Predator

Początek jest tutaj dość klasyczny: mamy oddział komandosów pod wodzą majora Dutcha. Specjalizują się w zadaniach ratunkowych i właśnie dostają kolejne od dawnego towarzysza broni szefa, obecnie agenta CIA. Ich celem jest minister jednego z państw w Ameryce Południowej, który został pojmany przez oddział partyzantów. Ekipa wyrusza do akcji, jednak po drodze odkrywają dość makabryczne zwłoki. A to dopiero początek niespodzianek.

predator_19871

Dla Johna McTiernana „Predator” był pierwszy dużym projektem i drugą fabułą w jego karierze. Pozornie z opisu wydaje się, że będziemy mieli do czynienia ze stricte filmem akcji, jakich powstawało wiele. To jednak tylko zasłona dymna, która zostaje nam zdjęta już na samym początku. Pierwsze półtorej minuty to latający statek kosmiczny, wystrzeliwujący w naszą planetę coś. Pozornie nieistotny detal, jednak ustawia on cały kierunek filmu. Pierwszy akt to wręcz krótka ekspozycja ekipy, składającej się wręcz ze stereotypowej grupy twardzieli: od przypakowanego koksiarza z potężną giwerą, Indianina-tropiciela, znającego hiszpański sapera, sierżanta z łysą czachą i radiowca wyglądającego niczym inteligencik. Sztampowe charaktery, ale jednak zapadają w pamięć. A kiedy dochodzi do kulminacji (scena ataku na partyzantów), dostajemy wszelkie możliwe atrakcje: świszczące kule, kozackie one-linery, wybuchy godne Michaela Baya (takiego z początków kariery) oraz wręcz skaczących przeciwników.

predator_19872

Najciekawszy jednak pozostaje sam Predator – bardzo tajemnicza persona, nie wypowiadająca ani jednego słowa. Stwór z dredami na głowie, maską (niewidoczną aż do finałowego pojedynku jeden na jeden), wyostrzonym wzrokiem – dokładnie sprzętem – oraz nowoczesną technologią, czyniącą go bezwzględnym zabijaką. To by wystarczyło na stworzenie równie ikonicznego przybysza z kosmosu, co Obcy od Ridleya Scotta, ale jest coś jeszcze: ten przybysz ma zasady. Nie zabija nieuzbrojonych, zaś z poległych zbiera głowy z kręgosłupem jako trofea, a pokonany popełnia bardzo widowiskowe harakiri.

predator_19873

I jeszcze jest to świetnie zagrane, co jest sporą zasługą m.in. Arnolda Schwarzeneggera. Wiadomo, że jak jest Arnie, to będzie twardy akcent, mieszanka sprytu oraz ciętych ripost, jednak pojawia się też przerażenie. Ale każdego z ekipy trudno zapomnieć: Billy’ego Duke’a (sierżant Mac), Sonny’ego Landhama (Billy) czy Carla Whitersa (Dillon). Jest też nawet sam Shane Black (Hawkins), który właśnie nakręcił kolejną część serii.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak film McTiernana godnie wytrzymuje próbę czasu. „Predator” to znakomita hybryda kina akcji z horrorem SF, jakiej nie było od czasu drugiego „Obcego”. Reżyser już tutaj wspina się na wyżyny talentu, a tytułowy bohater przeszedł do historii popkultury. Prawdziwe wejście z hukiem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Trzecia część nocy

Rok 1939, czyli czas, kiedy wybucha wojna. A dla Michała okres ten zaczyna się bardzo okrutnie, bo traci swoją żonę i dziecko. Ze swojego dworku przenosi się do Lwowa, gdzie przebywa z ojcem-skrzypkiem. Mężczyzna decyduje się dołączyć do konspiracji, ale przed znalezieniem kontaktu, o mały włos nie zostaje schwytany przez Niemców. Podczas ucieczki ukrywa się w mieszkaniu kobiety rodzącej dziecko, zaś jej mąż zostaje postrzelony i aresztowany. W tym czasie Michał zaczyna pracować jako karmiciel wszy.

