Mapy gwiazd

Hollywood – zapraszam was na wycieczkę po tej części Hollywood, gdzie rządzi blichtr i bogactwo. Nasza przewodniczką po tym świecie będzie niejaka Agatha Weiss. Jej ojciec jest znanym psychiatrą, matka agentką, a jej brat dziecięcym aktorem oraz gwiazdą. Sama dziewczyna ma ślady po poparzeniach z powodu pożaru, którego dokonała kilka lat wcześniej. Teraz pojawia się w Hollywood, gdzie podejmuje pracę u Havany Segrand.

mapy_gwiazd1

David Cronenberg jest jednym z najbardziej chorych reżyserów, który przedstawia zazwyczaj swoje pokręcone wizje. Tym razem postanowił zrobić satyrę na Hollywood, jednak zrobił to po swojemu. Narkotyki, duchy przeszłości (dosłownie), obsesje, seks, cielesność i żądza sławy – tutaj Cronenberg idzie miejscami mocno po bandzie, próbując działać na psychikę człowieka. Mozaikowa konstrukcja przypominająca filmy Roberta Altmana (brak jednego głównego bohatera), gdzie losy kilku postaci przeplatają się ze sobą. Reżyser próbuje wsadzić szpile producentom (Harvey – wiesz o kim mówię), celebrytom (dzieciarnia) i przebrzmiałym gwiazdom, żyjącym w cieniu swoich sławnych rodziców. Wszyscy są tutaj zombiakami, którym bardziej zależy na sławie, popularności, pozostawiając za sobą wielką moralną degrengoladę. Wszystko to bardziej pachnie psychodelicznym klimatem Lyncha (podkreślanym przez orientalną muzykę Howarda Shore’a), a reżyser przygląda się swoim żałosnym i pozbawionym hamulców bohaterów niczym insektom pod mikroskopem. Tylko dlaczego oglądałem to wszystko z taką obojętnością? Być może z powodu niemal totalnego przerysowania świata Hollywood, z niemal groteskowymi bohaterami, którzy wywołują jedynie obrzydzenie i antypatię.

mapy_gwiazd2

Każdy tu kogoś gra i udaje – widać to na przykładzie rodziny Weissów. Rodzice (niezły John Cusack i znerwicowana Olivia Williams) popełnili kazirodztwo, nie wiedząc o tym i zależy im bardziej na swojej reputacji oraz by mroczne tajemnice pozostały w szafie. Tak jak Agatha (intrygująca Mia Wasiowska), która wydaje się być wyleczona, jednak objawia w sobie psychiczne odchyły (finał). Ale tak naprawdę aktorsko błyszczy tutaj jedna osoba – wyborna Julianne Moore. Havana jest totalną mimozą, która nie potrafi się wyrwać z cienia swojej tragicznie zmarłej matki, ale jest chyba najbardziej nieobliczalną postacią, znającą reguły szołbiznesu. I chyba tylko ona była w stanie wywołać odrobinę współczucia.

mapy_gwiazd3

Gdyby „Mapa gwiazd” pozostał tylko satyrą, mogła być mocnym filmem wsadzającym kij w mrowisko. Jednak jako dramat opisujący dysfunkcyjną rodzinę po prostu jest zbyt przerysowany. Zbyt porąbany i mocno zobojętniający. Widać Cronenberg nadal nie będzie moim ulubionym reżyserem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kalwaria

James Lavelle jest prostym księdzem, który od lat pracuje w parafii. Prowadzi dość spokojny i stabilny tryb życia, jednak podczas spowiedzi ktoś grozi mu śmiercią. Ksiądz domyśla się kto życzy mu śmierci, jednak nie decyduje się bronić czy uciekać. Ma tydzień do dnia egzekucji.

