Miasto zaginionych dzieci

Jest sobie pewne miasto, gdzie od dłuższego czasu zaczynają znikać dzieci. Dzieje się to z powodu działań Kranka – ekscentrycznego geniusza, który nie może śnić. Jednego wieczora zostaje porwany brat niejakiego One – siłacza cyrkowego. Mężczyzna wyrusza na poszukiwania, w czym pomaga mu poznana dziewczynka – złodziejka Miette.

zaginione_dzieci1

Jean-Pierre Jeunet jest jednym z najbardziej oryginalnych filmowców francuskich. Ja (jak pewnie większość widzów z Polski) kojarzy go głównie dzięki magicznej „Amelii” oraz wojennemu melodramatowi „Bardzo długim zaręczynom”. Drugi wspólny z Markiem Caro film już nie zrobił na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Sam scenariusz jest mocnym zbiorem pobocznych wątków, które jednak nie łączą się w żadną całość. Mamy tu gang młodych złodziejaszków, kierowany przez syjamskie bliźniaczki, Kranka próbującego śnić, by w ten sposób powstrzymać starość, pojawia się tajemniczy nurek, Cyklopi kradnący dzieci. Klimat jest tutaj mieszanką Dickensa, steampunku (Cyklopi i ich „trzecie oko” tropiące) oraz surrealizmu. Wielkie wrażenie robi scenografia, czerpiąca garściami z SF – zwłaszcza statek-siedziba Kranka będąca nieprzyjemną siedzibą (zwłaszcza maszyna do „kradzieży snów”). Wszystkiego tu jest za dużo, zbyt surrealistycznie, a efekty specjalne rzucają się mocno w oczy (muchy z substancją czyniącą ludzi bezwolnymi). Reżyser gubi wątki i nie panuje nad nimi, co doprowadziło mnie do znużenia i zmęczenia.

zaginione_dzieci2

Także pod względem aktorskim jest delikatnie mówiąc nierówno. Z całej obsady najlepiej prezentuje się Ron Perlman grający osiłka, będącego dużym dzieckiem – paradoksy te pięknie malują się na twarzy naszego bohatera, jednak on w pojedynkę tego filmu nie udźwignie. Reszta postaci jest zbyt dziwaczna i zagrana w niemal teatralny sposób (najbardziej dotyczy to Kranka oraz Klonów), że nie warto o tym wspominać.

zaginione_dzieci3

Zabrakło tutaj zwyczajnie umiaru oraz bardziej spójnego scenariusza. „Miasto…” miało ogromny potencjał, który został brutalnie zabrany. Ale jak wiadomo, nie zawsze można być w świetnej formie.

5/10

Radosław Ostrowski

Atak na posterunek 13

Los Angeles, dzielnica Anderson. Tutaj znajduje się posterunek 13, który ma zostać zlikwidowany za kilkanaście godzin. I właśnie tutaj zostaje przydzielony nowy komendant, Ethan Bishop. I tutaj trafia trzech skazańców w drodze do aresztu (jeden z nich zachorował) ze sławnym Napoleonem Wilsonem. Jednak ostatnia noc nie będzie tak spokojna, gdyż posterunek z garstką osób w środku zostanie zaatakowany przez gang z zemsty za śmierć swoich ziomków.

atak_na_posterunek_13_1

Każdy kinoman zna nazwisko Johna Carpentera – reżysera, który swoje najgłośniejsze dzieła realizował w latach 70. i 80. Za pomocą skromnego budżetu zawsze był w stanie wykreować mroczne i klimatyczne kino. „Atak…” to jeden ze sztandarowych dzieł reżysera i mimo upływu lat, dzielnie się trzyma. Akcja jest bardzo prosta i nieskomplikowana – to takie uwspółcześnione (czyli w realiach lat 70.) „Rio Bravo”, czyli oblężony posterunek, mała liczba obrońców i dosłownie hordy przeciwników do pokonania. Jednak zanim dojdzie do właściwej akcji, czeka nas długa ekspozycja. Zaczyna się od obławy na członków ulicznego gangu, ale ci – uzbrojeni dzięki skradzionej broni – szykują zemstę (scena ślubowania krwi), a o bezwzględności antagonistów świadczy mocna (wtedy) scena z lodziarzem. Jednak kiedy dochodzi do oblężenia komisariatu, Carpenter sięga po arsenał środków – mrok, serie strzałów (broń z tłumikiem), solidnie budowane napięcie za pomocą elektronicznej muzyki oraz oszczędnych dialogów. Dodatkowo, przeciwnicy atakują falami niczym zombie z horrorów – pojawiają się szybko i jeszcze szybciej znikają, a surowa realizacja potęguje klimat osaczenia.