3_czesc_nocy1

Jak na jakiś czas pojawiają się twórcy, których bardzo trudno zamknąć w jakiekolwiek szufladki. Kimś takim na pewno był Andrzej Żuławski, co pokazał już w swoim debiucie. „Trzecia część nocy” to kino takie, jakiego wtedy (i myślę, że nawet i teraz) mało kto doświadczył. Opierając na doświadczeniach swojego ojca, pokazuje okres okupacji z zupełnie innej perspektywy. Nie będzie tu żadnego heroizmu, bohaterstwa, tylko ludzie próbujący żyć w tym nieludzkim świecie. Aby przetrwać pracują jako karmiciele, by utrzymać swoje rodziny oraz siebie. A jednocześnie Żuławski decyduje się rzucić nas wszystkich w kompletną otchłań, bo jest to bardzo wymagające, hermetyczne kino. Dlaczego? Bo jest to dramat psychologiczny, gdzie nie wiadomo co jest realistycznym zdarzeniem, a co oniryczną wizją spowodowaną karmieniem i jego skutkami ubocznymi. Czy kobieta, o którą chce zadbać Michał naprawdę jest podobna do zmarłej żony czy to kolejne urojenie? A może to jest szansa na odkupienie i przeżycie drugi raz tego samego, tylko że lepiej?

Sam film próbuje być dramatem, filozoficznym traktatem oraz wizją tego czasu jako spełnionej apokalipsy. I chce postawić pytania o to jak żyć, jak się odnaleźć oraz jaką przyjąć postawę: oprzeć się na zdrowym rozsądku czy poczuciem obowiązku mimo wszystko. A gdzieś nad tym wszystkim znajduje się oko Boga, które przygląda się temu wszystkiemu. Dla wielu problemem mogą być dialogi, które wydają się bardziej deklaracjami, wywodami do dyskusji (scena karmienia wszy, gdzie bohaterowie rozmawiają o książkach), rozmowami o Bogu. To może wielu odrzucić.

3_czesc_nocy2

Sama realizacja budzi ogromne uznanie: od bardzo dynamicznie sfotografowanych scen pościgów (Witold Sobociński) przez mocno psychodeliczną muzykę Andrzeja Korzyńskiego, gdzie słyszymy gitarę elektryczną i tybetańskie chóry aż po wręcz naturalistycznie prezentowane sceny przemocy, karmienia czy porodu. Wiele razy będziecie chcieli odwrócić wzrok, zaś zakończenie zryje głowę. Także aktorstwo w stylu Żuławskiego – rozpędzona gadanina (zaskakujący Leszek Teleszyński), balans na granicy obłędu (tutaj bryluje Małgorzata Braunek), dziwaczny stan transu, jakiego nie da się opisać słowami.

Mimo ponad 45 lat, „Trzecia część nocy” pozostaje magnetyzującym doświadczeniem, nawet jeśli nie wszystko jest od razu jasne i trzeba sobie w głowie poukładać. Porażające, obłędne, tajemnicze, wręcz hipnotyzujące kino, ale dla ludzi odważnych i mocnych nerwach.

8/10

Radosław Ostrowski

Ostatnie zadanie

W wojsku nie zawsze panuje porządek, a ci najbardziej „lubiani” dostają czasem najbardziej parszywe zadanie. Tak się przytrafiło dwóm podoficerom marynarki – Mulhall oraz Buddawsky, którzy czekają na swoje rozkazy. Dostają zadanie odeskortowanie dawnego marynarza do więzienia w Pittsburghu. Meadows dostał 8 lat za kradzież, a zadanie odeskortowania wydaje się bardzo proste.