calvary1

John Michael McDonaugh jest młodszym bratem pokręconego Martina odpowiedzialnego m.in. za „In Bruges”. Po świetnie przyjętym debiucie jakim był „Gliniarz”, tym razem twórca mierzy wyżej, próbując zmieszać dramat religijny z thrillerem. I trzeba przyznać, że ta kombinacja jest całkiem intrygująca. Wątek kryminalny jest poniekąd przy okazji prowadzony, jednak tak naprawdę jest to odpowiedź o cierpieniu, rozrachunku z samym sobą oraz sensie wiary. Zapalnikiem jest tutaj kwestia pedofilii w Kościele, jednak mogło być nim wszystko. Klimat przypomina powieści Dostojewskiego, łagodzonego czarnym humorem, a małe irlandzkie miasteczko jest miejscem, które Bóg opuścił już dawno temu. Ducha zastąpił hedonizm, konsumpcja, seks, narkotyki, a Kościół osłabiony skandalami, żądzą pieniędzy  oraz aferami nie ma już tego posłuchu ani siły. I jak tu być autorytetem w świecie, gdzie nie jest się nikomu potrzebnym? I nie są w stanie tego zmienić piękne plenery (operator dokonuje pięknej roboty) ani ludzie, na poły groteskowi i bardziej dbający o swoje potrzeby (scena spalenia kościoła), mający swoją własną wiarę oraz problemy, z którymi nic nie zamierzają zrobić. I to wszystko daje do myślenia.

calvary2

Swoje robi też pierwszorzędne aktorstwo. Breendan Gleeson, który stał się ulubionym aktorem obojga braci McDonaugh jest bardzo dobry w roli księdza Lavelle’a – poczciwego i starającego się być porządnym facetem. Jego próby nawrócenia spotykają się z obojętnością, co czasami doprowadza go do zwątpienia (rozmowa z dziewczynką przerwana przez przyjazd ojca czy wyznanie złożone młodemu księdzu po pijaku), jednak nie poddaje się, ciągle walczy. Aktor bardzo uważnie buduje subtelności tej postaci – niepozbawionej mądrości, ale też niepozbawionej słabości, nie tylko do alkoholu. Poza nim towarzyszą mu równie wyborni Chris O’Dowd (narwany rzeźnik Jack), Kelly Reilly (wycofana córka księdza Fiona) oraz Aidan Gillen (cyniczny lekarz Frank).

calvary3

Nie brakuje tu religijnej symboliki czy poważniejszej treści, jednak „Calvary” nie jest nudnym, powolnym czy dziwacznym filmem. McDonaugh bardzo zgrabnie łączy różne gatunki, a jednocześnie daje wiele do myślenia, co jest naprawdę rzadką kombinacją. Takie rzeczy tylko w Irlandii.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz

Marvel ostatnio coraz bardziej szaleje, jeśli chodzi o adaptacje swoich komiksów – to, co robi Kevin Feige zasługuje na uznanie. Przed nową częścią Avengers powstają ciągi dalsze przygód członków tej ekipy. Był już Ajron Men, Człowiek Młot (Thor), teraz przypomina o sobie największy harcerzyk tego uniwersum – Kapitan Ameryka.

Jak pamiętamy pierwszą część (a kto nie widział, będzie mu to przypomniane podczas wizyty w Muzeum Smithsonian), Steve Rogers został odmrożony po 70 latach i pracuje dla T.A.R.C.Z.Y. Jednak po ostatniej akcji (odbicie zakładników i ochrona danych) dochodzi do dziwnych sytuacji – szef agencji Nick Fury zostaje zabity, a Kapitan staje się celem. W dodatku wkracza do akcji niejaki Zimowy Żołnierz.