atak_na_posterunek_13_2

Sama sytuacja jest bardzo nietypowa, gdyż gliniarze i skazańcy stają ramię w ramię, walcząc z przeciwnikami. Ten wątek dawałby spore pole do popisu, a reżyser wybiera chyba najbardziej zaskakujący – animozje zostają zawieszone i powoli między komendantem a groźnym Wilsonem tworzy się szorstka przyjaźń, co jest nietypowe zważywszy na czas realizacji, gdy Ameryka była pęknięta. Jeszcze w ekspozycji pojawia się scena (choć to może moja nadinterpretacja), gdy ojciec razem z córką jadą samochodem, gubiąc się w mieście. Dziecko proponuje zapytanie o drogę policjantów, jednak mijają radiowóz. Pośpiech czy nieufność do policjantów przemówiła za tym faktem? Sami to oceńcie.

atak_na_posterunek_13_3

Reżyser pewną ręką opowiada swoją opowieść, mimo klisz i schematów. Ale swoje też robią aktorzy – mało znane twarze z tamtego okresu. Siłą napędową jest tutaj zbudowany na kontrastach duet Austin Stoker (porucznik Bishop) i Darwin Joston (Napoleon Wilson). Pierwszy jest zwykłym gliniarzem, który po prostu robi swoje –  podejmuje walkę z przeważającymi siłami wroga, zachowując sie odpowiedzialnie. Zycie jego ludzi jest priorytetem, choć nie mówi tego na głos. Drugi bohater jest intrygujący, pełen tajemnicy. Okazuje się jednak był człowiekiem honoru (Bishop uratował mu życie), przez co darzy komendanta szacunkiem i podziwem za jego postawę. Z drugiego planu wybija się rozbrajający Tony Burton jako cwany „pechowiec” Wells.

atak_na_posterunek_13_4

Szczątkowa fabuła i brak dynamicznej akcji może wiele osób zniechęcić do „Ataku…”. Jednak trudno odmówić produkcji klimatu oraz surowego stylu, który pasuje do konwencji narzuconej przez Carpentera. Kolejny dowód na to, że prostota jest największą siłą – nawet filmowca.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Agresja

W małym brytyjskim miasteczku grasuje seryjny gwałciciel. Mimo wysiłku policji, sprawca pozostaje nieuchwytny i atakuje kolejną dziewczynkę. Zostaje znaleziona przez sierżanta Johnsona, który prowadzi śledztwo. W końcu pojawia się też podejrzany – Kenneth Baxter, jednak podczas przesłuchania zostaje brutalnie pobity przez Johnsona.

agresja1

Sama historia brzmi jak mroczny i brutalny kryminał, jednak Sidney Lumet idzie w zupełnie innym kierunku, co już widać na samym początku filmu. Mocne, białe światło troszkę zaciemnia obraz, gdzie widzimy posterunek policji i ostatecznie trafiamy do sali przesłuchań. Tam światło zaczyna znikać i ukazują się leżący mężczyźni i jeden stojący z podniesionymi pięściami. Cofamy się potem wstecz, gdzie widzimy policjantów obserwujących dzieci wychodzące ze szkoły. Śledztwo prowadzone jest dość powoli, by potem – do momentu przesłuchania – zeszło na boczny tor, jakby było tylko pretekstem dla pokazania czegoś więcej. Tym czymś jest studium obłędu i szaleństwa naszego sierżanta – pomaga w tym świetny montaż, gdzie odkrywamy (we fragmentach) wcześniejsze śledztwa pełne krwi, trupów i mroku. Reżyser powoli odkrywa prawdę w sprawie obecnego dochodzenia, a dokładnie tego, co się stało podczas przesłuchania Baxtera. Wszystko tutaj oparte jest na dialogu oraz niepokojącej muzykę, podkreślającej mroczny klimat filmu. A każde przesłuchanie ma tak silny ładunek emocjonalny, że rozsadza od środka – takim napięciem można byłoby obdzielić kilka innych filmów. Do tego świetne dialogi oraz wiarygodna psychologia postaci.

