Powstanie Warszawskie

Ten temat, czyli powstanie warszawskie zawsze wywoływał i wywoływać będzie ostrą dyskusję. Czyn heroiczny czy bezsensowna ofiara życia? Tego chyba nikt już w stu procentach nie rozstrzygnie, a ten temat filmowcy nasi wykorzystywali wielokrotnie, jednak tym razem Muzeum Powstania Warszawskiego wpadło na szalony i dość karkołomny pomysł nakręcenia filmu dokumentalnego o tym wydarzeniu.

powstanie1

Ktoś powie; no dobra, powstało już wiele filmów, także dokumentalnych, więc czy można jeszcze coś o tym opowiedzieć? Tym razem twórcy pilotowani przez Jana Komasę wpadli na pomysł wykorzystania archiwalnych materiałów z kronik powstańczych. Mało tego, poddali je rekonstrukcji, koloryzacji i udźwiękowieniu, a żebyśmy wiedzieli co tak naprawdę oglądali dodali postaci dwóch filmowców – Karola i Witka, którzy filmują całe powstanie. Być może ten wątek sprawia wrażenie niepotrzebnego i dodanego na siłę (także dubbing może budzić wątpliwości), ale oglądając całość przestało to dla mnie nie miało znaczenia. Autentyzm tego, co widzimy robi wrażenie nadal mimo 70 lat od tych wydarzeń. Udało się uchwycić zarówno nastrój radości, poczucia zwycięstwa jak i tych ostatnich, bardziej tragicznych wydarzeń (rannych powstańców, widoku martwych cywili czy ruin miasta). Jednocześnie widać dzień codzienny – fabrykę produkcji broni, piekarnię, drukowanie „Biuletynu Informacyjnego” czy schwytanie niemieckich jeńców.

powstanie2

Twórcy jednak świadomie nie stawiają pytań o sens, tylko ograniczają się do kronikarskiego zapisu, który ma poruszyć i zmusić do refleksji. Wnioski każdy z nas musi wyciągnąć sam. Dlatego każdy z was powinien sam obejrzeć ten film. Oceny wyjątkowo brak. 

Radosław Ostrowski

Onirica – Psie Pole

Bohaterem jest młody mężczyzna, który pracuje w supermarkecie jako kasjer, choć ma szramę na twarzy. Ale wcześniej był naukowcem, badającym literaturę symboliczną. Ale wszystko się zmieniło na skutek wypadku, gdzie zginęli jego dziewczyna oraz przyjaciel.  Od tej pory bohater śni i woli spać niż żyć, co wzbudza niepokój jego ciotki.

onirica

Mamy do czynienia z kinem artystycznym przeznaczonym dla wąskiego (bardzo wąskiego) grona odbiorców. Nazwisko Lech J. Majewski jest bardzo znane za granicą, jednak nie jest to kino dla wszystkich. Jest ono pełne symboliki, kulturowych znaczeń („Boska komedia” Dantego, którą bohater odsłuchuje na swoim telefonie) oraz onirycznych snów (dziwaczna scena w lesie). Półtoragodzinny ciąg scen, gdzie dialogów pada nie wiele, a wydarzenia stają się coraz dziwniejsze, nabierając niemal symbolicznych znaczeń. W tle tego wszystkiego mamy ciąg wydarzeń – powodzie, tragedie, wreszcie katastrofa smoleńska, a wszechobecne media działają ogłupiająco (quizy z łatwą kasa do zdobycia). Plus jeszcze poważne dialogi o sprawach niemal ostatecznych (najlepsza rozmowa z księdzem w konfesjonale). Oddzielne mogłaby z tego wyjść ciekawa refleksja albo studium osoby wycofującej się z życia, marząca tylko o śnie. Ale efektem jest bełkot, nieczytelność scen (zalanie kościoła) i brak jako takiej fabuły. Do tego jeszcze apatyczny główny bohater, na którego nie chcemy zwracać uwagi.

To film bardziej dla studentów kulturo- lub filmoznawstwa, który powinien być pokazywany na festiwalach, uczelniach. Innymi słowy, elitarne kino nie dla tzw. przeciętnego widza. Nie zachęcam i nie zniechęcam – każdy niech sam spróbuje się z tym zmierzyć.