kapitan_ameryka1

O ile pierwsza część miała w sobie coś z lekkiego kina przygodowego, o tyle film braci Russo tym razem skręca w stronę szpiegowskiego thrillera, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Widać to zarówno w ponurej i chłodnej warstwie wizualnej (budynki chłodne i sterylne), a także w piętrowej intrydze, w której pojawia się stary wróg (nazistowska organizacja Hydra). Poza świetnie zrobionymi scenami akcji oraz niezłymi żartami (lista rzeczy do nadrobienie z ostatniego półwiecza) oraz lekkością, padają pytania o inwigilację i bezpieczeństwo obywateli, rząd działający w tajemnicy i po cichu wybierający mniejsze zło. Czy też jest miejsce na Steve’a Rogersa, który zyskuje polityczna świadomość. To wszystko jest tak jakby przy okazji, nie zapominając o czystej zabawie. Nadal jest widowiskowo (zamach na Fury’ego w mieście – takie akcji nie widziałem od czasów „Gorączki”), patos został zredukowany do minimum, montaż jest dynamiczny i efektowny – jednym słowem totalna zadyma. Może trochę bajeranckie, a intryga jest szyta grubymi nićmi, ale to jedyne poważne wady.

kapitan_ameryka2

Twórcom udało się też stworzyć pełnokrwiste postacie, co w tego typu produkcjach jest rzadkością.  grający główną rolę Chris Evans sprawdza się świetnie i widać, ze ma pewne moralne wątpliwości, co do działań służb, jednak pozostaje im lojalny, mając kilka zaufanych postaci. Na podobnym tonie gra Samuel L. Jackson (Nick Fury), będący klasa samą w sobie, a Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) potwierdza, że w kinie akcji czuje się jak ryba w wodzie (jednak też ma problemy z zaufaniem). Mało wam? To jeszcze jako bonus dostajecie Roberta Redforda (sekretarz stanu Alexander Pierce) oraz świetnego Sebastiana Stana (Zimowy Żołnierz – zimny i bezwzględny cyngiel, będący skutkiem eksperymentów Hydry, jednak wewnętrznie rozdarty).

kapitan_ameryka3

Naprawdę jestem zaskoczony poziomem tegorocznych blockbusterów od Marvela – co jeden to lepszy. „Kapitan Ameryka” potwierdza tylko formę zwyżkową komiksowych macherów. Pytanie czy ktoś będzie im w stanie podskoczyć? Jakoś nie widzę chętnych.

8/10

Radosław Ostrowski

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Seria o X-Menach jest jedną z bardziej znanych filmowych marek. Opowieść o mutantach kierowanych przez profesora Charlesa Xaviera (ci dobrzy) oraz Erika Lehnsherra (ci źli, którzy idą na wojnę z ludźmi) spotkała się ze świetnym przyjęciem widowni, a w 2011 roku doszło do realizacji prequela przez Matthew Vaughna. „Pierwsza klasa” pozostaje dla mnie najlepszą częścią serii, ale pilotujący poprzednie części (poza trójką) Bryan Singer postanowił powrócić i kontynuować wątki z poprzednika.

xmen_52

Tym razem przyszłość dla mutantów jest wyjątkowo mroczna i nieprzyjemna. W przyszłości pojawią się mechaniczni Strażnicy, którzy są strasznie odporni i zabijają wszystkie mutanty, a także pomagających im ludzi. Żeby przetrwać zjednoczeni Profesor X i Magneto decydują się wysłać jednego z mutantów w czasie, by nie dopuścić do uruchomienia Strażników – wiąże się to z powstrzymaniem Mystique przed zabiciem Stephena Traska, który skonstruował Strażników. Okazuje się, ze jedynym mutantem mogącym przeżyć tą podróż jest Wolverine (wiecie, adamantium). Jednak niedopuszczenie do zamachu jest jednym z paru problemów, z którymi nasz mutant będzie musiał się zmierzyć (różnice między Xavierem i Magneto).

