Kung Fu Panda

Chiny tak dawne, że mało kto o tym pamięta. Tam żyje nasz bohater – panda Po. Jest bardzo pulchny i ma wielkie gabaryty (jak na pandę przystało), a od dziecka marzył, by zostać wojownikiem kung-fu. Ale jest synem żurawiego mistrza kuchni i tam ciągle pracuje. Aż w końcu wyrusza na turniej podczas którego ma zostać wybrany Smoczy Wojownik przez samego mistrza Oogwaya. I choć trudno w to uwierzyć, zostaje wybrany Po, co wszystkich wprawia w konsternację, nawet doświadczonego mistrza Shifu oraz wyszkoloną przez niego Wściekłą Piątkę. Sprawa jest o tyle poważna, że dawny uczeń Shifu, potężny Tai Lung ucieka z więzienia i planuje swoją zemstę.

kung_fu_panda_11

To, że animacja jest zrozumiała w każdej części świata, jest rzeczą powszechnie wiadomą. Tak samo jak fakt, iż można pokazać koloryt różnych regionów i rejonów. A że na początku XXI wieku modne stały się filmy azjatyckie w stylu wuxia („Przyczajony tygrys, ukryty smok” czy „Hero”) oraz innych cudacznych scen kung-fu. Nie inaczej jest w tej historii o odkrywaniu samego siebie oraz drodze do samoakceptacji. Nie brakuje tutaj pomysłowych i finezyjnych choreografii potyczek (starcie z Tai Lungiem czy szkolenie Po przez mistrza Shifu), gdzie ruch jest tak szybki jak tylko jest to możliwe.

kung_fu_panda_12

Wszystko jest idealnie wyważone między napięciem i humorem, przez co ogląda się z nieprawdopodobnym przejęciem, a parę razy twórcy czerpią ze stylistyki azjatyckich anime (prolog, pokazujący sen Po) z bardzo szybką kreską i efekciarską formą, co jest dużą zaletą. Także muzyka ociera się o Orient, co jest absolutnie zrozumiałe i dodaje klimatu. I wygląda to świetnie, a każda lokalizacja ma swój klimat – mroczne i surowe więzienie, barwna wioska czy sala treningowa mistrza Shifu. Sama animacja postaci robi robotę, a wojownicy są – a jakże by inaczej – zwierzętami z cechami ludzi. I każdy z nich będzie musiał zaakceptować swoje przeznaczenie, gdyż inaczej może być nieprzyjemnie.

kung_fu_panda_13

No i dostajemy fajne, sympatyczne postacie. Trudno zresztą nie polubić troszkę puszystego, choć niezdarnego Po, który może i jest leniwy, a ciosy kung-fu są dla niego zbyt trudne, ale nie można odmówić mu determinacji oraz sprytu. Nawet w chwili załamania, udaje mu się wyjść z sytuacji. Podobnie zbudowany jest mistrz Shifu – mały i niepozorny, ale zacięty i waleczny. Początkowo nieufny wobec Po, ale kiedy udaje się mu odnaleźć odpowiednią metodę szkolenia, wykazuje się pełnią swojej głębokiej mądrości, jakiej wojownik może udzielić wojownikowi.

kung_fu_panda_14

Pierwsze spotkanie z pandą, co chciała poznać metody kung fu była wielkim kasowym hitem, a po ponad 8 latach ogląda się z dziką pasją. To bardzo lekka i przyjemna produkcja opowiadająca o ważnych sprawach w sposób przystępny. Spodobała się dzieciom (co jest bardzo zrozumiałe), a i starsi widzowie znaleźli coś dla siebie. I tak narodziła się legenda Smoczego Wojownika, która musiała być kontynuowana.

8/10

Radosław Ostrowski

Odlot

Carl Frederickson jest starszym panem mieszkającym samotnie w małym domku, przy nowo budowanym osiedlu. Dawno temu planował razem z żoną wyprawę w dalekie, nieznane światy, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie: a to auto złapało kapcia, a to drzewo podczas burzy zderzyło się z domem. I kiedy już wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, to pojawiła się śmierć i zabrała Ellę. Carl zgorzkniał i zamknął się w swoich czterech ścianach, stajać się (stereo)typowym starym dziadem. Ale w końcu musi opuścić swój dom i wyrusza na wyprawę razem… ze swoim domem napełnionym balonami. W trakcie lotu orientuje się, że na ganku znajduje się upierdliwi harcerzyk Russell. Na miejscu panowie trafiają do dziwnej dżungli, gdzie przebywa barwne ptaszysko oraz… gadające psy.

odlot1

Czarodzieje z Pixara znani są z tego, że bardzo rzadko zdarzają im się wpadki i potrafią kreować zaczarowane światy. Tym razem postanowili zrobić własną wersję „Indiany Jonesa”, tylko z bardzo zaawansowanym wiekowo bohaterem. Carl nadal ma w sobie żyłkę poszukiwacza, którą po wielu latach będzie musiał na nowo obudzić. I jedyne co jest w stanie pomóc to przyjaźń z Russellem, choć początek nie zapowiadał się zbyt obiecująco. „Odlot” bardzo mocno skupia się także na przeszłości Carla – sceny, gdy w skrócie poznajemy historię jego związku z Ellą są bardzo rozczulające (co także jest zasługą cudownego walczyka – muzyka jest świetna) i mogą doprowadzić do wielu wzruszeń. I znowu ten świat wygląda po prostu cudownie, choć sama dżungla wydawała mi się strasznie uboga, jeśli chodziło o faunę. Jest tylko ptaszysko, gadające pieski, za to flora wygląda bardzo ładnie i różnorodnie.

odlot2

Ale jest pewien mały szkopuł: sama historia nie porywa aż tak mocno jak warstwa wizualna. I nawet nie chodzi o to, że  pojawiają się pewne oczywiste schematy w rodzaju szorstkiego głównego bohatera, który zmienia się w bardziej życzliwego człowieka, nie skupiającego się tylko na sobie czy motyw dawnego idola z dzieciństwa (podróżnik Charles Muntz) okazującego się bezwzględnym draniem. Coś ostatnio pojawia się ten schemat często się pojawia. I te klisze czasami potrafią być rozładowywane niezłymi gagami (pojedynek między antagonistami, gdzie kości mocno dają o sobie znać) oraz podkręcić scenami akcji (finał, gdzie bohaterowie próbują odbić ptaka czy brawurowa ucieczka), ale pewne poczucie zmęczenia materiału jest bardzo odczuwalne. Paradoksalnie nie przeszkadza to przy czerpaniu frajdy z seansu, czego nie potrafię w żaden sposób wytłumaczyć.

odlot3

Cegiełkę do „Odlotu” daje też polski dubbing. I tutaj wybija się w swojej ostatniej kreacji Wojciech Siemion jako nasz antagonista Carl. Człowiek ten wiele przeżył i to słychać, ale nadal ma w sobie skryte ciepło oraz dużo determinacji, rozsadza go wręcz energia. I przy nim Russell (niezły Kacper Cybiński) wypada blado: kolejny młodzik, potrzebujący autorytetu, próbujący spełnić swoje marzenia związane z harcerstwem. Powoli zaczyna budować się między nimi nić porozumienia, choć nie jest to łatwe. I jest też podróżnik Muntz (zaskakujący Ignacy Gogolewski), mający obsesję na punkcie naprawienia swojej nadszarpniętej reputacji, dążąc do tego celu za wszelką cenę. A źródłem humoru są gadające psiaki z sympatycznym Asem (Cezary Pazura) na czele, które nie są w stanie wykorzenić swoich starych nawyków (aportowanie czy łatwa rozproszenie na hasło zając).

odlot4

„Odlot” kolejny raz udowadnia talent Pixara do tworzeniach prześlicznych animacji, jednak tutaj pojawiają się mocno odczuwalne klisze znane z wielu innych opowieści, przez co wybijałem się z rytmu i było to dość przewidywalne. Myślę, że dzieciakom na bank się spodoba, ale starsi troszkę poczują się znużeni. Ze mną tak troszkę było. Ale Pixar nawet w słabszej formie jest lepszy niż wielu świetnych debiutantów.

7/10 

Radosław Ostrowski

Klopsiki i inne zjawiska pogodowe

Jest takie małe morskie miasteczko zwane Morskie Zdroje, gdzie jest bieda, spokój i… sardynki. Jedynie burmistrz jest na tyle cwany, że chce się wybić. No i jest Flint Lockwood – już jako dziecko chciał być naukowcem, ale jego wynalazki przynoszą tylko katastrofę i zniszczenie. Jednak nie jest w stanie się złamać i dalej tworzy kolejny przełomowy wynalazek – maszynę przerabiającą wodę w jedzenie. Maszyna zaś trafia w przestrzeń i Flintowi udaje się zbudować łącznik do wynalazku, a Flint staje się nowym bożyszczem miasta. Nawet pojawia się kandydatka na żonę – dziennikarkę Sam Sparks.

klopsiki_11

Dzieło duetu Christopher Miller/Phil Lord (wskrzesiciele serii „21 Jump Street”) w 2008 roku wystrzelili jak rakieta. I ta dość pokręcona animacja zaczyna się bardzo spokojnie, wręcz klasycznie. Historia outsidera, który dostaje szansę na miłość i akceptację otoczenia, chociaż najbardziej zależy mu na szacunku ojca. Brzmi to bardzo znajomo, ale forma obrana przez twórców jest kompletnie nieoczywista. Od momentu uruchomienia maszynerii, film nabiera posmaku abstrakcji oraz mocno surrealistycznego świata, gdzie żarcie spada z nieba. Jakie sobie chcesz: hot-dog, pizza, kanapka, stek, ryba, słodycze. I wygląda to obłędnie, nie tylko dzięki bardzo wyrazistemu wyglądowi postaci (duże oczy, nieforemna twarz), ale też silnemu nasyceniu kolorami oraz bardzo dynamicznemu montażowi w scenach działań Flinta, gdzie słyszymy i widzimy co robi (bo sam mówi o swoich działaniach).

klopsiki_12

Ale druga część to kompletna zmiana klimatu, gdyż maszyna zaczyna wymykać się spod kontroli. No i dostajemy taką animowaną wersję kina Rolanda Emmericha, gdzie zmutowane jadło dokonuje dzieła kompletnej zagłady. Nie tylko w naszym miasteczku ze zgniłym moralnie burmistrzem, ale na całym świecie. Adrenalina zaczyna podnosić się, pomysły są kompletnie odjechane (chodzące kurczaki, misie-żelki w stylu Haribo czy tornado w kształcie spaghetti), a napięcie jest stopniowane i rozładowywane żartem (scena, gdy ojciec Flinta musi wysłać maila – mocne, śmieszne i prawdziwe), przez co naprawdę zależy nam na bohaterach. Przy okazji filmowcy ostrzegają przed działaniami jajogłowych, którzy ignorują konsekwencję oraz jak łatwo mogą być podatni manipulacjom.

klopsiki_15

Do tego polski dubbing, który w animacjach nam zawsze wychodzi. I tutaj naprawdę błyszczy aż troje bohaterów: Flint, Sam i burmistrz. Pierwszy (cudowny Jacek Bończyk) to taki typowy mózgowiec/outsider, który nie potrafi dopasować do otoczenia i ciągle chce być wiernym sobie, nie zważając na opinie innych. Trudno odmówić mu dobrych intencji, konsekwentnie chcąc realizować swoje pomysły. I czuć chemię miedzy nim a Sam (świetna Monika Pikuła) – tylko pozornie słodka dziewucha marząca o sławie, ale ukrywająca swoją naukową pasję (oraz to, że musi nosić okulary). Jak nie polubić tej dziewuchy. I jest burmistrz (niezawodny Miłogost Reczek), który skupiony jest na własnym brzuchu (dosłownie) oraz próbie zbicia kapitału na swoim mieście. Śliski typ. Byłbym zapomniał o prostodusznym ojcu Flinta (Piotr Bąk), rzucającym morskimi metaforami, choć sprawia wrażenie szorstkiego gbura.

klopsiki_13

„Klopsiki” okazały się cudownym zaskoczeniem i takim popisem dzikiej wyobraźni twórców, że do dziś robi to piorunujące wrażenie. Wariacka jazda po bandzie, która dla wielu może skończyć się silnym bólem żołądka. I nie oglądać na głodnego, bo bardzo będzie wam się chciało jeść.

klopsiki_14

7,5/10

Radosław Ostrowski

Minionki rozrabiają

Pamiętacie największego przestępcę wszech czasów, Gru? Te czasy to już zamierzchła przeszłość – teraz prowadzi własną firmę produkującą słodycze, wychowuje troje dziewcząt i przeszedł na szeroko rozumianą jasną stronę życia. Jednak musi znowu powrócić do mroku. Ktoś zabrał – dosłownie – całe tajne laboratorium na biegunie należące do Rosjan. Powołana Liga Antyprzestępcza prosi Gru o pomoc w ustaleniu sprawcy, a jako wsparcie pojawia się Lucy. W tym samym czasie zaczęły znikać Minionki.

jak_ukra_ksiyc_21

Dystrybutorzy postanowili chyba nas zmylić i dlatego zamiast „Jak ukraść księżyc 2” mamy „Minionki rozrabiają”, przez co wielu widzów mogło poczuć konsternację. Ale na szczęście wszystko inne się zgadza: to nadal pokręcona historia Gru, który musi zmierzyć się z kolejnym wewnętrznym demonem: nieśmiałością do kobiet. A dziewczyny bardzo potrzebują mamy i chcą temu zaradzić. Cała intryga idzie w stronę kina szpiegowskiego, gdzie nasz bohater pod przykrywką próbuje schwytać łotra. I pojawia się podejrzany, ale znalezienie dowodów nie jest takie proste.

jak_ukra_ksiyc_22

Dystrybutorzy postanowili chyba nas zmylić i dlatego zamiast „Jak ukraść księżyc 2” mamy „Minionki rozrabiają”, przez co wielu widzów mogło poczuć konsternację. Ale na szczęście wszystko inne się zgadza: to nadal pokręcona historia Gru, który musi zmierzyć się z kolejnym wewnętrznym demonem: nieśmiałością do kobiet. A dziewczyny bardzo potrzebują mamy i chcą temu zaradzić. Cała intryga idzie w stronę kina szpiegowskiego, gdzie nasz bohater pod przykrywką próbuje schwytać łotra. I pojawia się podejrzany, ale znalezienie dowodów nie jest takie proste. To buduje napięcie i parę razy zaskakuje, a finałowa konfrontacja nakręca się i nie brakuje dowcipnych gagów.

O dziwo, jest troszkę więcej mroku (sceny zniknięć Minionków niemal żywcem wzięte z jakiegoś thrillera czy nawet horroru), ale na szczęście twórcy nie zapominają o rozładowaniu atmosfery żartami. I tutaj znowu błyszczą żółte ludziki, choć żarty te oparte są na klasycznym slapsticku (ale finał w ich wykonaniu – rewelacyjny). Do tego jeszcze wpleciono wątek romansowy, który parę razy jest zgrabnie ograny (moment, gdy Lucy wszędzie widzi Gru) i moment, gdy Margo przeżywa pierwsza miłość. A Gru – jak na ojca – zachowuje się ostro.

jak_ukra_ksiyc_23

Sama animacja nadal trzyma wysoki poziom i znowu wygląda ślicznie. Zarówno Minionki wyglądają bardzo uroczo (pod warunkiem, że wyglądają normalnie), nawet jeśli przez chwile można odnieść wrażenie nadmiaru ich obecności. Nadal jednak są na drugim planie, zachowując sporo uroku. Nie czuć efektu deja vu oraz odcinania kuponów, co jest dużym plusem.

jak_ukra_ksiyc_24

A także polski dubbing trzyma fason, co kolejny raz jest zasługą Marka Robaczewskiego jako Gru (to jego „r”). Gru się zmienił, ale nadal to troszkę nieśmiały i skryty, ciągle skłonny do poważnych, wręcz heroicznych czynów. Ale jeśli myślicie, że zapomniał o byciu złośliwym, to aż tak mocno się nie zmienił. Wspiera go Izabela Bukowska jako skuteczna i młoda agentka Lucy (te jej wielkie… oczy – o czym myśleliście? To film dla dzieci w końcu). Jest zdeterminowana, ambitna, uparta i konsekwentna w realizacji celu, a chemia między nią a Gru czuć od pierwszego spotkania. A na drugim planie błyszczy niezawodny Miłogost Reczek jako tajemniczy Edourdo – właściciel knajpy meksykańskiej. Pozornie sympatyczny i rubaszny grubasek, ale ma on swoje mniej przyjemne oblicze.

Byłem pewny, że „Minionki rozrabiają” będą kolejnym typowym sequelem opartym na zasadzie: to samo, tylko bardziej. Podoba mi się zmiana kierunku (Minionków jest tylko więcej), czuć świeżość i nadal to sprawia frajdę. Minimalnie bardziej mi się podobała część pierwsza, ale i tak seans był bardzo zadowalający.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Droga na drugą stronę

Kraków, 2007 rok. Do aresztu trafia młody Rumun, Claudio Crulic zostaje oskarżony o kradzież portfela należącego do sędziego. Mężczyzna trafia do aresztu, ale nie przyznaje się do winy. Przyczyna jest bardzo prosta – Crulica w czasie przestępstwa nie było w Polsce. Rumun nie przyznaje się do winy i rozpoczyna strajk głodowy. Ale po 5 miesiącach umiera w areszcie. Dlaczego? O tym opowiada ta animacja, zrealizowana przez Polaków i Rumunów.

droga_na_drug_stron1

Sama historia opowiedziana jest w prosty, klasyczny sposób: poznajemy Claodio od narodzin do bardzo tragicznej oraz absurdalnej śmierci. Sama animacja jest bardzo nietypowa i skierowana do zdecydowanie dorosłego odbiorcy. Mamy tu zbitki ruchomych fotografii, trójwymiarowych pojazdów, surową kreskę wyglądającą jak dzieło dziecka, by przejść do coraz bardziej surrealistycznych scenek, pokazujących stan psychiki człowieka w stanie głodówki. Nawet skoczna muzyka, pozornie melodyjna, podkreśla dramat człowieka głodującego. Wtedy umysł mocno szwankuje, dochodzą różne schizy. Jednocześnie twórcy pokazują tą drugą stronę systemu, który pożera wszystkich dookoła, a jak człowiek wpadnie w jego sidła, to nie wyplącze się tak łatwo.

droga_na_drug_stron2

I tutaj widzimy jak reaguje wymiar sprawiedliwości – jego opieszałość, gdzie dominuje „urzędowa droga”, przepisy, papiery i reguły. Problem w tym, że te przepisy doprowadzają do czegoś, co nazwałbym znieczulicą. Jest ona o tyle niebezpieczna, że jak się popełni błąd i historia skończy się tak jak się skończy (Wspominałem, że jest to oparte na faktach? Jeśli nie, to teraz wspomnę), a potem pytanie kto jest winny. Przecież wszystko odbyło się zgodnie z przepisami, protokołem – ale kiedy zamiast człowieka widzi się papierek, dokument, numer – to czy naprawdę można mieć z tego powodu czyste sumienie? Narrator wskazuje punkty krytyczne, gdy jeszcze można było wszystko odwlec i przełamać ten krąg. Nie wskazuje jednak nikogo z imienia i nazwiska, bo i nie to chodzi – opowieść ma charakter uniwersalny, gdyż ten kafkowski absurd może wydarzyć się wszędzie.

droga_na_drug_stron3

Na sam koniec dostajemy jeszcze fragmenty telewizyjnych wiadomości, gdzie widzimy wypowiedzi strażników więziennych, relacji dziennikarzy. To wszystko tylko jeszcze mocniej trzyma za gardło, a pada jedna z wypowiedzi: Sprawa śmierci głodowej aresztowanego Rumuna musi być wyjaśniona, a winni muszą ponieść konsekwencje. Mówienie, że sam sobie winien albo zawiodły procedury, w XXI wieku w podobno cywilizowanej części Europy jest nie do przyjęcia.

droga_na_drug_stron4

I to powinno być puentą tego gorzkiego filmu, który zobaczyć po prostu trzeba – niby skromne i pozornie nieciekawe, ale trzymające za gardło. Jednocześnie zadaje pytania, na które trudno mi znaleźć jakiekolwiek odpowiedzi.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jak ukraść Księżyc

Dawno, dawno temu był sobie dzieciak o imieniu Gru. Marzy o tym, żeby polecieć na Księżyc, ale jak dorósł został kimś kompletnie innym niż planował: zostać przestępcą marzącym o realizacji wielkiego skoku. Jednak jego poprzednie plany nie były tak mocno udane, jednak ma cel: ukraść księżyc (już raz próbowano, ale to się nie liczy). Gru jednak nie ma ani funduszy, ani odpowiedniego sprzętu, dodatkowo plany zamierza popsuć niejaki Wektor. By namieszać młodemu w planach, mężczyzna postanawia… zaadoptować troje dzieci z sierocińca.

jak_ukra_ksiyc1

Tym filmem zadebiutowało studio Illumination Entertainment, próbując uszczknąć kawałek tortu wśród graczy z kina animowanego (Sony, Pixar, Disney, DreamWorks, Blue Sky) i ich pierwsze dzieło wystrzeliło jak rakieta. Jestem kompletnie oszołomiony stroną wizualną filmu, która swoimi pomysłami przypomina kino szpiegowskie, z podchodami, gadżetami i wynalazkami. Oglądałem z wypiekami na twarzy historię tego sympatycznego, choć mrukliwego Gru. Dodatkiem do całości są Minionki – żółte sługusy Gru, robiące tutaj za niezdarne i urocze istotki.

jak_ukra_ksiyc2

Twórcy świetnie się bawią, a kilka scen imponuje (kradzież zmniejszacza z potężnej siedziby Wektora, praca dr Nikczemniuka), jednak prawdziwym clue jest relacja naszego Gru z „adoptowanymi” córkami, które powoli zaczynają zmiękczać jego serce. To rozdarcie między jego planami a byciem człowiekiem jest mocno wygrywane i podkręca napięcie w finałowej konfrontacji. A spektakularna kradzież Księżyca wygląda imponująco i banan na twarzy jest gwarantowany.

jak_ukra_ksiyc4

Czy trzeba wspominać o polskim dubbingu? Klasę pokazuje Marek Robaczewski w roli przebiegłego Gru (i to jego „r” akcentowane – pychotka), który z czasem pokazuje swoje bardziej sympatyczne oblicze. Ale to wymaga wiele wysiłku z jego strony (przełomowa jest scena w parku rozrywki). Do tego fantastycznego Jarosława Boberka (pyskaty i pewny siebie Wektor) – bo w końcu polski dubbing bez Boberka nie jest polskim dubbingiem – oraz rozbrajające trio dziewczęce: Olga Zaręba/Lena Ignatiew-Zielonka/Helena Englert, czyli szukające miłości dziewczyny z sierocińca. Rozczulają tak samo jak dziwacznie gadające Minionki, które przypominają takie rozpędzone, zagalopowane dzieciaki.

jak_ukra_ksiyc3

„Jak ukraść księżyc” okazało się wielkim dziełem, które zaczęło trylogię dotyczącą Minionków, stając się nowymi ikonkami animowanej popkultury. Ale czy następne części były tak udane, to opowiem wam innym razem. Początek był huczny i spektakularny, a mimo lat ogląda się znakomicie.

jak_ukra_ksiyc5

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gdzie jest Nemo?

Ocean jest bardzo pojemnym miejscem, gdzie ryby (i inne morskie stworzenia) próbują żyć ze sobą. Jedną z takich ryb jest błazenek o imieniu Marlin, który samotnie wychowuje syna Nemo, ponieważ matka zginęła przez rekina. Kiedy Nemo ma pójść do szkoły, ojciec staje się bardziej nadopiekuńczy, co doprowadza do buntu. Nemo z jedną mniejszą płetwą zostaje schwytany przez nurków, a Marlinowi nie udaje się odbić. Musi w końcu podjąć najtrudniejszą decyzję – wyruszyć przez ocean znaleźć syna, w czym pomaga przypadkowo poznana Dory z zanikiem pamięci krótkotrwałej.

nemo1

To już klasyk Pixara, jeśli chodzi o animację. I teraz rozumiem, na czym polega fenomen losów rybki zwanej Nemo. Mimo lat, nadal zachwyca piękna animacja oceanu. Każda zwierzę wygląda inaczej – nieważne czy to ryba, rekin, meduza czy pelikan, a ich ruch tak płynny, jakbyśmy oglądali film przyrodniczy (brakuje tylko głosu Krystyny Czubówny). Do tego sam krajobraz robi imponujące wrażenie, ze szczególnym wskazaniem na odbicie światła. Ale w końcu to Pixar, a ten zawsze robi porywające wizualnie rzeczy. Sama historia to opowieść tocząca się dwutorowo. Mamy z jednej strony Marlina oraz troszkę postrzeloną Dory, którzy próbują odnaleźć Nemo, z drugiej mamy naszego chłopaka, co utknął w akwarium. Ta dwutorowość podkręca dynamikę opowieści, ale też pokazuje jak silna jest ta więź między ojcem a synem, którzy przełamują swoje lęki.

nemo2

Ciągle jest tutaj zmieniany klimat i tempo, gdzie nie brakuje atmosfery grozy (spotkanie z rekinami walczącymi z rybożerstwem), komizmu (podróżujące hipisowskie żółwie), a nawet tematyki wziętej z więziennych filmów o ucieczce (akwarium). Ciągle twórcy zaskakują i podkręcają napięcie (przepłynięcie przez meduzy czy ucieczka z pelikanem przed mewami, non-stop proszącymi o ryby), wnoszą odrobinę humoru i zgrabnie bawią się narracją (historia opowiada przez Marlina przekazywana między zwierzętami), co tylko pomaga. No i przesłanie, które mówi… A nie, tego to wam nie zdradzę. Sami zobaczcie, jeśli nie widzieliście.

nemo3

Do tego wszystkiego dostajemy świetny polski dubbing, który błyszczy. Trudno nie przejść obojętnie wobec pełnego sprzecznych emocji Marlina (fantastyczny Krzysztof Globisz), miotającego się między strachem, odwagą, bezsilnością oraz desperacją. Ale całość bezczelnie kradnie Dory (rewelacyjna Joanna Trzepiecińska) – pogubiona, samotna i mająca spore problemy z pamięcią. Tak kontrastowego duetu nie było od czasu „Potworów i spółki”, jednak powoli zaczynają się zgrywać ze sobą. Dobrze się spisał Kajetan Lewandowski jako Nemo, a w przypadku aktorów dziecięcych to rzadkość. Co bardziej wprawne ucho wyłowi też takich aktorów jak Jan Frycz (rekin Żarło), Olaf Lubaszenko (walczący o wolność Idol), Paweł Wawrzecki (pelikan Nigel), Mirosław Baka (żółw Luzak) czy nawet Rudiego Schuberta (nauczyciel Ray).

nemo4

„Nemo” potwierdził wielki talent Pixara do realizacji co najmniej bardzo dobrych filmów, pełnych wielkiej pasji, wyobraźni, świetnego warsztatu, ale też dających wiele do przemyśleń. I na tym polega piękno kina animowanego (i nie tylko), bo po prostu czaruje swoją czystą magią.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sklep dla samobójców

Jest pewne miasto we Francji, gdzie ludzie są ciągle przygnębieni i mają dość całego życia. Dlaczego? Tak naprawdę nie wiadomo. Ale jeśli chcesz się zejść z tego świata, gdyż świat stał się nie do przyjęcia, to jest taki sklep, gdzie możesz załatwić sobie samobójstwo. Akcesoria do wyboru i do koloru – trucizny, miecze, naboje. Prowadzi ten interes rodzina Tuvache, czyli Mishima i Lukrecja oraz dwoje dzieci: Marynia oraz Wincek. Interes kwitnie, tylko klienci muszą załatwić swoje potrzeby w bardziej pokątnym miejscu, bez świadków. Ale pojawia się w rodzinie trzeci syn, Alan, który jako jedyny się uśmiecha. A to w ponurej familii z ponurym interesem nie może skończyć się dobrze.

sklep_dla_samobjcw1

Co może się stać, gdy doświadczony filmowiec postanawia spróbować swoich sił w animacji? Efekty mogą być różne: od świetnych („Przygody Tintina” Spielberga czy animacje Tima Burtona), po kompletne rozczarowania i porażki. Do tego grona postanowił dołączyć Patrice Leconte – twórca znakomitej „Dziewczyny na moście”, próbując zrealizować czarną komedię zdecydowanie dla starszego widza. Widać to w bardzo chropowatej i – powiedzmy to wprost – brzydkiej kresce, która podkreśla depresyjny charakter miasta. Nikt z niczego się tu nie cieszy, bo i z czego. Stąd wszelkie próby Alana mające na celu wnieść odrobinę koloru do tego świata. Wiadomo jak to się skończy (dlatego całość jest bardzo krótka – niecałe półtorej godziny), jednak to kompletnie nie przeszkadza. Całość oparta jest na bardzo smolistym humorze, więc mamy masę różnych sposobów na zgon (krótkie wprowadzenie rodziny) i jest on trafiony w punkt, zgrywając się z wizualnym stylem. I nie ważne, czy mówimy o wypiciu trucizny z przyglądającymi się szczurami czy powieszeniu (nieudanym) albo trudnym wyborze metody zejścia.

sklep_dla_samobjcw2

I tu pojawia się pewien mocny zgrzyt – reżyser postanowił okrasić całość musicalowymi wstawkami, gdzie poznajemy motywacje naszych bohaterów (państwa Mishimy i Alana). Niektóre są bardzo zgrabnie pokazane (pierwsze spotkanie z rodziną, dyskusja Alana w autobusie, szukającego motywacji czy przygnębiająca refleksja nad sensem dalszej działalności i wynikających z tego moralnych rozterek, teksty są niezłe, zaśpiewane też bez poczucia żenady. Ale muzyka (mocno – za mocno – inspirowana  Dannym Elfmanem) brzmi po prostu słabo, psując mocno bębenki. No i całość jest mocno przewidywalna, ale już  tym wspominałem.

sklep_dla_samobjcw3

Na plus (poza pomysłem) warto wyróżnić dobry dubbing. Tym razem twórcy z naszego podwórka wpadli na pomysł, by zatrudnić zawodowych kabareciarzy i to był strzał w dziesiątkę, gdyż głosy idealnie oddają charakter każdej z postaci. I nie ważne czy to wiecznie przygnębiony i profesjonalny pan Mishima (Michał Wójcik) oraz oddana mu żona Lukrecja (mocna Joanna Kołaczkowska) czy epizodyczne role „dobrego” człowieka (Robert Górski), kulturalnego dżentelmena (Artur Andrus) lub zdesperowanego samobójcę z pistoletem (Roman Żurek). I to podnosi ocenę.

sklep_dla_samobjcw4

„Sklep” to animacja zdecydowanie dla dorosłych i to nie tylko ze względu na temat i bardzo mroczny, wręcz depresyjny klimat. Dużo czarnego humoru i przewidywalny przebieg fabuły mocno odstraszył kinomanów na całym świecie. Jednak efekt okazał się całkiem strawny, mimo poczucia niewykorzystania potencjału. Nie jest to jednak powód, by zejść z tego świata.

6/10

Radosław Ostrowski

Film o pszczołach

Barry Benson jest młodą pszczołą, która wchodzi w dorosłe życie. Powinien w tej chwili znaleźć pracę w korporacji Miodex, którą będzie wykonywał do końca życia. Problem w tym, że nasz Barry nie wie, kim chce być. Wreszcie decyduje się na samowolę i opuszcza ul razem z rozpylaczami. Odłącza się od grupy i zostaje uratowany przez kwiaciarkę Vanessę. Przypadkiem odwiedzając sklep zauważa pszczeli miód. Przerażony skalą miodu, postanawia wytoczyć ludziom proces o kradzież i bezprawne wykorzystanie ich pracy.

film_o_pszczoach1

Produkcja od DreamWorks jest zgrabną mieszanką satyry, historią poszukiwania swojego miejsca na Ziemi oraz zawiera ekologiczne przesłanie. Twórcy bawią się wszelkimi konwencjami i pokazują pszczoły tak jak ludzi, co jest plusem. Początek to satyra korporacyjna, gdzie poznajemy jak wygląda życie pszczół, dożywotnio pełniących swoje prace (niczym korporacyjne szczury). Ale kiedy Barry wychodzi na zewnątrz wszystko wywraca się do góry nogami, jadąc w dramat sądowy, gdzie każdy może podjąć walkę o swoje racje, bez względu na rasę i pochodzenie. Nie brakuje tu słownej szermierki czy drwiny z konsumpcyjnego stylu życia (gościnne epizody Stinga i Raya Liotty), co daje do myślenia dzieciom oraz dorosłym.

film_o_pszczoach2

Twórcy świetnie rysują nasze pszczółki oraz spotykanych innych owadów (komar rządzi!), a także ludziom, co wykorzystują zwierzęta do własnych korzyści (to lekkie nadużycie). Wszystko to jest prawdziwie zabawne, ale też i refleksyjnie. Może i ostatni akt jest bardzo przygnębiający, ale to daje mocnego kopa. Bo jeśli pszczoły nie będą pracować, a my ciągle będziemy tępić, będzie wtedy bardzo niewesoło. Wygląda to bardzo ładnie, a kilka aluzji (m.in. Barry w basenie niemal jak w „Absolwencie”) zwróci uwagę także bardziej dorosłego odbiorcy.

film_o_pszczoach3

Także polski dubbing jest więcej niż dobry, ale w przypadku animacji to już jest wypracowany standard. Tutaj największe pole do popisu dostał Maciej Stuhr, który jako Barry potwierdza swój talent komediowy. Jest zarówno bezradny, porażony, ale też uczy się odpowiedzialności za siebie. A także za cały rój, gdy dochodzi do poważnych perturbacji. Partneruje mu Joanna Trzepiecińska jako lekko postrzelona Vanessa, która dba o przyrodę i inne stworzenia. Tutaj mocno widać, że można dojść do porozumienia między ludźmi a owadami. Z drugiego planu najbardziej wybija się przyjaciel Barry’ego, Adam (uroczy Tomasz Bednarek) oraz śliski i bezwzględny prawnik Layton Montgomery (Miłogost Reczek).

film_o_pszczoach4

Pszczoły doczekały się własnego filmu i jest to bardzo fajna przygoda. Niegłupia, zabawna, ale też i dająca do myślenia. Nawet starsi widzowie (poza śliczną animacją i mądrym przesłaniem) znajdą tu coś dla siebie.

7/10

Radosław Ostrowski

Pieczone gołąbki

Gruba Kaśka – nie, nie chodzi o kobietę – jest stacją pomp wodociągowych w Warszawie. I właśnie tam pracuje poeta, Leopold Górski. Jest poetą, czyli jak każdy pisze wiersze, które śpiewa w fabryce, motywując swoich kolegów do pracy. Problem w tym, że jak w każdym miejscu pracy, nie każdemu pracować się chce. Dlatego sekretarz w wodociągach, daje poecie zadanie: ma trafić do najgorszej ekipy kierowanej przez majstra Wierzchowskiego. A w zamian za to ma dostać mieszkanie, na które od dawna zasługuje.

pieczone_goabki1

Tym filmem, to Chmielewski postanowił pójść dalej i zaszaleć (jak na rok 1966). Postanowił połączyć mocno archaiczną formę, czyli produkcyjniaka (czyli jak się żyje we fabryce czy innym zakładzie) z komedią śpiewaną (musicalem znaczy się), ale bez układów tanecznych. Już sam pomysł wtedy wydawał się karkołomny, a dziś (z powodu minionego ustroju) wydaje się mocno archaiczny. Kontrast wywołany miedzy naszym kulturalnym (wręcz do bólu) Poldkiem a brygadą wyglądającą jak ostatnie łachmyty, ma w sobie groteskowy posmak i wydaje się przez chwilę rozbrajająca. Ale już ta cała nowomowa użyta tutaj, pełna propagandowych haseł, doprowadza do bólu zębów największych twardzieli. To nie miało prawa wytrzymać (choć przeprosiny z powodu awarii są bardzo fajne) tylu lat, a kilka montażowych jazd (ucieczka Górskiego przed nowymi kolegami w przyspieszeniu) to troszkę za mało.

pieczone_gobki2

Chmielewski próbuje jeszcze dać troszkę luzu w piosenkach i to jest najmocniejszy atut. Zgrabnie, lekkie, dowcipne oraz przyjemne kompozycje kompozytorsko-tekstowego duetu Jerzy Matuszkiewicz/Wojciech Młynarski wpadają w ucho (a już finałowa „Gdy Kasię kochać da się” – perełeczka). W nich jest humor, który zestarzeć się nie chce. Także drobne przekomarzanki czy desperacka próba zdobycia mieszkania z wykorzystaniem dziecka ogląda się nieźle.

pieczone_gobki3

Także dzięki próbującej się (udanie) wejść w tą konwencję. Trudno nie odmówić uroku Krzysztofowi Litwinowi (Leopold), który jest tak poczciwy („dobry chłop”) i szczery, że słodziutki. Nawet, gdy próbuje wejść w otoczenie (te zdarte ciuchy!!!), jest wiarygodny. Podobnie nie można oderwać oczu od Magdaleny Zawadzkiej (Kasia), będącej tutaj jedynie tłem do stworzenia romansu (całkiem niezłego). Jednak i tak scenę kradnie trio Adam Mularczyk/Wacław Kowalski/Jerzy Karaszkiewicz (załoga majstra Wierzchowskiego) swoim łobuzerskim stylem życia i niezbyt silnym zaangażowaniem (na początku).

pieczone_gobki4

Innymi słowy „Pieczone gołąbki” to słabsza, ale ciągle przyjemna rozrywka. Chmielewski nie daje w pełni plamy, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu niespełnienia. Obejrzeć nie zaszkodzi, jednak przyzwyczaiłem się do innego poziomu, jaki tworzył reżyser. Na szczęście dalej było tylko lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski