Hannibal. Po drugiej stronie maski

Litwa, rok 1944. Rodzina Lecterów posiadająca majątek musi uciekać przed nacierającymi Niemcami i Rosjanami, jednak rodzice giną w nalocie, a ich dzieci – Hannibal i Misza wpadają w ręce litewskich najemników, którzy zabijają Miszę. Młody Hannibal ucieka w Litwy i trafia do Francji, gdzie zajmuje się nim ciotka, lady Murasaki. Jednak chłopak nie zapomniał i powoli planuje zemstę.

hannibal1_300x300

Film w założeniu miał pokazać narodziny Hannibala Lectera. Stojący za kamerą Peter Webber podjął się trudnego zadania i wyszedł z tego z dość obronną ręką, ale mimo to czuć pewien zawód. Sam wojenny początek oraz przeszłości ze strasznej nocy robią mocne wrażenie m.in. dzięki świetnym, brudnym zdjęciom oraz niezłemu klimatowi. W ogóle warstwa wizualna jest najmocniejszą stroną tego filmu, także muzyka jest warta uwagi. Zaś sama fabuła i przebieg wydarzeń lekko rozczarowuje, brakuje też napięcia. Bo w zasadzie film idzie niebezpiecznie w stronę slashera, gdy Lecter pojedynczo morduje kanibali. Oczywiście, okazuje się, że ludzie ci są jeszcze bardziej niebezpieczni od Lectera, ale to nie uzasadnia pokazywania i bycia aż tak brutalnym.

hannibal2_300x300

Na szczęście częściowo aktorzy ratują całą sytuację. Największe obawy był wobec Gasprada Ulliela, ponieważ Lecter tak bardzo zżył się w świadomości z Anthonym Hopkinsem, że każdy wybór byłby krytykowany. Jednak Ulliel broni się i zakskująco dobrze wypadł w roli Lectera, bez popadania w parodię. Ale i tak cały film skradł Rhys Ifans w roli głównego złego, obrzydliwego Grudasa. Nie można lubić tego faceta, ale potrafi przykuć uwagę bardziej niż Lecter, co chyba jest dość dziwne. Z drugiego planu przykuwa uwagę Li Gong (jedyna kobieta w całej obsadzie) jako elegancka pani Murasaki, która uczy go kultury i podkochuje się w nim oraz Dominic West w roli inspektora Pupila.

Ogólnie mówiąc, to dość niezłe kino, ale jednak czegoś w nim zabrakło, co mogłoby wywindować film na wyższy poziom. Lecter zasługuje na lepszą fabułę. Teraz zostało tylko czekać na serial.

7/10

Radosław Ostrowski

Zabijanie na śniadanie

Martin Blank zawodowo zajmuje się zabijaniem ludzi za pieniądze. Ale ostatnio nie radzi sobie, zdarzają mu się błędy, a konkurencja jest od niego szybsza i lepsza. Uczęszcza do psychoterapeuty, ale to mu niewiele pomaga. Pewnego dnia dostaje zaproszenie na zjazd absolwentów do swojej szkoły. Początkowo nie chce tam jechać, ale przy okazji dostaje kolejne zlecenie i jeszcze chce spotkać się z dawną ukochaną. Jednak nie wie, że w ślad za nim ruszą agenci NSA, konkurent Grocer i ktoś, kto chce go zabić.

zabijanie1_300x300

W zasadzie jest to komedia pełna czarnego humoru, elementu romansu i sensacji. Łączenie wielu gatunków wymaga zarówno pewnej ręki oraz wielu umiejętności, których nie zabrakło ani scenarzystom ani reżyserowi George’owi Armitage’owi. Zgrabnie łączy trudne do połączenia gatunki i efekt jest więcej niż zadowalający. Zarówno sceny akcji są bardzo porządnie zrobione (otwierający film zabicie „rowerzysty”, strzelanina w sklepie kończąca się eksplozją w rytm „Ace of Spades” czy ostateczna konfrontacja, podczas której bohater wyznaje miłość – strasznie śmieszne) jak i dialogi zabawne, choć pełne czarnego humoru, jak w scenie, gdy Martin przygotowuje przed lustrem do zjazdu („Nie mam żony, nie mam dzieci i rozwalę ci łeb, jeśli ktoś dużo mi zapłaci”), zaś wątek miłosny opowiedziany w bardzo ciekawy sposób.