ostatnie_zadanie1

Hal Ashby, opromieniony sukcesem „Harolda i Maude”, tym razem serwuje słodko-gorzkie kino drogi z wojskiem w tle. Bo co może się wydarzyć w drodze z bazy do wojskowego więzienia? Skazaniec jest potulny jak baranek, nie chce nigdzie uciec i jest strasznie młodym chłopakiem. Mulhall z Buddawsky’m to już stare wygi, co niejedno widzieli i niejedno słyszeli, chociaż nawet ich dotykają wojskowe absurdy biurokratyczne. Ale ta cała podróż staje się dla każdego z tej trójki nowym doświadczeniem, tworząc bardzo zaskakującą więź. Jednak cała ta wędrówka jest dla reżysera jedynie pretekstem do pokazania ówczesnego świata: przydrożnych barów, dworcowych toalet, hoteli, domów publicznych, a nawet zebrania religijnych pasjonatów. Wszystko to wygląda w niemal paradokumentalnym stylu, dodającym realizmu. Pozornie wolne tempo oraz porzucenie kwestii nie działa w żadnym wypadku usypiająco.

ostatnie_zadanie2

Sama historia pokazana jest bardziej delikatnie, pokazując dość wielką siłę przyjaźni w tym całym brutalnym świecie. Granica między aresztantem a konwojentami zaczyna się coraz bardziej zacierać. Mul z Buddym stają się przewodnikami dla Meadowsa – wycofanego, niemal posłusznego, cichego faceta przyjmującego los takim, jaki jest. Panowie serwują mu pierwszy raz z kobietą, zaprowadzają nawet do matki, razem popijają piwo i zaczynają się coraz bardziej poznawać. Ale czy Meadows nie spróbuje nawiać, wykorzystując okazję? Na to pytanie poznacie odpowiedź, oglądając ten film.

Ashby nie tylko pewnie opowiada historię, nie zapominając o odrobinie humoru, lecz także dzięki fantastycznemu aktorstwo. Bryluje rewelacyjny Jack Nicholson w roli Buddasky’ego – lekko porywczego (tylko lekko), bardzo zadziornego wojaka, szanującego lojalność. Bywa lekko cyniczny, jednak jest dobrym kompanem. Tak samo Otis Young (Mulhall), z którym tworzy bardzo wyrazisty duet, który przeszedł wiele. Za to największą niespodzianką jest Randy Quaid. Aktor kojarzony głównie z serią o rodzinie Griswaldów, fantastycznie portretuje wycofanego, nieśmiałego, przytłumionego chłopaka pełnego lęków, powoli zmieniającego się podczas podróży. Czy poradzi sobie w więzieniu? Na pewno zapamięta tą wycieczkę na długo.

„Ostatnie zadanie” ma wszystkie elementy kina drogi, ale mimo wielu lat na karku, pozostaje wciągającym komediodramatem z kapitalnym aktorstwem, świetnymi dialogami oraz poruszającymi postaciami, które zostają w pamięci na długo. Aż chciałoby się zobaczyć sequel.

8/10

Radosław Ostrowski

Łódź ratunkowa

Trwa wojna. Cywilny okręt pasażerski zostaje zatopiony przez U-Boota. Niektórzy pasażerowie przetrwali na szalupie ratunkowej: dziennikarka Constance Parker, przedsiębiorca Rittenhouse, trzech członków załogi, pielęgniarka oraz kobieta z dzieckiem. Szanse na przedostanie się do innego statku czy Bahamów (pierwotny kurs statku) są praktycznie niewielkie. Wtedy zostaje wyciągnięty rozbitek z zatopionego U-Boota, który później okazuje się kapitanem.

lodz_ratunkowa1

Troszkę mniej znany film Alfreda Hitchcocka zrealizowany w czasie II wojny światowej. Sam pomysł jest prosty, bo mamy zwykły ludzi oraz tajemniczego Niemca, o którym nie wiemy zbyt wiele. Nie wiemy, czy można mu zaufać. Do tego jeszcze mamy bardzo ograniczoną przestrzeń oraz wiele konfliktów z powodu pozycji społecznych. Pasażerowie próbują sami podjąć decyzję, ale też nie wiedzą jak postąpić z “obcym” pasażerem. Zaufać mu, pozbyć się go czy może zwyczajnie ignorować. To potrafi zbudować napięcie, wynikające ze zderzenia postaw. Jeden z ocalonych ma gangrenę na nodze, umiera dziecko, zaś nasza reporterka zaczyna tracić kolejne przedmioty (maszynę do pisania, aparat z filmem czy bransoletkę), co jest źródłem humoru. Reżyser zaczyna odkrywać coraz kolejne fragmenty z życia bohaterów, podkręcając kolejne konflikty oraz prowokując do pytań o człowieczeństwo i ludzkie odruchy w walce o przetrwaniu.

