Dom egzorcyzmów

Lisa Reiner jest turystką, która przebywa z wycieczką gdzieś we Włoszech. Jednak podczas odwiedzania placu, odłącza się od grupy i gubi się po okolicy. Po drodze trafia na małżeństwo, które przybywa i razem znajdują się w dworku gdzieś na odludziu. Dworek należy do hrabiny, jej syna oraz dość ekscentrycznego służącego.

lisa_i_diabel1

Mario Bava tym razem wraca do tego, co umie najbardziej, czyli do horroru. I nie jest to klasyczny horror, tylko gotycka opowieść z romansem w tle. Chociaż sam początek niczego takiego nie zapowiada, bo mamy zagubioną kobietę w obcym otoczeniu. Reżyser powoli zaczyna budować atmosferę tajemnicy, wynikającej z poczucia osaczenia, ale też obecności bardzo podobnych do ludzi manekinów. Wszystko się zmienia w momencie przybycia do domostwa, pełnego mrocznej tajemnicy rodu, mroczniejszego klimatu oraz atmosfery niepokoju. Bava sięga z jednej strony po klasyczne elementy (niepokojący dźwięk, niepokojące kadry), ale też parę razy zaskakuje wizualnie jak podczas scen igraszek pokazanych z odbijającej się papierośnicy. No i nadal wygląda pięknie, co widać w scenach na dworze.

lisa_i_diabel2

Po drodze pojawiają się pewne retrospekcje, które mogą wprawić w kompletną dezorientację, zarówno wobec postaci, jak i miejsca. Pewną poszlaką może być bardziej rozmyte oświetlenie w kadrach, jednak sama intryga jest dość zaplątana, sprawiając dużą konsternację. Także muzyka, niepozbawiona lirycznych fragmentów, brzmi bardzo współcześnie dla realizacji, czyli latami 70. Nie brakuje też zarówno scen przemocy z cieknącą krwią oraz złowrogich miejsca jak pokój kamerdynera pełen manekinów czy kaplica. Jednak na mnie wrażenie zrobiło przewrotne, wręcz surrealistyczne zakończenie, które potrafi zmrozić.

lisa_i_diabel3

Aktorstwo wydaje się tu troszkę przerysowane, jednak nie wywołuje ono w żaden sposób żenady czy frustracji. Najbardziej wybija się tutaj dystyngowany, elegancki Leandro w wykonaniu Telly’ego Savallasa, już z lizakiem w ustach. Opanowany, spokojny, ale jednocześnie z dużym dystansem oraz luzem. Dobrze sobie też radzi ładna Elke Sommer (Lisa) oraz bardzo wyrazista Alida Valli (hrabina), grając bez popadania w manieryzm czy przesadę.

„Dom egzorcystów” to bardzo klasyczny, wręcz elegancki horror w starym stylu, w którym Bava trzyma fason. Mimo pewnych logicznych dziur oraz miejscami średniego aktorstwa, dostarcza wiele frajdy, co sugeruje już bardzo ciekawa czołówka. Zawodu raczej nie będzie.

7/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Pięć lalek w blasku sierpniowego księżyca

Piękna wyspa gdzieś na wyspie z daleka od świata. Tutaj przybywają straszni bogacze, ich żony oraz pewien profesor, który niedawno stworzył formułę, mogącą odmienić świat biznesu. Problem w tym, że sam naukowiec nie chcę sprzedać swojego odkrycia. I to wszystko zaczyna serię morderstw, dokonujących się w tej okolicy.

piec_lalek1

Mario Bava tym razem postanowił stworzyć własną wizję „Dziesięciu Murzynków” – samotna, odizolowana wyspa, sami podejrzani, ciągłe poczucie zagrożenia. Z drugiej strony to wszystko podane jest w bardzo lekkiej formie, wręcz zabawowej. Przynajmniej na początku, reżyser próbuje podpuszczać i bawić się napięciem (pierwsze „morderstwo”). Jednak im dalej w las, tym bardziej cała intryga wydaje się wydumana, postacie zachowują się co najmniej niedorzecznie (zamiast się ukrywać czy stosować środki ostrożności, spokojnie sobie chodzą po okolicy jakby nigdy nic), a suspens siada na łeb, na szyję. Niby zaczynają się wzajemne oskarżenia czy próby podchodów, lecz zwyczajnie to wszystko nie funkcjonuje tak jak powinno. To może sceny przemocy? Nic z tego, wszelkie zabójstwa (poza finałowym) dzieją się poza okiem kamery, co miałby pewnie zszokować i przerazić, lecz to też nie funkcjonuje. Muzyka w tle jest bardzo taneczna, wręcz imprezowa, przez co z jednej strony dodaje lekkości, lecz kompletnie nie potrafi zbudować napięcia.