agresja2

Reżysera wspierają przy tej pracy znakomici aktorzy. Tutaj rządzi i dzieli nieprawdopodobny Sean Connery, który ma tutaj błysk szaleństwa w oku. Tworzy portret zdeterminowanego śledczego, który jednak jest skażony swoją pracą. Zbrodnie, których jest świadkiem „piętnują” i prześladują go w głowie, doprowadzając go niemal do załamania nerwowego. Poza nim wybijają się dwaj znakomici aktorzy – Ian Bannen (tajemniczy i perwersyjny Baxter, co do którego winy nie ma niezbitych dowodów) oraz Trevor Howard (opanowany i spokojny inspektor Cartwright, przesłuchujący Johnsona), stanowiący silną przeciwwagę dla pulsującego Connery’ego.

agresja3

„Agresja” jest prowokacyjnym przypomnieniem o tym, że w każdym z nas siedzi bestia, czekająca na właściwy moment, by uderzyć. Mroczne, chwytające za gardło kino, które ubrane w konwencję gatunku, przekazuje trudną prawdę o człowieku. Może wielu znużyć, jednak ma ten film siłę rażenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Martwica mózgu

Jest rok 1958. W Nowej Zelandii mieszka zdominowany przez matkę, niezdarny Lionel. Chłopak zakochuje się w ekspedientce ze sklepu, Paquicie, a raczej ona w nim pod wpływem swojej matki-wróżbitki. Jednak matka Lionela zaczyna szpiegować parę. Gdy pojawiają się w zoo, matka zostaje pogryziona przez małposzczura. Od tej wypadki toczą się błyskawicznie, gdyż kobieta zmienia się w zombie.

martwica1

Peter Jackson kojarzony jest dzisiaj ze stworzeniem kinowego Śródziemia, bazując na powieściach Tolkiena. Jednak zanim do tego doszło, w 1992 roku nakręcił pokręcony i strasznie krwisty komedio-horror. Efekt? Makabra, miłość, czarny humor, zombie, talizmany oraz hektolitry krwi – ta mieszanka nie dla wszystkich może zadziałać. Cel jest dość prosty – trzeba zrobić wszystko, by zombiaki nie opuściły domu, bo wtedy będzie niewesoło. Jak pokonać żywego trupa, gdy nie mamy żadnych broni palnych? Nie pomaga zakopanie, lekarstwa, trucizna ani ciosy karate. A jak zostaniesz pogryziony, będziesz jednym z nich. Jackson bierze z klasyków kina grozy, jednak polewa to tak duża ilością krwi, że osoby o słabszych żołądkach mogą tego nie wytrzymać (zwłaszcza finału). Wielkie wrażenie robi tutaj charakteryzacja – wygląd zombie wywołuje obrzydzenie i niechęć, a metody zabijania mogą wywoływać śmiech (hurtowa likwidacja za pomocą noży czy starcie na cmentarzu z księdzem-karateką).

martwica2

Tak naprawdę film Jacksona jest opowieścią o miłości oraz próbie wyrwania się spod wpływu zazdrosnej matki. To tak naprawdę przez jej wścibstwo i próbę kontroli dochodzi do całej lawiny krwawych i zabawnych scen (pogrzeb), gdzie reżyser idzie po bandzie. Jeśli nie boicie się hurtowej ilości krwi, powyjmowanych kończyn oraz zombie seksu, to jesteście w domu. Dodajmy do tego przyzwoite aktorstwo oraz wręcz rzeźnickie zakończenie, a otrzymamy pokręcony i szalony komedio-horror. Ja się bawiłem całkiem nieźle, ale ostrzegam – nie jest to produkcja dla każdego.

martwica3

6/10

Radosław Ostrowski

Wściekłość

W małym miasteczku w Kanadzie dochodzi do wypadku samochodowego. Motocykl zderza się z samochodem, pasażerka pojazdu zostaje uwięziona i dochodzi do eksplozji. Kobieta o imieniu Rose trafia do szpitala, gdzie zostaje poddana eksperymentalnej metodzie (przeszczep tkanki uda, która wcześniej zostaje zmutowana w laboratorium). Po miesiącu przeszczep przyjmuje się, jednak kobieta zaczyna zachowywać się dziwacznie.

wscieklosc1

David Cronenberg – nazwisko, które podświadomie wywoływało we mnie niepokój i grozę, choć jego ostatnie dokonania (od czasu „Pająka” – jedynego dobrego filmu obejrzanego przeze mnie) są co najwyżej niezłe i nie podoba mi się w nich chłód emocjonalny. Być może dlatego postanowiłem sięgnąć po jeden z wcześniejszych filmów, nakręconą w 1977 roku „Wściekłość”. Tutaj reżyser zaczyna przyglądać się jednej ze swoich obsesji – niedoskonałości ludzkiego ciała oraz jego relacji ze stanem psychicznym. Wypadek oraz operacja staje się katalizatorem epidemii, doprowadzającej do ataków wściekłości i żądzy krwi. O dziwo, jak na slashera czy film gore, produkcja Cronenberga unika dosłowności, co jest dla mnie plusem. Jednak sama historia jest tutaj mało oryginalna (przemiana ludzi w zabójcze monstra), a reżyser próbuje zbudować atmosferę strachu oraz epidemii, wykorzystując m.in. wiadomości z telewizji.

wscieklosc2

Problemem dla mnie jest nierówny poziom realizacyjny. Cronenberg wykorzystując niewielki budżet, próbuje budować atmosferę prostymi środkami – gwałtowna muzyka, kilka krwawych scen jak choćby atak na samochód dyplomaty czy atak w metrze, gdzie następuje nagły atak. Jednak jest tutaj kilka scen, które ocierają się wręcz o śmieszność z dzisiejszej perspektywy jak scena wypadku, gdzie motocykl po zderzeniu leci w górę, by po krótkim zderzeniu z ziemią eksplodować. Lokalizacje są bardzo ograniczone i nie bardzo czuć atmosferę strachu czy przerażenia, poza pojedynczymi przypadkami. Jakby było tego mało całość jest niespójna i zawiera wiele zaczętych, niedokończonych wątków. Nie do końca wiadomo, co to tak naprawdę miało być – satyra na lenistwo, ostrzeżenie przed eksperymentami czy filmem o epidemii. Nie sprawdza się w żadnym z tych pól.

wscieklosc3

Jakby tego było mało, aktorstwo jest tutaj delikatnie mówiąc nie najlepsze. Dialogi są wypowiadane w sposób sztuczny, emocje są granie zbyt ekspresyjnie (kłótnia na samym końcu) i żadna z postaci niespecjalnie zapada w pamięć. Wyjątkiem jest grająca Rose Marilyn Chambers – wcześniej znana jako aktorka kina porno, która tworzy mieszankę delikatności oraz sex appealu.

wscieklosc4

„Wściekłość” nie zmieni mojego zdania, co do Cronenberga jako reżysera (wręcz pogorszy je), a sam film należy potraktować jako ćwiczenie swojego warsztatu. Mocno niedoskonałe i tylko dla zapalczywych fanów Kanadyjczyka.

5/10

Radosław Ostrowski

Mroczne cienie

XVIII-wieczny Liverpool. Tam do Ameryki wpłynął ród Collinsów, gdzie założył własne miasto i zbudował morskie imperium. Ich syn, Barnabas przejmuje interesy, jednak jego szczęśliwy los, odwraca się od niego. A to z powodu Angelique – służącej, w której się zakochał i złamał jej serce. Nie przewidział jednak, że kobieta jest wiedźmą i rzuciła klątwę na cały jego ród. Barnabas zostaje przemieniony w wampira i zakopany żywcem w trumnie. Przypadkowo zostaje odnaleziony po niemal 200 latach i próbuje przystosować się do nowych czasów, a także przywrócić blask swojej dawnej fortunie.