lodz_ratunkowa2

Hitchcock bardzo sprytnie ogrywa ograniczoną przestrzeń, wykorzystując często zbliżenia na twarze oraz montaż. Dialogi nie są pozbawione drobnych docinków, ale też nie brakuje czynników wewnętrznych w postaci burzy, ograniczonej ilości prowiantów czy pojawienia się ostrzału. Nie brakuje kilku zaskoczeń, zaś postawa ocalonych wobec Willy’ego – nawet jak na rok produkcji – była dość zaskakująca oraz potrafi uderzyć. I ta postawa potrafi zmusić do zastanowienia nawet teraz.

lodz_ratunkowa3

Za to nadal broni się świetnym aktorstwem, mimo upływu lat, tworząc bardzo wyraziste postacie. Trudno wymazać z pamięci zadziorną, cyniczną, troszkę skupioną na siebie Parker (Tallulah Bankhead), lewicującego macho Kovaca (John Hodiak), poczciwego Gusa Smitha (William Bendix) oraz bardzo zagadkowego Willy’ego (Walter Slezak) – z jednej strony dość poczciwy i budzący sympatię (operacja na Gusie, orientacja w terenie), ale jego motywacja pozostaje dość niejasna. I ta postać skupia najwięcej uwagi.

“Łódź ratunkowa” jest angażującym dreszczowcem w czasach wojennych. Intryga wciąga, postacie zapadają mocno w pamięć, nie brakuje odrobiny humoru, zaś zakończenie prowokuje do rozmyślań. Mimo lat, godnie się starzeje, a postawa bohaterów parę razy zaskakuje.

7/10

Radosław Ostrowski

Auto Focus

Sława zdarza się każdemu człowiekowi. Czy mówi wam coś nazwisko Bob Crane? Był pozornie zwykłym facetem, pracującym jako radiowiec. Ma żonę i dzieci, a lata 60. wydają się czasem spokoju oraz stabilności. Jednak próbuje on swoich sił jako aktor, dostając szansę – serial „Hogan’s Heroes”, komediowa produkcja o niemieckim obozie jenieckim. Nic nie zapowiadało sukcesu, a serial powstał 6 lat. A wtedy w jego życiu spotyka specjalistę od sprzętu wideo, Johna Carpentera.

auto_focus1

Paul Schrader dla wielu kinomanów znany jest jako scenarzysta kilku głośnych filmów Martina Scorsese („Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”) i nie tylko. Mało kto jednak wie, że Schrader wielokrotnie próbował swoich sił jako reżyser. Zrealizowany w 2002 roku „Auto Focus” to bardzo mroczny dramat, będący ostrzeżeniem przed ciemną stronę sławy. Tutaj biografia miesza się z fikcją, zaś życie Crane’a kończy się niewyjaśnionym morderstwem celebryty. Sława, pieniądze, rozgłos, wreszcie kobiety na wyciągnięcie ręki. W połączeniu z obsesją na punkcie fotografii i pornografii, tworzy bardzo niebezpieczną kombinację. O ile na początku wydaje się drobnostką, z czasem staje się to bardzo niewygodnym ciężarem. Zwłaszcza, że nasz bohater nie ukrywa swoich zainteresowań (podczas programu rzuca seksualnymi podtekstami) i spełniając je w domu Carpentera czy na imprezach czuje się tak naprawdę sobą. Nagie zdjęcia, seksfilmy, pornografia oraz życie rodzinne i zawodowe – czy jest możliwa szansa na pogodzenie tych sprzecznych rzeczy?

auto_focus2

Reżyser ostrzega, ale nie oskarża, bo nie jest w stanie wskazać jednego winnego. Czy to toksyczna relacja z Johnem Carpenterem, próbującym odbić się blaskiem sławy Crane’a? Czy to może już działo się wcześniej? Im dalej w las, tym bardziej Schrader pozwala sobie na pewne formalne eksperymenty (surrealistyczna scena, gdy Crane „odlatuje” podczas kręcenia serialu czy nerwowo zmontowana rozmowa telefoniczna z Carpenterem), a skoczną, jazzową muzykę Angelo Badalamentiego zaczynają zastępować „lynchowskie” dźwięki ambientowej elektroniki. Nie ma też odpowiedzi na pytanie, kto zabił, zaś narracja Crane’a z offu nie wywołuje irytacji.

auto_focus3

A Schraderowi udało się zebrać oraz wycisnąć z aktorów prawdziwe soki. Najbardziej zaskakuje tutaj Greg Kinnear, który raczej kojarzony jest z rolami bardziej pozytywnych postaci. Tutaj wyciąga z Crane’a zarówno czarujący, lekko chłopięcy urok, ale też coraz bardziej pokazuje jego uzależnienie od seksu, fotografowania oraz filmowania go. Twarz jest już zmęczona, wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli, a aktor znakomicie to wygrywa. Równie mocny jest ulubieniec reżysera, czyli Willem Dafoe w roli Carpentera. I jest to dość zagadkowa postać – spec od techniki z nawijką, sprytem oraz dość imprezowym stylem życia. Między nim a Cranem tworzy się bardzo niebezpieczna nić, sprawiająca, że jeden bez drugiego nie jest w stanie funkcjonować. Panie są raczej tłem, choć najbardziej wybija się piękna Maria Bello (druga żona Crane’a), pokazując ewolucję relacji z Crane’m: od sympatii i miłości przez poczucie osamotnienia.

„Auto Focus” pokazuje talent Schradera do prowadzenia aktorów oraz wyciągania ze scenariusza wszystkich mocnych scen i wątków. Niby nic nowego, bo historia sławy oraz upadku była pokazana multum razy, jednak pokazane tak sugestywnie, że potrafi chwycić za gardło. Wiele pytań zostaje bez odpowiedzi (bo nie jest to stricte kryminał), a ciemna strona sławy jeszcze nie była tak straszna.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Akt oskarżenia

Pozornie sprawa wydawała się dość prosta. W Londynie, pani Paradine, wdowa po weteranie wojennym, zostaje oskarżona o morderstwo za pomocą trucizny. Jej obrony podejmuje się bardzo ceniony adwokat Anthony Keane. Jednak problem w tym, że pani Paradine jest dość pociągającą kobietą, przez co życie rodzinne prawnika jest bardzo narażone. A czy kobieta naprawdę jest niewinna?

Ostatni film Alfreda Hitchcocka zrealizowany przez cenionego producenta Davida O. Selznicka (także autor scenariusza) stoi w bardzo dużym rozkroku. Z jednej strony chce być dramatem sądowym z kryminalną intrygą, z drugiej próbuje wejść w objęcia melodramatu. Samo połączenie różnych gatunków nie musi z góry oznaczać porażki, tylko że reżyser przez pierwszą część bardziej idzie ku wątkowi miłosnemu, dopiero w połowie wracając do kwestii procesu. A obydwa te wątki nie potrafiły mnie ani zaangażować, ani poruszyć. Relacja miłosna pełna jest deklaratywnych dialogów oraz – co chyba jest dość zaskakujące – bardzo nietypowej postawy żony. Jest ona nie tyle wyrozumiała, lecz po prostu cierpliwa oraz bardzo przekonana o jego przywiązaniu do niej. Zaś zauroczenie adwokata wydaje się być tutaj przyjmowane na wiarę.