piec_lalek2

Bava próbuje troszkę coś ugrać swoimi operatorskimi sztuczkami i trzeba przyznać, że zdjęcia wyglądają naprawdę ładnie. Wyspa jest urocza, krajobrazy, kolory bardzo przyjemne, przez co nawet sprawia to drobna frajdę. Drugą są piękne panie, objawiające swoje wdzięki, chociaż nie ma tutaj erotycznego napięcia. Zaś same postacie w dużej części są dojść antypatyczne (zwłaszcza panowie), przez co trudniej było mi się z nimi identyfikować. I przez co cały film oglądałem z obojętnością.

piec_lalek3

Niestety, ale „Pięć lalek” to kompletna strata czasu. Film paskudnie się zestarzał, intryga nie wciąga, bohaterowie nie obchodzą mnie wcale, aktorstwo takie sobie, nawet niezła strona formalna nie wystarczyła, by skupić uwagę do końca. Niby niecałe półtorej godziny, ale strasznie się to dłużyło. Męka.

4/10

Radosław Ostrowski


Diabolik

Tytułowy Diabolik to nieuchwytny kryminalista, nie robiący sobie nic z kolejnych policyjnych zasadzek, dopuszczając się coraz bardziej bezczelnych kradzieży. A wspiera go w tym Eva – wspólniczka i kochanka. Jednak prowadzący sprawę inspektor Genko jest zdeterminowany i by dopaść przestępcę postanawia zawrzeć układ z szefem mafii.

diabolik1

Film Mario Bavy z 1968 roku, tym razem wspartego przez producenta Dino De Laurentiisa, zmierzył się z popularnym w swoim kraju komiksem. I jest to w jakimś stopniu kino superbohaterskie, ale troszkę inne niż zwykle, bo Diabolika trudno nazwać bohaterem. Owszem, ma kryjówkę pod ziemią, ma sporo gadżetów i lateksowe wdzianko niczym Batman, jednak to (anty)bohater, mający tylko jeden cel: spełnić zachcianki swojej kobiety. Pozornie historia wydaje się bardzo prosta, jednak reżyser idzie z duchem epoki, czyli lat 60. Z jednej strony bardzo psychodeliczna wizja, z bardzo szybkim montażem (czołówka), skupieniem na detalach oraz dość ciekawych kadrach, z dość nietypowymi kątami jak w scenach z kryjówki naszego protagonisty czy podczas scen akcji. Z drugiej jest to bardzo kampowy, lekko kiczowaty koktajl, przesiąknięty erotyzmem oraz pomysłami tak szalonymi jak przetopienie pieniędzy w jedną ogromną sztabę złota. Więc jest wywrotowo, zmysłowo, z szaloną muzyką Ennio Morricone oraz bardzo pomysłowymi inscenizacjami (zasadzka przy pomocy mafii, każda ucieczka oraz nowy gadżet czy finał), nawet jeśli troszkę maskują kwestie budżetowe (akcja z pociągiem). Intryga potrafi chwycić, realizacja wygląda imponująco (poza scenami jazdy, gdzie mamy przyklejone tło), pojawia się kilka niespodzianek i wolt, zaś finał wprawia w pewne zakłopotanie.

diabolik2

Bava świetnie się bawi formą, a i aktorami (mimo pewnego przerysowania i umowności) zajmuje się bardzo dobrze. Największe wrażenie robią tutaj Michel Piccoli (inspektor Genko) oraz Adolfo Casi (gangster Valmont), którzy zwyczajnie bawią się na planie przednio. Podobnie jak pojawiający się w epizodzie Terry Thomas (minister), dodający troszkę humoru. Z kolei sam Diabolik w wykonaniu Johna Martina Lawa to bardzo małomówny facet, nastawiony na czyny z aparycją przypominającą troszkę Alaina Delona. Ale gdy się odezwie jest zaledwie znośny. W przeciwieństwie do pociągającej Marisy Mell, z którą nasz zbrodniarz ma bardzo silną chemię.