Radosław Ostrowski

Jersey Boys

Zrobić dobry musical jest piekielnie trudno. Przekonało się o tym wielu doświadczonych reżyserów jak Martin Scorsese („New York, New York”) czy Tim Burton („Sweeney Todd”). Do grona tych filmowców mierzących się z tym gatunkiem postanowił dołączyć 84-letni Clint Eastwood – weteran kina amerykańskiego. Punktem wyjścia dla filmu jest historia zespołu Frankie Valli and the Four Seasons.

jersey_boys1

Zaczyna się od spotkanie dwóch chłopaków z New Jersey, którzy mieli dość niewielkie perspektywy – wojsko, mafia albo sława. Frankie był fryzjerem, a kumpel Tommy DeVito – kierowcą gangstera Angelo DeCarlo, dorabiając sobie na boku razem z basistą Nickiem Massi w zespole. Po różnych perturbacjach, do grupy dołącza klawiszowiec i autor tekstów Bob Gaudio (poznany przez Joe Pesci – TEGO Joe Pesci), skład się krystalizuje, powstaje nazwa i zaczyna się pasmo sukcesów. Przynajmniej na początku, bo cena sukcesu i sławy będzie wysoka. Kłótnie, konflikty, długi, zniszczone życie prywatne.

jersey_boys2

Sam film Eastwooda to mieszanka z jednej strony rasowej biografii ze świetnie sfilmowanymi scenami śpiewanymi (jak się okazuje znałem te piosenki, nie znając ich wykonawców), choć trudno to nazwać stricte musicalem (mimo oparcia na sztuce nagrodzonej Tony), a z drugiej strony przewija się delikatnie wątek gangsterski skupiony na cwaniaczku Tommym, który robił różne rzeczy na bakier z prawem (kradzieże, długi itp.), troszkę przypominając filmy Scorsese. Pewną wadą (poza schematem fabularnym, który jednak i tak jest świetnie poprowadzony) mogą być sceny, gdy bohaterowie wygłaszają swoje refleksje bezpośrednio do kamery (skąd my to znamy?). Jednak z jednej strony mamy stylowy wizualnie film pachnący latami 50. (stroje, eleganckie garnitury, knajpy), z drugiej kilka nadal trafnych (jednak mało odkrywczych) refleksji na temat szołbiznesu, który wtedy wydawał się bardziej czysty niż teraz, ale może się mylę. Są emocje, jest świetna muzyka i czar dawnych lat.

jersey_boys3

Pod względem aktorskim jest tutaj bardzo porządnie, a w rolach głównych widzimy młode, nieopierzone twarze, z jednym wyjątkiem. Cała czwórka wypada świetnie – a są to John Lloyd Young (Frankie), Erich Bergen (klawiszowiec Bob), Michael Lomenda (basista Nick) oraz kradnący każdą scenę Vincent Piazza (cwaniakowaty Tommy), chemia między nimi jest mocno widoczna – a na drugim planie jest niezawodny Christopher Walken w roli mafioza DeCarlo. Reszta obsady nie wyróżnia się, ale sprawdza się dobrze w swoich postaciach, a w ciągu dwóch godzin dzieje się wiele.

jersey_boys4

Ostatnio Eastwood nie był w najlepszej formie, a nasi dystrybutorzy nie pokazują jego filmów w kinach od 2008 roku („Gran Torino” i „Oszukana”). Musical o chłopcach z Jersey to powrót weterana do dobrej formy i potwierdzenie, ze o emeryturze jeszcze nie należy myśleć. Brawo.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

22 Jump Street

Jenko i Schmidt to była para gliniarzy, która w poprzedniej części infiltrowała liceum, by znaleźć dilera narkotykowego. Tym razem dostają kolejne zadanie: „zinfiltrować dilerów i znaleźć dostawcę”. Ale tym razem robią to na studiach po tym, jak uciekł im diler zwany Duchem.