zabijanie2_300x300

Jeśli zaś chodzi o aktorów, to tutaj pierwsze skrzypce gra świetny John Cusack (także współautor scenariusza), zaś jego Martin to trochę pogubiony cyngiel, który przeżywa kryzys i próbuje zerwać z profesją. Jego rozterki wypadają naprawdę przekonująco i wierzy się każdemu jego słowu. Olśniewa za to Minnie Driver jako Debi – sympatyczna dziewczyna-radiowiec, w dodatku pięknie wygląda. Zaś drugi plan jak zawsze w komediach musi być bogaty, bo inaczej może być nieciekawie. Tutaj szaleje Dan Aykroyd w roli Grocera – cyngla marzącego o stworzeniu czegoś na kształt związku zawodowego, równie sprytny gość jak Blank. Należy też nie zapominać o Alanie Arkinie (dr Oakman) i Joan Cusack (Marcella, współpracownica Blanka), którzy skupiają uwagę.

„Zabijanie na śniadanie” to bardzo udana komedia, w której wiele elementów ze sobą współgra, akcja jest dobra, tempo też i ogląda się z niekłamaną frajdą. Tak się powinno robić filmy.

7/10

Radosław Ostrowski

Dym

W Nowym Jorku, a dokładnie w Brooklynie znajduje się taki mały sklep z papierosami, którego właścicielem jest Auggie Wenn. Często tam zagląda pisarz Paul, który stracił żonę w strzelaninie oraz wenę twórczą. Mężczyzna przypadkowo poznaje młodego chłopaka Thomasa. Jego ojcem jest pracujący na stacji benzynowej Cyrus. I losy tej czwórki przeplatają się i mają wpływ na nich samych.

Na pierwszy rzut oka film Wayne’a Wanga oraz Paula Austera (także scenariusz) to film bardzo spokojny, bazujący na dialogach i bardziej nadający się na powieść, bo dzieje się tu niewiele. Jednak to tylko pozory, bo jest to historia bardzo niezwykła, choć wygląda bardzo zwyczajnie. Jej siłą są ludzie, którymi życiem kieruje przypadek. Sposobem na nieprzewidywalność jest drugi człowiek, któremu zwierzamy się i stajemy się częścią jego życia. Nie brakuje bardzo dobrych dialogów oraz monologów, podczas których bohaterowie opowiadają różne historie, bardziej prawdziwe lub nie. I powoli wciągnął mnie ten rytm, polubiłem też bohaterów, którzy czasem muszą zmierzyć się ze swoją przeszłością czy tajemnicą.

dym1_400x400

W dodatku jest to wszystko bardzo znakomicie zagrane. Popisowo wypada Harvey Keitel jako Auggie, właściciel sklepu, który bywa trochę filozofem, gawędziarzem, a jednocześnie bardzo otwarty facet. Kroku dorównuje mu William Hurt jako pisarz Paul, który przeżył dramat, zaś opowiadane przez niego historie są pewnego rodzaju odskocznią i pomagają mu przetrwać. A inspiracje czerpie z dnia codziennego. Poza nimi są będący naprawdę w bardzo dobrej dyspozycji Harold Perrineau (zagubiony Thomas, który chce poznać swojego ojca) oraz Forest Whitaker (Cyrus, który „pokutuje” za swoją tragedię).

dym2_400x400

„Dym” to na pozór nudne i statyczne kino, jednak posiada ona pewną magię, choć pokazuje zwykłe codzienne życie. Jednak świetny scenariusz oraz kapitalne aktorstwo wznoszą ten film na wyższy poziom, a zakończenie jest jednym z najlepszych jakie widziałem kiedykolwiek. Z czystym sumieniem zachęcam.

8/10

Radosław Ostrowski

Gniazdo os

Ron Decker jest młodym chłopakiem, który trafia do więzienia za handel marihuaną. W więzieniu poznaje Earla Copena, który staje się dla niego mentorem i pomaga mu żyć. Między nimi zawiązuje się przyjaźń.

Tak pokrótce można opisać film Steve’a Buscemi. Tez zdolny aktor kolejny raz pokazał swój talent reżyserski, tym razem bazując na książce Edwarda Bunkera. W zasadzie jako takiej fabuły nie ma, a reżyser pokazuje więzienny światek jako miejsce, gdzie samemu nie można zdziałać wiele, a bez pomocy kumpla stajesz się ciotą. Strażnicy przymykają oko na różne sprawy, a w więzieniu może nawet dojść do zamieszek. Surowa atmosfera, surowe zdjęcia, surowa muzyka Johna Luriego, bardzo oszczędnie pokazane i z dość ciekawym finałem.

gniazdo_300x300

Tak naprawdę od strony aktorskiej, film jest teatrem jednego aktora – Willema Dafoe. Earl to doświadczony więzień, który tak naprawdę trzyma to wszystko w garści. Jest w stanie załatwić niemal wszystko, więzienie to jego dom. Nieźle wypadł Edward Furlong w roli młodego Deckera, ktory powoli odkrywa reguły i dostosowuje się do nich. Zaś drugi plan to masa wyrazistych postaci granych przez m.in. Danny’ego Trejo (Vito), Seymoura Cassela (porucznik Seeman), Marka Boone’a Juniora (Paul) czy kompletnie zaskakującego Mickeya Rourke’a (transwestyta Jan).

gniazdo2_300x300

Nie jest to coś zaskakującego, ale Buscemi stworzył kawał dobrego kina. Ciekawa pozycja.

7/10

Radosław Ostrowski

Rozmowa z gwiazdą

Pierre Peters jest bardzo uznanym dziennikarzem zajmującymi się sprawami politycznymi, reportażami wojennymi i innymi poważnymi sprawami. Dlatego kiedy ma zrobić wywiad z popularną aktorką, jest delikatnie mówiąc rozczarowany. W dodatku jest kompletnie nieprzygotowany, co wywołuje dość negatywną reakcję drugiej strony. Ale na skutek wypadku, Pierre trafia do jej domu i tam próbuje dokończyć wywiad, ale efekt tego spotkania będzie zaskakujący dla obojga.

wywiad_300x300

O tym, że Steve Buscemi (czyt. Buszemi, ja jednak zostaje przy wymowie Buskemi) jest świetnym aktorem wie każdy, kto widział „Wściekłe psy”, „Desperado” czy ostatnio „Zakazane imperium”. Jednak mało kto wie, że Buscemi zajmuje się reżyserią filmów niezależnych. Jednym z takich filmów był nakręcony w 2007 roku „Interview”, remake filmu Theo van Gogha z 2003 roku. Choć cały film w 90% toczy się w jednym pomieszczeniu, udaje się stworzyć naprawdę ciekawe i nieteatralne dzieło. W takim filmie najważniejsze są dwie rzeczy: scenariusz i obsada. Na szczęście, jedno i drugie jest zrobione na dobrym poziomie. Tak naprawdę jest to film o zakładaniu masek, gdzie między bohaterami toczy się gra, tylko jaka jest jej stawka? I kto kogo oszukuje i udaje? Bo nic nie będzie takim jak się wydaje na początku. W dodatku wszystko dobrze sfotografowane (trochę na siłę dynamizowane zdjęcia), ze świetnymi dialogami (sceny „wyznań” bohaterów).

wywiad2_400x400

Ale nawet i to by nie uratowało filmu, gdyby nie dwoje grających główne role. Pierre’a zagrał sam Buscemi i to jest kolejna świetna kreacja. Jego bohater jest jednocześnie cyniczny, ale pod tym ukrywa pewną wrażliwość i tajemnicę. Żałosny i sprytny jednocześnie, a jednocześnie bardzo oszczędny. Ale partnerująca Sienna Miller dorównuje mu kroku i choć na początku sprawia wrażenie na początku typowej głupiej blondyny, okazuje się tak jak Buscemi mieszanką wrażliwości, oszustwa i cynizmu. Patrzenie na tę dwójkę jest dużą przyjemnością.

Buscemi okazał się nie tylko świetnym aktorem, ale i bardzo uzdolnionym reżyserem. „Interview” to jego duże osiągniecie, a już w tym roku znów stanie po drugiej stronie kamery. Już nie mogę się doczekać.

7/10

Radosław Ostrowski

Psy wojny

Jamie Shannon jest najemnikiem, który dostaje bardzo nietypowe zlecenie. Celem jest afrykańskie państwo Zangaro, rządzące przez generała Kimbę, stosującego dyktatorskie metody, zleceniodawcą – duża korporacja, która wypatrzyła się dużych złóż surowców, a zadaniem Shannona jest zrobienie rozpoznania, a potem przeprowadzenia zamachu stanu.

psy_wojny1_300x300

Tak w skrócie można przedstawić fabułę filmu „Psy wojny” na podstawie powieści Fredericka Forsytha. Jeśli jednak spodziewaliście się filmu naszpikowanego akcją, w której naboje, krew i flaki leją się strumieniami w ilościach hurtowych, to pomyliliście seanse. Reżyser John Irvin bez upiększania oraz w bardziej realistycznej konwencji, opowiada o niełatwej pracy najemnika, który traktowany jest jako ktoś spisany na straty. W zasadzie przez większą część filmu obserwujemy przygotowania do operacji: kupno broni, zebranie ekipy, przeszkolenie ludzi – wszystko przypominające bardziej film dokumentalny niż fabułę. Statyczność może przeszkadzać, ale udaje się Irvinowi zbudować klimat tej opowieści. Zaś sama akcja (ostatnie 20 minut) to przykład dobrego warsztatu + dodajmy do tego dość przewrotny i zaskakujący finał, co jest wartością absolutnie dodaną. W dodatku bardzo przekonująco pokazano życie w państwie dyktatorskim (oszczędna scenografia, bida, nędza).

psy_wojny_2_400x400

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, powinienem się ograniczyć do jednego nazwiska: Christopher Walken. Shannon w jego wykonaniu to sprytny, inteligentny i opanowany najemnik, który w najbardziej tragicznej sytuacji (pobyt w więzieniu) zachowuje spokój. Poza nim nie można nie wspomnieć Toma Berengera (Drew), Colina Blakeleya (dziennikarz North) czy Hugh Millaisa (Endean, zleceniodawca), którzy stworzyli wyraziste postacie.

Może i film powstał ponad 30 lat, ale nadal broni się realizacją i potrafi wciągnąć. Nietypowy film sensacyjny, który trzeba po prostu znać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kupiec wenecki

William Szekspir – gdyby żył dzisiaj, byłby najlepiej opłacanym scenarzystą świata. Niemniej jednak nada trzyma się świetnie, bo filmowcy bardzo wykorzystują twórczość słynnego Anglika. Chociaż zdarzają się utwory mniej znane niż „Hamlet”, „Romeo i Julia” czy „Makbet”. Taki jest „Kupiec wenecki”, który nawet w czasach samego autora wywoływał kontrowersje. Sama historia jest dość ciekawa – w Wenecji mieszka kupiec Antonio oraz jego przyjaciel Bassario, który prosi kupca o pomoc z zdobyciu pożyczki. Pieniądze mają pomóc zdobyć piękną kobietę imieniem Porcję mieszkającą na wyspie Belmont. Obaj idą do żydowskiego lichwiarza Shylocka, która zgadza się dać 3 tysiące dukatów pożyczki na 3 miesiące, stawiając warunek – w razie nie oddania pożyczki Shylock w ramach zastawu weźmie funt ciała Antonia.

Brzmi poważnie? Szekspir znany był z tego, że łączył powagę (wątek Shylocka i pożyczki) z humorem (wątek romansowy), zaś reżyser Michael Radford wiernie przenosi jego treść. Żadnego uwspółcześniania, postmodernistycznych gier czy zabawy gatunkowej. Odtwarzając epokę (scenografia i kostiumy stoją na wysokim poziomie), nie zapominana się o postaciach, ich emocjach, a to jest najważniejsze. Problemem mogą być dialogi i monologi bohaterów pełne kwiecistego słownictwa i metafor, co może wprowadzić lekkie zamieszanie i niezrozumienie, o co im chodzi, ale to zdarza się naprawdę rzadko.

kupiec_Pacino

Największą jednak siłą „Kupca” jest obsada i to z najwyższej półki. A czy może być inaczej, jeśli w jednym filmie pojawia się Al Pacino i Jeremy Irons? Chyba nie, a obaj panowie grają koncertowo. Jednak bardziej zapada w pamięć Pacino. Jego Shylock to z jednej strony człowiek interesu, ale za tą twardą skurupą widzimy człowieka zgorzkniałego, nienawidzonego przez społeczeństwo (w XVI w. w Wenecji Żydzi mieszkali w gettach, zaś nie mając praw posiadania majątku zajmowali się lichwą, za co byli potępieni przez chrześcijan) i odtrąconego przez własną córkę, która uciekła, zaś jego monolog w sądzie jest przykładem aktorstwa z najwyższej półki. Irons prezentuje się zaś bardzo dobrze jako kupiec, oddany przyjaciel, gardzący Żydami. Z drugiej strony mamy równie przekonujących Josepha Fiennesa (Bassario – zakochany, ale rozumny chłopak) oraz Lynn Collins (Porcja – kolejny dowód tzw. kobiecego sprytu, a jednocześnie piękne kobieta), zaś ich losy są równie wciągają jak Antonia i Shylocka.

Film jest dowodem na to, że Szekspir jest wiecznie żywy. Zaś adaptacja Radforda jest przykładem dobrego, ciekawego kina, w którym można czerpać przyjemność. Czy trzeba coś więcej?

kupiec_2

7/10

Radosław Ostrowski