji. Safandułowaty śledczy, narwany angielski gangster, szwedzcy niedorozwinięci motocykliści, słonica – dzieje się tu sporo, a najważniejszym mottem jest: „Nie myśl, tylko działaj i zdaj się na intuicję”.

stulatek2

Całość jest prowadzona pewnie, co jest też zasługą świetnego Roberta Gustafssona jako Karssona. życiorys tego bohatera nadawałby się na kilka filmów, w których można opowiedzieć (z przymrużeniem oka) o XX wieku. Zarówno jako dość pokręcony piroman (tylko tak zabijesz lisa, który zabił kurę i kota) jak i bierny świadek pokręconych wydarzeń (także jako szpion), co z pewnym dystansem pozwala spojrzeć na nowoczesną historię. Pozostali aktorzy też poradzili sobie dobrze ze swoimi postaciami, zarówno safandułowaty policjant (Ralph Carlsson), pogubiony Benny (David Wiberg), przypadkowo poznany dróżnik Julius (Iwar Wiklander) czy narwany gangster Pim (Alan Ford niejako kopiujący swoją rolę z „Przekrętu”) to bardzo wyraziste i barwne postacie, serwujące silne vis comica.

stulatek3

Reżyser serwuje dość proste przesłanie, że nigdy nie jest za późno na przeżycie niezwykłej przygody. nawet jak się ma sto lat. Mam nadzieję, że jeszcze będę miał w sobie tyle energii w tym wieku.

7/10

Radosław Ostrowski

Joker

Jason Statham to jeden z tych współczesnych herosów kina akcji, na którego filmy mogę iść w ciemno. Wiadomo, że będzie ostro, dynamicznie i z intrygującą choreografią, gdzie aktor za pomocą tylko pięści i wszystkiego poza bronią palną jest w stanie załatwić każdego. Tutaj Statham nazywa się Nick Wild i jest ochroniarzem pracującym dla adwokata w Las Vegas. Jednocześnie pracuje dla niejakiego Kinnicka, a jednocześnie dawna dziewczyna prosi go o pomoc. Problem polega na tym, że ostatni klient ją pobił, oszpecić i pozbawił „narzędzia pracy”, że się tak wyrażę.

wild_card1

Powinno być całkiem solidne kino akcji, ale troszkę reżyser Simon West postanowił troszkę inaczej opowiedzieć całą opowieść. Jest bardziej spokojnie, z przebitkami montażowymi oraz grą w blackjacka. Sporo jest gadaniny (niepozbawionej ciętego humoru), skupiając się na psychice nałogowego hazardzisty. Samo Las Vegas sfilmowane jest w dość mroczny sposób, tworząc ponury klimat. Sam Statham radzi sobie nieźle, jednak w swoim żywiole (naparzanka) radzi sobie bez zarzutu. Sceny akcji, choć nie ma ich zbyt wiele, to są one zrobione z brawurą oraz pomysłową inscenizacją (czy to w kasynie, gdzie słyszymy w tle „White Christmas” czy przed jadłodajnia, gdzie Nick załatwia sześciu kolesi mając tylko łyżkę i nóż plastikowy). Wtedy „Wild Card” nabiera dzikości oraz dynamiki, co w tego typu produkcjach jest esencją.

wild_card2

Reszta aktorów robi tutaj za ciekawe tło, z którego najbardziej wyróżnia się Anne Heche (kelnerka Roxy), Hope Davis (krupierka Cassandra) oraz wyposażony we włosy Stanley Tucci (gangster „Dziecina”). Ogólnie wychodzi z tego całkiem niezła zadyma. W sam raz na luźne popołudnie przy piwku.

wild_card3

6/10

Radosław Ostrowski

Bogowie

Wielu osobom mówi nazwisko Zbigniew Religa – lekarz kardiochirurg, który podjął się niemożliwego. Postanowił zrealizować przeszczep serca w kraju, gdzie ten organ uznawano za rzecz świętą. Cała historia zaczyna się w 1984 roku w Warszawie, gdzie Religa był asystentem profesora Sitkowskiego. Ale porzuca tą posadę, otrzymując propozycję posiadania własnej kliniki w Zabrzu. I co z tego, że jeszcze nie stoi?

