Ostatnia misja

Francja. To tutaj działa Andre Kostynowicz. Nie słyszeliście o nim, ale jest najlepszy w swoim fachu. Zabija ludzi za pieniądze na zlecenie rządu Francji. Właśnie wykończył dwoje członków Hamasu, którzy próbowali zabić premiera. Podczas akcji przechodzi chwilowe osłabienie – okazuje się, że ma guza mózgu. Nie zostaje mu zbyt wiele czasu, chyba że zgodzi się na operację. Przełożeni Kostynowicza dają mu kolejne zadanie: francuska mafia wydała wyrok na biznesmena Józefa Murana. Mężczyzna decyduje się przyjechać do Polski, bo ma kilka niezałatwionych spraw. Nie wie, że na miejscu już czeka na niego obława.

ostatnia misja1

Wojciech Wójcik był przez lata uważany za jednego ze specjalistów od kina sensacyjnego. Zawsze stawiał na wiarygodną psychologię postaci oraz obserwację rzeczywistości. „Ostatnia misja” to kolejna współpraca reżysera z Witoldem Horvathem, ale efekt nie trzyma poziomu „Ekstradycji”. Znowu mamy pokazaną III Rzeczpospolitą Aferową: korupcja na szczytach władzy, powiązania biznesu z mafią, finansowe machlojki. Do tego handel narkotykami, mafijne rozgrywki, rezydent FBI, brudy z przeszłości. Tłoczno tu i ciasno, jak na ponad półtorej godziny. Przez co ciężko pozbyć się wrażenia, że wiele wątków (bankowy dług, walka o władzę między Sztychem a Rekordem) i postaci należałoby usunąć. Choćby w przypadku córki Kostynowicza, która ma ojczyma (oskubał ją z kasy), starszego pana, będącego tak naprawdę przyjacielem Andre i jeszcze wspólnika Bruno. Ten ostatni okazuje się prawą ręką Murana oraz próbuje rządzić półświatkiem. Sama intryga jest poprowadzona troszkę przewidywalne, ale nie wywołuje to znużenia. Z czasem wszystko zaczyna się rozkręcać i jest parę zaskoczeń.

ostatnia misja2

Pod względem realizacyjnym największym problemem był dla mnie montaż. W paru scenach (m.in. akcja na początku czy wysiadanie Murana z auta) cięcia są miejscami zbyt szybkie, zaś kamera stara się przyspieszać. Napięcie próbuje potęgować zaskakująco dobra muzyka Grzegorza Skawińskiego, a dialogi nie są pozbawione humoru. Tylko, ze czegoś tutaj brakuje. Jakiegoś mocnego uderzenia czy pazura, by film zapadł mocniej w pamięć.

ostatnia misja3

Wójcikowi udało się za to zebrać ekipę bardzo dobrych aktorów, którzy wykonują swoją robotę bez zarzutu i podnoszą frajdę z oglądania. Świetnie się sprawdza Peter J. Lucas w roli Kostynowicza. Spokojny, opanowany, zawodowiec w swoim fachu, ale jednocześnie tłumiący emocje. Klasę kolejny raz potwierdza Janusz Gajos w roli tropiącego komisarza Sobczaka. Aktor znowu potwierdza swoją formę, ożywiając pozornie nieciekawą postać skutecznego gliniarza, sprawnie łączącego fakty i mającego szerokie kontakty. Tak samo złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o Piotrze Fronczewskim (śliski biznesmen Muran) oraz Mirosławie Bace (Bruno Wiśniewski). Ale jest jedna duża skaza w tym wianuszku, czyli Ewa Gorzelak. Aktorka w roli Moniki przez cały czas wydaje się sztuczna, jej nadekspresja irytuje, zaś kilka dialogów w jej wykonaniu brzmi fatalnie.

ostatnia misja4

Powiedzmy sobie to wprost: Wojciech Wójcik miał lepsze filmy w swoim dorobku niż „Ostatnia misja”. Mimo wielu wad oraz klimatu lat 90., potrafi wciągnąć i dostarczyć odrobinę rozrywki. Tylko, że można było z tego wycisnąć więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Mniejsze niebo

Dworzec kolejowy. Miejsce, gdzie ludzie stoją, czytają, piją, czekając na pociąg. Ale czy można na dworcu zamieszkać? I nie chodzi mi tutaj o kloszardów czy meneli, ale zwykłego szarego człowieka. Takim człowiekiem jest Artur – 45-letni mężczyzna, mikrobiolog. Zostawił pracę, żonę i dwójkę dzieci. Na dworcu praktycznie mieszka od 9 dni. Tam odnajduje go przyjaciel Filip i nie jest w stanie zrozumieć tej postawy. Decyduje się zadzwonić do doktora Barcza, by ten z nim porozmawiał.

mniejsze niebo1

To jeden z mniej znanych filmów bardzo znanego reżysera, Janusza Morgensterna. Reżyser próbuje zmierzyć się z jednym bohaterem w nietypowej sytuacji. Artur może sprawiać wrażenie wariata, zaś jego decyzja o opuszczeniu domu i pracy brzmi absurdalnie. Dodatkowo jego wyjaśnienia wydają się mętne. Troszkę jakby mu zupełnie nie zależało na akceptacji albo sam nie umiał wyjaśnić. Narracja jest tutaj dwutorowa. Z jednej strony mamy tutaj Artura na dworcu, który obserwuje życie na dworcu. Z drugiej mamy najbliższych, którzy próbują go zrozumieć. Rodzina, przyjaciel, jeszcze lekarz (dr Barcz) oraz Marek Weber – dziennikarz tv, próbujący wrócić na szczyt. Same informacje na temat bohatera są dawkowane, czasami enigmatyczne, zaś motywacja jest niejasna. Kryzys wieku średniego? Jakaś niejasna sprawa w pracy? Rodzaj buntu? Poczucie pustki? A może jest to próba życia po swojemu? Wbrew narzuconym regułom przez społeczeństwo. Te pytania pozostają bardzo głęboko po obejrzeniu, zaś częściowo odpowiedź dają fragmenty esejów Camusa.

mniejsze niebo2

Sama realizacja filmu przypomina troszkę dokument. Kolorystyka jest bardzo stonowana, zdjęcia bardzo oszczędne, bez fajerwerków. Wszystko to wydaje się przez to takie bardziej przyziemne, codzienne. A poczucie zagrożenia potęguje bardzo niepokojąca muzyka aż do dramatycznego finału. Finału, którego się nie spodziewałem, a uderzył z mocną siłą.

mniejsze niebo3

Spokojna narracja oraz delikatna ręka reżysera działa nadal, zaś najmocniejszą kartą jest znakomita rola Romana Wilhelmiego. Aktor tutaj tworzy bardzo stonowaną, wyciszoną kreację zmęczonego życiem, melancholijnego człowieka. Bardzo sugestywnie pokazuje człowieka szukającego swojego własnego azylu. Kontrastem dla niego jest wybijający się najbardziej Jan Englert jako dziennikarz-cwaniaczek. Emanuje pewnością siebie i sprytem, szukającym powrotu do sławy. Jest jeszcze trzecia wybijająca się postać, czyli doktor Barcz w zaskakującej roli Janusza Zaorskiego (i głosem Krzysztofa Kołbasiuka). Bardzo spokojny, dociekliwy, próbujący wejść i zrozumieć Artura, ale nie jest w tym nachalny. Takiej roli się nie spodziewałem.

„Mniejsze niebo” wydaje się jednym z mniej znanych filmów Morgensterna, który nie trafił w swój czas. Bardzo stonowane oraz wyciszone studium samotności w społeczeństwie, nie potrafiące zrozumieć innej postawy. Jeden ze smutniejszych polskich filmów, jakie widziałem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Terror – seria 1

Był rok 1846, kiedy to wyruszyła ekspedycja naukowa brytyjskiej Marynarki. Okręty Erebus oraz Terror miały znaleźć Przejście Północno-Zachodnie, które miało być drogą do Azji przez Arktykę. Wyprawą dowodzili sir John Franklin, Francis Crozier oraz James Fitzjames. Jednak od początku coś idzie nie tak: załoga zaczyna chorować, lód nie słabnie. Jakby tego mało, w okolicy krąży tajemnicze monstrum.

terror1-1

Stacja AMC tym razem bierze się za powieść Dana Simmonsa, próbującej zrekonstruować prawdziwą wyprawę. Bo była taka ekspedycja, lecz nikt z niej nie wrócił, zaś wraki statków odkryto dopiero kilka lat temu. Twórcy próbują ustalić, co mogło się wydarzyć podczas wyprawy. Czy należy to traktować jako rekonstrukcję czy jedyną interpretację? Nie, ale udaje się wciągnąć w tę podróż. Sama historia to mieszanka kina historycznego, przygodowego z… horrorem. I nie chodzi tutaj tylko o walkę, by przetrwać i przeżyć. Bo warunki kompletnie nie sprzyjają. Ostra zima, coraz bardziej kończąca się żywność (ulegająca psuciu), wahająca się załoga oraz tajemnicza bestia. No i jeszcze zbyt pewny siebie dowódca, który widzi wszystko w jasnych barwach. Taka kombinacja jest bardzo niebezpieczna, ale twórcy bardzo oszczędnie dawkują informacje. Nie wszystko jest też pokazywane przez kamerę, co na początku może wywoływać dezorientację. Do tego przeskoki między postaciami na początku też nie działają na plus.

terror1-2

Sama realizacja to najwyższa półka telewizyjna. Bezkresna biała przestrzeń wywołuje poczucie beznadziei, które będzie nam towarzyszyć przez cały czas. Również wrażenie robi szczegółowa scenografia. Same statki wyglądają imponująco, tak jak kolejne pomieszczenia (kuchnia w odcinku pierwszym, kajuty kapitanów) czy przedmioty. Wszystko zgodnie z duchem epoki i bez słodzenia. Ale napięcie jest tutaj budowane bardzo precyzyjnie, w czym pomaga spokojny montaż oraz zdjęcia. Przez większość czasu nie widać monstrum, a człowieczeństwo zostaje wystawione na bardzo ciężką próbę. Nie brakuje brutalnych, krwawych scen (nie tylko z potworem), a groza jest tutaj konsekwentnie budowana. Nawet Eskimosi są tutaj kluczowym elementem całości, zaś finałowy odcinek łapie za gardło.

terror1-3

I jeszcze mamy do tego absolutnie fenomenalną obsadę. Kolejny raz klasę potwierdza Jared Harris jako kapitan Crozier. Jest to bardzo melancholijny, bardziej stojący po ziemi oficer, który staje się dowódcą załogi. Początkowo sprawia wrażenie nieobecnego, lubiącego wypić, ale to on z czasem staje się odpowiedzialnym, szanowanym kapitanem.  Kontrastem dla niego jest Ciaran Hinds w roli sir Franklina – bogobojnego, ambitnego wodza z bardzo podniosłym sposobem wypowiadania się. Zbyt pyszna postać, ale skupiająca uwagę. I jeszcze ten trzeci oficer, czyli Fitzjames w wykonaniu Tobiasa Menziesa, który próbuje być odpowiedzialnym, zachowawczym dowódcą. Z drugiego planu warto wspomnieć empatycznego doktora Goodsira (świetny Paul Ready), doświadocznego lodołamacza pana Blanky’ego (mocny Ian Hart) oraz bardzo tajemniczy i śliski Hickey (zaskakujący Adam Nagaitis). Mocny skład zebrano.

terror1-4

„Terror” w założeniach ma być antologią, czyli każda seria będzie osobną opowieścią. Wyprawa Erebusa i Terroru jest odpowiednio mroczna, mocna, niepokojąca oraz trzymająca w napięciu. Ale ostrzegam – nie jest to lekkie, rozrywkowe dzieło. Dla wielu ten rejs może być ciężkim i nieprzyjemnym doświadczeniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Pod wulkanem

1 listopada 1938 roku. Wojna domowa w Hiszpanii powoli zaczyna wygasać, czuć powoli zbliżającą się wojnę. Ale w Meksyku obchodzone jest Święto Zmarłych – jest festyn, korrida, zabawa. To tutaj przybywa Geoffrey Fermin. Kiedyś był brytyjskim konsulem, ale opuścił tą pracę. Tak samo jak jego zostawiła żona, a od tej pory towarzyszy mu jedyna towarzyszka: butelka. No i jego brat Hugh, ale nic nie jest w stanie go uratować. Teraz przyjeżdża jego była już żona.

pod wulkanem1

John Huston w latach 70. przeprowadził się do Meksyku, zafascynowany kulturą tego kraju. Być może to zachęciło go do zekranizowania powieści Malcolma Lowry’ego. Opowieść o alkoholiku w ostatni dzień jego żywota. Choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, fatalistyczny klimat jest tutaj mocno odczuwalny. Już w czołówce widzimy czaszki, kościotrupy (jako marionetki) czy nawet diabły, ale to dopiero rozgrzewka. Dalej będzie picie, dużo picia. Gdzieś się pojawi się jeszcze trup, dziwki, bandyci. Cały czas coś wisi w powietrzu, choć sami jesteśmy rzuceni w sam koniec tej podróży. Nie wiemy, co się tak naprawdę stało ani kiedy zaczął się ten taniec z alkoholem. Fabuły jako takiej tu nie ma, jest tylko ciąg scenek, pokazujących ostateczny upadek konsula. Huston uwodzi nas za nos, ale kilka scen oraz monologów konsula zostaje w pamięci na długo. Może nie jest to aż tak depresyjny film jak „Zostawić Las Vegas”, ale uderza w podobne tony.