diabolik3

„Diabolik” to bardziej komercyjny film Bavy, jednak nie należy tego traktować jako wady. Reżyser po swojemu zmierzył się z nieznaną sobie konwencją, naznaczył swoim piętnem i dorzucił luz. Dla mnie była to przyjemną wyprawa, dająca dużo zabawy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Mustang z Dzikiej Doliny

Mustang – dziki koń, będący symbolem nieskrępowanej wolności oraz Dzikiego Zachodu. To niemy bohater XIX-wiecznych przemian w USA, o którym postanowili opowiedzieć animatorzy z DreamWorks. Kiedy poznajemy naszego bohatera dopiero przychodzi na świat, który jest dla niego kompletnie nieznany i tajemniczy. Powoli zaczyna dojrzewać, aż staje się dorosłym koniem oraz wodzem swojego stada, hasającego po nieokiełznanych jeszcze przez człowieka terenach. Jednak nasz koń popełnia błąd i zbliża się do śpiących ludzi, który go schwytali i próbowali go złamać. Tak zaczyna się odyseja naszego bohatera.

mustang1

W dniu premiery „Mustang” robił bardzo duże wrażenie swoich technicznym wykonaniem, zgrabnie łącząc klasyczną animację z trójwymiarowymi wstawkami, co było mocno obecne na początku XXI wieku. Ale dzisiaj takie detale już kłują po oczach jak w scenie ucieczki podczas przewożenia lokomotywy, gdzie nawet eksplozje wyglądają bardzo sztucznie. Z drugiej strony sama animacja nadal wygląda ładnie (nawet bardzo), ze szczególnym uwzględnieniem krajobrazów godnych westernów – od kanionów, pustyni, lasów aż po jesienne błoto. Owszem, jest jedna lekko kiczowata scenka w lesie podczas „pływania” (wygląda wręcz prześlicznie), ale nigdy nie udaje się twórcom przekroczyć granicy przesłodzenia. A perspektywa zwierzęcia na wydarzenia związane z Dzikim Zachodem (próba złamania i ujarzmienia go przez kawalerzystów, pomoc przy budowie kolei) dodaje sporo świeżości do tej prostej opowieści o osiągnięciu wolności. Dialogów jest tu niewiele (zwierzaki odzywają się „swoim” językiem, a ludzie swoim), co jest dość nieoczywistym zabiegiem jak na animację, jednak dodaje to realizmu, zaś wiele scen akcji (w tym finałowa z przeskokiem przez przepaść) nadal imponuje tempem oraz wykonaniem.

mustang2

Jedynym mocnym zgrzytem całości jest muzyka Hansa Zimmera. Nie zrozumcie mnie źle, swoje zadanie na ekranie wykonuje solidnie, jednak mocno kłuje w uszy swoją prostotą, a nawet prostackim brzmieniem, bardziej nadającym się do radia. Za to przygrywane piosenki w tle (w oryginale śpiewane przez Bryana Adamsa) brzmią całkiem nieźle i dobrze komentują stan emocjonalny naszego bohatera.

mustang3

A jak sobie radzi polski dubbing? Tutaj postacie pełnią rolę tła dla naszego Mustanga nazwanego Duchem, ale słucha się ich z niemałą frajdę. Na tym polu najbardziej wybija się Wojciech Machnicki (bardzo twardy pułkownik) oraz Jacek Kopczyński (Wartki Potok), tworząc bardzo wyrazistych bohaterów. Jednak najważniejszy jest Mustang, tutaj mówiący głosem Macieja Balcara, bardziej znanego jako wokalista Dżemu. I daje radę swoim bardzo spokojnym głosem jako nasz bohater, mówiący cały czas z offu, zaś w partiach wokalnych wypada bardzo solidnie.

Z dzisiejszej perspektywy „Mustang” prezentuje się dobrze, a klimat Dzikiego Zachodu jest dobrze zachowany. A i sama historia potrafi wciągnąć, bo o wolności oraz życiu według własnych zasad dla wielu jest wartością identyfikowaną przez masę ludzi. Wiec dajcie się ponieść tej historii, nie będziecie żałować.

7/10

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść. Feiwel wyrusza na Zachód

Pamiętacie Fiewela Myszkiewicza? Ten rosyjski imigrant mieszkający w Nowym Jorku razem z rodziną nadal jest rozbrykanym dzieckiem. Ale tym razem kręcą go opowieści z Dzikiego Zachodu oraz legendarnym szeryfie Wylie Burpie. Jednak całe to spokojne życie zostaje zniszczone z powodu ataku kotów, niszczących dom, ale nie atakujących małych stworzonek. W zamian otrzymują od pewnego handlarza bilety do Green River – miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdzie koty z myszami żyją w symbiozie. To wszystko jednak jest naprawdę pułapką, którą odkrywa Fiewel.

amerykanska_opowiesc21

Sukces pierwszej części „Amerykańskiej opowieści” spowodował, że ciąg dalszy był tylko kwestią czasu. Ale ten przybył dopiero po sześciu latach, już bez Dona Blutha na pokładzie. Pierwsze, co się rzuca w oczy to wtórność. Fabuła idzie szlakiem znanym z poprzednika, czyli przeniesienie się do nowego miejsca, rozdzielenie Feiwela od rodziny, samodzielne dotarcie oraz ostateczna konfrontacja. Niemniej przeniesienie całości do realiów Dzikiego Zachodu dodaje wiele świeżości, a także klimatu. Historia jest bardzo prościutka, postacie prosto zarysowane, a intryga poprowadzona bardzo gładko, przez co nie czuć tak mocno napięcia ani stawki. Jedynie końcowa konfrontacja w formie klasycznego pojedynku zaskakuje kreatywnością, suspensem oraz zaangażowaniem (poza oczywistym finałem). Także sama kreska wygląda nadal pięknie, utrzymując styl poprzednika. Animacja cieszy oko, postacie są dość szczegółowo zarysowane, a cieniowanie i oświetlenie wypada cudnie. Także muzyka Jamesa Hornera ciągle zachowuje poziom, zaś partie wokalne (tutaj zaskakująco dwa utwory pozostały w oryginalnej ścieżce dźwiękowej) nie wywołują irytacji.

amerykanska_opowiesc22

Polski dubbing nadal trzyma poziom, a znani z poprzednich części aktorzy (Krylik, Pawlak, Szydłowski, Sztejner) ciągle sprawiają przyjemność. Z nowych bohaterów najlepiej prezentują się Burp (świetny Sławomir Pacek) oraz pan Kociokwik (potwierdzający klasę Janusz Bukowski). Ten pierwszy jest już zmęczonym stróżem prawa, decydującym się na ostatnią akcję (szkolenie Tygrysa na następcę), ten drugi to klasyczny czarny charakter, ukrywający swoją demoniczność w szaty eleganckiego, dobrodusznego dżentelmena. Obydwaj panowie wznoszą całość na wyższy pułap.

amerykanska_opowiesc23

Druga część przygód Fiewela nadal potrafi sprawić przyjemność. Owszem, to powtórka z rozrywki i jest to przewidywalne, jednak klimat Dzikiego Zachodu potrafi dodać troszkę świeżości, zaś przygoda nie wywołuje znużenia. Czyli da się zrobić udany sequel?

7/10 

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść

Rok 1885 w carskiej Rosji był bardzo trudny dla wszystkich. Tam też mieszkała mysia rodzina Myszkiewiczów (ojciec, matka, Feiwel, Tania), a tam ciągle jest śnieg, sera tyle, co kot napłakał, zaś koty szaleją i terroryzują okolicę. Ale wskutek pogromu i ataku Kozaków cała rodzina musi emigrować. A gdzie można wyruszyć jak nie do Ameryki – kraju, gdzie ser leży na ulicy, a kotów nie ma. Czyli istny raj na Ziemi, jednak chłopiec oddziela się od rodziny.

