Grobowiec świetlików

Wrzesień 1945. Dla Japończyków wojna jest już przegrana, a sny o niezwyciężonej armii oraz boskości swojego cesarza okazały się zwykła fikcją. A sama historia zaczyna się od śmierci naszego bohatera – młodego chłopca o imieniu Saito. Chłopak umiera z niedożywienia na dworcu nocą, leżąc gdzieś obok innych ledwo dyszących ludzi. I wtedy zaczynamy się cofać, gdy mieszkał razem z matką oraz młodszą siostrą Setsuko. Ojciec walczył jako dowódca okrętu, więc nie było go w domu, a życie toczyło się dość szczęśliwie. Ale bombardowanie wioski zmieniło wszystko, a dzieci wyruszają do ciotki.

grobowiec2

Bardzo rzadko się zapuszczam poza produkcje z Europy i Ameryki, jednak postanowiłem zaryzykować. Anime Isao Takahaty z 1988 roku uważane jest za jedną z bardziej poruszających historii w ogóle. Zderzenie dziecięcego spojrzenia na świat z bardzo brutalną wizją wojny może wywołać bardzo dużą konsternację. Strona plastyczna w żadnym wypadku nie osłabia antywojennego przekazu oraz dramatycznych wydarzeń na ekranie: bombardowania samolotów, kolejne trupy, poczucie obowiązku ważniejsze niż człowieczeństwo oraz duma. Ta ostatnia, zakorzeniona w kulturze Japonii, stanie się źródłem tragedii, gdyż z powodu dumy chłopak decyduje się wprowadzić się do opuszczonego bunkra z siostrą. A im dalej w las, tym beztroska zaczyna się zderzać z brutalnym światem, gdzie coraz trudniej jest zdobyć jedzenie, a głód staje się nierozerwalną częścią życia.

grobowiec1

„Grobowiec” wygląda przepięknie, choć jest to ręcznie rysowana kreska, co w czasach realizacji było po prostu standardem. Czuć „japońską” rękę, ale kompletnie to nie przeszkadza, bo prostota jest najmocniejszą siłą tego małego dzieła, zaś kilka obrazów (zabandażowana matka, pierwsze bombardowanie czy desperacka kradzież żywności z pola) potrafią przerazić i trzymać za gardło. A im bliżej finału, tym ciężej się to ogląda. Widać silną więź między rodzeństwem oraz poświęcenie brata wobec siostry, tylko że ono nie wystarcza.

grobowiec3

W tej relacji z jednej strony widać silną indoktrynację narodu, co najmocniej wydać w postaci ciotki, starającej się wykonywać swoje obowiązki wobec kraju (pomoc w gaszeniu, w pracach domowych) i próbującej namówić do tego Saito, zarzucając mu nieróbstwo oraz to, że woli spędzić czas z siostrą. Także sam chłopak, syn oficera, jest przekonany o sile swojego narodu (wspomniana scena parady i podśpiewywanie pieśni patriotycznych), co też poddane zostaje weryfikacji. Postacie są bardzo wyraziste, zaś zakończenie potrafi doprowadzić do łez.

Mimo 30 lat na karku, „Grobowiec” jest jednym z mocniejszych filmów antywojennych jaki powstał – bez słodkości, lukrowania i naiwności, za to z silną dawką emocji, mieszając piękno z grozą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Łowcy potworów

Wszyscy pamiętamy bolesną wpadkę pt. „Mumia” z zeszłego roku, która miała być wstępem do nowego – uwaga, niebezpiecznie popularne słowo – uniwersum Universala, wskrzeszającego klasyczne monster movie oraz stworów takich jak Dracula, Potwór z Bagien czy Wilkołaka. Tylko, że film z tymi kreaturami występującymi razem już powstał ponad 30 lat temu, a w Stanach ma status dzieła kultowego.

lowcy_potworow1

Bo co by się stało, gdyby Dracula po stu latach pojawił się wśród żywych i zamierzał przejąć władzę nad światem? Razem z Wilkołakiem, stworem Frankensteina, Mumią oraz Potworem z Bagien muszą odnaleźć pradawny amulet, który może ich powstrzymać i zniszczyć go. Powstrzymać go próbują młode dzieciaki tworzące „Klub Potworów”. Sean, Patrick, Horace, Rudy i Phoebee to pasjonaci horrorów oraz filmów z potworami, czyli tacy współcześni geecy. Tylko, że wiedzę mają tylko teoretyczną, ale to się zmienia z pomocą dziennika samego Abrahama Van Helsinga.

lowcy_potworow2

Reżyser Fred Dekker do spółki z Shanem Blackiem postanowili pobawić się konwencją horroru, sklejając go z Kinem Nowej Przygody w stylu „Goonies”. Czuć tutaj klimat lat 80. z lekko taneczną muzyką oraz kolorystyką z klasycznymi chwytami kina grozy, polewając całość humorem. Wychodzi z tego pozornie dziwny, ale bardzo przyjemny w smaku koktajl. Sama historia toczy się dość szybko, niepokojący klimat budowany jest zarówno odpowiednim nastrojem, wziętym niemal z klasycznych filmów grozy sprzed lat. Podniszczone domostwo, bagna, akcja w sporej części toczy się nocą, a nasi antagoniści potrafią się odnaleźć w dzisiejszych czasach („Give me this amulet, bitch!” – tego słownictwa po Draculi raczej się nie spodziewaliście). Do tego jeszcze świetnie dopasowana muzyka Bruce’a Broughtona oraz kilka udanych dowcipów (akcja z poszukiwaniem dziewicy czy ojciec „usuwający” potwory z pokoju dziecka) i dialogów. I to nadal działa, zaś finałowa konfrontacja na ulicy nadal potrafi trzymać w napięciu.

lowcy_potworow3

Także aktorsko jest bardzo solidnie. Młode dzieciaki dają sobie radę, mimo ogrywania szablonów (nieustraszony lider, wystraszony grubasek, cool wyglądający nastolatek czy dość rezolutna dziewczyna), są bardzo przekonujący i czuć chemię między bohaterami. Także monstra sprawdzają się bez zarzutu, z czego wybija się demoniczny Dracula (Duncan Regehr) oraz budzący sympatię Frankenstein (Tom Noonan). Poza nimi warto wspomnieć zarówno w zdeterminowanym ojcu Seana (Stephen Macht), jak i tajemniczym starszym panu z Niemiec (Leonard Cimino), wiedzącym dość sporo na temat potworów, choć innych niż mogliby się spodziewać protagoniści.

lowcy_potworow4

Owszem, nie brakuje tutaj klisz i szablonów, ale mimo lat to ciągle daje sporo zabawy. Dekker bierze konwencję w nawias, tworząc wręcz klasyczną postmodernistyczną grę w starym stylu. Ubranie tego w komediowy strój dodaje uroku i żywotności tego dzieła.

7/10

Radosław Ostrowski

Atlantyda – zaginiony ląd

Ta mityczna kraina miała być miejscem potężnego rozwoju technologicznego, która zatonęła wskutek naturalnego kataklizmu. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie dokładnie miała się znajdować i co się dokładnie na niej znajdowało, w zamian dając mnóstwo inspiracji dla filmowców. Tak też postanowił zrobić na przełomie wieków Disney. Poznajcie Milo – pracuje w waszyngtońskiej uczelni AD 1914 w kotłowni, chociaż ma znacznie większe ambicje. Wychowywany przez dziadka, marzy o odkryciu Atlantydy, chociaż dla środowiska pozostaje ona mityczną krainą. Ale znajduje się ktoś, kto chciałby zorganizować ekspedycję – Preston Whitmore, który był przyjacielem dziadka Milo. Zebrano sprzęt oraz zebrano ekipę specjalistów pod wodzą kapitana Rourke’a.

atlantyda1

„Atlantyda” to ostatnia animacja zrobiona przez Gary’ego Trousdale’a i Kirka Wise’a, pracujących dla studia od 1991 roku, ale nie tylko dlatego jest taka nietypowa. I to czuć od samego początku, gdzie widzimy upadek Atlantydy. Tutaj trójwymiarowe modele statków nakładają się na ręcznie rysowaną grafikę. Pewnie w dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie, ale dziś bardzo zdradza wiek produkcji (zwłaszcza w scenie konfrontacji ze zmechanizowaną bestią). Po drugie (poza napisami końcowymi) nie ma żadnej piosenki, a bohaterowie nie śpiewają, co wtedy było rzadko spotykane. Film ma w sobie ducha kina przygodowego spod znaku Stevena Spielberga, ale wykorzystuje elementy świata znanego z książek Juliusza Verne’a, tworząc bardzo unikatową hybrydę.

atlantyda2

Sama historia może wydawać się prosta, bo mamy młodego naukowca-idealistę, chcącego badać nieznany, zapomniany świat oraz grupę najemników pomagających mu. Tylko, ze kapitan Rourke ma inne plany, związane z kradzieżą oraz sprzedażą potężnego „serca Atlantydy”. Jak na animację Disneya, to kino bardzo mroczne, niepozbawione przemocy i śmierci, co też nie jest oczywiste. Świat Atlantydy też potrafi wciągnąć swoim wyglądem (za animacje odpowiadał m.in. twórca „Hellboya” Mike Magnola), mimo dość silnego ugryzienia przez ząb czasu. Szkoda tylko, że nie poznajemy tej cywilizacji głębiej, bo jest w niej coś tajemniczego i fascynującego. Animacja wygląda nadal ładnie, historia wciąga (mimo pewnych uproszczeń, zwłaszcza w trzecim akcie), za to jest wiele scen akcji – bardzo dynamicznych, pełnych wybuchów oraz podnoszących adrenalinę, w szczególności finałowa potyczka powietrzna. Do tego nadal mamy galerię ciekawych postaci oraz rewelacyjną muzykę Jamesa Newtona Howarda, godną wysokobudżetowej superprodukcji.

atlantyda3

A jak sobie radzi polski dubbing? Reżysersko-dialogowy duet Joanna Wizmur/Bartosz Wierzbięta wstydu nie przynosi, a drobne smaczki (wypowiedzi pani Packard) dodają nutkę humoru. Świetnie wypada Kacper Kuszewski w roli sympatycznego, naiwnego protagonisty, który w decydującym momencie ma więcej charakteru niż ktokolwiek. Solidnie wypada Marek Barbasiewicz (kapitan Rourke) oraz Małgorzata Masalska (Helga Sinclair), ale całość kradnie ciągnący rosyjskim akcentem oraz słownictwem Arkadiusz Jakubik (Vincenzo Santorini ps. Wołodia), czyniąc tę troszkę mroczną postać odrobinę sympatyczniejszą, podobnie jak Monika Kwiatkowska (Audrey Marinez) czy Tadeusz Kwinta (ekscentryczny „Mol” Moliere).

Choć „Atlantyda” poległa w kinach i ma swoje minusy, to pozostaje jedną z bardziej nietypowych produkcji Disneya, który eksperymentował oraz próbował przełamywać swoje standardowe szablony. Nawet zakończenie, w którym bohater decyduje się zostać na Atlantydzie, jest dość nieoczywiste. Aż chciałoby się głębiej eksplorować tą krainę.

8/10

Radosław Ostrowski

Iniemamocni

Ktoś może zapytać, czy nadal jest miejsce dla superbohaterów? I nie chodzi mi o trzaskane wręcz taśmowo filmy od Marvela, ale w ogóle. Kiedyś ci goście ratowali świat, pomagali wyciągać koty z drzew czy wspierali policję w swoich akcjach. Wszystko jednak zmieniła biurokracja oraz procesy przeciw superbohaterom, którzy muszą się ukrywać i nie eksponować swoje moce. Taki los spotkał Boba Parra aka pana Iniemamocnego oraz jego żony Elastyny, a także ich dzieci. Zduszony, znudzony szarym życiem Bob nie potrafi się do końca w tym odnaleźć. Więc kiedy dostaje propozycję od tajemniczego zleceniodawcy, zgadza się wziąć udział.