pod wulkanem2

Wizualnie „Pod wulkanem” jest wręcz ciepły, pełen słońca, wręcz upalny. To tylko podkreśla duszną atmosferę, która może zakończyć się tylko w jeden sposób. Nawet dźwięki sjesty nie przynoszą ukojenia. Odwiedzamy kolejne bary, knajpy, speluny, gdzie znajdują się barmani oraz inni ludzie, którzy zaczęli swój taniec. I próbujemy znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego konsul zaczął pić? Dlaczego odrzuca miłość swojej kobiety? I dlaczego idzie na samo dno? „Piekło… to moje naturalne siedlisko” – mówi sam zainteresowany, ale to może nie wystarczyć. Ciężko wejść jest w umysł tego bohatera, co dla wielu może być ciężką barierą.

pod wulkanem4

Sytuację częściowo wynagradza jedna kreacja, która trzyma ten film za pysk. Jest to Albert Finney w roli głównej – wypalony, próbujący nieudolnie ukrywać swoje picie. Mocne wrażenie robi scena, gdy bohater gra w klasy, monolog o Piekle, podchmielone słowa o śmierci podczas imprezy czy finałowa konfrontacja. Każde spojrzenie, wypowiadane słowo i gest ma tutaj prawdziwą siłę rażenia. Nic nie pozwala zapomnieć o tej postaci. Nawet partnerująca mu śliczna Jacqueline Bisset (żona Yvonne) oraz Anthony Andrews (Hugh) stanowią tylko tło dla Finneya.

pod wulkanem3

To najbardziej – obok „W zwierciadle złotego oka” oraz „Mądrości krwi” – wymagający film w dorobku Hustona. Bardzo chłodny, wręcz męczący i nieprzyjemny niczym najostrzejszy alkohol, ale jednocześnie intrygujący. Trudna mieszanka, która na pewno wielu kinomanów podzieli.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Annie

Lata 30. w USA to czas wielkiego kryzysu. Zwłaszcza, jeśli jest się dzieckiem w sierocińcu. Tam przebywa rudowłosa Annie, którą zostawili rodzice. Właścicielka domu jest nałogową alkoholiczką, która próbuje za wszelką cenę znaleźć profit z zawodu. Ale dla naszej dziewczynki pojawia się nadzieja. Otóż do swojego domu na tydzień chce zabrać najbogatszy człowiek w mieście – Olivier Warbrucks. Nie robi to jednak z potrzeby serca, ale by poprawić swój wizerunek w mediach. Ale to serducho się zmieni, prawda?

annie1

John Huston i musical? Początkowo ta zbitka wydaje się dość abstrakcyjnym pomysłem, zwłaszcza z dziećmi w rolach głównych. Jednak oparta na popularnym komiksie w USA „Annie” wydaje się wzięta z innej bajki. Bo to taka kolejna wariacja opowieści o Kopciuszku oraz szukaniu szczęścia. Że karta się odwraca, jeśli będzie się wystarczająco upartym, uroczym oraz szczerym. Zło tutaj ma charakter groteskowy (pani Hannigan) albo komediowy (cwaniaczek Rooster), a dobro musi wygrać. Jak na klasyczną bajkę przystało akcja toczy się w dość przewidywalnym kierunku. Ale jednak reżyser wkłada tutaj wiele serducha, by ten seans był przyjemny. Piosenki mocno wpadają w ucho („Tomorrow” znane choćby z drugiego „Deadpoola” czy „It’s the Hard Knock Life”), prosta choreografia ma jednak w sobie sporo energii (scena sprzątania sierocińca). Mimo, że jest to troszkę naiwne i prościutkie jak konstrukcja cepa, ale wykonanie nadal robi wrażenie.

annie4

Bardzo dobrze się trzyma scenografia. Sama rezydencja Warbrucksa wygląda imponująco, pełna służących oraz wielu detali. Podobnie wygląda podniszczony sierociniec oraz pobrudzone ulice miasta. Równie kostiumy pomagają stworzyć klimat lat 30. Pod względem technicznym trudno się do czegokolwiek przyczepić, więc oglądanie dostarcza sporo frajdy.

annie3

Najbardziej zaskoczyły mnie tutaj role dziecięce. Z tej grupy wybija się Aileen Quinn w roli tytułowej, dobrana idealnie. Pełna uroku, energii jest po prostu rozbrajająca, zaś wszystkie śpiewane sceny z nią wypadają bardzo naturalnie. Drugą niespodzianką okazał się dla mnie Albert Finney. Szorstki, łysy, z bardzo mocarnym głosem sprawia wrażenie silnej osobowości. Ale powoli ta postać zaczyna pokazywać się z innej strony, wręcz łagodnieje i nie wywołuje fałszu, o co bardzo łatwo. Troszkę humoru wnosi Carol Burnett (pani Hannigan) oraz Tim Curry (jej brat, Rooster), mimo grania czarnych charakterów.

annie2

„Annie” nie udaje, że jest czymś więcej niż krzepiącą, pozytywną bajką. Może i jest naiwna, ale ma masę uroku, jakiego dzisiaj nie widzi się w musicalach. Czemu by nie spróbować tego dzieła?

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Ucieczka do zwycięstwa

Bardzo ciężko mi się o tym filmie mówi, bo po raz pierwszy go widziałem BARDZO dawno temu. Kiedy jeszcze moja wiedza o filmach była bardzo malutka. Ale sama koncepcja zorganizowania meczu piłkarskiego podczas II wojny światowej, była czymś absolutnie fantastycznym. To chyba wiadomo o jakim filmie mowa.

Słyszeliście o meczu śmierci? 6 sierpnia 1942 roku w Kijowie odbył się mecz między zawodnikami ligi ukraińskiej (utworzono drużynę Start Kijów) z żołnierzami Luftwafe. Ukraińcy wygrali go 5:1, ale Niemce chcieli rewanżu. Ten nastąpił 9 sierpnia i zakończył się wygraną Ukraińców 5:3. Krążyła fama, że w nagrodę za zwycięstwo piłkarze zostali… rozstrzelani. Prawda była bardziej przyziemna, bo zawodnicy zostali aresztowani przez Gestapo i trafili do obozów pracy. Nie wszyscy przeżyli, a tym, co się udało, zostali oskarżeni o kolaborację z Niemcami. Brzmi jak scenariusz filmowy? Historia ta była inspiracją m.in. dla filmu Johna Hustona z 1981 roku.

zwyciestwo1

Jest rok 1942, gdzieś we Francji znajduje się obóz jeniecki. Wszystko zaczyna się od nieudanej ucieczki jednego z więźniów. Przyjeżdża tam w celu dochodzenia przedstawiciel Czerwonego Krzyża oraz oficer propagandowy, major von Steiner. Rozpoznaje wśród jeńców piłkarza, kapitana Johna Colby’ego. Podczas spotkania rzuca propozycję zorganizowania meczu między żołnierzami Wehrmachtu a więźniami. Pomysł podchwytuje niemiecka machina propagandowa, zaś najwyżsi oficerowie obozu chcą wykorzystać okazję do zorganizowania ucieczki. Jednak będący szefem drużyny Colby nie chce brać w tym udziału.

zwyciestwo2

Przez większość filmu mamy do czynienia z obozową rutyną: nielegalne radio, fałszowanie dokumentów, robienie zdjęć, organizowanie oraz… granie w piłkę. Dla zabicia czasu, którego jest bardzo dużo. Sama intryga może się wydawać niedorzeczna, ale staje się pretekstem do ważkiego pytania. Czy jest możliwe granie na zasadach fair play, gdy świat od pewnego czasu gra bardzo nieczysto? I czy to może być ważniejsze od instynktu przetrwania? Ważniejsze niż ucieczka, rozkaz, zdrowy rozsądek? Nieczyste zagrania z obu stron (organizacja ucieczki, ustawiony sędzia) każą poważnie zastanowić się nad tymi kwestiami. Ale prawdziwą wisienką na torcie jest ostatnie pół godziny, czyli sceny meczu. Dynamicznie zmontowane oraz sfotografowane, z podnoszącą adrenalinę muzyką Billa Contiego to prawdziwa uczta. Coś, co najbardziej zapada w pamięć i trzyma w napięciu jak cholera.

zwyciestwo3

Do tego jest to więcej niż porządnie zagrane. Co jest o tyle zaskakujące, że obok aktorów mamy piłkarzy i nie wywołuje to sztuczności. Klasę potwierdza Michael Caine jako kapitan drużyny Colby, który odpowiedzialność ma wypisaną na twarzy i ma tony charyzmy. Pozytywnie zaskakuje Sylwester Stallone jako Hatch – sprytny, trochę rozgadany Amerykanin. Początkowo myślący tylko o sobie, staje się mocny filarem drużyny. Dobrze radzi sobie Max von Sydow jako major von Steiner, czyli dobry Niemiec. Spośród piłkarzy najlepiej wypada Pele (kapral Fernandez) oraz Bobby Moore (Terry Brady).

Widzę parę wad filmu (zakończenie a’la deus ex machina, schematy kina obozowego), ale energia tego film jest nadal silna. Bardzo porządnie wykonany film z fantastycznymi scenami meczu. Krążą plotki o planowanym remake’u, tylko czy jest potrzebny.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Jaki ojciec, taka córka

Znacie taki typ osób, dla których praca jest jedynym sensem życia. Nazywa się ich człowieko-wrakami albo ludźmi Mordoru, albo korposzczurami. Kimś takim jest Rachel – kobieta, która nawet w dzień swojego ślubu trzyma telefon komórkowy. I pewnie dlatego jej przyszły mąż postanowił zostawić ją w dzień małżeństwa. Ale co najdziwniejsze, tego dnia pojawia się ojciec panny młodej, który nie utrzymywał z nią długiego kontaktu. Oboje po wszystkim idą się napić i… budzą się na statku podczas miesiąca miodowego, którego nie było.

like father1

Netflix tym razem mierzy się z już ogranym motywem ojciec-córka nie widzieli się po latach i teraz mają szansę na odkupienie. „Jaki ojciec, taka córka” podąża ścieżkami jakie miało masa komediodramatów. Choć muszę przyznać, że humoru nie ma tutaj zbyt wiele, ale jak się pojawia, jest trafiony w punkt. Wiemy, jak to się skończy, ale cała ta historia potrafi troszkę zaangażować. Intryga powoli serwuje parę tajemnic (ciągle dzwoniący telefon ojca), co dodaje emocji oraz przede wszystkim uroku. A osadzenie akcji na statku wycieczkowy dodaje takiego letniego klimatu, w czym wspiera równie lekka muzyka. Nie jest to jakieś głębokie, poważne dzieło, jednak nie uważam spędzonego czasu za straconego. Niby wiemy jak to się skończy, ale kilka świetnych scen (karaoke, rozmowa przy wodospadzie) troszkę podnosi wartość tytułu.

like father2

Dla mnie największym problemem (poza przewidywalnością) była nasza główna bohaterka, z którą ciężko mi było się identyfikować. Jest to strasznie irytująca osoba, skupiona na sobie, karierze, z telefonem przyspawanym do ciała. Wydaje się być płaska oraz nudna, ale na szczęście grająca ją Kirsten Bell jest w stanie przekazać jej złość, gniew oraz samotność. Jednak dla mnie sercem tego tytułu jest Kelsey Grammer. Bardzo wycofany, skrywający tajemnicę, pragnący pogodzenia, ale nie robi tego nachalnie. Każde wypowiadane przez niego historie są w stanie poruszyć, dając dużo siły. Z drugiego planu najbardziej wybija stonowany niż zwykle Seth Rogen, tworząc sympatyczną postać belfra, zaś reszta robi za tło.

like father3

Nie jest to najlepszy film Netflixa, ale „Jaki ojciec, taka córka” jest jedną z lepszych rzeczy od tej sieci streamingowej. Może i jest to przewidywalne, ale bardzo sympatyczny film, gdzie nie brakuje serducha.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Podły, okrutny, zły

Ted Bundy – na pierwszy rzut oka wydaje się przystojnym, miłym facetem. Taki, co budzi dobre wrażenie, ma dobry kontakt z ludźmi i działa na kobiety. To jakim cudem udało mu się zabić ponad 30 kobiet? Czemu nikt tego nie zauważył? O tym postanowił opowiedzieć Joe Berlinger, tylko poszedł w innym kierunku.

podly okrutny zly1

Chyba każdy mniej więcej słyszał o tym seryjnym mordercy, którego proces był transmitowany w telewizji. Ale reżyser pokazuje całą historię z perspektywy jego dziewczyny, Liz. Poznali się na drinku, a ten dość szybko zadomowił się w jej domu. Dość szybko zbudował więź z dziewczyną oraz jej dzieckiem. Pewnym ryzykownym zabiegiem było nie pokazywanie scen mordu na ekranie. Dla wielu może to być niezrozumiała decyzja, ale rozumiem cel. Było nim zasianie wątpliwości, które mieli wszyscy ci, co oglądali proces w telewizji. Bo czy taki przystojny, inteligentny facet mógł dokonywać takie makabryczne zbrodnie? Zabijać, gwałcić, dusić? Ten myk dodaje sporo świeżości w pokazywaniu seryjnych morderców na ekranie. Bo zazwyczaj mamy albo perspektywę tropiących go śledczych, albo widzimy makabryczne zbrodnie sprawcy. Tu jest zupełnie inaczej, zaś przeskoki między Tedem a Liz dodają bardzo ciekawej perspektywy. Czy to oznacza, że reżyser wybiela postać Bundy’ego? O nie, nie, nie. Same zbrodnie są bardziej opowiedziane (sceny procesu), przez co mogą działać na wyobraźnię bardziej niż pokazanie makabry tuż przed naszymi oczami.

podly okrutny zly2

Reżyser bardzo konsekwentnie prowadzi swój pomysł do końca, pokazując bardzo opanowanego, spokojnego Bundy’ego. Przez co wątpliwości coraz bardziej się nasilają aż do samego finału, gdzie wszystko zostaje wywrócone do góry nogami. I tu poznajemy prawdziwe oblicze naszego bohatera, co dla nie znających sprawy, będzie bardzo szokujące. Spokojnie prowadzone jest to wszystko, a dla wielu problemem może być brak jakiegoś mocniejszego pazura. Czegoś, żeby bardziej walnęło i uderzyło.

podly okrutny zly4

Na mnie największe wrażenie zrobił jednak Zac Efron w roli głównej, co też było sprytnym zabiegiem. Bo przecież ten chłopaczek z idealnym wyglądem nie może dobrze wypaść jako seryjny morderca. Prawda? Ale to kolejna zmyłka, bo aktor absolutnie zaskakuje. Nie popisuje się wściekłym spojrzeniem, jest bardzo opanowany, choć w oczach i twarzy są takie mikrogesty, zmuszające do weryfikacji naszych przekonań. Równie świetna jest Lily Collins jako Liz, dla której miłość do Teda staje się ciężkim balastem. Relacja ta staje się toksyczna i mimo zakończenia tego etapu, on ciągle wraca jak bumerang. Chemia między tą dwójką jest bardzo silna, co dodaje wiarygodności. Choć na drugim planie przewija się masa znajomych twarzy (Jim Parsons, Haley Joel Osment, Kaya Scodelario czy sam James Hetfield z Metalliki), najbardziej wybija się John Malkovich jako sędzia. Z jednej strony sprawia wrażenie wyluzowanego i obracającego sytuację w żart, ale z drugiej zachowuje powagę sytuacji. Jego monolog (scena ogłaszania wyroku) ma w sobie dużo soczystości.

podly okrutny zly3

„Podły, okrutny, zły” odświeża filmowe portrety seryjnych morderców, dzięki oryginalnemu konceptowi oraz fantastycznemu aktorstwu. Dla wielu ta sztuczka może zadziałać odpychająco oraz być niezrozumiała, ale warto dać szansę temu tytułowi. Bardzo porządna robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Mądrość krwi

Czy znacie Hazela Motesa? To młody chłopak z Południa, który wrócił z wojny. Nie wiadomo, co się tam stało, ale mężczyzna stracił wiarę we wszystko, zaś jego rodzinna farma jest kompletnie pusta. Biedny, samotny i zagubiony wyrusza do miasta, gdzie postanawia dokonać jednej rzeczy. Czyli zbudować swój Kościół Chrystusa bez Chrystusa.

madrosc krwi1

John Huston wcześniej dotykał kwestii wiary czy religii, jednak w 1979 roku zaskoczył wszystkich. Adaptując powieść Flannery O’Connor pokazuje równie nieprzyjemny świat jak w „Zachłannym mieście”. Świat ludzi biednych, zagubionych i poszukujących autorytetów, wiary. Czegokolwiek, co dałoby sens ich życiu. Tylko jak się odnaleźć w świecie, gdzie niemal sami fałszywi prorocy walczą o dusze naiwniaków (przy okazji zarabiając forsę). Gdzie wszystko jest iluzją, kłamstwem, oszustwem. Gdzie każdy karmi się fałszywą wiarą niczym hipokryci. Wiara staje się łatwym sposobem na zarobek, więc czy jest miejsce na szczerość? Reżyser nie daje tutaj łatwej odpowiedzi na to pytanie, zaś każdy bohater wydaje się niczym nie różnić od siebie. Akcji czy fabuły jako takiej tu nie ma, co może wielu odstraszyć. Niemniej reżyserowi udaje się zbudować bardzo unikatowy klimat prowincji oraz coraz bardziej opuszczonego miasta. Jesteśmy albo na ulicy, wynajmowanych domach czy przed kluczowymi budynkami. Nie mniej pytania o tym, do czego wiara może doprowadzić potrafią zmrozić krew, co pokazują pozornie oderwane od całości retrospekcje. I jeszcze ten finał, którego nie da się wymazać.

madrosc krwi2

Reżyser jednak nie ocenia, nie krytykuje, nie osądza. Jakby posiadanie wolnej woli było jedynym kryterium. A wolna wola jest fundamentem każdej życiowej postawy. Robię coś, bo mogę. Pozbawiam się wzroku, bo mogę. Nie wierzę w Chrystusa, bo mogę. Nic mi nie jest narzucone, więc mogę robić co chcę. Do tego jeszcze mamy w tle takie bluesowe czy bluegrassowe dźwięki z Południa, pomagające zbudować klimat.

madrosc krwi3

Najbardziej mnie tutaj zaskoczyło aktorstwo w wykonaniu troszkę mniej znanych twarzy. Wyjątkiem jest tutaj sam reżyser jako dziadek (tylko w retrospekcjach) oraz świetny Harry Dean Stanton w roli „ślepego” proroka. Na mniej jednak największe wrażenie zrobił Brad Dourif w roli Hazela. Zagubiony, bardzo groźny, silnie dążący do głoszenia swojej prawdy. Jednocześnie posiada takie wręcz demoniczne spojrzenie, które przerazi każdego. Aktorowi udaje się znakomicie pokazać sprzeczności oraz wewnętrzne konflikty swojego bohatera. Podobnie rozbrajająca jest Amy Wright, czyli córka „ślepego”: niby wygląda niewinnie, ale jest w niej coś uwodzicielskiego, wyrachowanego i… delikatnego.

To jeden z dziwniejszych filmów Hustona, przez co pozostaje bardzo intrygujący. Nie popada w banał czy kicz, chociaż bardzo ciężko polubić postacie. Szorstkie, brudne, a jednocześnie z dość pokręconym humorem, bez pójścia na łatwiznę.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

 

Człowiek, który chciał być królem

Indie, końcówka XIX wieku. To tam przebywa dwóch byłych żołnierzy brytyjskiej armii – Daniel Dravot oraz Peachy Carneham. Przemytnicy, szantażyści i drobni awanturnicy, którzy postawili sobie za cel dokonanie niemożliwego: podbić Kafiristan. Kraj ten znajduje się bliżej Afganistanu, a żaden biały człowiek nie stanął tam od czasu Aleksandra Wielkiego. Panowie chcą zjednoczyć wszystkie tamtejsze klany, objąć tron królewski i zabrać z niego wszelkie bogactwa. Idzie im łatwiej niż planowano, a Dravot zostaje uznany za boga, mającego być synem samego Aleksandra.

czlowiek krol1

John Huston chciał zrealizować ten film już w latach 50. Główne role mieli wtedy zagrać Clark Gable i Humphrey Bogart, jednak obaj panowie zmarli. Później mieli się pojawić na miejscu Burt Lancaster z Kirkiem Douglas, a następnie (już w latach 70.) Paul Newman i Robert Redford. Amerykański aktor, który już pracował przy poprzednich filmach reżysera zasugerował, iż te postaci powinni zagrać Brytyjczycy. I tak na scenę weszli Michael Caine z Seanem Connerym, zaś produkcja ruszyła z kopyta w 1974 roku.

czlowiek krol2

Założenie było proste, czyli zrobienie filmu awanturniczo-przygodowego w starym stylu. Sama akcja toczy się dość powoli i spokojnie, co może wielu znużyć. Reżyser przy okazji niejako wraca do tematu obsesji oraz marzeniu o wielkości, które kończy się upadkiem. Bo jak długo można oszukiwać ludzi, kapłanów, że jest się bogiem? Nie brakuje wielu szczęśliwych zbiegów okoliczności, które podtrzymują zainteresowanie. Mimo dłużyzn oraz dość szorstkiego poczucia humoru, „Człowiek” robi wrażenie. Przede wszystkim pod względem scenografii oraz kostiumów, także same krajobrazy (te góry zimą!!!) wyglądają wręcz majestatycznie. Zderzenie wręcz prymitywnych zwyczajów ze ówczesną, nowoczesną bronią oraz cywilizacyjną mentalnością daje wiele trafnych obserwacji. Ale jest też ostrzeżeniem przed zaślepieniem chciwością oraz pychą.

czlowiek krol3

Wszystko to fantastycznie sprzedaje duet Connery/Caine, między którymi czuć silną chemię. Daniel i Peachy to wręcz idealna mieszanka sprytu, siły oraz wnikliwego talentu obserwacji. Ale tak naprawdę ten drugi wydaje się zachowywać zdrowy rozsądek, przez co budzi sympatię do końca. Zaś Daniel coraz bardziej wczuwa się w rolę boga i ma coraz bardziej ambitne plany, co Connery pokazuje coraz większą pewnością siebie. Obydwaj spychają cała resztę na drugi plan, co świadczy o ich wielkiej klasie.

„Człowiek, który stał się królem” jest uznawany za najlepszy film Hustona lat 70., który troszkę idzie w innym kierunku. Jest bardziej kameralny, spokojny, gdzie akcja ma bardziej służyć zbudowaniu portretu ludzkiego umysłu. Może nie ma tej mocy, co „Skarb Sierra Madre”, jednak nie zabrakło tutaj zbyt wiele.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307