Przebudzenia

Rok 1969, Bronx. Tutaj znajduje się szpital, gdzie pacjentami są chronicznie chorzy pacjenci zwani tutaj warzywkami. Dawno stracili kontakt z otoczeniem, nie reagują na bodźce, można rzec – wegetują. Ale pojawia się nowy lekarz – dr Malcolm Sayer, neurolog bardziej skupiający się na pracy naukowej niż pracy z pacjentami. Odkrywa, że kilkoro z pacjentów miało zdiagnozowane w dzieciństwie zapalenie opon mózgowych, przypominające objawy Parkinsona. Lekarz decyduje się na eksperymentalną terapię za pomocą nowego leku zwanego L-dopa, wykorzystując jednego pacjenta – Leonarda Lowe’a jako królika doświadczalnego.

przebudzenia2

Nakręcony w 1990 roku film Penny Marshall wydaje się na pierwszy rzut oka produkcją, która najwyżej mogłaby trafić do telewizyjnego cyklu „Okruchy życia”. To bardzo skromne kino, pozbawione (od strony formalnej) jakiś wodotrysków, ale angażujące emocjonalnie. I tutaj dochodzi do zderzenia dwóch światów: lat 60., czyli bardziej współczesnego bohaterów oraz tych ludzi, którzy zachorowali jako dzieci i zapadli się jak kamień w latach 20. i 30. Tylko, czy powrót do tego świata po tak długiej przerwie nie wywoła psychicznego szoku. Reżyserka zaczyna też pokazywać więź jaka się tworzy w relacji między Sayerem a Lowe’m – ta przyjaźń staje się impulsem do postawienia pytania, kto tu tak naprawdę śpi. I nie chodzi tu tylko o fizyczny sen, ale ten bardziej mentalny. Wszystko jest tutaj zgrabnie zbalansowane między dramatem a humorem, czyniąc ten seans bardzo pokrzepiającym doświadczeniem.

przebudzenia1

Ale pojawia się jeszcze jedno pytanie, związane z tym, jak doszło do tego „przebudzenia” i dlaczego choroba nawróciła, mimo używania leku. Mimo lat, to pytanie pozostaje nadal bez odpowiedzi. Jest tutaj kilka naprawdę poruszających scen („przebudzeni” na dyskotece, pierwszy spacer Leonarda z Sayerem, recytowany wiersz Rilkego), które pozostaną ze mną na dłużej. Może nawet na zawsze. Każdy z wątków, nawet jeśli wydaje się lekko zarysowane (jak relacja między Leonardem z dziewczyną, która przychodzi odwiedzać swojego ojca).

przebudzenia3

Ale to wszystko trzyma na swoich barkach dwie znakomite kreacje. Bardzo pozytywnie zaskakuje Robin Williams w roli bardzo empatycznego, choć pozornie nieporadnego lekarza. Z każdą sceną coraz bardziej zaczyna nabierać pewności siebie, próbuje dotrzeć do każdego z pacjentów, bo mu na nich zależy. Widać to w jego oczach, pewnych drobnych nieporadnościach, ale to bardzo sympatyczna postać, którą każdy pacjent chciałby poznać. Ale tak naprawdę tutaj błyszczy Robert De Niro w roli Lowe’a. Aktor znakomicie prezentuje swoją postać człowieka, który na nowo odkrywa świat, chcący czerpać z niego garściami. Jednak największe wrażenie robią sceny, gdzie widać nawrót choroby – nerwowe tiki, problemy z poruszaniem, porozumiewaniem się. Bardzo łatwo było tą rolę przeszarżować, ale to wszystko zostaje utrzymane w rysach, bez popadania w karykaturę. Absolutnie totalna rola, bez cienia fałszu. Także pozostali aktorzy w rolach „przebudzonych” pacjentów wypadają bardzo dobrze, chociaż bardzo krótko ich poznajemy, zaś drobne epizody Maxa von Sydowa (dr Ingram, który pierwszy badał pacjentów) czy Petera Stormare’a (chemik) dodają smaczku.

Jeśli jeszcze nie widzieliście „Przebudzeń”, to zobaczcie je koniecznie. O takich filmach zwykło się mawiać jako „małe wielkie kino”. Niby niepozorne, delikatne i może wydawać się bardzo drobna, jednak potrafi zaangażować, jest bardzo głęboko humanistyczny w duchu. Krzepiące, kapitalne kino, który wydaje się być ponadczasowe.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2018

Zawsze jest tak, że obok tych filmów, co w zachwyt moją duszę (i nie tylko) wprawiają, znajduje się grupa tytułów, po obejrzeniu których chce się je jak najszybciej zapomnieć. Niewypały, gnioty, paździerze, g***a – można obrzucić je różnymi inwektywami, zaś przyczyn porażek zawsze jest kilka: bezczelna żądza pieniądza, brak doświadczenia, brak talentu, lenistwo, przerost ambicji. A czasami po prostu to, co na papierze wydaje się świetnym pomysłem, w trakcie realizacji zostaje brutalnie zweryfikowane i już nie można tej maszyny zatrzymać. Najsmutniejsze jest to, że na tym polu dominują filmowcy z pewnego kraju nad Wisłą, choć parę pułapek udało mi się ominąć (tak, panie Vega, mówię o panu oraz twórcach tzw. polskich komedii romantycznych, będącymi zbiorem reklam, pozbawionym tak prostych elementów jak scenariusz czy reżyseria). Ale niestety, nie wszystkie. Oto filmy, jakich powinniście omijać szerokim łukiem i/lub takie, które kompletnie rozminęły się ze mną. I tak jak w przypadku filmów najlepszych, umieszczam je w kolejności chronologicznej, bez lokat, miejsc czy wyróżniania czegokolwiek:

  1. Assassin’s Creed, reż. Justin Kurzel (2016)
  2. Królewicz Olch, reż. Kuba Czekaj (2017)
  3. Outsider, reż. Martin Zandvliet (2018)
  4. Ptaki śpiewają w Kigali, reż. Joanna Kos-Krauze (2017)
  5. Totem, reż. Jakub Charon (2017)
  6. Reakcja łańcuchowa, reż. Jakub Pączek (2017)
  7. Soyer, reż. Łukasz Barczyk (2017)
  8. Pewnego razu w listopadzie, reż. Andrzej Jakimowski (2017)
  9. Pilecki, reż. Mirosław Krzyszkowski (2015)
  10. Nigdy cię tu nie było, reż. Lynne Ramsey (2017)
  11. 15:17 do Paryża, reż. Clint Eastwood (2018)
  12. Cudowna lampa Aladyna, reż. Mario Bava (1961)
  13. Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny, reż. Mario Bava (1966)
  14. Krępujące zdjęcia z rodzinnego albumu, czyli zniszczona wątroba i złamane serce, reż. Paweł Nowak (2018)
  15. Prawdziwa historia, reż. Roman Polański (2018)
  16. Kochankowie roku tygrysa, reż. Jacek Bromski (2005)
  17. Czuwaj, reż. Robert Gliński (2017)
  18. Prawdziwe zbrodnie, reż. Alexandros Avranos (2016)
  19. Nadzieja, reż. Stanisław Mucha (2006)
  20. Pułapki czasu, reż. Ava DuVarney (2017)
  21. Zabicie świętego jelenia, rez. Yorgos Lanthimos (2017)
  22. Serce na dłoni, reż. Krzysztof Zanussi (2008)
  23. Łowcy wampirów, reż. John Carpenter (1998)
  24. Circus of Fear, reż. John Llewelyn Moxley (1966)
  25. Mścicielka, reż. Walter Hill (2016)
  26. Sejf, reż. Dan Bush (2017)
  27. Szron, reż. Sharunas Bartas (2017)
  28. Grupa wsparcia, reż. Zoe Lister-Jones (2017)

I tak jak w przypadku podsumowania najlepszych filmów, także tutaj pojawią się wyróżnienia. Nie będą to jednak filmy wyciągnięte z największej otchłani piekła, lecz moje największe rozczarowania tego roku. Czyli tytuły, po których liczyłem na wiele (może nawet na zbyt wiele), a okazały się zawodem. To niekoniecznie są filmy złe, ale czegoś mi tu zabrakło. Wyjątkowo krótki spis:

  1. Twarz, reż. Małgorzata Szumowska – po „Body/Ciało” przez chwilę liczyłem, że Szumowska mnie zaskoczy. Niestety, ale reżyserka chciała za bardzo zrobić film w stylu Smarzowskiego, czyli napiętnować nasze „grzechy narodowe”. Klisza goni klisze (ksiądz-erotoman, wojna o spadek podczas pogrzebu) i poczucie wtórności strasznie boli. Szkoda mi tutaj Mateusza Kościukiewicza oraz Agnieszki Podsiadlik, bo robią świetną robotę, tworząc bardzo wyraziste postaci. Tylko, że reżyserka od połowy filmu ma ich głęboko w dupie i już przestaje się na nich skupiać.
  2. Kler, reż. Wojciech Smarzowski – już słyszę te głosy, że autora chyba Bóg opuścił i herezje rozpowiada. Prawda jest taka, że bardzo lubię, szanuję i cenię sobie filmy Smarzowskiego. Problem jednak w tym, że sam temat Kościoła oraz księży nie zostaje do końca wykorzystany. Owszem, zagrane jest to świetnie (zwłaszcza przez Jakubika i rewelacyjnego Braciaka jako duchownego-gangstera, który przewiduje na kilka ruchów do przodu), jest kilka naprawdę mocnych scen („przesłuchanie” jednej z ofiar księdza-pedofila), ale całość zwyczajnie nudzi (jedną trzecią filmu – głównie ostatni akt – można było spokojnie wyciąć). Reżyser nie sięga głębiej, pozostawiając dość oczywiste wnioski i nie prowokuje do większej dyskusji, zaś zakończenie drażni symboliką.
  3. Predator, reż. Shane Black – do tej pory nie rozumiem, co Black tutaj odpierdolił. Pierwszy „Predator” to był zajebisty film akcji, zmieszany z horrorem. Tutaj reżyser postanowił pójść w komedię akcji, gdzie nie brakuje krwawej rzezi. Tylko, że zamiast napięcia, poczucia zagrożenia, jest zbyt wiele pajacowania, fabuła nie ma sensu, jest za dużo zbiegów okoliczności. No i to jest k***a „Predator”, jakiego mi obiecano. Szkoda aktorów, bo jest całkiem niezła chemia między grupą świrniętych wojaków, ale to troszkę za mało, by uznać seans za udany. Panie Black, wracaj pan do buddy movies, bo to pan czuje najlepiej.
  4. Venom, reż. Ruben Fleischer – tu chciwość producentów sprawiła, że powstał kompletny pierdolnik. Początkowo to miał być skromny, tani horror, skupiający się na relacji Eddiego Brocka z symbiontem Veniusiem 😉 Ale wytwórnia odebrała kontrolę reżyserowi, zaczęła pompować hajs i robić duży blockbuster, będący sztampowym origin story, dodatkowo zamiast R-ki zrobiono PG-13 („Cieniasy”). Do tego masa nierozwiniętych wątków (relacja Brocka z Venomem oraz jej destrukcyjny wpływ na organizm protagonisty, kompletnie niepotrzebna Michelle Williams jako była dziewczyna, walka z kompletnie nijakim złolem oraz koszmarna scena po napisach). Gdyby nie obecność Toma Hardy’ego, który kompletnie wyciska ze swojej postaci maksimum i odnajduje się w każdej konwencji, „Venom” rozpadłby się w drobny mak. Mam nadzieję, że pojawi się jakiś director’s cut, bo inaczej będzie wiocha.

No i jeśli chodzi o podsumowanie to w zasadzie tyle. Mam nadzieję, że nie popełniliście moich błędów i omijaliście te filmy szerokim łukiem. A może Wam się podobały i uważacie tą listę za gigantyczną pomyłkę. Piszcie w komentarzach pod postem. No i niech się zacznie rok 2019. Do poczytania w przyszłości.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2018

Skończył się rok 2018, a to oznacza jedną rzecz i rzecz jedną tylko: okres wielkich podsumowań, rankingów oraz bilansu dla wielu blogerów, recenzentów oraz kinomanów wszelkiej maści. Czy to znaczy, że będzie też takie zestawienie tutaj? Oczywiście, ale zamiast podawania Top 10 z uzasadnieniami oraz miejscami na lokatach, sprawę uproszczę do maksimum. Po prostu będzie tutaj umieszczona lista filmów (wspartych m.in. moim kontem na Filmwebie), które zrobiły na mnie w minionym roku największe wrażenie. Spis będzie w kolejności chronologicznej, bez podawania miejsc czy lokat – czyli (moim skromnym zdaniem) najuczciwsze podejście do sprawy. Jeśli uważacie, że jakiegoś tytułu brakuje, to przyczyny są dwie: albo go jeszcze nie zobaczyłem, albo zwyczajnie nie zrobił takiego wrażenia jak na was. Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że nie ma ani jednego NOWEGO (czyli tegorocznego) polskiego filmu. Ale może w tym roku będzie inaczej – czas pokaże. To bez ceregieli – oto lista the best movies of 2018 by Ja.

  1. Lucky Logan, reż. Steven Soderbergh (2017)
  2. Człowiek z księżyca, reż. Milos Forman (1999) ❤
  3. Jim & Andy: The Great Beyond, reż. Chris Smith (2018)
  4. Ikar, reż. Bryan Fogel (2018) ❤
  5. Truman Show, reż. Peter Weir (1998) ❤
  6. Strażnicy Galaktyki vol. 2, reż. James Gunn (2017)
  7. John Wick 2, reż. Chad Stahelski (2017)
  8. Thor: Ragnarok, reż. Taika Waititi (2017) ❤
  9. Czas mroku, reż. Joe Wright (2017)
  10. Nić widmo, reż. Paul Thomas Anderson (2017) ❤
  11. Kształt wody, reż. Guillermo del Toro (2017)
  12. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, reż. Martin McDonaugh (2017) ❤
  13. Patti Cake$, reż. Geremy Jasper (2017)
  14. Niemiłość, reż. Andriej Zwiagincew (2017)
  15. Annihilacja, reż. Alex Garland (2018)
  16. Maska szatana, reż. Mario Bava (1960)
  17. Paterno, reż. Barry Levinson (2018)
  18. Duchy Goi, reż. Milos Forman (2006)
  19. Ślepa furia, reż. Philip Noyce (1989)
  20. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony & Joe Russo (2018)
  21. Czarna suknia, reż. Janusz Majewski (1967)
  22. Photon, reż. Norman Leto (2017) ❤
  23. Bicz i ciało, reż. Mario Bava (1963)
  24. Deadpool 2, reż. David Leitch (2018) ❤
  25. Blef, reż. Lasse Hallstrom (2006)
  26. Ernest i Celestyna, reż. Stephane Aubier, Vincent Patar, Benjamin Renner
  27. Siedem minut po północy, reż. Juan Antonio Bayona (2016)
  28. Atlantyda – zaginiony ląd, reż. Gary Trousdale, Kirk Wise (2001)
  29. Herkules, reż. Ron Clements, John Musker (1997) ❤
  30. Amerykańska opowieść, reż. Don Bluth (1986)
  31. Ruchomy zamek Hauru, reż. Hayao Miyazaki (2004) ❤
  32. Słodki kraj, reż. Warwick Thornton (2017)
  33. Operacja strach, reż. Mario Bava (1966)
  34. Bomb City, reż. Jameson Brooks (2017)
  35. Ostatnie zadanie, reż. Hal Ashby (1973)
  36. Last Flag Flying, reż. Richard Linklater (2017)
  37. Upgrade, reż. Leigh Whannell (2018) ❤
  38. Sophie i wschodzące słońce, rez. Maggie Greenwald (2017)
  39. Trzecia część nocy, reż. Andrzej Żuławski (1971)
  40. Predator, reż. John McTiernan (1987)
  41. Arcyoszust, reż. Barry Levinson (2017) ❤
  42. Zezowate szczęście, reż. Andrzej Munk (1960)
  43. Płoty, reż. Denzel Washington (2016)
  44. Jowita, reż. Janusz Morgenstern (1967)
  45. Iluminacja, reż. Krzysztof Zanussi (1972)
  46. Zombie express, reż. Sang-ho Yeon (2016)
  47. Gorzka siedemnastka, reż. Kelly Fremon (2016) ❤
  48. Metallica: Some Kind of Monster, reż. Joe Berlinger, Bruce Sinofsky (2003)
  49. Orzeł kontra rekin, reż. Taika Waititi (2006)
  50. 22 lipca, reż. Paul Greengrass (2018) ❤
  51. Steve Jobs, reż. Danny Boyle (2015)
  52. Coś, reż. John Carpenter (1982)
  53. Nie jestem twoim Murzynem, reż. Raoul Peck (2016)
  54. Niepodległość, reż. Krzysztof Talczewski (2018) ❤
  55. Sprawa Gorgonowej, reż. Janusz Majewski (1977) ❤
  56. Śmierć prezydenta, reż. Jerzy Kawalerowicz (1977)
  57. Czarna Pantera, reż. Ryan Coogler (2018)

O dziwo znalazło się też kilka filmów, którym bardzo niewiele zabrakło, więc postanowiłem przyznać im honorowe wyróżnienia. Za sprawienie mi wielkiej niespodzianki w roku 2018. Oto te dzieła:

I tak cię kocham, reż. Michael Showalter (2017)
Czwarta władza, reż. Steven Spielberg (2017)
Pentameron, reż. Matteo Garrone (2016)
Pusty i głupi gest, reż. David Wain (2018)
Pitbull. Ostatni pies, reż. Władysław Pasikowski (2018)
Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem, reż. Janus Metz (2017)
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, reż. David Yates (2017)
Fritz Bauer kontra państwo, reż. Lars Kraume (2015)
Ben Hall: Legenda, reż. Matthew Holmes (2017)
Zemsta, reż. Coralie Fargeat (2017)
On wrócił, reż. David Wnendt (2015)
Prosta historia o miłości, reż. Arkadiusz Jakubik (2010)
Han Solo: Gwiezdne wojny – historie, reż. Ron Howard (2018)
Zwierzęta Ameryki, reż. Bart Layton (2018)
Marjorie Prime, reż. Michael Almereyda (2017)
Apostoł, reż. Gareth Evans (2018)
W cieniu drzewa, reż. Hafsteinn Gunnar Sigurdsson (2017)
Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu, reż. Paul McGuigan (2017)
Król wyjęty spod prawa, reż. David Mackenzie (2018)
Czarne bractwo. BlacKkKlansman, reż. Spike Lee (2018)
Niezwykła podróż fakira, który utknął w szafie, reż. Ken Scott (2018)

Przyznaję, że jest tego bardzo grupa lista. Mogę żywić się tylko nadzieją, że nadchodzący rok 2019 też będzie obfitował w masę udanych doświadczeń filmowych. No i żeby tych złych tytułów spotykać jak najrzadziej, tak samo jak rozczarowań.

Radosław Ostrowski

Jeff Goldblum & The Mildred Snitzer Orchestra – The Capitol Studio Session

the-capitol-studios-sessions-b-iext53596124

Być może to wielu wkurza fakt, że osoby ze świata aktorskiego zaczynają flirtować z muzyką. Przykłady Hugh Lauriego czy Setha MacFarlaine’a pokazują, że nie wywołuje to poczucia przerażenia. Teraz do tego gronia postanowił dołączyć fantastyczny Jeff Goldblum. Aktor znany z takich filmów jak “Mucha”, “Park Jurajski”, “Dzień Niepodległości” czy “Thor: Ragnarok” potrafi także grać na fortepianie (uczył się odkąd skończył 15 lat), działając już w latach 90. jako frontman założonego razem z Johnem Maestro The Mildred Snitzer Orchestra, gdzie grali po klubach jazzowe standardy. Ale dopiero w 2018 roku postanowił razem z grupą wydać album – i to koncertowy, będącym zapisem popisów w Capitol Records.

I muszę przyznać, że efekt jest więcej niż przyzwoity. O dziwo, nie zabrakło też instrumentalnych kompozycji jak otwierający całość “Cantaloupe Island” z cudownie szalejącym saksofonem, by w połowie się uspokoić oraz dać pole innym (klawisze, gitara elektryczna, perkusja). Popisem umiejętności trębacza Tilla Bronnera jest pozornie spokojny “Don’t Mess with Mister T”, a także nieśmiertelny “Caravan” oraz nostalgiczny “It Never Entered My Mind”. Pojawiają się także popisy innych instrumentów jak choćby klawisze (“Nostalgia in Times Square”).

Nie oznacza to jednak, że nie pojawiają się osoby śpiewające. Tutaj są aż trzy, same panie, zaś każda z nich zaskakuje. Na pierwszy ogień idzie Haley Reinhart, zaczynająca od uwodzącego “My Baby Just Cares for Me” zakończonego uroczym droczeniem się wokalistki z Goldblumem, by wskoczyć na spokojne tory w “Gee Baby”, gdzie udziela się saksofon bardziej zadziorny niż zwykle. Druga w kolejce jest Imelda May, którą bardziej znam z bluesowego grania. Ale i w jazzie jej głos sprawdza się naprawdę dobrze – zarówno w zwiewnym, eleganckim “Straighten Up and Fly Right”, dosłownie bawiąc się ozdobnikami,  by przejść do wyciszonego “Bitter Earth” oraz wręcz uwodzącego “Come On-A-My House”. No i trzecia panna to Sarah Silverman, gdzie pojawia się najpierw w dość długiej zapowiedzi (szkoda, że nie ma wersji DVD z zapisem video tego koncertu), by wskoczyć w jeden numer: “Me and My Shadow”, gdzie Jeff także śpiewa, tworząc dowcipny kawałek.

Bardzo sceptycznie byłem przekonany do płyty Goldbluma, ale jako muzyk sprawdza się solidnie, choć pozostaje troszkę w cieniu swoich kolegów. Nie mniej udało się grupie stworzyć bardzo intrygujące, energetyczne oraz piekielnie dobry materiał, choć reakcje publiczności nie są zbyt częste. Czy to będzie nowy etap w karierze aktora? Czas pokaże, ale jestem strasznie ciekawy.

8/10

Radosław Ostrowski

Grzegorz Turnau – Bedford School

bedford-school-b-iext53454583

Jaki Grzegorz Turnau jest, każdy słyszy oraz widzi. Pianista i wokalista ma swój wypracowany styl, którego trzyma się konsekwentnie, czasem pozwalając na drobne modyfikacje. Na swojej najnowszej płycie zrobił dwie rzeczy, jakich nigdy nie robił. Po pierwsze, nagrał płytę w całości śpiewaną po angielsku. Po drugie, jest to zbiór coverów z czasów młodości artysty, gdy uczył się w tytułowym Bedford School w centralnej Anglii.

Jest jeden wyjątek od normy, czyli piosenka tytułowa (to nie jest cover), idąca ku łagodniejszej odmianie jazzu (trąbka oraz perkusyjne werble robią robotę). Reszta to piosenki takich wykonawców jak Billy Joel, The Beatles, Paul McCartney, Sting czy Queen. I o dziwo, niekoniecznie są to głośne hity, co jest pewną zaletą (są pewne wyjątki, ale o nich jeszcze opowiem). Bo mamy zarówno bardziej melancholijnego “The Fool on the Hill” z bardzo skocznym środkiem (perkusjonalia, smyczki), jak i zwiewny, chociaż krótki “Souvenir” czy okraszona folkiem w formie “Vienna” (duet z Marią Rumińską z zespołu Shannon). Zaskakuje dynamiką rozpędzające się “Miami 2017 (Seen The Lights Go Out On Broadway)”, gdzie w środku szaleje saksofon z perkusją, z kolei “Waterfalls” wsparte na delikatnej elektronice brzmi bardzo delikatnie. Turnau robi wszystko, by nie przynudzać i parę razy zaskakuje (lekko stonowany duet “All Dead, All Dead” z folkowymi naleciałościami czy wyjątkowo mroczne “My Valentine”).

Bardziej znanymi utworami w tym zbiorku są “Until” Stinga, “Sorry Seems to Be the Hardest World” Eltona Johna oraz “Imagine” Johna Lennona. Pierwszy pozostaje walczykiem, zdominowanym przez fortepiano, choć im dalej, pojawia się coraz więcej kolorów. Drugi wydaje się dość zachowawczy, ale Turnau potrafi wykrzesać z siebie większe emocje. Z kolei trzeci zostaje ubrany w formę duetu, przez co nabiera nowego blasku.

Turnau nadal gra na fortepianie, jak na prawdziwego zawodowca przystało, potrafi oczarować swoim głosem, a angielszczyznę ma naprawdę bez zarzutu. Przyjemnie się słucha tego cover albumu, zwłaszcza duetów z Rumińską, ale i sam gospodarz potrafi zaskoczyć, choć nadal pozostaje w swoim stylu. Czy to będzie ciekawostka, czy nowy etap w drodze Krakusa – will see.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Abradab – 048

abradab_048

Polski rap coraz bardziej potrafi zaintrygować, serwując kolejne ciekawe postacie. Nie oznacza to jednak, że starzy wyjadacze nie mają niczego do powiedzenia czy zwykle sobie odpuścili. Jednym z filarów tego nurtu muzyki jest Marcin Marten, bardziej znany jako Abradab. Twórca legendarnego składu Kaliber 44 (dwa lata temu reaktywowany) tym razem postanowił nagrać solową płytę po 6 latach przerwy. Sam tytuł to numer kierunkowy do Polski, zaś produkcją zajął się DJ Eprom. Co z tego mogło wyjść?

Pod względem brzmienia to niemal oldskul pełną gębą, ale jednocześnie jest to bardzo bujający, wręcz imprezowy. Taki jest choćby otwierający całość “Pio” z mocno przemielonym wstępem, który skręca w retro elektronikę, zaś raper nawija dość szybko, przez co można nie wyłapać wielu słów. Równie klasyczne jest singlowe “powietrze”, pełne cykaczy oraz pomysłowo wplecionego tła. Do tego w refrenie gościnnie wchodzi Joka, który nie psuje efektów. Troszkę oszczędny, ale i mroczny “tańcz” w bardzo dyskotekowym tempie oraz naleciałościami lat 80. czy utrzymany w stylistyce r’n’b “czeszę Cię”, poszatkowany odrobiną syntezatorowych eksperymentów oraz skreczami. Rozpędzone, choć skromne “horyzonty” wydają się bardzo mrocznym kawałkiem muzyki, zaś sam gospodarz serwuje słowa z prędkością karabinu maszynowego, skontrastowane z lekko “orientalną” “ciapą”, by przejść do futurystycznego w formie “odpalam” oraz “złe oko”. W ogóle trudno się produkcyjnie się do czegokolwiek przyczepić (nawet mocno staroświecki “blask”, pachnący latami 90. – nomen omen – błyszczy).

Jedynym gościem na albumie jest Joka, który wypada całkiem nieźle I nie drażni bardzo (“yee boy”). Sam gospodarz prezentuje się dobrze, a swoim tekstami, gdzie nie brakuje ironii, sarkazmu oraz kombinowania. A o czym mówi? O pieniądzach, przeszłości, działalności Kalibra, zapierdalającym i ogłupiającym świecie (także o technologii), a nawet bragowania.

“048” to brzmieniowy powrót do przeszłości oraz odpowiednio wyważona mieszanka powagi, luzu oraz dobrej zabawy. Czyli stary, dobry Abradab nadal zachowuje formę, co bardzo mnie cieszy. Niby lżejszy rap, ale nie głupi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – T.Cover

1543061610NgfveGO5Vh8DnvwkyKehFQTqRenvWy

Czy ktoś spodziewał się, że zespół T. Love działa już ponad 35 lat? Ta rocznica przypadła rok temu i ktoś wpadł na pomysł, by artyści szeroko pojętej sceny muzycznej postanowili w formie hołdu nagrać własne wersje swoich ulubionych piosenek tej kapeli. Najpierw krążyły one na YouTube, by dopiero jesienią tego roku zostać wydane na płycie. Niestety, nie ma tu wszystkich, co wynika z pewnych problemów natury prawno-biznesowej, ale zestaw jest dość imponujący.

Rapową scenę reprezentuje Mioush dość mocno eksperymentujący z “Wychowaniem”, gdzie wysamplowany fragment staje się pretekstem do własnych refleksji na temat okresu dojrzewania. Swoje zrobił też Sokół z “Warszawą” serwując niemal oszczędną aranżację, niemal melorecytując tekst. Fani psychodelicznych eksperymentów rozsmakują się w tym, co Łąki Łan zrobiło z “I Love You”, idąc ku tanecznemu techno oraz rave (tytuł “I Love Rave” zobowiązuje), by potem przerobić go na modłę… country, a także Tekno z “Potrzebuje wczoraj” (bardziej skocznie i mające mniej warstw, z lekko punkowym wokalem). Szukacie czegoś na ostro? To macie Acid Drinkers z koncertową wersją “Nie nie nie”, gdzie zgrabnie wpleciono klasyka eurodance’u “No Limits” od 2 Unlimited oraz bardziej garażową wersję “Gnijącego świata” od Mietalla Wallusia. Fani reggae (i przede wszystkim Kamila Bednarka) pobujają się przy niezłej “Stokrotce”, zaś osoby lubiące elektronikę zanurzą się w eterycznym popisie duetu Xxanaxx (“nie nie nie”) czy bardzo oszczędnej “Jeździe” od Poli Rise.

Żeby jednak nie było tak słodko, jest kilka drobnych kiksów jak zrobiony na indie rocka “1996” z bardzo manierycznym (i irytującym) głosem Piotra Roguckiego, smęcący “Gnijący świat” w quasi-orientalnej wersji Jordany Reyne, dziwaczny “Lucy Phere” od Bovskiej czy tandetnie folkowy “Ajrisz” od Sidneya Polaka. Za to zwieńczeniem albumu jest nagrany wspólnie przez Muńka oraz Kryzys “Armageddon 2014” ku pamięci zmarłego Roberta Brylewskiego. I jest w tym moc, brud, pazur.

Podoba mi się ta inicjatywa, choć brakuje chyba najlepszego z coverów “Boga” od Dawida Podsiadły, ale tu pojawiły się kwestie pozaartystyczne. Niemniej jest to bardzo intrygująca kompilacja, gdzie każdy stara się naznaczyć każdy utwór swoim własnym piętnem, a nie tylko odśpiewać. I to jest fajny ruch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paweł Domagała – 1984

1984-b-iext52589041

Czy wiecie, co to jest “syndrom drugiej płyty”? jest to jedna z bardziej zaraźliwych chorób w świecie muzycznym (i nie tylko, choć ma inne nazwy), który dotyczy osób po debiucie. Wyróżnia ją jeden poważny objaw, którego przy tworzeniu debiutu nie pojawia się: oczekiwania oraz presja, a jednocześnie próba pozostania sobą. I pojawia się dylemat: czy zachować klimat poprzedniego dzieła, czy spróbować czegoś nowego? I ta choroba dotknęła znanego aktora Pawła Domagały, który dwa lata temu zadebiutował jako wokalista, współkompozytor oraz autor tekstów. Płyta “Opowiem Ci o mnie” była bardzo liryczną płytą, pokazującą troszkę wrażliwsze oblicze aktora znanego głównie z ról komediowych. A teraz pojawiła się druga płyta “1984”, gdzie znów artystę wsparł Łukasz Borowiecki. Co wyszło tym razem?

Początek, czyli “Radom” to bardzo pogodna, o dziwo zwiewna piosenka w lekko folkowym stylu. Bardzo podobały mi się wplecione skrzypce w środku oraz lekko nostalgiczny klimat. W podobnym tonie jest niemal wyciszone “W połowie drogi” z ciekawą perkusją oraz wyciszoną gitarą w tle. A wtedy wskakuje jeden z najbardziej katowanych utworów przez stacje radiowe, co przyniosło mu więcej szkody niż pożytku. Czyli “Weź nie pytaj” – prosty, lekko bluesowy numer o miłości, którego refren był i będzie cytowany multum razy, co mnie absolutnie nie dziwi. Drugi singiel, czyli mocno poszatkowane “Wystarczę ja” było jak dla mnie zbyt popowe (“klaskana” perkusja oraz zbyt prosty tekst). O dziwo większe wrażenie robiły na mnie troszkę ożywione numery jak bardziej gitarowe “Czasami”, okraszona solem skrzypiec “Obietnica”,  reagge’owy “Człowiek, który był czwartkiem” czy  okraszony smyczkami “Najgrubszy anioł stróż”.

Tekstowo już tak dobrze nie jest i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że już słyszałem wiele takich słów. Do tego jakoś nie do końca wierzyłem Domagale, choć jego wokal wypada bardzo przyzwoicie. Czegoś mi tutaj zabrakło pod tym względem, przez co miejscami zwyczajnie się nudziłem.

Chciałbym powiedzieć, że “1984” to bardzo udana płyta, którą poleciłbym z całego serca. Ale byłaby to tylko półprawda, bo tylko częściowo spełnia swoje oczekiwania. Lepiej wrócić do debiutu.

6/10

Radosław Ostrowski

Czesław Mozil & Grajkowie Przyszłości – Kiedyś to były Święta

kiedys-to-byly-swieta-b-iext53651242

Ile razy padały słowa narzekania, że “kiedyś to było”? I to stwierdzenie stało się pretekstem dla płyty świątecznej. By było jeszcze ciekawiej, każdy z utworów był publikowany na YouTube każdego dnia Adwentu. To wyjaśnia dlaczego jest aż 24 utwory. Specjalnie powołana grupa Grajkowie Przyszłości to dzieci ze szkół muzycznych z całej Polski, zarówno na wokalu, jak I na instrumentach pod wodzą Czesława Mozila. Czy jest czego się bać? I czy to nie będzie zbyt cepeliowskie?

Jakby to ująć, jest to hybryda dźwiękowa, gdzie nie brakuje zarówno dużych popisów perkusyjnych (“Kalendarz adwentowy”) czy skrętów ku jazzowym naleciałościom (utwór tytułowy zmieszany z chórkiem czy pianistyczno-smyczkowa “Świąteczna premiera”, godna dokonań Michała Urbaniaka). Etniczne wstawki w postaci skrzypiec (rozpędzonych) nie brakuje w “Drugim zabiciu karpia” (chociaż śpiewany przez chórek dziecięcy początek wydaje się niezrozumiały) czy niemal przyśpiewkowym “Nie ma czasu” tak jak klasycznego brzmienia (plumkanie, klarnet) w poruszającym utworze “Święta według nas”. Każdy utwór jest pełen dźwiękowych detali, dodając masę frajdy ze słuchania. Smyczki, fortepian, różnego rodzaju flety, gitara akustyczna (“Każdy ma swoje święta”), cymbałki, perkusjonalia, nawet gitara elektryczna (“Jasełka”) oraz obowiązkowy akordeon (“Kaloryfer, który gra”), bo inaczej Czesław nie ma na czym grać. Ta różnorodność stylistyczna nie wywołuje zgrzytów, a nawet pięknie się uzupełnia, co słychać w spektakularnej “Pastorałce 2018”.

Mozil, choć dominuje tutaj wokalnie i jako frontman sprawdza się bez zarzutu, nie jest jedynym wykonawcą utworów. Pojawia się parę gości w postaci Quebonafide, Zuzy Jaworskiej oraz Malwiny Jachowicz, którzy ubarwiają swoją obecnością zestaw. Jednak tak naprawdę liczą się tutaj dzieci, które kradną szoł.

Tekstowo mamy tutaj wokołoświątecznych tematów, które jednak mają swoje drugie dno: kuszenie przez czekoladki na kalendarzu adwentowym, zabicie karpia, samotność, przełamywanie rutyny spędzania świąt, słabo wybrane prezenty (“I Am Prezent”) czy (nie)oczekiwanie na Mikołaja. A nawet pewien fałsz w obchodzeniu Świąt (“Sztuczna choinka”), śnieg czy chorowanie podczas tego okresu (“Wesoły świąd”).Także same teksty dają sporo rozkminy, ale też i humoru.

Coraz lepsze chyba są te płyty okołoświąteczne, albo ja tak dobrze wybieram. I jeśli chcecie bardziej kreatywnego zestawu piosenek o świętach, zamiast tysięcznego wałkowania kolęd czy innych “Last Kristmas”, propozycja Mozila jest ewidentnie dla was. I Święta (już następne) będą przez to lepsze.

8,5/10 + znak jakości

 

Radosław Ostrowski

 

Warszawska Orkiestra Sentymentalna – Śpiewnik kolędowy

spiewnik-koledowy-w-iext53591014

Grudzień to jest taki czas, kiedy pojawia się wiele albumów o tematyce świątecznej albo bożonarodzeniowej. Pozornie to jest łatwy sposób na zarobienie forsy, bo są to utwory bardzo znane, popularne i przerabiane tysiące razy. Z pewnym sceptycyzmem sięgnąłem po album Warszawskiej Orkiestry Sentymentalnej zawierający świąteczne piosenki. Kapela 8-osobowa znana była z grania przedwojennych szlagierów tym razem zamieniła dawne kawiarnie i kabarety na bardziej świąteczną ulicę. I co?

Mimo dość sporego składu, początek w postaci “Wśród nocnej ciszy” zaskakuje bardzo minimalistyczną aranżacją w postaci delikatnej trąbki oraz dość szorstkiego, niemal podniosłego wokalu Gabrieli Mościckiej. Potem jednak jej (trąbki) miejsce zajmują ksylofon oraz mandolina, tworząc bardzo wyjątkowy klimat. Żwawsze “Dzisiaj w Betlejem” też zaskakuje bardzo ciepłym brzmieniem, ubarwionym lekko folkowym sznytem (akordeon oraz wibrafon), jaki znam choćby z Warszawskiego Combo Tanecznego czy idący w rytmie poloneza “W żłobie leży”. Jednak grupa ma kilka asów w rękawie, czyli pieśni bardzo rzadko nagrywane (albo ostały się po nich tylko słowa). Taka jest bardzo ciepła “Ptasia kolęda”, gdzie dęciaki brzmią bardzo “ptasio”, bardzo kojące “Którego pasterze chwalili” czy “Kolęda Hetmańska” okraszona kastanietami. I to właśnie ten owe utwory są największą wartością “Śpiewnika”, bardzo przypominającego takie uliczne, przedwojenne granie. Kameralność miesza się tutaj z wręcz epickim rozmachem (“Witaj, Jezu” – trąbki robią tu kapitalną robotę), jednocześnie parę razy ubarwiając nieoczywistymi dźwiękami (“żydowski” klarnet w rozpędzonym “Witajże, Dzieciątko” oraz “Radziła Trójca Święta” czy mandolina w “Bóg się rodzi”). Wielu może zdziwić umieszczenie utworu “Żołnierz drogą maszerował”, bo jakoś ten tytuł ze Świętami nieszczególnie się kojarzy. Ten utwór brzmi niczym puszczony na starym winylu (chóralny zaśpiew mężczyzn na melodię “Serca w plecaku”, trzaski na płycie), ale wsłuchajcie się uważnie w tekst. I ta przeróbka wypada zaskakująco dobrze.

Przyznam się bez bicia, że nie wierzyłem w “Śpiewnik” od Warszawskiej Orkiestry Sentymentalnej, jednak grupa ugryzła znane utwory z bardziej “ulicznej” strony muzyki. Przy okazji odnajdując mniej znane utwory o tematyce świątecznej, co nie jest częstym przypadkiem. Jestem ciekawy kolejnych dokonań grupy.

8/10

Radosław Ostrowski