iniemamocni11

Jak wiadomo, ze pojawia się Pixar, to musi być ogromny hit (przynajmniej komercyjny), choćby zamysł wydawał się karkołomny. Realizacji podjął się Brad Bird, wcześniej odpowiedzialny za „Stalowego giganta”. Niby jest to klasyczne kino akcji, gdzie obdarzenie nieprzeciętnymi mocami osoby robią to, co zawsze. Jednak koncepcja posiadana własnej rodziny posiadającej megamoce (elastyczność ciała, niewidzialność, wielka siła, niezwykła szybkość), która nie może się publicznie zaprezentować bardzo odświeża tą konwencję. I to rozdarcie między byciem sobą (superheros), a ukrywaniem się jako szary człowiek (pracownik ubezpieczeń) jest rozegrane bez cienia fałszu, przez co było łatwo mi się identyfikować z Iniemamocnym.

iniemamocni12

Sama intryga jest poprowadzona bardzo solidnie, gdzie nie brakuje kilku niespodzianek oraz zabawy konwencją (monologi łotra, opisującego swój plan, przygotowanie strojów czy problem z pelerynami), co dodaje pewnej lekkości. Ale nie jest to stricte komediowe dzieło, więc żartów jest troszkę malutko. Jednak same sceny akcji, wzięte z kina superhero czy filmów szpiegowskich, są zrobione bardzo dobrze, podkręcając tempo oraz odpowiednio podbijając stawkę. Zarówno akcje na wyspie, jak i finałowa potyczka z robotem, nadal robią wrażenie. Może i bywa troszkę przewidywalne, niemniej przyjemnie się bawiłem.

iniemamocni13

No i polski dubbing, który podtrzymuje wysoki poziom. Klasę potwierdza Piotr Fronczewski jako pan Iniemamocny, znakomicie oddając zarówno zaangażowanie podczas czynów, jak i klincz między tym, co było a rutyną dnia codziennego. W kontraście do niego jest Dorota Segda (Elastyna), będąca bardziej skłonna dostosować się do nowych warunków, jednocześnie tracąc swój zadziorny charakter. Ale pod wpływem pewnych wydarzeń, wraca do dawnego oblicza. Równie łotr z głosem Piotra Adamczyka (Bobby/Syndrome) pasuje bardzo dobrze, nie przekraczając granicy przerysowania. Ale szoł kradnie niejaka Edna, czyli projektantka strojów (niby niziutka, ale wyrazista) z głosem… Kory.

Zanim pójdziecie do kina na nowych „Iniemamocnych”, przypomnijcie sobie, od czego się to wszystko zaczęło. Mimo prawie 15 lat na karku, superbohaterska rodzinka trzyma się mocno, trzyma za kark, siejąc ogromne spustoszenie. Czy teraz dadzą sobie radę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jumanji

Dawno temu była sobie pewna gra planszowa „Jumanji”. Ale była to gra bardzo niebezpieczna i nieobliczalna, gdyż każdy rzut kośćmi doprowadzał do pojawienia się kolejnych niebezpieczeństw z dżungli. Wie o tym Alan Parrish, który w 1969 roku przypadkiem znalazł tą grę. O swoim odkryciu opowiedział swojej przyjaciółce, Sarze Whittle. Gdy rodzice Alana wychodzą, dzieci zaczynają grać. Ale jeden rzut powoduje, że chłopiec wchodzi do środka gry, a dziewczynka ucieka. 26 lat później do tego samego domu trafiają wychowywane przez ciotkę Judy z Peterem, którzy znajdują grę. Chcąc nie chcąc, kontynuują rozgrywkę, nie wiedząc o tym i pakują się w tarapaty.

jumanji12

Nakręcony w 1995 roku film Joe Johnstona stał się dla wielu widzów produkcją otoczoną kultem, chociaż nie jest to typowy film familijny. Bo sama gra jest bardzo mroczna, niczym z horroru pojawiają się kolejne zwierzęta, coraz bardziej podkręcając wysoką stawkę – życie. A by wygrać, trzeba stosować prawa dżungli, wykazać się sprytem i pokonać tajemniczego myśliwego Van Pelta. Reżyser powoli buduje napięcie, rozładowywane przez nieco slapstikowy humor. Do tej pory wrażenie robią efekty specjalne, mieszające grafikę komputerową z praktycznymi efektami, broniąc się przed zębem czasu. Wyłażące pnącza, atak stada czy podłoga zmieniająca się w ruchome piaski do dziś wygląda świetnie. I nadal trzyma w napięciu, co widać podczas próby odzyskania gry z ręki Van Pelta czy finału. Klimat podkręca także muzyka Jamesa Hornera oraz pomysłowo inscenizowane sceny.