22_jump_street1

Phil Lord i Chris Miller zrobili pierwszą część i po drodze jeszcze animowaną „Lego Przygodę”. Więc należy się spodziewać postmodernistycznej zgrywy. W pewnym sensie dostajemy powtórkę z rozrywki – jeden z gliniarzy wtapia się w grupę tych „popularnych”, drugi trafia do outsiderów, jest romans z dziewczyną (trzeba przed nią udawać), nerwowy szef itp. Wszelkie klisze i schematy zostają tutaj obśmiane, głównie te dotyczące sequeli (większy budżet, ta sama konstrukcja itp.), ale także mamy różnorodny zestaw gagów: od popkulturowych odniesień po docinki seksualne i obserwację bractw studenckich. Do wyboru, do koloru, intryga jednak potrafi zaskoczyć (napięcie i akcja jest naprawdę na dużym paliwie), seans jest naprawdę, nie zapominając o telewizyjnym rodowodzie filmu („previously on 21 Jump Street”). Widać, że twórcy się świetnie bawili i ta energia jest odczuwalna. Więcej wam nie powiem, ale parę razy naprawdę mocno się zaśmiałem (najbardziej przy napisach końcowych, które są jednym wielkim żartem). I jako komedia, i jako film akcji sprawdza się naprawdę dobrze.

22_jump_street2

Najsilniejszym atutem poza żartami i zabawa kliszami jest silna chemia między Channingiem Tatumem i Jonahem Hillem. Tych facetów dzieli wszystko: od wagi, wzrostu przez intelekt, jednak żyć bez siebie po prostu nie istnieją (symboliczna scena u psychiatry). Relacja miedzy tą dwójka jest bardzo ciekawie poprowadzona przez scenarzystę, jakby chciał sugerować coś więcej niż „bromance”. Na drugim planie znów szaleje Ice Cube jako narwany kapitan Dickson, który jest jeszcze bardziej narwany, rzucający fakami na prawo i lewo, mając tez dodatkowe powody do fakowania wszystkiego. Poza nim jeszcze jest niezawodny Peter Stormare (staroświecki diler Duch), intrygujący Wyatt Russell (napakowany Zook, gracz drużyny futbolu amerykańskiego) oraz urocza Amber Stevens (studentka Maya).

22_jump_street3

Sequel trzyma fason poprzednika, będąc naprawdę świetnym testem przepony. Jak myślicie, będzie ciąg dalszy? Chyba tak i jestem ciekawy jak to się dalej potoczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Strażnicy Galaktyki

Poznajcie Petera Quilla – mieszkaniec bardzo znanej planety Ziemia, który w 1988 roku przeżył dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, stracił matkę. Po drugie, został porwany przez Ravagarsów, którzy zajmują się kradzieżą wszystkiego co ma wartość. Quill, zwany też Star Lordem podczas jednej akcji zabiera Kulę. Jak się okazuje zainteresowanych Kulą jest wielu, z czego najbardziej niejaki Ronan, który potrzebuje jej do jednej rzeczy – rozwalenia Wszechświata. Poza Quillem wplatani w to zostają zielona (dosłownie) Gamora, łowca nagród szop Rocket i jego bodyguard drewniany Groot oraz Drex Niszczyciel. I ta banda miałaby powstrzymać Ronana?

straznicy_galaktyki3

Marvel to marka znana każdemu fanowi komiksu, a że one ostatnio są coraz lepsze („Iron Man 2”, „Avengers”) nie można być rozczarowanym. Do tego grona aspirują „Strażnicy Galaktyki” sfilmowani przez niejakiego Jamesa Gunna. Czerpie ona garściami z Kina Nowej Przygody, gdzie strach miesza się z ironicznymi złośliwościami, a powaga ustępuje czasem luzowi. Sama intryga i opowieść mogą wydawać się dość proste i komiksowe (ale w żaden sposób prostackie czy prymitywne), ale przynajmniej nikt nie udaje, że chodzi tu o coś więcej. Humor jednak pozwala odświeżyć schemat hartowania stali oraz tworzenia zgranej grupy przez osoby o kompletnie sprzecznych interesach. Uniwersum jest trochę uboższe niż w takich „Gwiezdnych wojnach”, efekty specjalnie prezentują bardzo solidny poziom, a scenografia i strona plastyczna naprawdę imponuje (zarówno więzienie, siedziba Kolekcjonera czy statek Ronana – budzą głęboki szacunek). Także wplecione w tło piosenki z lat 70. (awesome mix Star Lorda is awesome) dodaje smaczku i luzu. Od czasu „Avengersów” nie bawiłem się tak przednio i nie śmiałem się tak często.

