Projekt: Monster

Na pierwszy rzut oka ten film wydaje się nie mieć jakiejkolwiek fabuły. Jest majowa noc oraz impreza pożegnalna, ponieważ nasz (przynajmniej tak się wydaje) bohater o szlachetnym imieniu Rob, wyrusza do Japonii jako wiceprezes korporacji. Jednak powoli atmosfera robi się nudna, wychodzi pewna paskudna tajemnica i wydaje się, że już gorzej nie będzie. Aż tu nagle pizgło, gwizdło i jebło. Gaśnie światło, trzęsie się ziemia i dochodzi do paru eksplozji.

cloverfield3

Film Matta Reevesa stał się początkiem pewnej nieoficjalnej serii zwanej „Cloverfield”. Film u nas nazwany „Projekt: Monster” jest utrzymany w konwencji wywołującej u mnie dość sporą niechęć – found footage. Innymi słowy, mamy tutaj zapis nagrania na kamerze z ręki. Zazwyczaj tego typu filmy mają wprawić w stan konsternacji oraz maskować bardzo niewielki budżet filmu. Zawsze są też momenty, gdzie można byłoby spokojnie rzucić kamerę w diabły i zwyczajnie uciekać, zamiast filmować całe otoczenie. Tutaj na szczęście nie jest tego aż tak dużo (może poza sceną pewnego bliższego spotkania – więcej nie zdradzę), ale i tak film nie do końca mnie zaangażował. Na plus trzeba pochwalić tutaj budowanie atmosfery tajemnicy, która bardzo powoli jest dawkowana. Panuje wielki chaos, nikt nic nie wie, nawet wojsko ze swoimi potężnymi zabawkami wydaje się zwyczajnie bezradne. A co najciekawsze, nie wszystko zostaje wyjaśnione, a pytanie skąd się wzięło tajemnicze monstrum pozostaje zagadką do samego końca. Czy to był nieudany eksperyment naukowy, może wybudzona bestia niczym Godzilla, a może jakaś pradawna bestia sprzed milionów lat? Pozostają tylko spekulacje, ale na odpowiedzi nie liczcie.

cloverfield1

Druga rzecz jaka uderza, to brak muzyki instrumentalnej przez niemal cały film. Gdzieś tam w tle przewijają się piosenki, ale wchodzą i wychodzą. Jeśli chodzi o miejscówki, to jest niemal klasyka kina katastroficznego: wyniszczone budynki, demolowane i okradane sklepy, wreszcie opustoszałe metro (niemal w ciemności) czy prowizoryczna baza wojskowa. To potrafi zrobić wrażenie, a napięcie budowane jest na zasadzie gwałtownego ataku (jump-scare’y) oraz pewnego poczucia bezsilności przed nieznanym. Za to kompletnie zaskoczyło mnie wplecenie scen sfilmowanych przed imprezą, wrzuconych niejako losowo, przez przypadek. Zderzenie radości, niemal sielankowych momentów pary bohaterów z niemal namacalnymi wizjami zagłady potrafią zrobić wrażenie. Tak samo bardzo przyzwoity wygląd montrum (w ogóle efekty specjalne wydają się spójnie połączone ze stroną wizualną), którego w całości nigdy nie widzimy. To potrafi miejscami przerazić.

cloverfield2

Sami bohaterowie, czyli zwykli szaraczkowie próbujący jakoś się z tego wykaraskać, zachowują się nawet w miarę logicznie, nie irytują (może poza zbyt rozgadanym Hudem, będącym jednocześnie operatorem). I byli zagrani przez wówczas mało rozpoznawalnych aktorów, którzy teraz są już bardziej kojarzeni (T.J. Miller, Lizzy Caplan, Odette Annable) niż w 2008 roku i wypadają całkiem nieźle.

Czy dzisiaj „Projekt: Monster” jest w stanie wciągnąć czy przerazić? Sama realizacja w takim pseudodokumentalnym stylu działała na mnie odpychająco, choć doceniam bardziej realistyczną i „brudną” wizję zagłady. Zakończenie pozostawia otwarta furtkę do wejścia głębiej w ten świat, z czego skorzystano. Ale to temat na inną historię.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Ucieczka z Dannemory

Ile to razy widzieliśmy na ekranie filmy czy seriale opowiadające o ucieczce z więzienia? Ostatnią taką popularną produkcją było „Prison Break” o braciach Burrows. Jednak ta sensacyjna historia nie umywa się do tego, co wydarzyło się w 2015 roku w Dannemorze, stan Nowy Jork. To właśnie stamtąd uciekło dwóch zbiegów – Richard Matt oraz Dawid Sweat. I o tym opowiada miniserial stacji Showtime. Sam początek jest bardzo mylący, bo trafiamy na… przesłuchanie przez generalną inspektor pewniej niezbyt urodziwej kobiety. Jak się okazuje, pani Mitchell (zwana Tilly) pracowała jako kierownik w więzieniu, gdzie odpowiadała za szycie. Problem w tym, że wpadł jej w oko jeden z więźniów, skazany za zabójstwo gliniarz Sweat. Sytuację próbuje wykorzystać drugi więzień, Richard Matt, tworząc bardzo specyficzny trójkąt erotyczny. Powoli Matt, który potrafi załatwić różne rzeczy, postanawia uciec i prosi Sweata o pomoc.

dannemora1

Cała akcja tego serialu toczy się bardzo powoli. Może nie ospale, ale dla miłośników kina stawiającego na pościgi, strzelaniny, tutaj nie ma zbyt wiele do roboty. Bardziej twórców interesuje budowanie relacji między bohaterami, skupienie się na ich portretach oraz bardzo metodyczne podchodzenie do realizacji ucieczki. Sam plan nie powstaje od tak i już w pierwszym odcinku widzimy jego realizację. O nie, nie, nie – tak dobrze to nie ma. Czasem pojawiają się pewne komplikacje jak przeniesienie Sweata do innego bloku czy problemy zawodowe Tilly, jednak to wszystko ma swoją podbudowę i rzutuje na pewne zdarzenia. Dodatkowo jeszcze twórcy pozwalają na retrospekcje, dzięki którym poznajemy naszych bohaterów przed trafieniem do więzienia (przedostatni odcinek), dodając im głębi.

