Miasto 44

Chyba żaden film polski nie wywołał ostatnio takich emocji jak „Miasto 44”. Film skupia się na postaci Stefana, który zostaje zaprzysiężony kilka dni przed powstaniem.

miasto_44_1

Jan Komasa zaskakuje tutaj nie tylko rozmachem, niemal hollywoodzkim, ale też całkiem nieźle oddaje atmosferę czasu powstania: od euforii (za 2-3 dni, będzie po wszystkim) przez zniechęcenie po grozę i bezwzględność działań powstańczych. Można się przyczepić, że realizacja jest bardzo współczesna i nowoczesna, a bohaterowie są płascy i mało ciekawi (a wątek miłosny między Stefanem i Biedronką – niemal na granicy kiczu). Komasa nie próbuje się bawić w publicystykę czy atakować polityków, ale pokazuje młodych ludzi w czasach, gdy gotowość na oddanie swojego życia za swój kraj było czymś naturalnym. I im dalej trwa powstanie, tym bardziej widać beznadzieję sytuacji – jest coraz mocniej, brutalniej (z obowiązkowym slow-motion) i parę scen na pewno wielu zmiażdży emocjonalnie. Na mnie największe wrażenie zrobiły sceny w kanałach (niemal iście horrorowa strona plastyczna) oraz w piwnicy obrzuconej granatami, gdzie zabijano cywili. To na takich scenach budowany jest ten film, choć może wielu znudzić ten teledyskowy montaż oraz wpleciona muzyka (m.in. dubstep).

miasto_44_2

O aktorstwie pokrótce powiedziałem, że jest i nie przeszkadza. Bohaterowie mają być na tyle wyraźni, żeby było ich widać, ale o sympatii można zapomnieć, gdyż w każdej chwili mogą zniknąć z ekranu. Tak naprawdę najbardziej warci zapamiętania byli wcielający się w dowódców Tomasz Schuchardt („Kobra”) oraz Michał Żurawski („Czarny”). Dominuje tutaj młoda grupa aktorów z mało znanymi (jeszcze) twarzami, z wyjątkiem Antoniego Królikowskiego („Beksa”) i robią co mogą, radząc sobie poprawnie.

miasto_44_3

Komasa miał ambicje bycia drugim Wajdą. Plusem na pewno jest to, że stara się unikać patosu i pokazuje powstanie bez słodzenia i ogródek – jako okrutna walka, jak zresztą każda wojna. Problem w tym, że postacie były mi obojętne, a coraz mocniejsze i brutalniejsze sceny mogły działać odstraszająco. Wyraźnie adresowane dla młodego widza z pokolenia Facebooka. Na pewno nie przejdziecie obojętnie wobec niego.

Radosław Ostrowski

Pudłaki

Czym są Pudłaki? To trolle zamieszkujące podziemia miasta Cheesebridge, gdzie nie są mile widziane. Mają złą reputację odkąd oskarżono je o porwanie syna niejakiego Trubshowa – genialnego konstruktora. Podobno porywają dzieci i zjadają je, dlatego zadania wytępienia Pudłaków podejmuje się Archibald Snatcher, w zamian za członkostwo w wyższych sferach prawda jest taka, że syna Trubshowa nie porwały Pudłaki, tylko zajęły się nim. Jednak chłopiec wyrósł i musi podjąć walkę o swoich kumpli.

pudlaki1

Nowe dzieło studia Laika nie jest typową animacją, jakie powstają z ręki takiego Disneya czy DreamWorksa. Zostało ono zrobione w powracającej co kilka lat technice animacji poklatkowej, gdzie postacie jak i tło zostaje stworzone ludzkimi rękoma, a nie komputerem. Wizualnie jest to bardzo groteskowa, odrealniona wizja, gdzie postacie mają bardzo paskudne twarze, nienaturalne rozmiary oraz pewien brud pokryty pokręconą scenografią, mocno pachnącą Timem Burtonem. Oznacza to jedno – nie jest to produkcja dla najmłodszego odbiorcy, chyba że chcecie go wystraszyć. Sama historia może nie jest zbyt zaskakująca (apel o tolerancji i akceptacji inności), jednak zarówno sama wizja świata oraz animacja samych Pudłaków plus kilka brawurowych scen akcji (ucieczka z fabryki Snatchera) robi naprawdę dobre wrażenie. A najzabawniejsze (poza mamrotaniem Pudłaków) są tutaj dyskusje sługusów czarnego charakteru co do słuszności swoich działań. Tylko troszkę to zbyt moralizatorskie dla mnie.

pudlaki2

Swoje za to robi naprawdę udany polski dubbing, co jest zasługą Bartosza Wierzbięty, który nie tylko przetłumaczył całość, ale też wyreżyserował polską wersję językową. Z solidnego dubbingu najbardziej wybija się tu świetny Andrzej Blumenfeld w roli paskudnego i zakompleksionego Snatchera, chcącego wyrwać się z nizin społecznych, choć nie do końca pasuje do wyższych sfer (powiem tylko tyle, że chodzi o ser) oraz prowadzący filozoficzne dialogi duet Janusz Wituch/Paweł Szczęsny (pan Karp i pan Piskorz). Ale też grający główną rolę Wit Apostolakis (Eggs) radzi sobie z postacią młodego chłopca zaprzyjaźnionego z Pudłakami (mamroczą bardzo).

pudlaki3

Jak widać animacja poklatkowa nie umarła i przeżywa swój renesans (m.in. „Fantastyczny pan Lis” czy „ParaNorman”), a „Pudłaki” tylko potwierdzają tą prostą prawdę. Animacja dla bardziej starszego kinomana, który już swoje koszmary senne ma już dawno za sobą.

pudlaki4

7/10

Radosław Ostrowski

Teoria wszystkiego

Profesor Stephen Hawking – jeden z najbardziej znanych umysłów XX wieku, o którym niemal każdy słyszał. Dlatego wydawał się tak interesującym materiałem na film. Wiedzieli już o tym twórcy telewizyjnej biografii zrobionej w 2004 roku. Teraz własną wersję postanowił opowiedzieć James Marsh.

teoria_wszystkiego1

Anglik jest świetnym reżyserem pod warunkiem, że kręci filmy dokumentalne. Tym razem reżyser postanowił zmienić perspektywę i opowiedzieć o tym uznanym naukowcu z perspektywy jego pierwszej żony Jane. Pomysł wydawałoby się nieszablonowy i nietypowy (podobnie było z nakręconym dwa lata temu „Hitchcockiem”), jednak tutaj historia obyczajowa rozpisana na przestrzeni ponad 30 lat (od czasów studiów po wydanie „Krótkiej historii czasu” aż do rozstania) działa bardzo nużąco. Przyczyny są dwie – po pierwsze, jest to bardzo ugrzeczniony obraz, gdzie brakuje tutaj miejsca na silniejsze emocje, po drugie relacja ta jest potraktowana po łebkach, na szybko i bez jakichkolwiek emocji. I nie pomaga w tym świetna praca kamery (teledyskowa niemal forma w ujęciach pokazujących zmiany w składzie rodziny Hawkinga czy niektóre ujęcia w niebieskiej kolorystyce). W dodatku o samych naukowych dokonania profesora nie ma zbyt wiele miejsca, a to byłoby na pewno interesujące, by dowiedzieć się dlaczego jest to tak ważna postać dla nauki. Te proporcje zostały zaburzone i to z niekorzyścią dla obrazu, który zostaje niczym innym niż tylko wyciskaczem łez (przynajmniej w teorii).

teoria_wszystkiego2

Jeśli coś broni ten film przed porażka to wyłącznie jest to kreacja Eddie’ego Redmayne’a w roli profesora Hawkinga. I tu nie chodzi tylko o fizyczny wygląd, ale też to, jak na niego działa ALS (zanikanie boczne mięśni), całkowicie niemal paraliżując jego ciało. Ta fizyczna metamorfoza robi ogromne wrażenie, a reszta aktorów (w tym niezawodząca Felicity Jones jako żona oraz zawsze przyjemny dla oka David Thewlis) robi tak naprawdę za tło. Szkoda tylko, że scenariusz nie pozwala rozwinąć skrzydeł.