straznicy_galaktyki4

W tą cała konwencję świetni wpisują się główni bohaterowie i w ogóle prawie cała obsada. Chris Pratt w roli Star Lorda (kogo?) jest zarówno łobuzerskim awanturnikiem pokroju Hana Solo jak i herosem, kiedy tylko pozwalają okoliczności. To, że Zoe Saldana potrafi zagrać twarde i charakterne babki wiem nie od dzisiaj. Tutaj tylko to potwierdza i świetnie walczy. I nie tylko walczy, ale to trzeba zobaczyć samemu. Ale największe szoł robi tutaj szop Rocket (z głosem Bradleya Coopera) – arogancki, chciwy, serwuje najlepsze teksty i jako jedyny sprawia wrażenie twardo stojącego po ziemi. A jego kumpel Groot (małomówny Vin Diesel) to swój kawał drewna i lepiej go mieć po swojej stronie.

straznicy_galaktyki2

Żeby jednak nie było tak słodko, to główny zły, czyli Ronan jest najsłabszym ogniwem fabuły. Bardziej przypomina on rozkapryszone dziecko niż potężnego arcywroga do pokonania. Innymi słowy, temu kolesiowi brakuje jaj, ikry i poweru. A poza nimi na drugim planie jest niezawodny Michael Rooker (Yondu Udunta – szef Ravagarsów), solidny John C. Reilly (gliniarz Dev) oraz wyborny Benicio Del Toro (Kolekcjoner).

straznicy_galaktyki2

Nie skłamię mówiąc, że to najlepszy blockbuster tego roku. Świetna rozrywka z dość prostą opowieścią, ale za to z wielką mocą, emocjami oraz wszystkimi podobnymi bajerami. Możecie mi mówić Star Lord, ewentualnie Groot. Ciąg dalszy nastąpi.

8/10

Radosław Ostrowski

Zacznijmy od nowa

Czasami zdarzają się takie filmy, których nikt się nie spodziewał. Prosta opowieść, która wydaje się bardzo schematyczna i mało zaskakująca, a jednak zostaje w pamięci na długo. Zaczęło się wszystko w jednej z knajp w Nowym Jorku. Ona – troszkę nieśmiała, zostaje namówiona przez kolegę, by zaśpiewała jeden utwór. On – zwolniony z pracy producent przyszedł się napić. Jednak usłyszał jej śpiew i postanowił, że wyprodukuje jej album. Co z tego spotkania może wyjść?

od_nowa1

Pozornie jest to kino obyczajowe jakie widziało się setki, a nawet tysiące razy. Jednak John Carney, twórca kultowego „Once” nie udaje, że odkrywa nieznane prawdy życiowe, tylko stawia na prostotę oraz emocje. A tych jest tutaj naprawdę sporo, zaś realizacja przypomina niezależne, skromne kino. Muzyka, tak jak w poprzednim filmie, odgrywa ona istotną rolę i jest siłą napędową tego filmu. Jest ona siłą pozwalającą zmierzyć się zarówno z własnymi demonami, ale też potrafi przynieść sławę i rozgłos. Przy okazji jest też obserwacja na temat szołbiznesu, gdzie łatwo można zatracić wiarygodność, szczerość i swoją tożsamość w zamian za fanki, pieniądze i duże koncerty. Jednak reżyser nie serwuje tutaj ani prostych przesłań, słodzenia, lukru oraz oczywistego happy endu. I za tą uczciwość szanuję Currana najbardziej.

od_nowa2

A co wyróżnią tą historię od innych, poza nagrywaniem utworów w plenerze i dobrymi piosenkami? Naprawdę dobre aktorstwo. Znowu zaskoczyła mnie Keira Knightley, która po pierwsze jest bardzo urocza, po drugie naprawdę ładnie śpiewa. Stopniowo widzimy jej przemianę z szarej myszki w pewną siebie wokalistkę, która wcześniej tylko pisała teksty. Bardzo intrygująca rola. Z kolei Adam Levine (wokalista Maroon 5) bardzo przyzwoicie sobie radzi jako początkujący muzyk, który zostaje gwiazdą.

od_nowa3

Jednak tych dwoje blednie przy trzecim graczu – znakomitym Markiem Ruffalo w roli producenta Dana. Sprawia wrażenie wyluzowanego kolesia, który lubi wypić, ale tak naprawdę to wypalony i zmęczony życiem facet z kompletnie rozbitym życiem zawodowym (zwolnienie) jak i prywatnym (rozwiedziony, słaby kontakt z córką). Spotkanie w barze staje się dla niego impulsem do zmiany, co widać w scenach nagrywania płyty – widać, że jest w nim energia, kreatywność oraz spore doświadczenie. I w dodatku jest bardzo wyluzowany – wielowymiarowa rola, która potwierdza klasę tego aktora.

O takich filmach zwykło się mawiać, że to małe, wielkie kino. Ja powiem, że to porządna piosenka, która skupia uwagę klimatem, barwą głosu oraz zgraniem zespołu. I nie jest dźwiękowa papka, ale to musicie sami przesłuchać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

Sin City 2: Damulka warta grzechu

Dziesięć lat temu odwiedziłem Sin City i była to pamiętna wizyta. Komiksowa forma, stylizacja na czarny kryminał, sporo czarnego humoru oraz dużo przemocy i erotyki. Najlepszy film w karierze Roberta Rodrigueza, wspieranego przez samego autora Franka Millera. Tym razem mamy następne opowieści w zgniłym mieście.

sin_city_21

Marv nadal czuje chęć zabijania i dobrze go mieć po swojej stronie. Nancy po śmierci Hartigana zaczyna ostro pić, co nie przeszkadza jej w pracy striptizerki. Dwight z powodu swojej dawnej kochanki Avy wplącze się w skomplikowaną intrygą, a hazardzista Johnny wygra w karty z senatorem Roarkiem. To oznacza, że wszyscy wpadną w kłopoty.

sin_city_22

Rodriguez z Millerem drugi raz grają tymi samymi kartami, czyli czarno-biała kolorystyka niczym z kina noir, skorumpowani gliniarze, cyniczni twardziele, mściwe kobiety, femme fatale, zdrady, intrygi itp. Nie ma tutaj zaskoczenia, brakuje połamanej chronologii, nawet czarny humor (miejscami naprawdę smolisty) nie jest w stanie przykuć pełnej uwagi w tym teatrze przemocy. Same historie niespecjalnie porywają, poza Dwightem i Avą, która potrafi trzymać za gardło. Reszta sprawia wrażenie usypiaczy, nawet jeśli jest kilka świetnych momentów (gra w pokera, wizyta u lekarza czy estetyczna przemoc). Wtórność jest największą wadą.

sin_city_23

Drugą jest niewykorzystanie wielu aktorów, którzy są ograniczeni do epizodów (zwłaszcza Ray Liotta i Bruce Willis). Z całej obsady najlepiej poradziło sobie troje aktorów: stary, niezawodny Mickey Rourke (osiłek Marv), świetny Powers Boothe (wpływowy senator Roark) oraz bardzo apetyczna Eva Green (Ava – klasyczna femme fatale). Pozostali są zaledwie przyzwoici (ze wskazaniem na Josha Brolina zamiast Clive’a Owena oraz Josepha Gordon-Levitta) albo nie zwracają uwagi.

sin_city_24

Czuję się lekko rozczarowany drugą częścią. Niby więcej się dzieje, nie brakuje zadymy, ale to już wszystko znamy i czegoś tutaj brakuje. Tej atmosfery z pierwszej części, gdzie poznawaliśmy świat. Ten film nie jest dla mnie wart grzechu.