dannemora2

Nie oznacza to jednak, że mimo dość ogranej tematyki nie próbują pokazać opowieści w interesujący sposób. Bardzo ciekawie bawią się montażem, przeplatając równolegle dwie sceny (zakupy Tilly oraz tworzenie przez Matta materiału do podpalenia celi) czy wykorzystując bardzo znane przeboje jako tło. I jeszcze ta cudowna scena próbnego wyjścia sfilmowana w jednym ujęciu, gdzie kamera dosłownie obraca się dookoła. Jak tego nie oglądać bez zachwytu. A wszystko bardzo dobrze wyreżyserowane przez – uwaga, uwaga – Bena Stillera. Spodziewaliście się tego? Bo ja nie. Może troszkę sceny  (spojler) na wolności mogą działać troszkę usypiająco, ale zakończenie i kilka mocnych zdarzeń powodują, że myślę o wiele cieplej na temat tego tytułu.

dannemora3

Największe wrażenie, poza świetną realizacją oraz pewną reżyserią zrobiło aktorstwo. Film bezczelnie kradnie Patricia Arquette, która jest tu nie do poznania. Jej Tilly to pozornie zwykła szara myszka, z mężem i synem, ale tak naprawdę jest bardzo niespełniona oraz z bardzo niezaspokojonym apetytem. Ona chce tylko jednego – by patrzeć na nią z pożądaniem, jak na kobietę, by być zauważaną, pożądaną. Z jednej strony chce się ją potępić, ale tak naprawdę pod koniec było mi zwyczajnie żal i wydawało mi się, że ją rozumiałem. Niezapomniana kreacja. Tak samo jak bardzo mocne kreacje Benicio Del Toro, czyli sprytnego, manipulującego Richarda Matta oraz Paula Dano w roli spokojnego, trzymającego głowę na karku Sweata. Czuć chemię między tymi postaciami, którzy dość szybko się dogadują, mimo różnic charakterów. W ogóle aktorsko jest tutaj fantastycznie, a fason trzyma zarówno David Morse (Gary Palmer), jak i cudowny Eric Lange (bardzo naiwny Lyle Mitchell) zawłaszczając drugi plan.

dannemora4

Jeśli jeszcze nie widzieliście tego serialu, to zobaczcie koniecznie. „Ucieczka z Dannemory” może nie wywraca konwencji więziennych opowieści do góry nogami, ale jest zaskakująco świeżą pozycją w tym gatunku. Angażuje, jest kapitalnie zagrany, świetnie wykonany oraz bardzo przyjemny dla oka. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego naprawdę się wydarzyło i można było opowiedzieć coś, co wydawało się nieprawdopodobne.

8/10

Radosław Ostrowski

Asfaltowa dżungla

Ile w swoim życiu oglądaliście filmów z gatunku heist movie? Filmy te mają dość prostą konstrukcję – zawsze jest jakiś facet z planem dużego skoku, trzeba zebrać ekipę ludzi, zapłacić im za robótkę i spieniężyć łup. Jednym z pierwszych filmów, który stworzył fundamenty tego gatunku była nakręcona w 1950 roku „Asfaltowa dżungla” Johna Hustona.

Człowiekiem z planem jest wychodzący z więzienia „Doc” Riefenschneider, który wymyślił skok jeszcze przed odsiadką. Cel jest prosty: jubiler oraz masa cennych kamieni, wartych ponad pół miliona dolców. Do roboty trzeba zorganizować jeszcze trzech ludzi: kasiarza, kierowcę i osiłka (na wszelki wypadek) oraz sfinansować całą akcję (wypłata, sprzęt itp.) Doc przychodzi do bardzo znanego adwokata z powiązaniami półświatka, Alonzo Emmericha. Ten widzi w akcji szansę na odkucie się i planuje grę na dwa fronty.

asfaltowa_dzungla2

Reżyser pozornie realizuje film, według elementów wykorzystywanych później w tym gatunku: opracowanie planu, którego treści nie poznajemy w całości, zebranie ekipy, egzekwowanie opracowanej drogi oraz ucieczka przed policją i próba spieniężenia łupu. O dziwo jednak sama fabuła toczy się dość spokojnym torem, dając szansę na bliższe poznanie bohaterów wplątanych w intrygę. Ale kiedy już wskoczymy i bliżej poznamy bohaterów, by im kibicować, wszystko zaczyna nabierać tempa. Do tego jeszcze mamy kilka wolt, nieczystych zagrań, pokazując dużą siłę lojalności, wręcz przyjaźni.

asfaltowa_dzungla1

Czuć noirowy klimat, gdzie miasto – przegniłe, skorumpowane (policja ma tutaj dwie twarze: będącego na „liście płac” Dietricha oraz komisarza) przypomina dżunglę, gdzie dominuje prawo silnego, sprytnego, bezwzględnego. Jedynie osoby wyjęte spod prawa wydają się w miarę uczciwymi bohaterami, co zaskakuje. Nie brakuje tutaj zarówno świetnych dialogów, wyrazistych postaci oraz pomysłowo zainscenizowaną scenę napadu. Sama ta sekwencja jest nie tylko bardzo dobrze zmontowana, ale też pozbawiona warstwy muzycznej, co tylko podkręca suspens. Mimo lat to niemal czyste złoto realizacyjne, sprawiające wielką frajdę. Co ciekawa, nadal film potrafi trzymać w napięciu, mimo że podejrzewałem przebieg wydarzeń (bo idealny plan nigdy nie jest idealny). Niestety, film trafił na okres, gdzie postacie negatywne nie mogą wygrać i za swoje czyny muszą zapłacić odsiadką albo śmiercią. Nie inaczej jest tutaj, co dla wielu może być barierą nie do przeskoczenia. Tak samo lekko moralizatorskie ostatnie słowa komisarza policji podczas konferencji prasowej mogą wywołać zgrzyt. Ale to na szczęście nie osłabia zbyt mocny siły tego tytułu.

asfaltowa_dzungla3

Także aktorstwo dzisiaj prezentuje naprawdę dobry poziom. Absolutnie tutaj błyszczy Sam Jaffe w roli Doca, który jest mieszanką eleganckiego stylu z bardzo błyskotliwym umysłem o aparycji staruszka. Wydaje się niepozorny, jednak samą obecnością zwyczajnie magnetyzuje. Równie swoje robi też zbudowany na zasadzie kontrastu postać Emmericha (Louis Calhern). Też wydaje się być eleganckim dżentelmenem, jednak prowadzącym bardzo bogaty styl życia (chora żona, młoda kochanka), co doprowadza do ruiny. Stąd próba działania na dwa fronty. Jeszcze mamy mocne role Sterlinga Haydena (dość szorstki Dix Handley), Jamesa Whitmore’a (garbaty barman Gus) czy Marca Lawrence’a (rozgadany Cobby), dodającymi ciekawego tła. Warto też wspomnieć o debiucie Marilyn Monroe (kochanka Emmericha), choć w zasadzie poza jedną sceną, nie ma tutaj zbyt wiele do roboty.

Mimo lekko rozczarowującego zakończenia, „Asfaltowa dżungla” pozostaje bardzo pociągającym (i chyba pierwszym) filmem z gatunku heist movie. Każde kolejne dzieło bardziej lub mniej wykorzystuje pewne elementy z tego dzieła. Nadal potrafi trzymać w napięciu, nie brakuje soczystych dialogów, zaś w relacje między postaciami są pokazane bez fałszu. Trochę przeszkadza też manichejskie poczucie sprawiedliwości, z dzisiejszej perspektywy już archaiczne. Niemniej potrafi dostarczyć świetnej rozrywki.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Key Largo

Frank McCourt wydaje się być zwykłym, szarym człowiekiem, który przyjechał do tytułowego Key Largo na Florydzie. Tam znajduje się hotel, gdzie pracuje rodzina jednego z jego podwładnych podczas wojny, który już nie wrócił do domu.  Na miejscu sytuacja jest dość dziwaczna – hotel wydaje się być zamknięty, ale w środku przebywa kilku gości, dodatkowo noszą spluwy i w ogóle są dość nieprzyjemni. Okazuje się, że szefem tej zgrai jest wygnany z kraju gangster – Johnny Rocco. Jakby tego było mało komplikacji, do miasta zbliża się huragan.

key_largo1

John Huston wraca do kina noir, ale tym razem troszkę inaczej rozkłada akcenty. Mamy bohatera z mroczną przeszłością, nieprzyjemnych gangsterów oraz bardzo ograniczoną przestrzeń. Samo to wywołuje pewien niepokój oraz stan zagrożenia, gdzie każde wypowiedziane słowo może stać się zapalnikiem do tragedii. Dialogi są mocne i pokazują zderzenie dwóch światów: siły, pieniądza, wpływów (zła) oraz zasad, uczciwości. Ta konfrontacja tylko pozornie wydaje się łatwa do przewidzenia, ale pewne okoliczności doprowadzają do roszad. Niepewność jest budowana przez reżysera bardzo delikatnymi środkami, głównie za pomocą zbliżeń oraz montażowymi cięciami, co w połączeniu z zamkniętą przestrzenią tworzy niepokojący klimat. Jeśli dodamy do tego jeszcze świetne efekty dźwiękowe (coraz bardziej nasilający się huragan) oraz bardzo powolne odkrywanie kolejny elementów układanki, „Key Largo” będzie w stanie zaangażować nas na dłużej.

key_largo3

Ale jednocześnie pokazuje pewne drobne szczegóły, powoli zmieniające spojrzenie na ten gatunek. Nie ma tutaj dużego miasta czy klasycznej femme fatale, jest za to dość cyniczne spojrzenie na świat. Tutaj – jak w westernie – wygrywa zawsze ten, co ma więcej sprytu, chociaż swoje robi ten w wielu momentach strach, zgotowany przez wojenną przeszłość, poczucie bezradności oraz manipulacje dokonywane przez bezwzględnego gangstera. Swoje robi też delikatnie zarysowane tło, czyli relacja właściciela hotelu z rdzennymi mieszkańcami Ameryki czy postać dawnej kochanki mafioza z wielkim talentem wokalnym, częściej jednak zaglądającej do kieliszka. Być może dla wielu samo zawiązanie intrygi może wydawać się zaplątane, zaś dialogi bywają zbyt ekspozycyjne (na szczęście niezbyt często), jednak nie wywołują one aż tak wielkich zgrzytów, jak by się można było spodziewać.

key_largo2

Poza dialogami, klimatem oraz zgrabnym scenariuszem najbardziej błyszczy tutaj aktorstwo. Huston znów podjął współpracę z Humphreyem Bogartem, który tutaj sprawia wrażenie trochę bardziej zmęczonego oraz mniej twardego niż zwykle. Jego Frank to postać zdecydowanie naznaczona przeszłością, przez co bardziej cyniczna, wręcz obojętna wobec świata (pozornie, bo czyny mówią coś zupełnie innego). To zderzenie potrafi zaskoczyć. Ale absolutnie tutaj błyszczy Edward G. Robinson w roli bezwzględnego gangstera Rocco, który zachowaniem troszkę przypomina Ala Capone z „Nietykalnych” De Plamy. Zapatrzony w siebie pyszałek, który jest bardzo pewny i przekonany o swojej potędze, żyjący troszkę cieniem dawnej sławy. Niemniej magnetyzuje charyzmą, bezwzględnym dążeniem do celu oraz sprytem. Po środku tej gry są świetny Lionel Barrymore (pan Temple), niezawodna oraz czarująca Lauren Bacall (Nora Temple), a także bardzo przygnębiająca postać Gaye Down (nagrodzona Oscarem Claire Trevor), wiarygodnie prezentująca stan uzależnienia alkoholowego.

„Key Largo” może i wygląda teatralnie, ale realizacja jest jak najbardziej filmowa. Sama intryga początkowo może wydawać się dość ospała, jednak z czasem nabiera rozpędu, zaś napięcie Huston potrafi wyegzekwować do samego finału. Trzyma fason, co zaskakuje.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Skarb Sierra Madre

Miasteczko Tampico w Meksyku, gdzieś na początku XX wieku. Miejsce, gdzie krąży wielu gringo, próbujących jakoś przetrwać ten okres albo za jakąś drobną robotę lub żebrząc o pieniądze. Kimś takim jest Fred Dobbs – jeden z tych, co szukali w tym kraju szansę od zdobycie fortuny. Nawet udało mu się znaleźć pracę, jednak zleceniodawca okazał się oszustem, co nie płacił za realizację fuchy. Razem z poznanym Curtinem decyduje się na pewien szalony pomysł zarobku – zdobyciu złota znajdującego się w pobliskich górach. Razem z doświadczonym poszukiwaczem, Howardem zawiązują spółkę i wyruszają w drogę.