mroczne_cienie1

Tim Burton przez ostatnie lata raczej prezentuje zniżkę formy, zachwycając jedynie stroną wizualną. Tym razem postanowił przenieść na ekran koncepcje ze starego (i popularnego w USA) serialu z lat 60., gdzie do rodziny trafia dawny przodek-wampir. Problemem „Mrocznych cieni” jest tak naprawdę w jakim tonie ma być utrzymana cała historia. Bo niby to horror, niby komedia (czasami pikantna), niby kino familijne – miesza się wszelkie konwencje, ale żadna z nich nie zostaje wygrana do samego końca. Jako horror ma mroczny klimat (stylowe zdjęcia Bruno Delbonnela – zwłaszcza nocne ujęcia w lesie) i imponującą scenografię domostwa Collinsów, jednak nie trzyma w napięciu, nie strasząc. Największym źródłem humoru jest zderzenie XVIII-wiecznej mentalności i języka Barnabasa do realiów lat 70., choć dalej bywa różnie z poziomem żartów. Sama intryga dość wolno się wlecze i idzie w przewidywalnym kierunku (konfrontacji wampira z wiedźmą), a finał tylko połowicznie zadowala.

mroczne_cienie2

Reżyser zmierza w oczywistym kierunku oraz rozpoznawalnym stylu, jednak coraz bardziej czuć zmęczenie materiałem – przewijają się tu sprawdzone motywy (szaleństwo, odmienność), jak i bardziej kojarzony z produkcjami Wesa Andersona portret dysfunkcyjnej rodziny. Wszystko to już znam z innych filmów Burtona i zwyczajnie brakuje tutaj czegoś świeżego, oryginalnego oraz po prostu dobrego.

mroczne_cienie3

Sytuacji nawet nie ratuje przyzwoite aktorstwo. Etatowy współpracownik Burtona, Johnny Depp powoli zaczyna skręcać w stronę autoparodii, wygląda groteskowo (chyba tak miało być), a zmanierowany głos arystokraty wywoływał irytację. Podobnie wypadła Helena Bohnam Carter, tym razem jednak na drugim planie jako dr Hoffman. Najjaśniejszym blaskiem błyszczy Eva Green jako klasyczna femme fatale – apetyczna, seksowna i przebiegła Angelique, która sieje strach. Kontrastem dla niej jest głowa rodziny Collinsów, Elizabeth. Grająca ją Michelle Pfeiffer jest jednocześnie łagodna, ale i twardo stąpająca po ziemi kobieta walcząca o swoje.

mroczne_cienie4

Kryzys coraz bardziej dosięga Burtona, a „Mroczne cienie” tylko potwierdzają słabszą dyspozycję Amerykanina. Trudno powiedzieć, czy reżyser przełamie brak weny, ale rzeczywiście cień nad nim jest wielki i nie wiadomo jak dalej potoczy się kariera tego zdolnego reżysera.

6/10

Radosław Ostrowski

Alicja w Krainie Czarów

Pamiętacie Alicję, co jak była mała dziewczynką trafiła do krainy przypominającej sen? Powieść Lewisa Carrola była (i nadal jest) klasykiem literatury, nie tylko dziecięcej. Świat w niej wykreowany wydawał się idealnym materiałem filmowym, o czym wiedział wcześniej Walt Disney. Obecnie tylko dwóch reżyserów było w stanie przenieść na ekran wizję Carrolla – Terry Gilliam i Tim Burton. Dla Disneya swoją wersję w 2011 przedstawił ten drugi, ale jego film jest co najwyżej inspirowany literackim pierwowzorem.

alicja_1

Alicja tym razem jest 19-letnia dziewczyną, której ojciec zmarł wiele lat wcześniej. Gdy ją widzimy, jedzie na przyjecie, podczas którego ma się jej oświadczyć młody lord Hamish. Dziewczyna waha się i… wtedy dostrzega białego królika. Goniąc go wpada do dziury, za którą trafia do krainy terroryzowanej przez Czerwoną Królową. Jednak już nie pamięta, że była tu wcześniej znana jako „ta” Alicja, która pokonała Żaberzwłoka. I musi to zrobić jeszcze raz, ale potrzebuje do tego paru przedmiotów.

alicja_2

Brzmi troszkę jak gra komputerowa? Poniekąd ta wariacja opowieści o Alicji tym właśnie jest – grą z prosta fabułą na poziomie gry (zwłaszcza finałowe starcie, gdzie dochodzi do potyczki między dobrem z złem), gdzie Alicja musi odnaleźć się na nowo w starym miejscu. A to trzeba zdobyć klucz (gdy jest się mniejszym, to znalezienie go staje się trudne), znaleźć miecz do pokonania potwora itp., zaś Szalony Kapelusznik, Marcowy Zając i Kot z Cheeshire są spiskowcami planującymi pomóc Białej Królowej. Wędrówka Alicji staje się dla niej motorem do przewartościowania swojego życia oraz kierowania się swoimi potrzebami – problem w tym, że to nie jest absolutnie nic nowego i w dodatku jest to mało wciągające.

alicja_3

Plastycznie to jest film Burtona – widać tutaj barwną kolorystykę, uwielbienie groteski (nienaturalny wygład Królowej czy Kapelusznika) oraz imponującą scenografię. W obiektywie Dariusza Wolskiego Kraina Czarów prezentuje się z jednej strony bajkowo, z drugiej mrocznie i niepokojąco (siedziba Czerwonej Królowej), przez co film wygląda pięknie. Nawet charakteryzacja jest tutaj bez zarzutu, chociaż na granicy przerysowania. Burtonowi cała historia po prostu nie klei się, a sam reżyser gubi się w tym wszystkim i… nudzi. Prawie jak w „Planecie małp” z 2001 roku. I nawet komputerowo stworzone postacie Zająca, Kota czy straży Czerwonej Królowej nie są w stanie tego filmu uratować przed porażką.

alicja_4

Także poziom aktorski jest dość nierówny. Przyzwoicie radzi sobie Mia Wasikowska – zagubiona, trochę nieporadna Alicja, próbująca odnaleźć reguły gry panujących w tym pokręconym świecie, aczkolwiek granie niemal przez cały film dwiema minami nie jest do końca tym, czego oczekuję. Depp, choć w pstrokatych kolorach i postrzelonej charakteryzacji, ma w sobie obłęd Szalonego Kapelusznika. Podobnie najlepsza z całej obsady Helena Bohnam Carter – antypatyczna, wyglądająca na granicy karykatury oraz zabawna, gdy ciągle żąda ścięcia głowy. Natomiast najsłabsza była Anne Hathaway – Biała Królowa w jej wydaniu jest manieryczna, mdła i irytująca.

Niestety, ale „Alicją…” Burton wpadł w dołek tak głęboki jak królicza nora. Problem w tym, że poza dołem nie widać niczego więcej. Nawet głębia jest tutaj pozorowana i gdybym miał 10, może 12 lat pewnie chwyciłoby mnie za gardło. Ale już chyba wyrosłem z takich bajek.

6/10

Radosław Ostrowski

Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street

XIX-wieczny Londyn. W nim żył kiedyś fryzjer (wtedy tą profesję zwano golibrodą) Benjamin Barker, który miał piękną żonę i śliczną córeczkę. Jednak wskutek intrygi sędziego Turpina, zostaje skazany na kolonię karną. Po 15 latach wraca do Londynu i odkrywa, że jego żona nie żyje, a córkę wziął pod opiekę Turpin. Zrozpaczony golibroda planuje zemstę. By jej dokonać idzie w spółkę z panią Lovett, która robi najgorsze ciastka w mieście.

sweeney_todd1

Tim Burton znany jest z opowiadania mrocznych opowieści, tym razem jednak sięgnął po musical Stephena Sondheima z lat 70. opowiadający o krwawej zemście. Owszem, reżyser czasami wykorzystywał wstawki śpiewane (m.in. w „Charliem i fabryce czekolady”), jednak nie na taką skalę, a zmieszanie tego z horrorem mogło wydawać się ciężkostrawną mieszanką. Jednak reżyser nie tylko trzyma rękę na pulsie, ale potrafi wciągnąć w swoją ponurą historię zemsty. Londyn tutaj pokazany jest jako ponure miasto (całość wizualnie jest utrzymana w czarnych kolorach i toczy się w nocy), pełne brudu, korupcji i nieuczciwości. Ludzie władzy są zepsuci, a biedota żyje w strasznej nędzy. A sprawiedliwość trzeba wymierzyć na własną rękę. Pod tym względem, miasto przypomina Gotham City, gdzie działały te same reguły gry. Atmosferę grozy, poza znakomitymi zdjęciami, jeszcze bardziej nasila scenografia (niemal gotycka) oraz utrzymana w jaśniejszych kolorach kostiumy. Jasne kolory pojawiają się jedynie w retrospekcjach i w scenie wizji przyszłego związku pani Lovett z Toddem.

sweeney_todd2

Skoro jest to musical, to nie można nie zwrócić uwagi na sceny śpiewane, bo tutaj nie ma zbyt wielu scen tańca (najlepsza to, gdy Todd krąży po mieście szukając klientów), co dla mnie jest pewną zaletą. Natomiast sam śpiew jest co najwyżej średni i może wywołać rozdrażnienie dla uszu i pod tym względem „Sweeney Todd” rozczarowuje. Horrorem jest troszkę lepszym, zwłaszcza w dramatycznym finale.

sweeney_todd3

O ile partie śpiewane nie są zadowalające, o tyle sama gra aktorska jest na zupełnie innym poziomie. Znakomicie poradził sobie Johnny Depp w dość nietypowej dla siebie roli mściciela, pełnego mroku w sobie, pozbawionego wiary w dobroć człowieka. Zemsta jest robakiem, które gnije jego duszę, stając się jedynym sensem jego życia. Nigdy później aktor nie grał tak skrytej postaci. Równie ciekawa jest Helena Bohnam Carter jako pani Lovett. Wdowa jest sprytną kobietą, która wie jak ożywić swój interes i zakochuje się w golibrodzie, co będzie miało dla niej tragiczne skutki (nieodwzajemnione uczucie). Ten duet jest siłą napędową tego krwawego musicalu. Poza tym duetem, jest kilka równie interesujących ról. Bezwzględny sędzia Turpin (świetny Alan Rickman), woźny Beadle (odpychający Timothy Spall) czy włoski mistrz Pirelli (barwny i najlepiej śpiewający Sacha Baron Cohen) to bardzo wyraziste i zapadające w pamięć postacie.

sweeney_todd4

„Sweeney Todd” jest bardzo mrocznym i stylowym filmem Burtonem, pełnym krwi, zabijania oraz okropności. Brutalne przypomnienie do czego może doprowadzić miłość lub zemsta.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Gnijąca panna młoda Tima Burtona

XIX-wieczny Londyn. To w nim ma dojść do ślubu między dwójką młodych ludzi, którzy wcześniej się nie znali. Tak naprawdę ten związek jest pewnego rodzaju kontraktem dla rodziców państwa młodych, by poprawić swoją sytuację finansową. Victor jest synem handlarzy rybami, Victoria córką zubożałych arystokratów. Jednak próba przed ślubem kończy się kompromitacją, a młodzieniec idzie poćwiczyć powiedzenie przysięgi. Wkłada ślubną obrączkę do drzewa, ożywiając martwą pannę młodą i tak Viktor zostaje jej mężem.

panna_mloda1

Tim Burton w roku 2005 zaatakował kina aż dwoma tytułami. Pierwszym był „Charlie i fabryka czekolady”, a drugim omawiana teraz animacja zrealizowana razem z Mike’em Johnsonem. Efektem jest elegancka, zrealizowana metodą poklatkową, staroświecka animacja w bardzo wyrazistym stylu Burtona. Mocno groteskowe postacie (żywi są strasznie długonodzy i mają duże głowy z wyłupiastymi oczami), duża dawka czarnego humoru oraz wciągająca fabuła składają się na jedną z najbardziej pokręconych nominacji tego wieku. Nie da zapomnieć się zaświatów, gdzie nieboszczycy są – paradoksalnie – pełni życia i energii. Także wyglądają lepiej od żywych, mimo iż są mocno przy kości, a zaświaty wyglądają barwnie, kolorowo i jest to galeria niezwykłych postaci (barman Paul, który jest… głową czy pięknie wyglądający piesek Sparky).

panna_mloda2

Przy okazji jest to film o odpowiedzialności, miłości i poświęceniu, okraszone intertekstualnymi żartami i charakterystycznym poczuciem humoru (przygotowania do ślubu w zaświatach czy piosenka opowiadająca o tragedii panny młodej) – uczta dla oka i ucha ogromna.