jumanji11

To wszystko mogłoby nie wypalić, gdyby nie wyraziste postacie. Robin Williams idealnie balansuje między żartem a powagą. Jako dorosły Alan próbuje odnaleźć się w nowym, obcym świecie, naznaczonym pobytem w dżungli, zmieniając go w połamanego człowieka. I to wygrane zostało znakomicie, bez poczucia fałszu, pokazując troszkę inne oblicze aktora. Również role dziecięce są świetnie poprowadzone, zarówno Kirsten Dunst (Judy), jak i Bradley Pierce (Peter) świetnie się uzupełniają, tworząc zgrabny duet. Także Van Pelt (mocny Jonathan Hyde) sprawdza się w roli czarnego charakteru, którego determinacja jest godna Terminatora, choć motywacja wydaje się bardzo prosta.

jumanji13

Mimo ponad 20 lat na karku, „Jumanji” nadal się broni jako świetny film przygodowo-familijny, pełen niebezpieczeństw oraz aury tajemnicy. Akcja ciągle zachowuje tempo, postacie są bardzo wyraziste i trzyma w napięciu do przewrotnego finału. Tak się robi klasykę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lustrzana maska

Kim jest Helena? To młoda dziewczyna, wychowana przez rodziców-cyrkowców, ale nie bardzo jej ten świat odpowiada. Przed jednym z występów kłóci się z matką, a ta przed kluczowym występem traci przytomność. Dzień przed operacją dziewczyna trafia do dziwnej krainy, gdzie równowaga między dobrem a złem jest zagrożona.

lustrzana_maska1

Film Dave McKeana jest oparty na scenariuszu Neila Gaimana – jednego z najpopularniejszych pisarzy fantasy. I ta pokręcona historia jest opowieścią o przyspieszonym dojrzewaniu oraz godzeniu się ze swoim miejscem na ziemi. Czuć, że to ten autor odpowiada, a wykreowany przez niego świat jest dość… specyficzny. Bo mamy tam noszącego maskę Valentine’a, który pokłócił się z… wieżą, uśpioną Białą Królową, złą Czarną Królową, Sfinksa, Gigantów. Wszystko jest tu polane animowanym sosem, tworząc bardzo surrealistyczną wizję, prowadząc do dość oczywistego finału.

lustrzana_maska2

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to animacja. Jest ona mocno koślawa, z naklejonymi twarzami do sylwetek postaci (koty, Sfinks) i jest, prawdę mówiąc, bardzo brzydka, pełna szaroburych kolorów, wykrzywionych postaci oraz dużej ilości mroku. Z jednej strony to buduje klimat, pełen tajemnicy czy niesamowitych scen (wieża pełna zamków czy siedziba Czarnej Królowej), ale z drugiej wygląda to dość odpychająco, strasznie i wręcz przerażająco. Miałem jednak wrażenie, że forma – miejscami intrygująca – jest ważniejsza od treści, dość prostej do odczytania.

lustrzana_maska3

Aktorsko jest zagrane całkiem nieźle, choć najbardziej wybija się wystraszony oraz niezdecydowany Valentine (świetny Jason Barry), a także Rob Brydon (ojciec Heleny i Premier z baśniowego świata). A jak sobie poradziła Stephanie Leonidas jako Helena? Całkiem przyzwoicie, balansując między lękiem, odwagą, a samotnością i bezradnością.