PARCASE_MAIN2050

Do tego wątek kryminalny, Hitch prowadzi w sposób co najmniej przewidywalny i mało zaskakujący. Nawet kolejne rzucone twisty nie robią w ogóle wrażenia, prowadząc wręcz po sznurku, a dialogi – nie pozbawione miejscami ciętych słów – nie dają satysfakcji. Tempo jest tu bardzo nierówne, sama intryga zwyczajnie nuży, a napięcie postanowiło zrobić sobie wolne. Niby film wygląda porządnie pod względem realizacji (jedynie muzyka zdradza wiek filmu – strasznie nachalna), jednak to troszkę za mało, by uczynić tą historię atrakcyjniejszą.

paradine2

Nawet aktorzy starają się jak mogą, by wycisnąć coś więcej z tej historii. I nawet nie wywołują rozdrażnienia ani irytacji. Przewijają się znajome twarze Gregory’ego Pecka (Anthony Keane) oraz wybijającego się na drugim planie Charlesa Laughtona (sędzia Thomas Hornfield). Za to największą uwagę skupia piękna Alida Valli (pani Paradine), magnetyzując uwagę wszystkich. Zjawiskowa kobieta z tajemnicą, czyli klasyczna femme fatale. Także warto wspomnieć o Louisie Jourdainie, dodającym odrobinę ciężaru dramatycznego.

Jeden z mniej znanych i zdecydowanie słabszych filmów Hitchcocka, kompletnie pozbawiony mocy. O ile początek, mógł wiele obiecywać, dalej historia ulega takiemu rozcieńczeniu, że kompletnie przestało mnie to obchodzić. Za dużo melodramatu, a dramatu sądowego tyle, co kot napłakał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Topór na miodowy miesiąc

John Harrington jest szefem domu mody, w którym modelki noszą tylko stroje ślubne. Ale kiedy poznajemy go po raz pierwszy, zabija w pociągu parę nowożeńców. Za pomocą tasaka. Zresztą sam bohater określa siebie jako paranoika, żyje z niekochaną żoną i jest świadomy swoich zbrodni. Jednocześnie zabija, by rozwiązać pewną tajemnicę z przeszłości.

topor_na_miesiac1

Mario Bava na początku lat 70. flirtował z różnymi gatunkami, by wrócić do gatunku, w jakim sprawdzał się najlepiej – krwawego horroru z wątkiem kryminalnym. Tylko, że reżyser zaczyna wywracać tą konwencję do góry nogami. Od początku wiemy kto zabija, policja zna podejrzanego, lecz nie mogą tego udowodnić. Kolejne zbrodnie, coraz bardziej pogłębiający się obłęd, zaś Bava miesza pewne pozornie nie pasujące do siebie elementy: psychologiczny thriller, zagadka z przeszłości, a nawet pojawiają się elementy nadprzyrodzone czy tajemnicza kobieta. Czy mimo wszystko potrafi zaangażować? Przez pewien czas tak. Sceny retrospekcji dają twórcy pole do eksperymentów, gdzie mamy zniekształcony obraz i krótkie przebitki, serwując kolejne elementy układanki. Nie brakuje odniesień do innych filmów, ze szczególnym wskazaniem na „Blood and Black Lace” czy „Psychozy”. Chociaż pewien problem wywołuje wątek związany z duchem jednej z ofiar. Z jednej strony daje to pewne pole do pokazania pogłębienia obłędu, ale z drugiej sprawia wrażenie ciała obcego. Co ciekawe, nie przeszkadza to w zaskakiwaniu.

topor_na_miesiac3

Bava potrafi utrzymać w napięciu przez 2/3 całości, serwując czasem odrobinę czarnego humoru. Nie można nic zarzucić malarskim kadrom, dotyczącym głównie rezydencji Johna, przypominającą gotycki pałac. Intryga pokazuje bardzo skomplikowany psychologiczny dreszczowiec, gdzie bohater (świetny Stephen Forsyth) z jednej strony sprawia wrażenie opanowanego, chłodnego gościa, z drugiej jest coraz bardziej rozedrgany, bardzo niespokojny. Równie schizofreniczna jest muzyka, mieszająca typowe dźwięki syntezatorowe pod underscore z bardziej lirycznymi fragmentami. Uderza też dość niewielka ilość krwi oraz golizny, mimo wielu pięknych pań przed kamerą.

topor_na_miesiac2

Troszkę dziwaczny to film: niby kryminał, ale bardziej psychologiczny thriller, niby ładny, chociaż pod tym względem bardziej oszczędny, z niezłymi dialogami, zabawą montażem oraz ujęciami. Świeże, zaskakujące, choć nie wszystkim ten miks przypadnie do gustu. Mimo lat, nadal ten tasak jest ostry.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Ringo zwany Nebraska