panna_mloda3

Reżyser nie tylko z maestrią opowiada tą szaloną historię, ale też dobrał znakomitych aktorów do pokładania głosów pod te nietuzinkowe postacie. mógłbym w zasadzie ograniczyć się do wymienienia nazwisk (Johnny Depp, Helena Bohnam Carter, Emily Watson, Albert Finney, Michael Gough), bo każdy nadał swojej postaci osobowości i charakteru – pogubionego i wrażliwego Victora, tragicznej panny młodej (Emily), uroczej Viktorii czy nie wierzącego w zaświaty księdza.

panna_mloda4

„Gnijąca panna młoda” to Tim Burton w najlepszym wydaniu – piękny plastycznie, z czarnym humorem, a jednocześnie bardzo poruszający i chwytający za emocje. Można na siłę się przyczepić, że cała ta historia jest bardzo krótka (niecałe 80 minut), jednak jest to bardzo intensywne 80 minut pozbawione dłużyzn i nudy. Połączenie idealne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Charlie i fabryka czekolady

Dawno, dawno temu działała fabryka czekolady, której właścicielem był ekscentryczny Willy Wonka – człowiek o nieskrępowanej wyobraźni, tworzącego niezwykłe słodycze. Jednego jednak fabryka wznowiła działalność i właściciel zaproponował grę. W pięciu opakowaniach czekolady, ukryte są złote bilety, które są „wejściówkami” do fabryki, za którą czeka nagroda.

willy_wonka1

Jeśli „Duża ryba” była przebudzeniem Tima Burtona, to adaptacja powieści dla dzieci Roalda Dahla wydaje się potwierdzeniem formy reżysera. Znów nakręcił film w bardzo charakterystycznym dla siebie stylu, mieszając surrealizm, bajkową oprawę plastyczną i specyficzny humor. Tak, jest to bajka opowiadająca o tym, że warto być dobrym dzieckiem. Historia jest prosta i droga, jaką się ona toczy jest bardzo przewidywalna, jednak niesamowity styl Burtona tutaj sprawdza się znakomicie. Nie przeszkadzał mi ani narrator z offu, ani moralizatorstwo, które jednak wprowadzono w dość niekonwencjonalny sposób (musicalowe wstawki wykonywane przez pracowników fabryki – Umpa-Lumpy, swoją drogą sama ich realizacja to mały majstersztyk). Każde pomieszczenie fabryki wygląda po prostu zjawiskowo – czy to obrabiarka orzechów, czekoladowy wodospad czy pokój, gdzie można czekoladę przenieść do telewizji – jest to wielka robota scenografów oraz specjalistów od efektów specjalnych. Całości towarzyszy szalona muzyka Danny’ego Elfmana oraz bardzo dobre, pełne kolorów zdjęcia Philippe’a Rousselota, tworzące baśniowy klimat.

willy_wonka2

Pochwalić też trzeba grę aktorska, która – jak to u Burtona – jest na naprawdę wysokim poziomie. Reżyser bardzo polubił Johnny’ego Deppa i znów go zatrudnił w głównej roli. Wonka w jego interpretacji to ekscentryczny jegomość o wrażliwości dziecka, który nie przepada za dorosłymi, co wynika z przeszłości naszego bohatera. Ale największą niespodzianką jest Freddie Highmore – młody aktor, który grał już u boku Deppa w „Marzycielu”. Tu potwierdza swój potencjał. Choć jego rola wydaje się mocno „kryształowa” (niemal idealne dziecko), jednak jest on w tym całkowicie naturalny i wiarygodny. Poza tym duetem na ekranie pojawia się także druga twarz kina Burtona – Helena Bohnam Carter. Tym razem bez charakteryzacji, a jej rola matki troszkę przypominała tą z „Jak zostać królem” – wspierająca, empatyczna i zachowująca pogodę ducha mimo okoliczności. Taką matkę chciałoby na pewno wiele dzieci. Najbardziej w pamięci utkwił mi energiczny David Kelly (dziadek Joe) oraz pojawiający się w epizodzie Christopher Lee (chłodny ojciec Wonki).

willy_wonka3

Burton potwierdza powrót do wysokiej formy, co dostrzegła też widownia, tłumnie idąc do kin. Bajka skierowana raczej dla młodszego odbiorcy, choć i starsi widzowie znajdą coś dla siebie (aluzja do „2001: Odysei kosmicznej”). Jednak następna produkcja Burtona miała być jego najlepszym dziełem XXI wieku, ale o tym jeszcze opowiem.

7/10

Radosław Ostrowski