To trudny, wymagający film, który młodych widzów może odstraszyć, a wielu zmęczyć swoją oniryczno-surrealistyczną formą. Na pewno intryguje, wybija się z tłumu innych tego typu produkcji, ale to dość nierówne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Blef

Howard Hughes – żadna inna postać nie magnetyzowała i nie skupiała uwagi ludzi na całym świecie jak ten miliarder, którego życiorys jest pełen plotek, spekulacji. Zwłaszcza jego powojenne losy, gdy wycofał się z życia publicznego. Ale czemu by na tym nie zarobić kasy? Tak postanowił zrobić Clifford Irving – bardzo ambitny pisarz, który postanowił napisać „autobiografię” Howarda Hughesa, ale bez udziału Howarda Hughesa. Cała ta historia może wydawać się nieprawdopodobna, ale całość wiele lat później spisał ją sam Irving.

blef1

Jeszcze większym zaskoczeniem jest fakt, że tą wariacką historię postanowił opowiedzieć… Lasse Hallstrom, czyli specjalista od obyczajowych opowieści. A historia o dużej mistyfikacji ciągle zaskakuje. Reżyser bardzo spokojnie prowadzi fabułę, coraz bardziej komplikując całą intrygę. A ja ciągle zadawałem sobie pytanie, kiedy i czy w ogóle to wszystko się sypnie. Kradzieże, fotografowanie dokumentów, imitowanie nagrań i głosu Hughesa – wszystko podkręca tempo, potrafi zaskoczyć i trzyma w napięciu. Ale jednocześnie są pewne momenty, gdzie część (przynajmniej) informacji może wydawać się prawdziwa. Mam tutaj wątki polityczne związane z prezydentem Nixonem, którego brat dawno temu wziął pożyczkę od Hughesa, co miało pewne perturbacje. To wszystko wciąga totalnie, potrafi parę razy wyciąć brzydki numer i jest bardzo soczyste. To na pewno film Hallstroma?

blef2

Reżyser zachowuje klimat lat 70. – i nie chodzi tylko o stroje, muzykę czy fryzury, ale też przede wszystkim scenografię. Zarówno wnętrze Watergate, chata Irvinga czy szklane biura wydawnictwa oddano z pietyzmem. Ale też pytania o prawdę i to, w co można wierzyć pozostają aktualne. Są spowodowane nie tylko „pracą” autora nad książką, lecz także z „przesłuchaniem” Hughesa przed komisją przez… telefon czy momentów obecności współpracownika Hughesa, George’a Holmesa. Czy aby wszystko było kłamstwem, a może Irving był tylko pionkiem? Na to pytanie sami musicie udzielić odpowiedzi.

blef3

Największym atutem jest kapitalna, wręcz życiowa kreacja Richarda Gere’a, który z gracją i urokiem wciela się w Irvinga. Z jednej strony to facet posiadający talent literacki, lecz brakuje mu siły przebicia, ale to także łgarz, mający sporo szczęścia oraz skłonności do oszustw (scena wyznania o romansie). A kiedy udaje Hughesa na taśmie, robi to bezbłędnie. Za każdym razem magnetyzuje, zwraca uwagę i niemal cały czas nie wychodzi z roli. Partneruje mu Alfred Molina, który jest tak poczciwy, ze bardziej się nie da, ale daje się wkręcić w cała akcję. Obaj panowie tworzą dość ciekawy duet, z kolei drugi plan błyszczy (m.in. Stanley Tucci, Marcia Gay Harden czy Hope Davis), kradnąc parę minut.

„Blef” to jeden z nieoczywistych filmów Hallstroma, który nie zawiódł. Zgrabny balans między humorem a dramatem, ciągłe zachowanie tempa, chociaż końcówka jest lekko mroczna. Mocne, miejscami bardzo mięsiste kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Hazardzista

Dan Mahoney wydaje się na pierwszy rzut oka szarym człowiekiem, nie wyróżniającym się z grona innych szarych ludzi na świecie. Pracę też ma szarą – jest bankierem w Kanadzie. Niedawno awansował na stanowisko młodszego wspólnika i zajmuje się poważnym rachunkiem. Ale – jak każdy człowiek – ma też swoje sekretne życie. A tam dominuje jedna rzecz, czyli hazard. Od kiedy gra w kasynie, obstawia wyścigi i przegrywa kolejne pieniądze. Hazard plus dostęp do kont daje bardzo niebezpieczną mieszankę.