sin_city_25

6/10

Radosław Ostrowski

 

Krocząc wśród cieni

Matt Scudder kiedyś był dobrym gliniarzem, choć nie bał się troszkę wypić. Ale to było w roku 1991. Osiem lat później pracuje jako prywatny detektyw, a brak licencji na praktykę nie jest dla niego żadnym problemem. I wtedy pojawia się dość nietypowa prośba o pomoc. Klientem jest handlarz narkotyków Kenny Kristo, którego żona została porwana. Mimo zapłacenia okupu, kobieta zostaje poćwiartowana, z zwłoki wrzucone do opuszczonego auta. Matt, mimo oporów podejmuje się poprowadzić śledztwo.

kroczac1

Film z Liamem Neesonem – innymi słowy należy spodziewać się ostrej rozróby, mordobicia oraz masy trupów po drodze. A jeśli powiem wam, że tym razem będzie inaczej? Scott Frank, który jest doświadczonym scenarzystą odpowiedzialnym za takie filmy jak „Co z oczu, to z serca” i „Raport mniejszości” zrobił drugie podejście jako reżyser. Z jednej strony jest to film jadący po kliszach totalnie. Mamy tutaj byłego gliniarza z nałogiem oraz walczącego z własnymi demonami, gangsterów, psychopatów oraz młodego chłopaka, który zostaje współpracownikiem detektywa. Co odróżnia tą opowieść od tysięcy innych? Po pierwsze, klimat. Film jest bardzo mroczny, sporo wydarzeń dzieje się nocą (podczas deszczu lub nie), w różnych spelunach i cmentarzu, a zamiast mordobicia i krwawej jatki (chociaż nie brakuje tutaj scen przemocy), mamy śledztwo i wszystko to, co z nim związane – przesłuchania, wyciąganie wniosków, analizowanie faktów.Choć po mniej więcej 40 minutach, wiemy kto zabił, to jednak film ogląda się bardzo dobrze i umie trzymać w napięciu (wymiana na cmentarzu). Klimat potęgowany jest przez melancholijną muzykę oraz bardzo dobre zdjęcia – pełne czerni, odpowiedniego oświetlenia, przypominające trochę kino z lat 70.

kroczac2

Kolejną mocną strona jest świetna rola Liama Neesona, który w rolach gliniarzy sprawdza się bez zarzutu. Niby to kolejny twardziel, ale bardzie przypominający stylem gry Clinta Eastwooda, gdyby był bardziej rozmowny. Widać, że zna się na rzeczy i wie, kiedy trzeba użyć siły. Neeson w zasadzie dominuje w tym filmie, ale drugi plan o dziwo też jest dobry. Nie sposób nie docenić zaskakującego Dana Stevensa (Kenny Kristo), młodego Astro (TJ) oraz psychopatyczny duet David Harbour/Adam David Thompson, który jest tropiony przez naszego bohatera.

kroczac3

Z jednej strony jest to pełne klisz i schematów kino, ale nie jest to w zadnym wypadku wadą. Psychologia może jest uproszczona, zagadka odpowiednio pogmatwana, jednak całość ma styl i klimat, który jest ważniejszy od samej fabuły. Frankowi tym razem udało się zrobić udany kryminał, a Neeson pozytywnie zaskakuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Brud

Bruce Robertson jest jednym z najlepszych policjantów szkockiej policji. Tym razem dostaje sprawę, od której zależy jego awans na komisarza. Jednak nie wiecie, że nasz bohater to intrygant, pijak, ćpun, mason i dziwkarz . Jak myślicie, uda mu się?