xmen_51

Fabuła wydaje się tak zaplatana, że wystarczyłby jeden błąd i całość szlag by trafił. Jednak zarówno Singer jak i Simon Kirberg (scenarzysta) trzymają mocno rękę na pulsie tworząc widowiskową, ale i inteligentną rozrywkę. Podróż w czasie wydaje się świetnym pomysłem na odświeżenie serii, a jednocześnie jest to sequel, prequel i być może ciąg dalszy. Sama historia jest mocno spójna, a odtworzenie realiów lat 70. jest oddane bardzo dokładnie i słychać to także w warstwie muzycznej. Czasami bywa to okraszone humorem (krótkie wejście Quichsilvera – dla mnie za krótkie – który pomaga odbić Magneta z więzienia – efektowne, efekciarskie i zabawne), postacie są też wiarygodne psychologicznie, efekty specjalne są specjalne, a kilka razy dynamiczny montaż przykuwa uwagę (przeplatanka obydwu czasów w finałowym starciu czy próba zamachu na Traska). Niemal idealne kino rozrywkowe.

xmen_53

Dlaczego niemal? Przyszłość jest tutaj ledwie zarysowana i pokazuje się dość krótko. Pozostało kilka spraw niewyjaśnionych w poprzednich częściach (np. czemu Wolverine ma w przyszłości szpony z adamantium, a cofając się w czasie już nie i jakim cudem nadal żyje Profesor X), ale to już trochę takie czepianie się na siłę. Po drugie kilka postaci jest zaledwie zarysowana (głównie z przyszłości, gdzie panuje wieczna ciemność i jest beznadzieja), a pozornie czarny charakter jakim jest Trask (niezawodny Peter Dinklage) jest mocno zepchnięty na dalszy plan. I niestety, nie udaje się uniknąć patosu, zwłaszcza w kwestiach dotyczących tolerancji.

xmen_54

Swoje też robią świetni aktorzy. Hugh Jackman, który znów gra główną rolę jest dokładnie taki jaki być powinien – wyluzowany, walczący i odpowiedzialny, bo musi stać się mentorem dla wodzów mutantów z przeszłości. Panowie Stewart i McKellen (Xavier i Magneto) pojawiają się dość rzadko, ale nie zawodzą, gdyż film kradną ich młodsze wcielenia, czyli fantastyczni James McAvoy i Michael Fassbender, budując pełnokrwiste postacie mierzące się z własnymi demonami (profesor i jego ból) i bólem zadanym przez drugą stronę. No i oczywiście nie można nie wspomnieć o Jennifer Lawrence (Mystique) – ona znowu pokazała się z najlepszej strony.

xmen_55

„X-Men” przypomnieli o sobie z hukiem oraz mocną siłą ognia. Oznacza to jedno – prawdopodobnie najlepszą adaptację komiksu w tym roku (jeszcze pozostał drugi Kapitan Ameryka) i najlepszy blockbuster tego roku. Będziecie zaskoczeni, jeśli powiem wam, ze będzie ciąg dalszy? Ja nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Wolny strzelec

Louis Bloom jest facetem, który desperacko próbuje znaleźć sobie jakąkolwiek pracę. Przypadkowo jest świadkiem jak ekipa telewizyjna filmuje wypadek, w którym dochodzi do pożaru. To naprowadza go na pomysł zostania kamerzysta, który będzie przekazywał materiały dla telewizji. A jak wiemy, media lubią krwawe rzeczy, prawda?