bogowie_2014_1

Próbę opowiedzenia o początkach polskiej transplantologii postanowił opowiedzieć Łukasz Palkowski. Twórca świetnego „Rezerwatu” oraz kompletnie nieudanej „Wojny żeńsko-męskiej” tym razem wrócił do formy, a to było bardzo potrzebne. Owszem, jest to laurka złożona profesorowi Relidze, gdzie po drodze lecą kurwy na prawo i lewo, świat ma szarawy kolor zieleni, jednak ogląda się to po prostu świetnie. sama historia jest w stanie trzymać mocno w napięciu (operacje), nie pozbawionego humoru rozładowującego napięcie. Reżyser robi to w niemal amerykańskim stylu – bo to historia człowieka walczącego niemal ze wszystkim (przekonaniami, strachem, wątpliwościami, polityką, brakiem pieniędzy) niczym Prometeusz. Ale jednocześnie jest to jak najbardziej produkcja ku pokrzepieniu serc, pokazująca niewyobrażalny potencjał naszego narodu, wymagająca sporo cierpliwości, determinacji oraz siły. Obraz niemal idealny? Realizacyjnie jest to pierwsza liga w niemal amerykańskim stylu – wszystko tam gra, od zdjęć i scenografii po montaż i muzykę. Można się przyczepić, że postacie (poza Religą) nie są bardziej złożone, że operacji jest troszkę za mało i realia PRL-u troszeczkę przerysowano (państwo stawia niemal kłody pod nogami w sprawie forsy, ale facet w czarnej Wołdze jest to w stanie załatwić), ale to są drobiazgi nie przeszkadzające w odbiorze filmu.

bogowie_2014_2

Jedno nie ulega wątpliwości – film to popis Tomasza Kota. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, że ten facet jest w stanie sprawdzić się w poważniejszej roli, „Bogowie” powinni go przekonać. Religa w jego interpretacji to niepokorny, ambitny i charyzmatyczny lekarz walczący o transplantologię. Zawsze z papierosem w ręku i lekko przygarbiony zapada w pamięci na długo. Palkowski jednak ma bardzo mocny drugi plan z Piotrem Głowackim (Marian Zembala) oraz Szymonem Warszawskim (Andrzej Bochenek) na czele. Dzieje się tam dużo i sporo, a każdy nawet jeśli miał kilka minut, wykorzystuje je na maksa.

bogowie_2014_3

Co ja wam będę mówił? Ubiegłoroczny zwycięzca Złotych Lwów jest filmem na pewno dobrym i dającym wiarę, że Polak potrafi. Także zrobić świetne kino, a tego bardzo potrzeba w ostatnim czasie. O, bogowie!!!

7/10

Radosław Ostrowski

Służby specjalne

Rok 2007 był ważnym rokiem, gdyż zostały zlikwidowane polskie służby specjalne – WSI. W skutek raportu Antoniego Macierewicza polskie służby specjalne zostały przekształcone w SKW. I wtedy zaczyna się wolna amerykanka i wtedy poznajemy trójkę głównych bohaterów, których łączy tylko praca. podporucznik Aleksandra Lach „Białko” jest siostrzenicą generała Światło – byłego szefa WSI i chce znaleźć sposób na zabicie swojego ojca. Kapitan Janusz Cerat ma spore doświadczenie, ale największym problemem jest impotencja. I jeszcze pułkownik Bońka – były ubek inwigilujący Kościół. Każdy z nich ma swoje działania oraz musi chronić bezpieczeństwo narodowe.

sluzby_specjalne1

Punkt wyjścia dla filmu Patryka Vegi był znakomity i dawał szerokie pole do popisu. Ożywiają ostatnie afery i znani politycy (Antoni Macierewicz, Barbara Blida, Andrzej Lepper), a całość pachnie teoriami spiskowymi. Reżyser próbuje skupić się na bohaterach, których życie prywatne nie daje odsapnięcia od zawodowego, gdzie najważniejsze jest posłuszeństwo przełożonemu i nie stawiać żadnych pytań. Tylko problem w tym, że tak naprawdę sama historia nie porywa, wątki nie kleją się do siebie (starania się o adopcję Cerata kompletnie zbędna), a jeszcze dodatkowo wrzucana grypsera z tłumaczeniem (napisy) wywołuje tylko irytację i znużenie. Jeszcze akcja w Afganistanie czy we Włoszech (złamanie prezesa telewizji) trzymały w napięciu i ładnie to wyglądało, ale w następnych scenach akcji montaż tak szybki i chaotyczny działa rozpraszająco. Vega nie panuje nad historią, a finał nie daje żadnej satysfakcji, jakby niedokończony.

Vega z jednej strony dość trafnie obserwuje rzeczywistość, gdzie trzeba długo czekać do lekarza, a z drugiej służby są manipulowane i wykorzystywane przez polityków do prowadzenia własnej brudnej gry. Reżyser też chwali się dokumentacją oraz przygotowaniami do filmu, ale tak jak wspomniałem – slang przeszkadza i wywołuje irytację. Technicznie trzyma się to nieźle, pokazując Warszawę jako nieprzyjemne i mroczne miejsce.

sluzby_specjalne2

Najmocniej stara się prezentować obsada, ale jest ona nierówna. Najbardziej drażnią naturszczycy, irytujący swoją dykcją i głosem jakby czytaniem z kartki. Jednak jest kilka mocnych punktów aktorskich. Po pierwsze Janusz Chabior jako pułkownik Bońka kradnie film swoją obecnością oraz rzucanym mięsem. Ale to wynikało z irytacji oraz pewnej bezsilności. Pozytywną niespodzianką była dla mnie Olga Bołądź, czyli twarda laska w grupie pełnej mężczyzn, uzależniona od adrenaliny. Ale to tylko maska i pozory. najsłabszy jest Wojciech Zieliński w roli Cerata, ale to raczej wina scenarzystów. Poza tym triem jest kilka ciekawych ról, m.in. Agaty Kuleszy (dr Czerwonko), Andrzeja Grabowskiego (przeor kiedyś prześladowany przez Bońkę) i Wojciecha Machnickiego (generał Światło).

sluzby_specjalne3

Strasznie nierówny film wyszedł Vedze. Wydawałoby się, że powrót do kina sensacyjnego byłby powrotem do formy znanej z czasu mocnego debiutu („Pitbull”). Historia średnia, kilka ujęć bardziej przypominających programy typu „997” próbuje być zrekompensowane przez mocne dialogi oraz całkiem przyzwoite aktorstwo. Widać, że to krok w dobrą stronę, niemniej jeszcze trzeba popracować.

5/10

Radosław Ostrowski

Porwanie Michela Houellebecqa

Francuski pisarz Michele Houellebecq to jedna z barwniejszych postaci europejskiej kultury, znana z bardzo wyrazistych poglądów (bardzo kocham islam i dlatego nazwał go „najgłupszą religią świata”).  W 2011 roku promował swoją najnowszą powieść „Mapy i terytorium” i nagle… zniknął. Pojawiły się różne hipotezy – a to zabrało go UFO, a to, że z miłości do islamu sprawę w swoje ręce wzięła Al-Kaida. Ale autor się znalazł i o sprawie zapomniano. Jednak pewien francuski reżyser Guillaime Nicloux postanowił opowiedzieć o tych dniach.

houellebecq1

Sam film jest mocno stylizowany na dokument, ale nie jest to w żadnym wypadku dokument ani rekonstrukcja wydarzeń. To po prostu dziwna historia o trzech kolesiach (braciach), którzy postanowili porwać Houellebecqa. Oczekiwanie na okup przypomina troszkę „Czekanie na Godota”, bo nie wiadomo kto miałby zapłacić. Ale samo czekanie przepełnione jest… rozmowami. O wszystkim, o literaturze, o alkoholach, o walkach mieszanych, o Unii Europejskiej czy nawet o Polsce. Sam pisarz jest traktowany dość łagodnie i ze sporą swobodą. Może sobie zapalić, wypić alkohol, a nawet sprowadzona mu zostaje prostytutka. Takiego porwania nie powstydziłby się sam Monty Python.  Im dalej, tym wszystko staje się niemal absurdalne, że to poczucie humoru nie dla wszystkich będzie jasne i czytelne.

houellebecq2

Sam Houellebecq w roli Houellebecqa radzi sobie bardzo dobrze. Wydaje się troszkę chimerycznym i cherlawym facetem o sporej inteligencji. Sama mimika mówi, że musiał się chyba naprawdę dobrze bawić się podczas realizacji tego przedsięwzięcia. Pozostali aktorzy też radzą sobie naprawdę świetnie, jednak są tylko dodatkiem dla pisarza.

houellebecq3

Bardzo specyficzne kino, gdzie powaga miesza się z absurdem. To jest bardzo dziwne porwanie i dlatego szybko nie zapomnę o tym filmie.

7/10

Radosław Ostrowski