hazardzista1

Dla reżysera Richarda Kwietniowskiego, historia Mahoneya mogła być pretekstem do różnych konwencji. Mógł to być dramat sensacyjny, pokazujące finansowe przekręty bankiera, policyjnego śledztwa, ale tak naprawdę kryminalny wątek jest tak naprawdę tylko pretekstem. Reżyser bardziej skupia się na psychologicznym stanie bankiera, który już dawno przekroczył linię oddzielającej jego nałóg od życia. Kiedy nałóg przejął nad jego życiem kontrolę – tego nie wiemy, ale Mahoney wydaje się być tego świadomy. Doszedł do tego stopnia, ze hazard jest nierozerwalną częścią, wręcz sensem życia. Sama historia jest oparta na pewnej rutynie: praca, kontakty z bukmacherem (Frank Perlin), wyjazd do Atlantic City, powrót (już spłukany). I tak w kółko, w kółko aż do gry wkracza policja oraz szef kasyna, Victor Foss. Mimo tego spokoju, wręcz rutynowego rytmu, „Hazardzista” potrafi wciągnąć swoim klimatem, coraz większym poczuciem paranoi i pytaniem: czy tym razem się uda wyjść z wygraną? A może nie ma już wyjścia i Mahoney skończy bardzo brutalnie?

hazardzista2

Film ma w sobie pewien hipnotyzujący, w czym pomaga bardzo pulsująca muzyka (elektroniczno-jazzowy sznyt) oraz zgrabny montaż. Kwietniowski bardzo sugestywnie pokazuje coraz bardziej nakręcające się stadium uzależnienia, gdzie nasz bohater kompletnie nie dostrzega problemu i rani kolejne osoby, próbujące mu pomóc. Co takiego jest w tym stole, ze nasz bohater u psychiatry przyznaje, ze najbardziej ekscytujące przeżycie – poza hazardem w skali 1-100 dostaje 20, a hazard maksa?

hazardzista3

Ale film ma jeden mocny atut, którego nie waha się użyć – Philipa Seymoura Hoffmana. W jego wykonaniu Mahoney może i sprawia wrażenie niepozornego grubaska w okularach. Ale kiedy zacznie grać, staje się zupełnie kimś innym – te drobne ticki, rozpędzone i galopujące oczy oraz chłodna twarz tworzą bardzo niebezpieczną mieszankę. Aktor kradnie każdy ekran, tworząc bardzo skomplikowany portret nałogowca, znajdującego się w sytuacji już bez wyjścia. Poza nim trzeba docenić łasicowatego Johna Hurta (szef kasyna Victor Foss) oraz bardzo ciepłą Minnie Driver (Belinda).

„Hazardzista” wydaje się pozornym, skromnym filmem, ale ma w sobie coś tak intrygującego, wręcz uzależniającego. Bardzo sugestywne, mroczne stadium, chociaż pozornie zakończone happy endem, który nie jest dany raz na zawsze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Planeta wampirów

Na planetę Aura, z której dochodzi pewien tajemniczy sygnał, wyrusza ekspedycja składająca się z dwóch statków: Argosa i Galliota. Jednak podczas lądowania załoga jest wręcz gnieciona przez tamtejszą grawitację, a gdy dochodzi do kontaktu z podłożem, załoga dostaje szału i próbuje się nawzajem wymordować.

planeta_wampirow1

Mario Bava tym razem idzie w stronę kina SF zmieszanego z horrorem. Pozornie historia brzmi jak z kina klasy B, czyli mamy tajemniczą planetę, coraz dziwne sytuacje, których trudno wyjaśnić w sposób racjonalny. Ale wyjaśnienie, mimo że wydaje się bardzo oczywiste (umierająca rasa chce wyrwać się i podbić świat, by przetrwać), to jednak reżyserowi udało się zbudować klimat tajemnicy, osaczenia, niepokoju. Uderzyła mnie bardzo bogata scenografia, chociaż twórcy – poza salą filmową nie mieli praktycznie nic – zbudowali wnętrze statku kosmicznego (widać, że to lata 60.), jak i samej planety pełnej zarówno niepokojącej roślinności, wulkanów, dziwacznych kształtów. Wygląda to bardzo elegancko, a długie kadry tylko pomagają wejść w tą opowieść, będącą inspiracją dla „Obcego”.