wolny_strzelec1

Dan Gilroy, który debiutuje na stanowisku reżysera jest bratem cenionego scenarzysty Tony’ego Gilroya postanowił opowiedzieć o człowieku, który postanowił spełnić swój amerykański sen. Tylko że jest to kariera po trupach. Dosłownie, gdyż ten mężczyzna czasami podstępem filmuje wypadki, ofiary strzelanin i nie ma żadnego moralnego kręgosłupa. Widać to najbardziej w drugiej połowie filmu, gdy mężczyzna przed policją trafia na miejsce zbrodni, a potem próbuje sfilmować aresztowanie sprawców (wcześniej ich obserwował, bo inaczej nie miałby żadnego materiału). Wtedy film idzie w stronę mocnego thrillera i trzyma mocno w napięciu. Atmosferę potęgują jeszcze bardziej mroczne zdjęcia Roberta Elswita (Los Angeles nocą wygląda naprawdę paskudnie) oraz muzyka. Pewną wartością może być satyra na współczesne media, które kochają przekazywać brutalne i krwawe rzeczy, bo dzięki temu mają wysoką oglądalność, ale to jest tak grubymi nićmi szyta i prowadzone w dość prosty sposób (jeden wydawca ma zasady etyczne, ale szefowa TV nie przejmuje się tym wcale), że aż robi się wtedy dość nudnawo.

wolny_strzelec2

Jednak wtedy pojawia się Jake Gyllenhaal, który dominuje i jest po prostu wyborny. Lou to psychopata, który konsekwentnie próbuje zrealizować swój amerykański sen po trupach. Wydaje się opanowany i spokojny, ale pod tym wszystkim kryje się obojętny karierowicz walczący o kasę i uznanie. Jednym spojrzeniem jest w stanie zaskoczyć. I to on kradnie całym sobą ten film. Reszta jest dość solidna (najbardziej wyróżnia się Riz Ahmed jako marzący o karierze dziennikarskiej Rick), a kilka znanych twarzy jest zawsze miłe dla oka takich jak Bill Paxton (konkurent Joe Loder) i Rene Russo (szefowa telewizji Nina Romana).

wolny_strzelec3

Gilroy jako debiutant radzi sobie nieźle, a Gyllenhaal jest największym skarbem jaki dla tego filmu może trafić. One Man show, którego przegapić po prostu nie można.

7/10

Radosław Ostrowski

20 000 dni na Ziemi

Wielu melomanów pewnie słyszało nieraz nazwisko Nick Cave – jednego z najbardziej znanych twórców muzyki alternatywnej. Więc nic dziwnego, że musiał powstać o nim film dokumentalny, jednak sposób opowieści wielu może zaskoczyć.

20000_dni2

Dlaczego? Gdyż widzimy pozornie jeden dzień z życia tego artysty, a gdy na początku słyszymy słowa Pod koniec XX wieku przestałem być ludzką istotą jednego można być pewnym – nudno nie będzie. Mamy tutaj mieszankę, która mogłaby nie wypalić – nadal przeplatają się materiały archiwalne, jednak nie są to klasyczne gadające głowy. Cave, który jest także współautorem scenariusza miesza poważne i ważkie słowa na temat tego, co to znaczy być artystą, widzimy go przy pracy w studiu. Jednak najciekawsze są tutaj trzy miejsca. Pierwsze to rozmowy w aucie, gdzie jego goście nagle się pojawiają i jeszcze szybciej znikają (Ray Winstone, Kylie Minogue). Drugie to wizyta u psychiatry, gdzie opowiada mu o swoich pierwszych doświadczeniach erotycznych oraz o swoim ojcu. Trzecie to archiwum, gdzie są przechowywane różne rzeczy z jego dawnych czasów. To wszystko się przeplata z narracją Cave’a w tle i trzeba przyznać, ze całość jest świetnie zmontowana. Jednak ciągle pojawiało się pytanie, które ciągle krążyło mi po głowie: co w tym portrecie jest prawdą, a co jest tylko grą, pozą Cave’a – kabotyństwem.

20000_dni1

Im bardziej oglądałem film, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nie jestem w stanie wyróżnić mitów od prawdy. Nie zmienia to faktu, że ten film to wśród produkcji dokumentalnych przedsięwzięcie niezwykłe i nieszablonowe. Jednak dla wielu może być dziwne i niejasne, ale takie produkcje zdarzają się rzadko.

7/10

Radosław Ostrowski

Zaginiona dziewczyna

Nick i Amy Dunne są ze sobą już pięć lat jako małżeństwo – szczęśliwi, radośni, pogodni. Jednak w piątą rocznice ślubu dochodzi do dziwnej sytuacji – po powrocie do domu mąż zastaje puste mieszkanie, ślady walki i odrobinę krwi. Zaniepokojony wzywa policję, jednak śledztwo i tropy wskazują jego na głównego podejrzanego.

zaginiona_dziewczyna1

David Fincher to jeden z moich ulubionych reżyserów i nawet tego nie ukrywam. Tym razem postanowił opowiedzieć, bazując na powieści Gillian Flynn (oraz jej scenariuszowi) ubraną w konwencję thrillera obyczajową psychodramę. Tu nie chodzi o morderstwo czy jego (domniemane) upozorowanie, tylko przyglądanie się toksycznej relacji, wręcz masochistycznej, gdzie tak naprawdę różnice między nimi były tak głębokie, bo tak naprawdę zakochali się w swoich maskach, wyidealizowanych wersjach samych siebie. Reżyser przy prowadzeniu śledztwa odkrywa różne fakty, które zmuszają do weryfikacji naszej wiedzy na temat bohaterów. Służy ku temu dwutorowa narracja, przedstawiająca te same rzeczy z perspektywy obojga (świetnie jest to zmontowane) i zmusza do poważnej refleksji.

zaginiona_dziewczyna2

Kolejne fakty i tropy wywracają to, co wiemy do góry nogami, zaś po mniej więcej godzinie poznajemy prawdziwy przebieg wydarzeń. Reżyser niemal z precyzją snajpera wymierza ciosy i strzały zarówno naszej parze bohaterów, jak i mediom żerującym po prostu na tragedii, wyciągając różne brudy, by na swój własny sposób interpretując zdarzenia, co w żaden sposób nie pokrywa się z prawdą. Po obejrzeniu można się zastanawiać nad przebiegiem całej intrygi, jednak w trakcie seansu nie ma się po prostu na to czasu. Pozornie nie dzieje się wiele, ale tempo jest wręcz zawrotne.

zaginiona_dziewczyna3

Poza pewnym prowadzeniem opowieści (z mocno dla mnie rozczarowującym finałem) oraz techniczną realizacją (masa mroku, stonowana kolorystyka i tylko jedna krwawa scena) bardzo pozytywnie zaskakują aktorzy. Miałem wątpliwości co do Bena Afflecka, potocznie nazywanego drewnem, jednak mogę śmiało zaryzykować, że postać Nicka Dunne’a to najlepsza rola w karierze tego aktora. Sprawiający wrażenie wyluzowanego i spokojnego faceta, jest tak naprawdę słabeuszem, pozbawionym charakteru i ambicji. Jednak mimo jego słabostek, kibicujemy  mu z całego serca. Dla mnie jednak prawdziwą mistrzynią stała się Rosamund Pike. Chciałbym coś więcej powiedzieć o tej roli, ale musiałbym opowiedzieć jeszcze więcej o fabule, a w przypadku tego typu produkcji stawianych na woltach i przerzutkach, byłby to błąd niewybaczalny. Za to drugi plan jest naprawdę mocny: od kompletnie zaskakujących Tylera Perry’ego (doświadczony mecenas Tanner Bolt), Neila Patricka Harrisa (oskarżony o stalking Desi), po znakomitą Kim Dickens (uparta i dociekliwa detektyw Boney) oraz Carrie Coon (siostra Nicka, Margo).

zaginiona_dziewczyna4

Kiedyś Eric Emmanuel Schmitt napisał, że „małżeństwo to kontrakt zabójców”. Fincher dosłownie przeniósł to zdanie na ekran. Pytanie tylko, czy jest jakieś wyjście z tego emocjonalnego klinczu i szantażu? Sami powiedzcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bez litości

Robert McCall pozornie wydaje się niczym niewyróżniającym się facetem. Pracuje w czymś, co moglibyśmy nazwać Castoramą, wieczorami siedzi w kawiarni, czytając książkę. Taki typowy nikt – zaprzyjaźnia się z pewną Rosjanką, która utrzymuje się z prostytucji. Kiedy dziewczyna zostaje pobita, mężczyzna nachodzi jej pracodawców, zabijając ich. Ale jak się okazuje, to początek tarapatów.

bez_litosci1

Od pewnego czasu zauważalny jest trend kręcenia Remake’owi starych produkcji filmowych i telewizyjnych z lat 80. Najnowszy film Antoine’a Fuquy bazuje na serialu „The Equalizer” opowiadającym o byłym agencie CIA, który wykorzystywał swoje umiejętności pomagając ludziom. Kinowa wersja wykorzystuje pomysł i nazwisko postaci, choć trzeba przyznać, że reżyser zaskakuje i wodzi za nos. Sam początek jest dość spokojny, a ekspozycja trwa troszkę za długo (ponad 30 minut). Samej akcji nie ma tu zbyt wiele, ale jest za to naprawdę świetnie zrobiona (pierwsza jatka w rosyjskiej knajpie, przejęcie forsy od mafii czy finałowa konfrontacja w markecie) – zarówno pod względem montażu, szybkiej pracy kamery jak i muzyki. Bardziej skupiona jest uwaga na samych bohaterach, którzy są brutalni, ostrzy, mają inne tożsamości, ale to wysokiej klasy zawodowcy. Technicznie też prezentuje się to dobrze, co jest zasługą naprawdę stylowych zdjęć, prostych dialogów, prostej psychologii oraz naprawdę niezłego tempa. Z drugiej strony sama fabula troszkę nuży, a i wiele wydarzeń widzimy po wszystkim, jednak całość jest solidnym kinem klasy B, które wygląda jak klasy A.

bez_litosci2

Swoje robią to przede wszystkim aktorzy, którzy w swoim emploi sprawdzają się bez zarzutu. Pierwszy to Denzel Washington, który jest tym dobrym kolesiem. Niepozorny, typowy nikt, który – jak mu się zajdzie za skórę – odda ze zdwojoną siłą, stając się zimnym i bezwzględnym egzekutorem. Równie niezawodny jest Martin Csokas, który ma to, co czarny charakter mieć powinien: paskudny wyraz twarzy, twardy akcent rosyjski (co nie powinno dziwić), pewność siebie oraz twardy charakter. Reszta obsady przy nich jest w zasadzie niepotrzebnym tłem.

bez_litosci3

 

Gdyby bardziej zdynamizować tempo, mógłby być świetny film akcji. A tak jest całkiem przyzwoity, choć mający chyba ambicje na coś więcej. Niezły klimat, solidna realizacja i dobre aktorstwo to mocne atuty, a kilka scen akcji może się podobać. Ale chyba może powstać ciąg dalszy, will see.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Furia

Kwiecień 1945, wojna powoli zmierza ku końcowi. Do załogi czołgu Sherman zwanego “Furią” po śmierci strzelca dołącza nowy członek Norman. Załoga kierowana przez sierżanta Colliera zwanego War Daddy, dostaje zadanie przejęcia miasta oraz ochrony drogi zaopatrzenia. Ale łatwo w żaden sposób nie będzie.

furia1

David Ayer to reżyser kojarzony przede wszystkim z kinem policyjnym. Tym razem postanowił pójść na wojnę. Jak zobaczyłem zwiastun, złośliwie określiłem „Furię” jako „Czterech pancernych i Brada Pitta”. Ale jeśli myślicie, z zobaczycie heroiczne kino, gdzie dzielni amerykańscy chłopcy spuszczają wpierdol Niemcom, to będziecie rozczarowani. Sherman nie był zbyt dobrym czołgiem (jak w tym dowcipie: „Co się stanie jak Tygrys spotka pięć Shermanów? Tygrys będzie miał przewagę liczebną.”), ale był taki i w dość dużej ilości, czego o Tygrysie powiedzieć się nie da. Sam film jest mroczny, ciężki i brudny, niepozbawiony brutalnej jatki oraz dużej ilości strzałów. Owszem, nie ma tutaj niczego zaskakującego czy oryginalnego w tej całej konwencji, ale jak się to ogląda. Nie brakuje też spektakularnych scen akcji (trzy Shermany vs Tygrys czy finałowe starcie jednego czołgu przeciwko trzystu SS-manom), ciężkiego klimatu potęgowanego mrocznymi, surowymi zdjęciami oraz elektroniczno-chóralną muzyką. Czasami drażni symbolika (krzyże, cytaty z Biblii, biały koń jako symbol niewinności), a główni bohaterowie niezbyt są wyraziści, ale mniejsza z tym. Cała reszta jest po prostu świetna.

furia2

Od strony aktorskiej najlepiej prezentuje się dwóch facetów. Pierwszy to Brad Pitt jako War Daddy. sierżant jest twardy, brutalny, surowy. Jak ojciec, który wprowadza młodego Normana w brutalny świat, gdzie panuje bezwzględna, ale prosta zasada: albo my ich albo oni nas (scena „zabicia” jeńca), ale to facet, za którym poszedłbym w ogień. Drugim jest Norman (nie przepadam za Loganem Lermanem, ale tu radzi sobie przyzwoicie), który dopiero wchodzi w ten wojenny tryb i wiele się w nim zmieni, zwłaszcza jego moralny kręgosłup. Poza nimi są jeszcze Michael Pena (kierowca Latynos Gordo), zaskakująco dobry Shia LaBeouf (głęboko wierzący Bible, który obsługuje działo) oraz Jon Bernthal (mechanik Grady) – widać, że to zgrana paczka. I tyle.

furia3

Ayer zmienił klimat, ale pozostał surowym facetem, mówiącym bez ogródek. Twarde, mocne kino wojenne jakiego nie było od dawna. Amerykanin odrobił pilnie swoją lekcję.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lucy

Historia zaprezentowana w najnowszym filmie Luca Bessona jest tak absurdalna, że aż dobrze się to ogląda. Tytułowa Lucy to blond włosa studentka mieszkająca w Tajwanie, która zostaje zmuszona przez gangsterów do przemycenia narkotyków. Substancja ta – w formie niebieskiego proszku – pęka i trafia do jej organizmu, co doprowadza do uzyskania nieprawdopodobnych mocy.

lucy1

Brzmi to idiotycznie? Przy okazji reżyser przeplata fragmenty żywcem wzięte z kina akcji miesza ze scenami z filmów przyrodniczych albo naspeedowanych fragmentów z „Drzewa życia” lansując tezę o tym, że człowiek wykorzystuje 10% swojego mózgu. To dziwaczne połączenie wydaje się tak absurdalne, że może stać się dosłownie wszystko. Teoretycznie to powinno gryźć się ze sobą, jednak brawurowy sposób opowiadania historii zdynamizowany tak pokręconymi scenami akcji sprawdza się zaskakująco nieźle. Nie będę wam zdradzał co się wydarzy, bo trzeba to potraktować z dużym przymrużeniem oka. Scarlett Johansson sprawdza się w roli delikatnej kobiety zmieniającej się we wszechpotężną istotę niemal nie z tego świata, ze w zasadzie nic nie jest jej w stanie powstrzymać, także Choi Min-Sik w roli czarnego charakteru sprawdza się bez zarzutu. A Morgan Freeman jest po prostu Morganem Freemanem.

lucy2

Ale tak naprawdę w trakcie seansu lepiej wyłączcie swoje komórki mózgowe i przyjmijcie to, co się dzieje na ekranie. Inaczej czeka was rozczarowanie.

6/10

Radosław Ostrowski