Czasy Dzikiego Zachodu nigdy nie były łatwe. Ale czasem potrafi pomóc pewien jeździec znikąd, pojawiając się we właściwym miejscu i czasie, by rozwiązać wszelkie problemy. Kimś takim jest niejaki Ringo zwany Nebraską – inteligentny, sprytny, z szybkim spustem. Pojawia się w ranczu Marthy’ego Hillmana oraz jego żony, Kay. Oboje są prześladowani przez niejakiego Cartera, który ma do nich wielkie pretensje.

ringo1

Kolejny włoski western, gdzie pośrednio realizował Mario Bava. I jeśli ktoś liczył na spaghetti western, to się musiał przeliczyć. Chociaż i tak jest lepiej niż zrealizowana w tym samym roku „Droga do fortu Alamo”. Intryga jest o wiele prostsza, podział na dobrych i złych zachowany oraz sygnalizowany kolorami, ale nasz bohater pozostaje nie do końca facetem z jasną motywacją. Zarzewie konfliktu jest nam zdradzane bardzo powoli, wyrzucając karty dopiero w finale. Ta kameralna historia sprawdza się całkiem nieźle, chociaż zwroty akcji są przewidywalne (aresztowani zbiegowie zostają wypuszczenia). Niemniej jest parę przyjemnych momentów, ładnie sfotografowanych bijatyk (tutaj elementy dekoracji są wykorzystane, zaś ciosy są mocne), zaś kilka kul zaświszczy. W tle gra przyjemna muzyka a’la Ennio Morricone (gitara, trąbki), plenery wyglądają bardziej surowo niż w USA, a i technicznie jest po prostu solidnie.

ringo2

Także aktorstwo jest jak najbardziej w porządku. Znani z poprzednich filmów włoskiego mistrza Ken Clark (Ringo) oraz Piero Lulli (Carter), sprawdzają się w rolach antagonistów bardzo dobrze. Clark jest bardziej człowiekiem czynu z twardymi pięściami oraz celnym okiem, z kolei Carter jest bardziej bezwzględny, stosujący podstęp oraz nieczyste zagrania. Dla mnie największym problemem była Yvonne Bastien, czyli Kay. Kobieta brzmi sztucznie, bardzo nieprzekonująco, a jej postać – mająca w zamyśle być więźniem pewnej dawnej umowy – drażniła swoją deklaratywnością.

„Ringo” to całkiem przyjemny, choć może zbyt prosty western z europejskiej ziemi. Z dzisiejszej perspektywy jest niezbyt oryginalny, jednak potrafi parę razy wciągnąć i ma solidną obsadę. Wstydu nie ma.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny

Dr Goldfoot już raz na ekranie się pojawił w 1965 roku. Z jednej strony miał być takim żartem z bondowskiego Goldfingera, połączonego z nieprzewidywalnym Fantomasem, zawsze będącym o krok przed swoimi przeciwnikami. W kontynuacji zrobione przez Mario Bavę, nasz zbrodniarz tym razem planuje zaostrzyć stosunki między USA a ZSRR za pomocą swoich dziewczyn-robotów z ładunkami wybuchowymi. Panny zabijają generałów NATO, a jednocześnie organizuje eksplozję bomby jądrowej z amerykańskiego samolotu na Syberię.

dr_goldfoot1

Sama historia brzmi dość bzdurnie i idiotycznie. Bo i w sumie tak jest, chociaż reżyser próbuje wycisnąć z tej fabułki ile się da. Tylko, że całość jest ciągiem slapstickowych gagów, sfilmowanych w przyspieszonym tempie niczym z serii o Bennym Hillu. Wszystko toczy się na bardzo cienkiej granicy podobieństwa, dowcipy oparte są na improwizacji, powtarzalnych gagach (odbicie się ciapowatych agentów przed wpadnięciem) oraz lekko erotycznych podtekstach. Głupota zarówno bohaterów (portierów Cichio i Franco, próbujących zostać agentami), jak i miejscami samego antagonisty wprawia w zakłopotanie. Każdy absurdalny pomysł (willa zamieniona w szkołę prowadzoną przez zakonnicę czy ucieczka z samolotu za pomocą… parasola) zamiast rozbawić, niczym w komediach z Leslie Nielsenem, tutaj wprawia w osłupienie i jest co najwyżej głupawy, pozbawiony finezji oraz frajdy.