planeta_wampirow2

Zdarzają się w zachowaniu mniejsze głupotki, ale „Planeta” potrafi miejscami straszyć, choć później ten klimat zaczyna się coraz bardziej sypać. Za to Bava pewnie prowadzi intrygę, potrafi zaskoczyć finałem (ale jak niby miałoby dojść do tej sytuacji – nie mam pojęcia), chociaż sceny bijatyk oraz strzelanin wyglądają dość teatralnie, zaś aktorstwo też delikatnie mówiąc, nie jest najwyższych lotów. Ale z tych dziwacznych elementów powstał film klasy B, który daje wiele frajdy i satysfakcji. Angażujący, wciągający, chociaż niekoniecznie mądry film rozrywkowy.

Ma w sobie pewien niewymuszony urok, chociaż wampirów nie zauważyłem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Blood and Black Lace

Dom mody gdzieś we Włoszech. Prowadzi go hrabina Como oraz jej partner Max Marlan i powodzi się nawet całkiem nieźle. Lecz spokojna egzystencja zostaje przerwana przez morderstwo jednej z modelek. Zbrodniarz w masce sprawiającej wrażenie pozbawionej twarzy, czarnych rękawiczkach i płaszczu sieje spustoszenie, a prowadzący śledztwo inspektor Silvestri próbuje znaleźć sprawcę. Kluczem może być ukryty dziennik ofiary.

blood1

Mario Bava znowu bawi się w giallo, rozwijając jego formułę. Pojawia się charakterystyczny dla tego nurtu zamaskowany morderca (zawsze w czarnych rękawiczkach), sprawiający wrażenie istoty demonicznej, jakby pojawiającej się znikąd i zawsze przygotowanej do kolejnego działania. Reżyser serwuje kolejnych podejrzanych, motywy, mnoży tajemnice i tropy (narkotyki, szantaż), przez co nie jesteśmy w stanie rozszyfrować sprawcy. Bava nadal prezentuje swój wysmakowany styl plastyczny i tutaj w kolorze jeszcze mocniej to widać. Zwłaszcza wizyta w domu mody, otoczonym manekinami czy w galerii jest zarówno zachwycająca wizualnie (nawet jeśli wydaje się kiczowato-tandetna), ale potrafi też pomóc w budowaniu napięcia. Zwłaszcza w scenach torturowania rozgrzanym do czerwoności (dosłownie) piecykiem, zrobiona wręcz z nerwem, ale i bardzo elegancko. Bava jest znacznie bardziej brutalny, zarówno w ilości trupów jak i metodzie mordowania, prezentując więcej krwi. Z drugiej strony samo zabijanie (wbijanie narzędzi typu nóż) z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się aż tak straszne, lecz uniknięto przesadnej teatralności.

blood2

Jedyne, co mi bardzo mocno przeszkadzało to samo wyjaśnienie, które wydało mi się bardzo banalne oraz zakończenie, oparte na zasadzie, że sprawca – prędzej czy później – zapłaci za swoje uczynki. Nawet nie o to chodzi, że wykorzystano ten zabieg, ale tutaj nie za bardzo pasowało. Podobnie aktorstwo było na bardzo przyzwoitym poziomie, chociaż trudno kogokolwiek wyróżnić. Nikt też za to nie wystaje, każdy pasuje do swoich postaci i nie wywołuje irytacji.

blood3

Przyznam się, że wciągnęła mnie ta intryga, a kolejne tropy podrzucane przez Bavę potrafiły mnie wpuścić w maliny. Ale gdyby bardziej zaszaleć w finale, to „Blood and Black Lace” byłoby bardzo dobrym, a wręcz rewelacyjnym filmem. A tak to jest – stosując szkolną klasyfikację – na cztery z plusem, czyli mocny punkt w dorobku Włocha.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071