Opromieniony sukcesem „Sokoła maltańskiego” Huston postanowił zmierzyć się z powieścią niejakiego B. Traversa, będącego mieszanką przygody, dreszczowca, akcji i moralitetu w jednym. Pozornie taka kombinacja może wydawać się dość ciężkostrawna. Jednak film, mimo bardzo wielu lat na karku, trzyma się bardzo mocno ziemi. I co gorsza, nadal ma w sobie energię młodzieniaszka, dziarsko przechodzącego przez szczyty. Bez zmęczenia. Nie wierzycie? Przekonajcie się sami.

sierra_madre1

Sama historia na pierwszy rzut oka wydaje się prosta niczym konstrukcja cepa – czyli wyprawa w celu zdobycia złota. Ile tego złota jest (o ile jest), czy po drodze nie pojawią się konkurenci lub – co gorsze – bandyci, chcący wszystkiego, co tylko da się zabrać. Ale pojawia się jeszcze jeden dylemat, który zmusza naszych bohaterów do jednego pytania: czy mogą sobie nawzajem zaufać? Bo fortuna, czy tego chcemy czy nie, jest bardzo kusząca. I kusić będzie aż do samego końca, mocno nadwyrężając nasza przyjaźń. Nawet ci, co mówią, że taka fortuna nie jest w stanie ich zmienić, będą musieli zweryfikować swoje przekonania. Coraz bardziej zaczyna się pojawiać paranoja (nocne „sprawdzanie osłów”, a tak naprawdę sprawdzenie swoich łupów, przypadkowe znalezienie jednej z kryjówek), atmosfera staje się coraz bardziej nerwowa, zaś kolejne komplikacje tylko podkręcają poczucie niepewności. Człowieczeństwo zostaje wystawione na wielką próbę.

sierra_madre2

Realizacja nadal potrafi zrobić wrażenie (może poza strzelaniną w pociągu, gdzie widać „doklejone” tło), mimo czarno-białej taśmy oraz troszkę nachalnej muzyki. Wszystko sprawia wrażenie bardzo naturalnej, bez kręcenia w studiu czy jakiś pustych dekoracjach. Tu wszystko żyje, oddycha, a podczas strzelanin kurz leci tak mocno, że mocno ogranicza pole widzenia. Same zgony dzieją się niejako poza ekranem, a krwi praktycznie nie widać (wynika to z działającego kodeksu Hayesa), niemniej udaje się zachować mroczny klimat. To nie jest przygoda w stylu Indiany Jonesa, to szorstka, brutalna wyprawa, zmieniająca się w bezwzględną walkę, doprowadzając niemal do szaleństwa, obłędu, zaprzedania się mamonie. Być może to przesłanie bywa dość nachalnie prezentowane w dialogach (głównie wypowiadanych przez Howarda), ale to jedyna poważna wada tego tytułu, który ogląda się znakomicie.

sierra_madre3

Błyszczy tutaj także obsada, ze wskazaniem na trio naszych protagonistów. Absolutnie zaskakuje tutaj Humphrey Bogart w roli Dobbsa. Pozornie wydaje się typowym twardzielem, z mocnymi ripostami oraz twardym kręgosłupem. Ale z czasem widać nie tylko zmęczenie na twarzy oraz fizyczne wyczerpanie wędrówką (ten zarost!!!), lecz także mocno nadszarpniętą moralność, coraz bardziej popadającą w obłęd, paranoję oraz żądzę chciwości. Jakby nowe okoliczności pokazały prawdziwe oblicze, godne potwora. Mocna, niesamowita, magnetyzująca postać, zabrana bezbłędnie. Drugi z obsady, czyli Tim Holt w roli Curtina też jest świetny. Mimo sponiewierania przez los, potrafi trzymać się ustalonych zasad, nie stawiając w pierwszej kolejności na korzyści. Zdecydowanie pozytywna postać. Jednak film kradnie Walter Huston (ojciec reżysera) wcielający się w postaci Howarda, czyli niejako przewodnika oraz mędrca całej wyprawy. Widać na twarzy przebyte doświadczenie, każde słowo brzmi bez cienia fałszu, ale on raczej traktuje wyprawę jako kolejną przygodę niż sposób na dodatkowy zarobek. Z całej trójki ten bohater ma najwięcej dystansu dla całego przedsięwzięcia – absolutnie kapitalna kreacja, słusznie nagrodzona Oscarem.

„Skarb Sierra Madre” pozostaje zaskakująco mroczną balladą o chciwości, mimo dość ograniczonej ilości przemocy. Brutalny, przerażający traktat, ubrany w szaty kina gatunkowego, bez popadania w nadmierny dydaktyzm, tak charakterystyczny dla tego okresu kina. Zaś finał nadal pozostaje bardzo przewrotny, wręcz ironiczny. Ale to się sami przekonacie.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Tully

Wydaje się, że temat macierzyństwa już został porządnie wyeksplorowany przez filmowców. Ale Jason Reitman do spółki ze scenarzystką Diablo Cody pokazał, iż to nie do końca prawda. Cała historia obraca się wokół Marlo – kobiecie powoli wchodzącej w wiek średni, z dwójką dzieci (jedno z nich,  Jonah, jest atypowe) oraz trzecim w drodze. Nie trzeba być geniuszem, że poród wywraca całe życie do góry nogami. Dzieciak (o wdzięcznym imieniu Mia) nie jest w stanie dać spokoju, zaś mąż próbuje jakoś wesprzeć kobietę, ale praca dość mocno męczy. Wtedy brat Marlo decyduje się wynająć dla niej nocną nianię – osobę opiekującą się dzieckiem w nocy, pozwalając odpocząć oraz wyspać. Obecność Tully dokonuje dość intrygujących zmian.

tully1

Reitman jest na tyle ciekawym reżyserem, że ciągle próbuje pokazać pozornie znane tematy w mniej oczywisty sposób. Tutaj mamy kwestię macierzyństwa, powszechnie uważane za najlepszą rzecz w życiu każdej kobiety (oprócz zakonnic). Ale mało kto mówi i wspomina, jak bardzo potrafi zmęczyć, mimo bycia supermamą. Pokazuje to świetnie zmontowana sklejka, gdzie mamy Marlo co noc idącą do niemowlaka, zmienia mu pieluszkę, produkuje mleko, karmi dziecko, by pójść spać. I tak przez kilka dni, tygodni, nawet miesięcy. Jakim cudem nasza bohaterka jeszcze nie zamieniła się we wrak człowieka? Reżyser przygląda się naszej Marlo, a kiedy pojawia się Tully, film nagle zaczyna odlatywać i dzieją się rzeczy, których nie umiałem wytłumaczyć. Nagle cała kuchnia jest posprzątana, pojawiają się wypieki z ciastek, zaś Marlo zaczyna znajdować czas dla siebie. Kim jest ta laska, która sprawia wrażenie wszechwiedzącej? Powiedzmy, że rozwiązanie mnie nie zaskoczyło, jednak wspólne sceny rozmów Marlo z Tully potrafiły parę razy mnie zaskoczyć nie tylko szczerością, humorem, ale też stawiając pewne pytania. Jak mimo bycia matką, nadal znaleźć czas na siebie i czerpać radość z życia, a nie tylko widzieć ciężar związany z wychowywaniem, jaki przygniata. I po potrafi zmusić do myślenia.

tully2

Sama konstrukcja tego filmu wydaje się pewnym zbiorem scenek, których pewne wątki nie zostają w pełni rozwinięte. Kwestia nowej szkoły dla atypowego syna, sugerowany trójkącik, mocno popsuta relacja Marlo z bratem – te wątki sprawiają wrażenie patchworka, który ma tak naprawdę pokazać kolejne warstwy i problemy, z jakimi musi zmierzyć się nasza bohaterka. Ale mimo tego pomieszania z poplątaniem, ogląda się to z niemałą satysfakcją.

tully3

To wszystko tak naprawdę działa dzięki dwóm rewelacyjną kreacjom: Charlize Theron oraz Mackenzie Davis. Pierwsza w roli Marlo kompletnie zaskakuje, mocno odcinając się od swojego wizerunku. Pozbawiona hollywoodzkiego blichtru aktorka bardzo naturalnie wypada w roli kobiety, która z jednej strony jest wyrozumiała żona oraz kochająca matka, choć z drugiej strony sprawia wrażenie troszkę zmęczonej całodobową pracą jako rodzic. Z kolei Davis to postać pozornie dziwaczna: wygląda jak jakaś małolata świeżo po studiach, a jednocześnie serwuje teksty godne jakiegoś terapeuty lub osobistego trenera, mając umiejętności godne perfekcyjnej pani domu. I ta więź między tą dwójką wydaje się być najmocniejszym punktem tego dzieła.

Reitman nadal trzyma się kina niezależnego w duchu, ale „Tully” nie do końca mnie powaliła. Być może ta nietypowa narracja mnie odstraszyła, niemniej świetne dialogi oraz aktorstwo są w stanie przyciągnąć uwagę do końca. Nawet mimo poczucia pewnego niedosytu, seans nie będzie czasem straconym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dywizjon 303. Historia prawdziwa

Pora na kolejny film o Dywizjonie 303, ale tym razem nasi dzielni, wspaniali i utalentowani filmowcy spróbowali opowiedzieć historię, bazując na legendarnej powieści Arkady’ego Fiedlera. Przynajmniej taki mają PR, a prawda niekoniecznie musi się za nimi kryć. Bo co może pójść nie tak, jeśli przed kamerą staje Denis Delić (reżyser wybitnego filmu „Ja wam pokażę”), producentem i współscenarzystą jest Jacek Samojłowicz (legendarna „Kac Wawa”), zaś w rolach głównych zobaczymy kompletnie nieznanych aktorów jak Maciej Zakościelny, Piotr Adamczyk, Jan Wieczorkowski czy Antoni Królikowski?

W zasadzie sposób opowiadania historii naszych pilotów wydaje się na pierwszy rzut oka podobny. Też jest dość chaotycznie, ale za to przynajmniej są podane już konkretne daty, przez co jednak byłem w stanie się jednak chronologicznie odnaleźć. Jednak żeby pokomplikować sprawę, zostają wrzucone retrospekcje, z których tylko jedna (scena szkolenia przez Urbanowicza w Dęblinie) jest uzasadniona. Do tego twórcy są bardzo ambitni, bo pojawia się też spojrzenie na to starcie z perspektywy dwóch niemieckich pilotów. Sam pomysł dodaje trochę świeżości, jednak wykonanie jest tak sztampowe, że boli. Bo jeden jest fanatycznym nazistą, drugi bardziej ze starej szkoły i nawet przyjaźnił się z Urbanowiczem. Zgadnijcie, który z nich dostanie „nagrodę” od Goeringa?

dywizjon_3031

Niemniej film mnie pary razy zaskoczył. Po pierwsze, mimo mniejszego budżetu od wersji brytyjskiej, po prostu lepiej wygląda. I nie chodzi tylko o kolorystykę, jasność, ale też film jest troszkę bardziej wystawny. Mamy nie tylko koszary i bar, gdzie nasi chłopcy piją na koszt Sikorskiego, ale jest także baza lotnicza Niemców, sztab brytyjski, jakiś szpital (zaatakowany przez lotników z Reichu), a nawet teatr. I to żadne biedne dekoracje, tylko naprawdę porządnie wyglądające miejsca. Także same sceny lotnicze wyglądają o niebo lepiej od tego drugiego filmu, choć efekty specjalne to nadal średnia półka. Nie ma tutaj chaosu, wszystko jest ciekawie zainscenizowane i potrafi to trzymać w napięciu. Jeśli chodzi o zalety, to w zasadzie tyle. Jeszcze twórcom udało się wykorzystać prawdziwe archiwa (filmy, zdjęcia) i wpleść je do fabuły, tak jak postać Arkady’ego Fiedlera.

dywizjon_3033

Ale cała reszta to pierwszorzędne partactwo. Scenariusz nadal jest powiązanym ciągiem scen, gdzie wojna jest gdzieś tam w tle, czasem przypominając o sobie. Klimat jest jak na tego typu kino zbyt lightowe, wręcz sielankowo-kiczowate. Nasze chłopaki czasem kogoś zastrzelą, a to poderwą jakąś laleczkę (zwłaszcza Zumbach i dość rozbudowany wątek, ale o tym nie warto gadać), ale nie czuć powagi wydarzeń, żadnego dramatu czy dylematów. Choć nie, jest jedna mocna scena związana z… dance macabre, która mocno chwyciła. Tylko, że to troszkę za mało, by kompletnie przejąć się tymi postaciami. W zasadzie (poza Zumbachem i Urbanowiczem) o tych postaciach nie wiemy nic, a co gorsza, zlewali się w taką masę, że nie byłem ich w stanie od siebie rozróżnić. Nawet Kent zostaje olany i ograniczony do roli statysty. Sami Anglicy też nie zapadają w pamięć, co jest kompletnie niewiarygodne.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o aktorstwie, ale to wszystko jest na poziomie jakiejś telewizyjnej produkcji, co udaje film za dużą kasę. Czy tylko mnie już drażni oglądanie tych samych twarzy w kółko, jakby innych aktorów do wojennej produkcji nie można było obsadzić? Zakościelny nadal dla mnie jest kawałkiem drewna, które może i ładnie wygląda – nie mnie to oceniać – lecz talentu za nic nie jestem w stanie dostrzec. Wieczorkowski po prostu jest, Królikowski jako Tolo niby próbuje być śmieszny, lecz mu nie wychodzi. Broni się tylko naprawdę tylko Piotr Adamczyk w roli Witolda Urbanowicza. Po pierwsze, ma sporo czasu na ekranie i nie tylko się snuje. To charyzmatyczny lider (ta scena przemowy przed pierwszym lotem – słucha się tego z wielką frajdą), który nie do końca trzyma się przepisów, ale jest szanowany przez swoich podwładnych (czasami pozwala na pewne akcje, nie zawsze zgodnie z przepisami). I to jest bardzo mocno pokazane, zaś angielszczyzna Adamczyka brzmi bardzo naturalnie.

dywizjon_3032

Przyznam się bez bicia, że „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” skreśliłem jeszcze przed seansem. Choć muszę przyznać, iż zrobił na mnie lepsze wrażenie pod względem wizualnym czy scen batalistycznych, to wszelkie pozostałe obawy się spełniły. Jest zbyt podniośle, zbyt grzecznie i zbyt nudno. Mimo pewnych niedoskonałości, wersja brytyjska przynajmniej próbuje głębiej wejść w tą opowieść, a Delić idzie po najprostszej linii oporu, by zrobić kino ku pokrzepieniu serc. Tylko czy jest to potrzebne?

4,5/10 

Radosław Ostrowski

303. Bitwa o Anglię

O bitwie o Anglię słyszał chyba każdy, bo chyba każdy Polak ma pewną szczątkową wiedzę na ten temat. Zwłaszcza, że spory udział w tym walnym zwycięstwie mieli piloci z Polski. Czy to nie jest wręcz gotowy materiał na kinową produkcję? Odpowiedź na to pytanie wydaje się teoretycznie prosta. Tylko, że trzeba umieć z tego materiału coś powyciskać, wybrać oraz stworzyć z tego spójną opowieść. W roku 2018 powstały aż dwa filmy o tej tematyce: jeden brytyjsko-polski, a drugi polski (o nim innym razem).

„303. Bitwa o Anglię” to produkcja Davida Blaira, który spore doświadczenie osiągnął przy pracy dla telewizji. Jednak nasz dystrybutor postanowił tą dość skromną produkcję pokazać na dużym ekranie. I nie wiem, czy to był dobry pomysł. Cała narracja skupia się przede wszystkim na dwóch postaciach: polskiego pilota Jana Zumbacha oraz dowódcy dywizjonu, Johna Kenta „Kentowskiego”. Ale twórcy mają tutaj spore ambicje, próbując upchnąć całą historię Dywizjonu od momentu przygotowań aż do roku 1946 i wydalenia Polaków z Brytanii po wojnie. Sporo jak na ponad półtorej godziny – tylko, czy aby nie za dużo.

bitwa_o_anglie1

Sam scenariusz sprawia wrażenie bardzo chaotycznego, gdzie postacie, nazwiska, wydarzenia mieszają się bardzo mocno i nie do końca wiadomo, na czym tak naprawdę się skupić. W zasadzie opowieść można podzielić na trzy etapy: pojawienie się naszych lotników i szkolenie, pierwsze loty oraz zestrzelenia (co wywołuje szacunek przełożonych) oraz – na dość krótko – Paradę Zwycięzców bez udziału naszych. Ale samo wykonanie jest, delikatnie mówiąc, niezadowalające. Niby są też krótkie sceny z perspektywy niemieckich soldaten, jednak są bardzo krótkie i nieistotne dla całości. Do tego narracja jest poprowadzona bardzo skokowo, przez co nie mogłem się zorientować, kiedy dzieją się poszczególne wydarzenia oraz potyczki. To można było lepiej poprowadzić i wybrać.

bitwa_o_anglie2

Drugi dość istotny problem to są postacie, które w zasadzie są ledwo zarysowane. Aczkolwiek są w tej materii pewne wyjątki – troszkę lepiej poznajemy Zumbacha, Urbanowicza (ku mojemu zdziwieniu jest go zaskakująco niewiele), bardziej charakternego Tola, „Króla” czy Gabriela Horodyszcza, który ma pewien moralny dylemat (całkiem nieźle rozegrany). Pomóc w tych szczątkowych portretach psychologicznych próbują krótkie retrospekcje z Polski, pokazujące losy najbliższych naszych pilotów. Do tego jeszcze pokazani są jako ludzie, a nie pomnikowe postacie bez skazy. Za to akurat spory plus.

Ale coś, co mnie w tym filmie bardzo zaskoczyło: jak bardzo jest to historia pozbawiona „romantycznej” otoczki oraz patosu. Tutaj nie brakuje scen śmierci, porażek, co mocno odbija się także na psychice naszych bohaterów, którzy są wykorzystywani przez brytyjskie wojsko. Chociaż sceny żalu i bólu są jest tutaj parę klisz (scena, gdy pozostali piloci po prostu gapią się ze smutnymi minami w ciszy, a w tle gra smutna muzyka), niemniej pojawiają się emocje, a niektóre sceny potrafią złapać za gardło.

bitwa_o_anglie3

No i chyba najgorsza rzecz – sceny lotniczych starć. Nie chodzi nawet o to, że wykorzystano efekty komputerowe, bo w takich produkcjach jest to nieuniknione. Tylko, że jakość tych efektów woła o pomstę do nieba. Paskudnie wyglądające wybuchy, lecące kule czy samoloty to po prostu porażka. A sam montaż tych scen wywołuje ogromną konsternację – nie byłem w stanie określić kto jest gdzie, jaka jest odległość i z kim tak naprawdę walczą. Mimo, że tych scen jest dość sporo, choć są dość krótkie i nie angażują. Jest nawet pewien wątek romansowy, ale nie wywołuje bólu głowy.

Aktorzy po prostu robią, co mogą, jednak sam scenariusz nie daje im zbyt wiele pola do popisu. Najważniejsze tutaj są dwie postacie, czyli Zumbach i Kent. Muszę przyznać, że Iwan Rheon w roli naszego pilota wypada naprawdę nieźle. Ma sporo charyzmy, jest dość wycofany, a i po polsku daje sobie radę (choć akcent troszkę boli, niemniej jest do przyjęcia), z czasem widać zmęczenie wojną. Zaś Gibson w roli Kenta również wypada solidnie (głos po tatusiu, czyli mocny, szorstki), a jego relacja z lotnikami się pogłębia. Pozostali aktorzy (w tym Polacy), robią tutaj za tło, wykorzystując w pełni swój czas. Szkoda mi najbardziej Marcina Dorocińskiego jako Witolda Urbanowicza, który nie ma tutaj zbyt wiele do roboty i w zasadzie jest zepchnięty do bycia dekoracją. Podobnie tacy zdolni goście jak Filip Pławiak (czarujący Miro), Sławomir Doliniec (zadziorny Tolo) czy Adrian Zaremba (Horodyszcz), choć każdy z nich ma jedną scenę, gdzie zapada w pamięć. To jednak troszkę za mało.

Powiem, że jestem brytyjską wersją tej historii lekko zawiedziony. Muszę przyznać, że jednak w miarę to wszystko trzyma się faktów, a sami Anglicy potrafią pokazać, iż nie zawsze byli wobec naszych bohaterów fair (ostatnia scena). Potencjał jednak był na wiele, wiele lepszy film, tylko wymagałby bardziej „pewnego” reżysera i scenarzysty, o budżecie nawet nie wspominając.

5/10

Radosław Ostrowski

Roma

Nie dajcie się zwieść temu tytułowi, bo akcja nie toczy się w Rzymie, lecz w dzielnicy Mexico City zwanej Romą. Jest końcówka roku 1970, a cała historia krąży wokół pewnej rodziny. Jest matka, czworo dzieci, mąż-naukowiec, babcia oraz dwie służące, siostry (ale nie zakonnice) Cleo i Adela. Podglądamy zwykłe, szare i nieciekawe życie, które dla Cleo oraz pani domu zostaje nagle wywrócone do góry nogami. Pierwsza odkrywa, ze jest w ciąży, druga czeka na swojego męża, przebywającego na długich badaniach.

roma1

Alfonso Cuaron to reżyser, który ostatnimi czasy bardziej skręcał ku dużym produkcjom jak „Grawitacja” czy „Ludzkie dzieci”, gdzie widowiskowość oraz techniczna perfekcja mieszała się z kameralnością, wręcz niemal intymnym klimatem. Dlatego dla wielu „Roma” może być zbyt wielkim zaskoczeniem. Trudno powiedzieć cokolwiek o fabule, bo tak naprawdę jest bardzo szczątkowa. Jest to taki typ kina, które jedni nazwą snujem, gdzie klasycznie rozumianej akcji nie było albo zwyczajnie kinem kontemplacyjnym, które wizualnie jest olśniewający. Oczywiście, jest to czarno-białe dzieło (przez co wygląda bardziej artystycznie), jednak to w żadnym przypadku wadą. Zwłaszcza, że reżyser bardzo często korzysta z długich ujęć, co akurat nie dziwi. A niejako w tle widzimy poważny tumult dziejący się na ulicach (protesty studentów), zaś wydarzenia poznajemy z perspektywy Cleo. Przez co dostajemy dość szczątkowe informacje dotyczące tego, co się naprawdę dzieje w domu.

roma2

Ta szczątkowa narracja może wywołać znużenie albo zmęczenie dla kinomana, nastawionego na jakoś głęboko rozrysowane postacie czy złożona intrygę. Bo tak naprawdę widzimy zwykłe czynności dnia codziennego: sprzątanie (także po psie), czyszczenie posadzki, prace kuchenne. Czasem były też drobne wydarzenia jak wizyta w kinie, obserwacja kursu sztuk walki czy scena zabawy u krewnych. Niby nic, czego byśmy nie widzieli czy robili w dniu codziennym, ale jednocześnie jest to zrobione w taki sposób, że nie wygląda to jak coś zwykłego, codziennego. Te długie ujęcia w wielu scenach (próba ukrycia się jednego z młodych ludzi w sklepie meblowym, poród – bardzo mocna scena czy scena na plaży) miejscami potrafią podbić miejscami napięcie i oczarowują pewnym klimatem. Chociaż początkowo nie byłem w stanie wejść w ten klimat, niemniej z czasem zacząłem łapać ten rytm.

roma3

Do tego kompletnie nieznane twarze (z cudowną Yalitzą Aparicio na czele) tworzące bardzo wyraziste postacie, naturalnie brzmiące dzieci, a jednocześnie jest to bardzo pewnie, spokojnie zrealizowane. Nie jest to arcydzieło, jak głosi większość recenzentów, ale to zdecydowanie jedna z ciekawszych, ambitniejszych dzieł zrobionych przez Netflixa. Jeden z bardziej zaskakujących filmów Cuarona.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The ABC Murders

Każdy fan kryminałów prędzej czy później natknie się na powieści Agathy Christie. Postacie panny Jane Marple i Herculesa Poirota stały się częścią popkultury, tworząc wiele wersji tych postaci. Pod koniec roku 2018 brytyjska BBC postanowiła (zgodnie z paroletnią tradycją) przenieść w formę miniserialu kolejną powieść brytyjskiej mistrzyni kryminałów. Ale pierwszy raz spotykamy się z Poirotem.