dr_goldfoot2

Bava nie chce, ale musi zrobić ten film, kompletnie nie potrafią się w tym cyrku odnaleźć. Fabuła nie angażuje, postacie są kompletnie przerysowane i sztuczne, aktorstwo bardzo przeszarżowane, humor bardzo koślawy oraz troszkę prymitywny. Z całego projektu wybija się jedynie Vincent Price w roli głównego złego, sprawiający wrażenie najbardziej wyluzowanego w tym całym chaosie. Jednak nawet on nie jest w stanie wyciągnąć tej miernoty na wyższy poziom. Po obejrzeniu najlepiej wymazać z pamięci.

2/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Ostrza zemsty

Wracamy do czasów nordyckich, pełnych okrucieństwa, przemocy i krwi. W tym świecie ukrywa się kobieta z dzieckiem. Oboje pochodzą z królewskiego rodu, prześladowani przez demonicznego Hagena. Mężczyzna chce zmusić kobietę do ślubu, by objąć tron. I wtedy na jej drodze pojawia się – niczym z klasycznego westernu – przybysz znikąd, sprawnie posługujący się nożem.

Tym razem Mario Bava wraca do historycznego fantasy, okraszonego przygodowym duchem. Sam początek z przepowiednią na plaży, robi mocne wrażenie. Jednak im dalej w las, tym akcji jest coraz mniej, za to pojawia się więcej scen, gdzie nasz tajemniczy przybysz staje się figurą ojca dla młodego chłopca. Wspólne polowanie, nauka posługiwania się bronią – wszystko idzie to dość szybko, chociaż sam bohater skrywa pewną mroczną tajemnicę. Niby są to spowalniacze, ale dzięki nim troszkę bliżej poznajemy naszych bohaterów, ich motywacje, losy. Wszystko to prowadzone jest bardzo spokojnie, a realizacja broni się przyzwoicie.

ostrza_zemsty1

Podobać się może scenografia oraz kostiumy, nie przypominająca żadnej taniochy, bliżej nieokreślonych realiów fantasy. Także całkiem nieźle sprawdzają się sceny akcji, mimo teatralności scen śmierci. Sposób realizacji kilku scen (konfrontacja w tawernie) przypomina nawet western. Zbliżenia na twarze, ujęcia z kąta na broń, nerwowe budowanie napięcia – ta scena potrafi wessać i zaangażować. Ale klasycznego Bavę czuć dopiero w finałowej potyczce w jaskini. Tu mamy tą grę światłocieniem, wyraziste kolory, choć sama lokalizacja troszkę przypomina Hades z wcześniejszego filmu o Herkulesie.

ostrza_zemsty2

Zagrane jest to naprawdę porządnie, choć pozornie materiału nie było zbyt wielkiego. Cameron Mitchell bardzo płynnie przechodzi od tajemniczego „przybysza znikąd”, z dobrym sercem po żądnego zemsty mściciela z celnością godną prawdziwych twardzieli. Równie wyrazisty jest Fausto Tozzi w roli czarnego charakteru – demonicznego, sprytnego, lecz nie przerysowanego, szarżującego. A między panami jest ładna, długowłosa Elissa Plichelli (Karin), próbująca być niezależną, silną kobietą.

„Ostrza zemsty” to całkiem zgrabne przejście Bavy do nordyckiego peplum. Solidnie poprowadzone i zagrane, z paroma scenami trzymającymi w napięciu oraz klasycznym motywem zemsty. Może dałoby się troszkę wydłużyć i pogłębić niektóre postacie, jednak jako czysto rozrywkowy film dostarcza. Przyjemne, lekkie kino.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071