Sam film sprawia wrażenie pozbawionego emocji oraz wspieranego przez lobby sprzedawców chusteczek. Za grzeczne to, zbyt monotonne i za mało dowiadujemy się o samym Hawkingu oraz jego pracy naukowej. Troszkę jakby odhaczano co ważniejsze wydarzenia opisane w jakiejś encyklopedii. Szkoda, bo mogło być naprawdę interesujące kino.

5/10

Radosław Ostrowski

Son of a Gun

Młody JR właśnie trafia do więzienia, gdzie bez wsparcia innych możesz sobie nie poradzić. Tam właśnie poznaje doświadczonego wygę Brendana Lyncha, który odsiaduje za kradzież. Weteran postanawia pomóc młodemu w pierdlu, ale jak to się mówi – nic za darmo. Po wyjściu chłopak ma pomóc Brendanowi w ucieczce oraz wziąć udział w dużym skoku.

son_of_a_gun1
Australijski reżyser Julius Avery miał ambicje pozostania nowym Michaelem Mannem. Przynajmniej czuć inspirację tym reżyserem mocno, ze wskazaniem na „Złodzieja”. Intryga jak zawsze ulega komplikacjom, prosty plan się sypie, a krew leje się tu czasami mocno. Problem w tym, że jest to tak wtórne i mało angażujące – łatwo przewidzieć następny ruch, finałowa konfrontacja sprawia wrażenie jakby była, bo musiała być. Kobiet tu praktycznie nie ma – poza jedną cwaniarą o imieniu Tasha. Owszem, pościgi i strzelaniny są zrobione bez zarzutu i na poziomie, jednak ani klimatu, ani napięcia to nie nakręca, choć wydaje się być wszystko na miejscu. Troszkę szkoda, bo porządnej sensacji nigdy dość.

son_of_a_gun2
Sytuacje próbuje ratować przyzwoite aktorstwo. Do Ewana McGregora nie można się przyczepić, gdyż ma w sobie tyle charyzmy, iż jest w stanie przekonać jako gangster. Nieźle sobie poradził za to Brendon Twaites w roli młodego wilczka z temperamentem oraz szybkim wchłanianiem wiedzy. Problem w tym, że między nimi nie ma żadnego zwarcia ani chemii, co jest niewybaczalnym błędem. Reszta obsady tak naprawdę jest tylko elementem dekoracyjnym.

Trudno odmówić reżyserowi ambicji oraz dynamicznych scen akcji, problem w tym, że „Son of a Gun” niczym nie zaskakuje i po pewnym czasie łatwo przewidzieć kolejność wydarzeń. Przed Averym jest jeszcze daleka droga do zostania mistrzem gatunku.

6/10

Radosław Ostrowski

Mów mi Vincent

Vincent jest wyjątkowo antypatycznym typem – pijus, hazardzista, korzysta też z usług ciężarnej prostytutki i ma w mieszkaniu – jak to śpiewał zespół T.Love – „szarmandzki syf”. I jego dość spokojne i monotonne życie zmienia się pod wpływem nowych sąsiadów, który na dzień dobry rozwalili mu auto oraz urwali gałąź z drzewa. Ci goście to samotna matka Maggie z synem Oliverem.

sw_wincenty1

W zasadzie dalsze opowiadanie nie ma sensu, bo wiemy jak to się skończy. Reżyser Theodore Melfi jest świadomy, ze korzysta z ogranych klisz. Mamy zgryźliwego tetryka, młodego chłopaka stającego się uczniem tetryka, sympatyczną prostytutkę, nieprzyjemnego bukmachera oraz katechetę jajcarza. Widziałem to parokrotnie, ale reżyser powagę miesza z humorem nie pozbawionym złośliwości oraz ironii. jednak tak naprawdę jest to opowieść o przyjaźni oraz samotności. Prawda jest taka, że każdy z nas jest większym lub mniejszym egocentrykiem, tylko że nie umiemy się przyznać do tego. Finał jest znany, ale po drodze poznamy kilka niezłych żartów, uważnej refleksji na temat natury ludzkiej oraz przeżyjemy udar. A po drodze dostaniemy jeszcze świetny soundtrack, lekcję bijatyki, oszukiwania oraz… bycia człowiekiem. Może troszkę zakończenie jest lukrowane (nie pozbawione jednak humoru), ale i tak przyjemnie się to ogląda.

sw_wincenty2

I powiem to wprost: to jest one man show Billa Murraya. Może i grał już ten typ postaci (ironicznego zgreda), ale jak każda tego typu postać skrywa w sobie pewien ból oraz wrażliwość schowaną pod maską cynika. Cała reszta obsady, choćby nie wiem jak by się starała (a stara się bardzo), jest tak naprawdę tylko dekoracją dla niezmordowanego Murraya. Ale trzeba pochwalić zarówno Jaredena Lieberhera (Oliver), który ma silną chemię z Murrayem, troszkę poważniejszą Melissę McCarthy (matka Olivera) oraz mówiącą rosyjskim akcentem Naomi Watts (prostytutka Daka).

Słodko-gorzkie kino o zwykłych ludziach – tego typu produkcje nadal dobrze się bronią. Naprawdę udane kino o św. Wincentym.

7/10

Radosław Ostrowski

Brudny szmal

Tytułowy „The Drop” oznacza zrzutnię – miejsce, gdzie gangsterzy zgarniają swoją kasę z całej dzielnicy. Jedna z takich zrzutni jest bar, który kiedyś należał do Marva, ale przejęli go Czeczeni. Marvowi w interesie pomaga stojący przy barze Bob. Życie obu facetów zmienia się pod wpływem dwóch wydarzeń: najpierw Bob znajduje pobitego psa i go przygarnia, ale potem dochodzi do napadu na bar i trzeba oddać szmal skradziony gangsterom.

brudny_szmal1

Coraz częściej w Hollywood można dostrzec dwie rzeczy. Po pierwsze, zapraszają do siebie osoby spoza USA do realizacji swoich filmów. Po drugie, scenarzystami staja się pisarze. „Brudny szmal” to wypadkowa obydwu tych tez, albowiem reżyserem jest Belg Michael Roskam, a scenariusz napisał ceniony autor kryminałów Dennis Lehane, który przeniósł akcję z ukochanego Bostonu do Nowego Jorku. Sama historia jest opowiedziana w sposób bardzo spokojny, bez żadnych fajerwerków i toczy się dwutorowo. Watek sensacyjny ma mocne fundamenty i jest prowadzony w sposób konsekwentny do finału. Z kolei obyczajowa obserwacja środowiska, gdzie ludzie są skazani na samotność wskutek swoich decyzji, jest bardzo celna i trafna. Wizyta w kościele nie jest w stanie niczego załatwić – to na ulicy dochodzi do ostatecznych wyjaśnień. Roskam trzyma puls i potrafi trzymać mocno w napięciu (napad na bar). Fatalistyczny klimat opowieści psuje troszkę zakończenie, sprawiające wrażenie dopisanego na siłę. Niemniej ostatnio takich porządnych filmów sensacyjnych jest przy mało.

brudny_szmal2

Także psychologicznie postacie są wiarygodne, a ich relacje bywają ważniejsze niż intryga. I są po prostu świetnie zagrani. Największe brawa należą się Tomowi Hardy’emu, potwierdzającemu swoją formę oraz dyspozycję, a postać Boba zostanie w pamięci na długo. Zwłaszcza w kulminacyjnym finale (którego zdradzić jednak nie mogę) dokonuje zaskoczenia. Wyglądająca zwyczajnie Noomi Rapace (Nadia) świetnie sobie radzi w roli pozornie silnej kobiety, a Matthias Schoenaerts (Eric Deeds) budzi przerażenie, ale tutaj najbardziej wybija się wyborny James Gandolfini. Kuzyn Marv w jego interpretacji to jednocześnie zgorzkniały i porywczy facet, marzący o powrocie do gry oraz emeryturze.

brudny_szmal3

Kolejna pozytywna niespodzianka zeszłego roku, która miała trafić do polskich kin, ale dystrybutor w ostatniej chwili się wycofał. Po obejrzeniu filmu nie jestem w stanie tego zrozumieć, bo to jeden z ciekawszych kryminałów ostatniego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Automata

Jest rok 2044. Ziemia na skutek burzy słonecznych zmienia się w radioaktywną pustynię, oddzieloną murem budowanym przez roboty nazwane Pielgrzymami Automata 7000. Maszyny są objęte dwoma protokołami: robot nie może zaatakować człowieka i nie może samodzielnie modyfikować. Sprawdzaniem robotów zajmuje się agent ubezpieczeniowy Jacq Vaucan. Pewnego dnia zajmuje się nietypowym przypadkiem robota zastrzelonego przez policjanta. Okazuje się, ze robot był poddawany modyfikacjom, co jest niezgodne z drugim protokołem. Vaucan prowadzi śledztwo, które odmieni jego życie.

automata1

Hiszpański reżyser Gabe Ibanez podjął się realizacji filmu SF (za amerykańskie pieniądze) i choć widać pewne budżetowe braki, wyszedł zaskakująco przyzwoity tytuł. Początek budzi skojarzenia z „Blade Runnerem” – deszczowe miasto, pełne brudu, kolorowych neonów oraz banerów. A jednocześnie obserwujemy powolny rozpad społeczności. Kryminalne śledztwo, mocno przypominające klimatem czarne kryminały potrafi utrzymać w napięciu, także dzięki mrocznym zdjęciom oraz interesującej scenografii. problem jednak zaczyna się, gdy bohater trafia na pustynię (przedtem jest efektowny pościg) – wtedy klimat zmienia się i powoli zanika. Jednak po drodze Ibanezowi udaje się zadać kilka pytań o sztuczną inteligencję oraz człowieczeństwo, serwując kilkoma scenami akcji. Nie przeszkadzają też zapożyczenia (także z „Mad Maxa” – pustynny krajobraz czy „Ja, robot” – wygląd robotów oraz protokoły), ale zwolnione tempo może parę osób zniechęcić.

automata2

Swoje robią za to dobrze zagrane role. Bardzo cieszy pojawienie się Antonio Banderasa w roli przypominającej troszkę Ricka Deckarda. Typowy śledczy – dociekliwy, szukający odpowiedzi, a łysina bardzo zaskakuje. Drugą zapadają w pamięć postacią jest naukowiec – dr Dupre (Melanie Griffith) badająca roboty i pomagająca naszemu detektywowi w sprawie. Ale pojawia się na dość krótki czas. Pozostałe role są zagrane bardzo przyzwoicie i trudno się do nich przyczepić.

automata3

Do połowy „Automata” wydaje się intrygującym oraz ciekawym filmem SF z dość oszczędnymi efektami specjalnymi oraz mrocznym klimatem. Potem jednak napięcie siada i brakuje tempa, jednak efekt może parę osób pozytywnie zaskoczyć. Fani SF znajdą coś dla siebie, a Ibanez może jeszcze kiedyś zaskoczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

John Wick

Poznajcie Johna – to facet w wieku średni, mieszkający sam po śmierci żony. Pewnego wieczora przychodzi do niego przeznaczenie, a dokładniej trzech ruskich zakapiorów, którym odmówił sprzedaży auta. Pobili Johna, ukradli mu auto i zabili psa – prezent od zmarłej żony. John tego nie mógł znieść i chce się zemścić. Jeśli powiem wam, że John Wick był płatnym kilerem pracującym dla gangstera, którego syn był jednym z trójki bandziorów – jedno jest wiadome, krew się poleje.

john_wick1

Debiutujący na polu reżyserskim  David Leitch i Chad Stahelski to uznani i doświadczeni kaskaderzy filmowi. Wiec po ich debiucie nie należy się spodziewać dramatu egzystoraz poważnej refleksji na temat kondycji człowieka. Z kolei scenarzysta Derek Kolstad jest autorem fabuł klasy B z Dolphen Lundgrenem. Mając takie fundamenty można było liczyć na co najwyżej średniaka, ale stała się rzecz niezwykła. Wyszedł z tego naprawdę przyzwoity akcyjniak, w którym fabuła jest tak naprawdę pretekstem do bijatyk i strzelanin w ilościach hurtowych. Wiadomo jak to się skończy i to jest największa wada. Ale realizacja jest naprawdę imponująca – nocne zdjęcia budują mroczny klimat, bijatyki i strzelaniny są niepozbawione finezji (jatka w dyskotece miejscami przypominała balet spod znaku Johna Woo) i w dodatku są tak zmontowane, że wszystko widać. Realizacją przypomina stare, dobre kino akcji z lat 80., a adrenalinę jeszcze bardziej podkręca świetna muzyka. Do tego jeszcze odrobinka czarnego humoru i pomysłowy świat, gdzie płaci się „złotymi monetami”, specjalnych sprzątaczy zamawia się przez restaurację, ale i tak wszystko bije hotel Continental – hotel dla zabójców, gdzie nie wolno załatwiać swoich interesów, co będzie karane. Z czymś takim nie zetknąłem się od dawna.

john_wick2

Aktorsko jest tutaj dość prosto, ale bez poważnych błędów. Keanu Reeves idealnie pasuje do swojej roli. Wick to facet, o którym krążą legendy, a reputacja jest powszechnie znana w półświatku – niemal mityczny heros. Owszem, jest troszkę komiksowy (prawie nieśmiertelny i zawsze elegancko ubrany), ale nie wywołuje irytacji czy znużenia. Ale jak się zemści, to na całego i nie przebaczy nikomu, nawet księdzu (można rzec, że on have a very particular set of skills). Taki to badass nad badassy. Równie świetny jest Michael Nyqvist w roli czarnego charakteru, który jest czarny i skupia swoją uwagę nawet bardzo drobnym spojrzeniem. I robi to w niemal lekki sposób. Jeśli chodzi o drugi plan mamy tu niewykorzystanego Willema Dafoe i Adriannę Palicki (kilerzy na zlecenie) oraz czarującego Iana McShane’a (Winston – właściciel hotelu) oraz Lance’a Reddicka (portier).

john_wick3

Z jednej strony to przewidywalny i oczywisty akcyjniak, ale sposób realizacji jest naprawdę solidny. W dodatku Keanu Reeves wpisuje się w nurt starych, ale jarych herosów kina akcji. A co wy byście zrobili, gdyby ktoś zabił wam psa?

7/10

Radosław Ostrowski

Challange accepted – Clint Eastwood

nadrabiam_Eastwooda

Pewnie wielu z was zastanawia się co to za fotka i o co tu chodzi z tą akcją? Clint Eastwood w maju będzie obchodził 85 urodziny. Z tej okazji blog Po napisach zorganizował akcję, polegająca na obejrzenia wszystkich filmów wyreżyserowanych przez tego uznanego aktora oraz reżysera i producenta. Wiele z tych filmów widziałem wiele lat temu, inne niedawno. Dlatego postanowił podjąć się tego wyzwania i obejrzeć tyle filmów Brudnego Clinta, ile się da (czyli wszystkie albo prawie wszystkie). Będę o nich meldować tutaj, skreślając każdy tytuł. Życzcie mi powodzenia i trzymajcie kciuki. Sam też zachęcam do zapoznania się z filmografią Eastwooda. Poniżej cała filmografia – te skreślone filmy (zapożyczenie od Patryka) już widziałem, ale chętnie sobie przypomnę (poza „Madison County”, które już opisywałem):

American Sniper (2014)