brud1

Irving Welsh to autor kultowego „Trainspotting”, które zostało brawurowo przeniesione na ekran przez Danny’ego Boyle’a. „Brud’ to adaptacja kolejnej powieści tego autora, więc wiadomo czego mniej więcej należy się spodziewać – „Złego porucznika” w wersji psychodelicznej. Wszystko jest mieszanką brudnego i brutalnego realizmu z wizjami narkotycznymi głównego bohatera, gdzie nawiedza go lekarz – dr Rossi, od którego bierze lekarstwa. To wszystko podkreśla stan emocjonalnego obłędu głównego bohatera, który jest ważniejszy od wszystkiego – nawet od śledztwa, które przejdzie w kompletnie zaskakującym kierunku. Całość okraszona jest dwoma mocnymi rzeczami: eklektycznym soundtrackiem podkreślającym nierealność wydarzeń na ekranie (od coverów po tandetne disco z lat 90.), masa bluzgów, wódy, seksu (z podduszaniem) oraz lekko narkotyczne wizje zmieszane ze zwidami. Jon S. Brion, dla którego to drugi film w karierze, jedzie ostro po bandzie pokazując zepsucie i moralną zgniliznę, dodając do tego masę czarnego humoru, niepoprawnego politycznie.

brud2

Naszym przewodnikiem po tym dziwacznym świecie jest znakomity James McAvoy, któremu jest do twarzy z obłędem. Intrygant, nałogowiec, kompletna gnida, która lubi korzystać ze swojej władzy i dla awansu nie cofnie się przed niczym – nawet z wrobieniem swojego kumpla ze zgromadzenia. Ale za każdym takim człowiekiem skywa się tragedia. McAvoy zawłaszcza sobie cały film, rozsadzając całość na ekranie. Cała reszta obsady robi tutaj za tło (może poza Jimem Broadbentem jako dr Rossi), ale poniżej pewnego poziomu nie schodzi.

brud3

„Brud” to brudna, szalona i psychodeliczna opowieść. Mocne, szokujące i zaskakujące wieloma momentami. To trzeba samemu ocenić, ale jeśli spodobało się „Trainspotting”, możecie iść w ciemno.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przeklęta dzielnica

Tytułowe God’s Pocket to robotnicza dzielnica Filadelfii, gdzie żyją ludzie głównie z niskim lub żadnym wykształceniem. Jednym z nich jest niejaki Mickey Scarpato, który dorabia sobie na boku obstawiając wyścigi konne i pomagając właścicielowi rzeźni Arthurowi Capezio. Jego dość spokojne życie zmienia się, gdy jego siostrzeniec ginie w pracy. Podobno coś spadło mu na głowę, ale żona Mickeya nie wierzy w to. A załatwienie pogrzebu skomplikuje sprawy…

gods_pocket1

Pozornie film może wydawać się dramatem albo kryminałem. W rzeczywistości jest to słodko-gorzka opowieść o życiu w miejscu bez perspektyw i bez szans. „Tu każdy kradł albo podpalił dom” – pisze w felietonie dziennikarz Richard Shelburn i ma rację. Tutaj ludzie są mocno samotni, pozbawieni perspektywy i dryfują po oceanie życia. Całość została ubrana w lekko groteskowy dramat, gdzie nie brakuje czarnego humoru (napad na sklep Capezio czy rozmowy w knajpie), ale prowadzenie dwóch wątków – tak zwanego śledztwa, by ustalić prawdziwą przyczynę śmierci oraz zapijaczonego i zgorzkniałego dziennikarz zagranego przez niezawodnego Richarda Jenkinsa może wywołać konsternację. Ale całość ogląda się całkiem nieźle, choć brakuje tutaj mocnego napięcia czy szybkiego tempa, bardziej skupiając się na portrecie okolicy czy na postaciach.

gods_pocket2

I tutaj jest całkiem ciekawie, bo mamy tu świetnego Philipa Seymoura Hoffmana, któremu ciągle brakuje gotówki, źle obstawia wyścigi i nie bardzo wie co robić ze swoją żoną (znana z „Mad Men” apetyczna Christina Hendricks) oraz trzymającego fason Johna Turturro (Arthur Capezio), ale nawet oni nie do końca są w stanie sami udźwignąć ten film, który trudno jednoznacznie ocenić i sklasyfikować.

gods_pocket3

Jak na dramat jest trochę zbyt śmiesznie i groteskowo,a jak na komedię to lekko za poważne. Owszem, można odczuć klimat braci Coen oraz dość depresyjne tło, ale efekt jest naprawdę przyzwoity. Czasami to wystarcza.

6,5/10

Radosław Ostrowski