amerykanska_opowiesc11

Don Bluth był filmowcem, który w latach 80. podjął dość udaną próbę stanowienia konkurencji dla swoich byłych szefów, czyli Disneya. Po „Dzielnej panie Brisby” reżyser poszedł za ciosem i zrealizował klasyczną historię przybysza trafiającego do nowego dla siebie świata, próbując się w tym wszystkim odnaleźć. Bo Ameryka (a dokładnie Nowy Jork) nie jest takim rajem, jaki Feiwel poznaje z opowieści. Koty terroryzują okolicę, jest spore rozdrobnienie społeczne, panuje bieda i nędza, a imigranci muszą uważać na osoby, jakie spotykają na swojej drodze. Bo nie brakuje zarówno oszustów (Norman Szczur, który okazuje się… szefem kociej mafii), ale też i bardziej życzliwych bohaterów, stanowiących wsparcie jak arystokratka Lola czy zadziorny Tony Toponi.

amerykanska_opowiesc12

Ta całą historia potrafi zaangażować, ale – co najbardziej zaskakuje – jest bardzo mrocznie i dramatycznie. Już atak Kozaków na wioskę wygląda groźnie, jednak dalej też nie brakuje momentów wręcz przerażających (rejs podczas burzy, gdzie fale wyglądają niczym potężni tytani czy Feiwel trafiający do ścieków, będących kryjówką kotów), budujących wręcz niepokojący klimat. Czuć tutaj ducha dawnego Spielberga, będącego producentem tego filmu. I ten emocjonalny rollercoaster jest najmocniejszą siłą. Tak samo jak piękna animacja, broniąca się nawet dziś oraz poruszająca muzyka Jamesa Hornera, okraszona „rosyjskim” duchem. Są też i partie śpiewane, tylko że jest ich bardzo mało (raptem trzy) i są one uzasadnione fabularnie jak podczas rejsu poznajemy przeżycia imigrantów.

amerykanska_opowiesc13

Swoje też robi polski dubbing, co akurat jest standardem w przypadku animacji. Sam Feiwel w wykonaniu Magdy Krylik wypada bardzo dobrze, choć czasami potrafi być irytujący. Nie może to dziwić, bo ten chłopak pierwszy raz widzi świat i wszystko jest dla niego nowe (wchodzenie na statek), ale jego prostoduszność, naiwność są przedstawione przekonująco. Równie wyrazisty jest łotr, czyli Szczur okraszony głosem nieodżałowanego Marka Frąckowiaka – chciwy, podstępny oszust, wykorzystujący myszy do robienia kasy. Fason na drugim planie trzymają Brygida Turowska (Tony), Mieczysław Morański (lekko pijący polityk Prawy John), Wojciech Machnicki (Henri de Gołąb) oraz Jakub Szydłowski (sympatyczny kot Tygrys).

amerykanska_opowiesc14

„Amerykańska opowieść” jest przykładem świetnego kina familijnego, ciągle balansującego między przygodą a mrokiem. Przypomina o sile przyjaźni, więzach rodziny oraz pokazuje, że zawsze z każdej sytuacji jest jakiejś wyjście. No i Ameryka jest miejscem wielkich możliwości, pod warunkiem, że się nie poddasz.

8/10

Radosław Ostrowski

Mój sąsiad Totoro

Gdzieś na wsi z Tokio wprowadza się rodzina Katsukabe, a właściwie jej większość. Bo matka przebywa w szpitalu, zaś dziewczynki (Mai i Setsuke) oraz ojciec – wykładowca akademicki trafiają do podniszczonego domu. Cała trójka próbuje się aklimatyzować w nowej okolicy, co przychodzi zaskakująco łatwo. Cała familia czeka na przyjazd mamy, a Mei przypadkowo trafia do dużego lasu znajdując dużą, kudłatą istotę.