Jersey Boys (2014)
J. Edgar (2011)
Hereafter (2010)
Invictus (2009)
Gran Torino (2008)
Changeling (2008)
Letters from Iwo Jima (2006)
Flags of Our Fathers (2006)
Million Dollar Baby (2004)
Mystic River (2003)
Blood Work (2002)
Space Cowboys (2000)
True Crime (1999)
Midnight in the Garden of Good and Evil (1997)
Absolute Power (1997)
The Bridges of Madison County (1995)
A Perfect World (1993)
Unforgiven (1992)
The Rookie (1990)
White Hunter Black Heart (1990)
Bird (1988)
Heartbreak Ridge (1986)
Pale Rider (1985)
Sudden Impact (1983)
Honkytonk Man (1982)
Firefox (1982)
Bronco Billy (1980)
The Gauntlet (1977)
The Outlaw Josey Wales (1976)
The Eiger Sanction (1975)
Breezy (1973)
High Plains Drifter (1973)

Play Misty for Me (1971)

Gość

Rodzina Petersonów wydaje się przeciętną, nie wyróżniającą się familia, która straciła swojego syna służącego w wojsku. Młody chłopak Luke jest bity, siostra Anna zadaje się z dealerem narkotykowym, matka nie pogodziła się ze śmiercią syna, a ojciec nie dostał awansu w pracy. I wtedy do ich drzwi puka niejaki David, który był kolegą z wojska zmarłego. Wydaje się być w porządku – wypije piwo, pomoże w praniu, nauczy młodego chłopaka jak się bić. I wtedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy – narkoman zostaje aresztowany, prześladujące dzieciaki dostają łomot. Myślicie, że to ma związek z Davidem, który przybył, by przekazać ostatnie słowa ich syna oraz zadbać o nich?

gosc1

Adam Wingard stara się być cwanym filmowcem, który chce łączyć powagę z grozą, humorem oraz kiczem. Przy horrorze „Następny będziesz Ty” wyszło to co najwyżej średnio, jednak „Gość” wydaje się dużo lepszym towarem, choć sklejonym z tysięcy klisz. Zbuntowana nastolatka, chłopiec traktujący gościa jak autorytet, tajemnica związana z Davidem, strzelaniny oraz makabryczna konfrontacja w szkolnej dyskotece (to ostatnie troszkę pachnie „Carrie” De Palmy). Dialogi są lakoniczne, humor czerstwy, wizualnie pachnie starymi latami 80-tymi, z lekko kiczowatą stylistyką potęgowaną przez muzykę (disco, techno, Clan of Cymox). Niby wiemy co się stanie, ale stylowa forma powoduje, że jednak dostajemy parę zaskakujących wolt (niestety, wymagałoby to spoilerowania), świetnie zainscenizowane sceny przemocy (bijatyka w barze) – wszystko to zrobione na granicy groteski, kiczu i powagi. I to naprawdę dobrze wyważone, a ogląda się to świetnie.

gosc2

Swoje też robią świetnie poprowadzeni aktorzy. Dan Stevens wielu kojarzy się z serialem „Downton Abbey”, jednak tą rolą (oraz w „Krocząc wśród cieni”) zrywa ze swoim wizerunkiem eleganckiego dżentelmena. Nadal jest zabójczo przystojny, wydaje się być porządnym i miłym facetem, jednak nie boi się sięgać po siłowe argumenty. Więcej o nim nie powiem, bo to na tej postaci wiąże się fabuła filmu. Poza nim jeszcze kilka pozytywnie poprowadzonych postaci jak córka (Maika Monroe), chłopak Luke (Brendan Mayer) czy oficer żandarmerii (Lance Reddick), którzy wypadają naprawdę dobrze.

gosc3

„Gość” to jedna z największych niespodzianek roku 2014, zaś Adam Wingard garściami czerpie od Refna, Carpentera, Raimiego oraz innych klasyków kina klasy B. kto wie, co tym razem ten gościu wymyśli, ja czekam z niepokojem.

7/10

Radosław Ostrowski