Jednak tym razem nasz detektyw troszkę poszedł w odstawkę. Czasy swoje wielkiej chwały i świetności minęły dawno (jest rok 1933), dodatkowo jako cudzoziemiec bywa nielubiany przez rodowitych Brytyjczyków, mimo pełnej asymilacji. Nie jest już przez nikogo zatrudniany i w zasadzie pozostaje tylko czekanie na śmierć. Aż tu nagle dostaje list od niejakiego A.B.C., który grozi, że zacznie zabijać i jedynie nasz detektyw będzie w stanie go powstrzymać. Co gorsza, zabójca sprawia wrażenie osoby, która naszego Belga zna więcej niż dobrze. Policja jednak sprawę ignoruję, zaś inspektor Japp przeszedł na emeryturę. Kiedy jednak sprawca dotrzymuje słowa, Poirot podejmuje się (troszkę na własną rękę) poprowadzić śledztwo. A wszystko się zaczęło, gdy do pewnego małego hoteliku trafia pan Cust. Alexandre Bonaparte Cust.

abc1

Tym razem scenarzystka Sarah Clarke zmierzyła się z niemal ikoniczna postacią, troszkę zmodyfikowała przy fabule (odstępstw jest dość sporo, ale nie kłują mocno w oczy – z pewnymi wyjątkami) i zrobiła solidny, bardzo mroczny kryminał. Jednak twórcy serwują pewną sztuczkę: od razu poznajemy sprawcę i ważniejsza jest tutaj psychologiczna rozgrywka. Taka zabawa w kotka i myszkę między Poirotem a zabójcą, sprawiającym wrażenie psychopaty. A jednak nie brakuje tutaj kilku wolt, które wywracają całą intrygę do góry nogami. Same zbrodnie (w większości) dzieją się poza ekranem, a my widzimy jedynie trupy pełne krwi. Jednocześnie dość wiernie odtworzono realia epoki – film zachwyca scenografią, kostiumami oraz kilkoma sztuczkami montażowymi (sceny pisania listów, gdzie każde uderzenie maszyny brzmi jak strzał z karabinu), dodającymi atrakcyjności. W ogóle montaż parę razy wprowadza w pole,

abc2

Ale żeby nie było tak słodko, to muszę się do paru rzeczy przyczepić. Po pierwsze, samo zawiązanie intrygi trwa dość powoli, przez co pierwszy odcinek troszkę mnie wynudził. Na szczęście z czasem zaczyna nabierać impetu, by w finale zaskoczyć (na szczęście). Po drugie, parę razy zostaje tutaj wpleciony (za pomocą ulubionego narzędzia filmowców, czyli łopaty) kwestia imigrantów oraz nietolerancji Brytyjczyków wobec nich. Jeszcze ta wrogość jest podsycana przez media. Po trzecie (i chyba najważniejsze) zostają wplecione sceny z przeszłości Poirota, czyli przed trafieniem do Anglii w 1914. Z jednej strony rozumiem ten zabieg, bo chodziło o pogłębienie psychologicznego portretu naszego detektywa, ale samo wyjaśnienie tej tajemnicy nie było mi do szczęścia potrzebne. No i troszkę mnie rozczarowało (powiedziałbym coś więcej, ale to mi nie przejdzie przez gardło), przez co byłem zdumiony.

abc3

Początkowo wybór Johna Malkovicha do roli Poirota wydawał mi się niedorzeczny. Nie zrozumcie mnie źle, bo to świetny aktor, ale ten detektyw tak kojarzy się z brytyjską kulturą, że automatycznie wyobraża się w tej roli mieszkańca Albionu. Jednak sama interpretacja oraz pomysł na tą postać jest znakomita. Amerykanin bardzo dobrze pokazał pewne zmęczenie oraz wręcz wegetację Poirota, który nie stracił swoich umiejętności dochodzeniowych. Jest jak mędrzec, który widział wiele, ale jednocześnie jest w nim coś mrocznego (mocno to pokazuje scena rozmowy z księdzem). Szkoda, ze dopowiedzieli tą tajemnicę. Mimo, że zrezygnowano z jego charakterystycznych wad (próżność, przywiązanie do symetrii), pozostawiono jego ironiczne poczucie humoru. Drugim zaskoczeniem jest Rupert Grint w roli młodego inspektora Crome’a, dzięki czemu udaje się odciąć od znanej kreacji z pewnej serii o czarodzieju z blizną. Aktor świetnie sobie radzi w roli zarozumiałego, pewnego siebie buca, który powoli zaczyna dostrzegać w Belgu sojusznika, a nie wroga. Ta relacja jest jedną z przyjemniejszych rzeczy na ekranie, choć troszkę za mało panowie mieli wspólnych scen. Równie imponującą robotę robi Eamon Farren jako tajemniczy pan Cust, który wydaje się być pozornie miłym dżentelmenem, lecz skrywa pewną tajemnicę. Poza tym jest jeszcze parę ciekawych postaci drugoplanowych, które zapadają w pamięć jak właścicielka motelu (Shirley Henderson), przywiązana do luksusu panna Grey (Freya Mavor) czy chorująca lady Clarke (Tara Fitzgerald).

Powiem szczerze, że serial „ABC” jest porządnie wykonanym miniserialem, który proponuje inne spojrzenia na postać Poirota, troszkę przypominając „Pana Holmesa” z Ianem McKellenem w roli główniej. Bardziej skupia się na psychice bohatera, chociaż intryga kryminalna też potrafi wciągnąć, mimo pewnych potknięć.

7,5/10 

Radosław Ostrowski