totoro3

Japońskie studio Ghibli w 1988 roku wręcz eksplodowało do emocji. W tym samym roku najpierw wskoczył mroczny „Grobowiec świetlików” oraz „Totoro”, który miał dodać radości po poprzednim dziele. To nadal klasyczna, ręcznie wykonana animacja zrealizowana w prostym, wręcz oszczędnym stylu. Wszystko toczy się bardzo spokojnym rytmem, bez efekciarskich tricków, gdzie widzimy dwa światy żyjące w pełnej symbiozie. Świat nasz, czyli ludzki oraz wiat baśniowy, pełen istot niewidocznych dla wszystkich. I to ten drugi świat reprezentuje Totoro, czyli bardzo duży zwierzak z wyłupiastymi oczami oraz szczerzącymi zębiszczami. Nie jest może za bardzo rozmowny, ale jest w stanie pomóc każdemu, kto go o to poprosi.

totoro1

Sama animacja jest prosta i utrzymana w typowo japońskim stylu, co mocno widać w wyglądzie twarzy czy sylwetkach postaci. A sami bohaterowie (poza siostrami) są bardzo oszczędnie zarysowane. Powoli odkrywamy kolejne fragmenty układanki, włącznie z obecnością samego Totoro – tego kim jest i czym może się zajmować. Miyazaki najbardziej podkreśla relacje miedzy siostrami – bardziej dojrzałej, poważnej Setsuke, a młodszej, ciągle zachowującej swoją dziecięcą wrażliwość Mei. Kiedy obie dziewczynki działają wspólnie, efekty są zachwycające (wykiełkowanie żołędzi czy czekanie na autobus), a proste scenki jak kąpiel potrafią podkręcić napięcie niczym w thrillerze. Tylko, że to wszystko wydawało mi się za proste, za łatwe i zbyt ciepłe. Równie zaskakujący jest tutaj brak czarnego charakteru. Za to warto wspomnieć o kapitalnej muzyce Joe Hisaishiego, tworzącego wręcz bajkowy klimat.

totoro2

Niemniej muszę wspomnieć, że „Totoro” całkiem przyjemnie się ogląda, bo jest ciepłą, bardzo delikatną historią rodzinną. Nadal wygląda przyjemnie, ma kilka ślicznych momentów oraz wyglądu stworków, nad którym unosi się „japoński” duch studia. Dla osób rzadko zwiedzających azjatyckie animacje, może być to porządek ciekawej przygody.

7/10 

Radosław Ostrowski

Oliver i spółka

Teraz coś ze starszych dzieł studia z Myszką Miki, będący wariacją na temat „Olivera Twista”. Ale zamiast slumsów XIX-wiecznego Londynu, jesteśmy we współczesnym Nowym Jorku. A kim jest Oliver? Bezdomnym kotem, próbującym jakoś żyć po tym mieście. I wtedy poznaje niejakiego Bajera, psiego cwaniaka należącego do gangu, mającego jeden cel: pomóc spłacić dług swojego pana.

oliver_i_ferajna1

Od razu ostrzegam: „Oliver i spółka” jest animacją zrobioną w bardziej staroświecki sposób, jaki znany jest z produkcji lat 70. oraz 80., czyli bardzo prosta kreska, z bardzo niewielkimi szczegółami, jeśli chodzi o tło. Dzisiaj coś takiego może wydawać się bardzo archaiczne, ale to raczej z powodu rozleniwienia dzisiejszymi popisami speców od grafiki komputerowej. Niemniej film George’a Scribnera ma w sobie wiele uroku, a zwierzaki wyglądają bardzo uroczo. O dziwo scen śpiewanych jest bardzo mało i nie są w żaden sposób musicalowe (może poza popisem Bajera), co jest pewnym zaskoczeniem. Ale od razu ostrzegam: to bardzo mroczny film, gdzie nie brakuje przemocy, chociaż krwi oszczędzono nam. Bo mamy szantaż, gangstera z bezwzględnymi dobermanami (ksywy Landryn i Karmel wydają się złośliwym żartem), doki czy podniszczone doki – to nie jest świat, z jakim dzieci zazwyczaj mają do czynienia. I to zderzenie bezwzględnego świata z siła przyjaźni jest najmocniejszą rzeczą tego filmu.

oliver_i_ferajna2

Film jest bardzo króciutki (niecała 80 minut), a intryga nie należy do skomplikowanych. Niby wszystko jest na miejscu, ale poza zakończeniem i odbiciem pewnej dziewczynki, sama historia mnie nie zaangażowała za bardzo. Prawdopodobnie dlatego, że już z takich filmów jak „Oliver i spółka” zwyczajnie wyrosłem, chociaż doceniam mroczniejszą tonację oraz poważniejsze motywy. Tak samo warto pochwalić polski dubbing, w którym najbardziej bryluje wyluzowany Robert Czebotar (Bajer) i urocza Edyta Jungowska w roli głównej. Nie można też nie wspomnieć kradnących każdą scenę Jana Prochyrę (Frankie) oraz Jacka Kawalca (Tino), dodających lekkości.

oliver_i_ferajna3

Gdybym obejrzał ten film w wieku 6-7 lat, byłoby OGROMNE prawdopodobieństwo, że spodobałby mi się o wiele, wiele bardziej niż teraz. Z dzisiejszej perspektywy to prosta historia, gdzie sporo problemów i komplikacji rozwiązywanych jest dość szybko, kreska jest dość skromniutka, muzyka popowa (a piosenki chwytliwe), niemniej jest to na swój sposób urocze. Dla najmłodszych, którzy chcą zacząć przygodę z kinem.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Hercules

Disney przez bardzo długie lata był potęgą nie do zniszczenia, a każdy film spotykał się z bardzo dobrym odbiorem u wszystkich, realizując czasami dość karkołomne przedsięwzięcia jak „Dzwonnik z Notre Dame”. Ale w 1997 roku zdecydowali się zmierzyć z grecką mitologią, a dokładniej z losami niejakiego Herculesa, będącego wariacjami na ten temat. A wszystko tak naprawdę zaczyna się, gdy w dzień narodzin naszego herosa przybywa Hades – bóg zaświatów, który z Zeusem ma na pieńku i planuje przejęcie władzy nad Olimpem. Ale żeby zrealizować plan musi usunąć (w sposób ostateczny i nieodwołalny) Herculesa, tylko najpierw trzeba pozbawić go nieśmiertelności. Jednak wskutek zbiegu okoliczności bobas trafia do rodziny śmiertelników, nie znając swojego prawdziwego pochodzenia. A kiedy je odkrywa, by wrócić na Olimp musi stać się bohaterem.

herkules1

Reszta jest klasyczna, czyli jest śpiewanie (tutaj jednak głównie robią to opowiadające historię Muzy, sztuk 5 w bardzo popularnym w starożytności stylu soulowo-gospelowym), sporo akcji, komplikacji oraz humoru. Twórcy wykorzystują mit do sięgnięcia po bardziej ponadczasowe motywy: poszukiwanie swojego miejsca na ziemi, swojego ja oraz odkrywania świata niczym dziecko. Jest też próba radzenia sobie ze sławą, co jest dość ciekawym i przyjemnym detalem. Ale tak naprawdę to stary schemat w nowych fatałaszkach. Zaskoczeniem jest „uwspółcześniona” wizja świata. I nie chodzi tylko w wplecenie billboardów, miejskiej komunikacji, ale sposobu marketingu (sklep z gadżetami), uwieczniania portretów (nasz heros ze skórą lwa, wyglądającego jak… Skaza), dodając lekko postmodernistycznego zacięcia.

herkules2

Sama animacja wygląda bardzo ładnie i jest to jeszcze ręcznie wykonana kreska (aczkolwiek Hydra jest troszkę trójwymiarowa), imitująca malunki z greckim waz oraz malunków. Ale jednocześnie twórcy potrafią zaszaleć z wizerunkami bogów (Hermes wyglądający niczym podchmielony gwiazdor w okularach, Hades z „płonącą” głową) czy mitycznymi bestiami. A historia potrafi wciągnąć i zaangażować (bardzo dramatyczny finał w zaświatach), dostarczając także mnóstwo zabawy, mimo wykorzystania znajomych szablonów.

herkules3

A całość na wyższy pułap wznosi polska wersja językowa, nie tylko dzięki bardzo zgrabnemu tłumaczeniu (nawet potoczny język ładnie został wpleciony), świetnie wykonanym piosenkom oraz fantastycznej obsadzie. Herkiem przemawia najpierw Paweł Iwanicki oraz Jacek Kopczyński, którzy trzymają fason (chociaż ten drugi wypada lepiej), tworząc przekonująco rolę młodego herosa. Jednak całość kradną rewelacyjni Witold Pyrkosz oraz Paweł Szczesny. Pierwszy to lekko nabuzowany satyr, będący dla naszego protagonistę mentorem, z kolei drugi jest mściwym bogiem, bywającym bardzo, BARDZO impulsywnym czarnym charakterem. Inteligentny, przebiegły, rozgadany, ale mający dość kiepskich pomagierów, przez co staje się komediową petardą.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, „Hercules” bardzo dobrze się broni i nawet te piosenki nie doprowadzają do bólu uszu. Animacja nadal wygląda ładnie, postacie są bardzo wyraziste, dowcip ciągle bawi, doprowadzając do łez… ze śmiechu.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dinozaur

Era prehistoryczna zawsze pociągała filmowców, także odpowiedzialnych za kino animowane. Wszyscy pamiętamy „Epokę lodowcową” z triem mamut/leniwiec/tygrys. Ale rok wcześniej Disney też postanowił opowiedzieć historię z dinożarłami w rolach głównych pod wielce mówiącym tytułem „Dinozaur” zrealizowaną przez młodych filmowców – Ralpha Zondaga i Erica Leightona.

Punkt wejścia jest prosty – poznajcie Aladara. Jego los bardzo przypomina Mowgliego, bo jego rodzina zginęła, a jak był jajkiem znalazł się pod opieką lemurów, Yara i Pino. Chłopak dobrze sobie radzi, mimo bycia innym. Ale spokojna egzystencja na wysepce nie trwa długo, bo pojawia się deszcz meteorytów, niszczący wszystko dookoła. Poza Aladarem przeżyły tylko cztery lemury i pozbawione domu muszą znaleźć nowe miejsce dla siebie. I tak trafia na stado dinozaurów kierowane przez Krona, rządzącego twardą ręką, co doprowadza do spięć.

dinozaur1

Ten film z 2000 roku jest jednym z najbardziej nieoczywistych filmów Disneya, który wybija się z kilku powodów. Po pierwsze, jest tutaj dość zaskakująca realizacja, gdzie animacja jest komputerowa i były poddane jej wszelkie stwory. Cała reszta, czyli natura wygląda jakby żywcem wzięta z filmu przyrodniczego, do którego animacja została „doklejona”. Z czymś takim jeszcze nie miałem do czynienia, tylko że sama animacja mocno pachnie naftaliną i wygląda troszkę brzydko oraz mało szczegółowo z dzisiejszej perspektywy. Historia też nie należy do skomplikowanych, podział na dobrych i złych jest czytelny, a racje pozornie wydają się równoważne (słabsi odpadają ze zmęczenia, a silniejsi bardziej znoszą to, co się dzieje). Więc kiedy Aladar ma wybór czekać na resztę już dość zmęczonych towarzyszy czy przeć dalej, wtedy film staje się głębszy i ciekawszy, a konsekwencje tej decyzji stają się niezłym morałem.

dinozaur2

Sami twórcy nie boją się pokazywać scen brutalnych, bo przemoc jest częścią naszego życia, ale nie uważają, że jest to jedyny sposób na rozwiązywanie konfliktów. I to jest na pewno zaleta. Tak samo jak przepiękna muzyka Jamesa Newtona Howarda, dodającego wręcz epickiego rozmachu. Podobnie całe tło wygląda przyjemnie, choć dość monotonnie. Z kolei dubbing prezentuje się całkiem nieźle, a najbardziej wybija się mocarny Tadeusz Huk (Kron), rozbrajający Jacek Kawalec (podrywacz Zini) oraz duet dinozaurów staruszek w interpretacji Wiesławy Mazurkiewicz i Zofii Rysiówny (Eema i Baylene).

dinozaur3

Disney w „Dinozaurze” bardzo mocno postanowił odejść od swojej bezpiecznej strefy, co należy pochwalić. Jednak komputerowa animacja nie do końca zniosła próbę czasu, bohaterowie są ledwo zarysowani, a obecność lemurów w tych realiach jest co najmniej zastanawiające. Ale ogląda się to nieźle, postacie potrafią wzbudzić sympatię, zaś dubbing jest wartością dodaną. I są dinozaury, a to może wystarczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski