Arcyoszust

Pieniądze – coś czego wszyscy pragniemy, ale nie każdy dostaje tyle, ile by chciał. Zwłaszcza, jeśli powierzy je osobie nie godnej tego zaufania. Słyszeliście o Bernardzie Madoffie? Człowiek, który współtworzył NASDAC, właściciel dużego funduszu inwestycyjnego, mąż, ojciec i dziadek. Osoba godna zaufania, prawda? Ale w roku 2008 wszystko się posypało, a wszelkie inwestycje były jednym wielkim pierdoleniem. I o tym wszystkim postanowił opowiedzieć dla HBO Barry Levinson.

Punktem wyjścia są rozmowy Madoffa już siedzącego w więzieniu z dziennikarką Dianą Henriques, obserwującą całą sprawę od początku. Sama akcja toczy się niejako dwutorowo. Z jednej strony mamy Madoffa oraz jego próby przekonywania klientów, początek szwindlu zrobionego z niejakim Frankiem DiPascali. Z drugiej widzimy reperkusje tego całego interesu na rodzinie, nie mającej kompletnie zielonego pojęcia o interesach. Reżyser próbuje też przedstawić cały mechanizm piramidy finansowej i znaleźć odpowiedź na jedno niepokojące pytanie: jak to jest możliwe, że przez tyle lat nikt niczego nie zauważył? Że rodzina, to jeszcze jestem w stanie wyjaśnić, ale żadne kontrole, rządowe agencje, urzędy skarbowe? Całość przeplatana jest retrospekcjami, pokazującymi pewne istotne wydarzenia z ostatnich lat życia (50. rocznica ślubu, kontrola z 2005 roku, gdzie Madoff podał numer do kontroli i… nic z tego nie wyszło), pokazując pewne silne spięcia oraz toksyczność Madoffa z synami oraz żoną, która bez niego kompletnie nie potrafi żyć.

arcyoszust1

Levinson bardzo sprytnie lawiruje między wydarzeniami, czasami rzuci ekonomicznym żargonem, jednak wszystko pozostaje bardzo klarownie i czytelnie przedstawione. A to w tej tematyce jest bardzo dużym wyzwaniem. Nie brakuje też kilku montażowych sztuczek (finał, gdy Bernie próbuje się dodzwonić do żony, losy ofiar przekrętów w formie szybko zmontowanych fotek układających się w twarz finansisty czy pogarszający się stan psychiczny Marka i ciągłe wydzwanianie do bliskich) i zabaw z formą jak w scenie, gdy Madoff z żoną próbują odebrać sobie życie za pomocą leków, co kończy się dość psychodeliczną sceną, które uatrakcyjniają ten bardzo ponury dramat. Z miejscami wręcz dokumentalnymi zdjęciami, muzyką bardziej przypominającą oprawę do jakiegoś horroru, co tylko potęguje klimat.

arcyoszust2

Reżyser dokonał jeszcze jedną świetną decyzję: wybrał bardzo dobrych aktorów i dał im ogromne pole do popisu. Jeśli już chcielibyście skreślić Roberta De Niro za kilka ostatnich kiksów w karierze, tutaj rehabilituje się oraz wraca do bardzo wysokiej dyspozycji. Madoff w jego wykonaniu to człowiek dźwigający na sobie bardzo wielkie brzemię, ale jednocześnie uznawany jest za człowieka sukcesu. Był oszustem i naciągaczem, ale pozostaje człowiekiem, nie przerysowanym szwarccharakterem czy innym pomiotem szatana. Zaskoczyła mnie za to Michelle Pfeiffer jako żona Madoffa – dawno nie widziałem aktorki tak wycofanej, wręcz powściągliwie poprowadzonej, ale z bardzo skomplikowaną psychologią. Poza nimi trudno nie zapomnieć zarówno Hanka Azarię (charakterny i cwany Frank), Alessandro Nivolę (zabiegający o akceptację ojca Mark) czy Nathana Darrowa (bardziej niezależny Andrew). Trudno się tutaj do kogokolwiek przyczepić, bo każdy aktor dostaje tutaj swoje pięć minut.

arcyoszust3

„Arcyoszust” to dość nietypowe spojrzenie na kryzys ekonomiczny. Zamiast pójść na łatwiznę i pokazać Madoffa tylko jako bezwzględnego oszusta, Levinson pokazuje go jako człowieka, bez osądzania, prób wybielania czy ocieplania. Wnioski zostaje nam samym, a jednocześnie potrafi zaangażować, wciągnąć, zmusić do przemyśleń.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dom zbrodni

Każda familia, zwłaszcza ta najbogatsza, musi skrywać wielkie tajemnice. Nie inaczej jest w przypadku Aristide’a Leonidasa – pochodzącego z Greki potentata świata gastronomii. Stworzył ogromny majątek, zaś w jego domu zamieszkała cała jego rodzina: siostra pierwszej żony, druga żona, dzieci z własnymi rodzinami, wnuczka oraz nauczyciel. Wszystko się zmienia, gdy nestor rodu umiera. Wszystko wskazuje, że przez pomyłkę dostał niewłaściwy zastrzyk, ale wnuczka Sophie ma zupełnie inne zdanie. I wtedy do tego domostwa pojawia się prywatny detektyw – Charles Hayward, by wybadać całą sprawę.

dom_zbrodni1

Książki Agathy Christie zawsze były popularne i przenoszone na ekran multum razy, głównie te z Herculesem Poirotem. Ale inne powieści rzadko były dotykane przez kino. Tak też było z „Domem zbrodni”, a zadania ekranizacji podjęli się Julian Fellowes (scenarzysta) oraz Gilles Paquet-Brenner (reżyser). Materiał był tak wdzięczny, że przeniesienie go na ekran nie powinno być jakimkolwiek problemem, prawda? Reżyser dość solidnie radzi sobie z tekstem i wiernie się trzyma pierwowzoru, pozwalając na drobne modyfikacje. Jest duży dworek z dala od świata, duża plątanina podejrzanych i masa motywów: zazdrość, gniew, pieniądze, miłość, nienawiść. Kolejne wychodzące na jaw tajemnice wywołują kompletne zamieszanie i dezorientują, a ja razem z detektywem próbowałem to poukładać. Choć pewne tropy były dla mnie zbyt oczywiste (podejrzenia wobec młodej żony – to rozwiązanie byłoby za proste), to jednak dałem się wciągnąć w to dochodzenie.

dom_zbrodni2

Do tego realia lat 50. oddano dość wiernie. I nie chodzi tylko o stroje i pojazdy z epoki, ale także wplecionego rock’n’rolla z jazzem w tle. Oraz sceny dziejące się poza dworem (pub, komisariat), pozwalające na chwilę oddechu. Nie zapomniano też o złośliwym humorze (wspólna kolacja) oraz dość zaskakującym zakończeniu, dającym wiele satysfakcji.

dom_zbrodni3

Aktorom za to udaje się wielokrotnie wpuścić w pole, co pomaga w tworzeniu atmosfery tajemnicy, chociaż bez jakiś fajerwerków. Dobrze sobie w roli detektywa poradził Max Irons, w czym także pomaga prezencja. Tak samo zapada w pamięć Gillian Anderson (skupiona na karierze aktorskiej Magda, choć talentu nie posiada), apetyczna Christina Hendricks (Brenda) czy trzymająca klasę Glenn Close (ciotka Edith) oraz Terence Stamp (inspektor). Na mnie wrażenie zrobiła Stefanie Martini. Sophie w jej wykonaniu to mieszanka niewinności, manipulacji oraz klasy, przez co ciągle nie byłem pewny jej roli w tym przedsięwzięciu.

„Dom zbrodni” to zaskakująco przyzwoity kryminał, zgrabnie odtwarzający świat ludzi z wyższych sfer okresu tuż po wojnie. Elegancko opakowany, z paroma zakrętami, dobrym aktorstwem oraz niezłą intrygą. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że można było z tego wycisnąć o wiele więcej.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Predator

Początek jest tutaj dość klasyczny: mamy oddział komandosów pod wodzą majora Dutcha. Specjalizują się w zadaniach ratunkowych i właśnie dostają kolejne od dawnego towarzysza broni szefa, obecnie agenta CIA. Ich celem jest minister jednego z państw w Ameryce Południowej, który został pojmany przez oddział partyzantów. Ekipa wyrusza do akcji, jednak po drodze odkrywają dość makabryczne zwłoki. A to dopiero początek niespodzianek.

predator_19871

Dla Johna McTiernana „Predator” był pierwszy dużym projektem i drugą fabułą w jego karierze. Pozornie z opisu wydaje się, że będziemy mieli do czynienia ze stricte filmem akcji, jakich powstawało wiele. To jednak tylko zasłona dymna, która zostaje nam zdjęta już na samym początku. Pierwsze półtorej minuty to latający statek kosmiczny, wystrzeliwujący w naszą planetę coś. Pozornie nieistotny detal, jednak ustawia on cały kierunek filmu. Pierwszy akt to wręcz krótka ekspozycja ekipy, składającej się wręcz ze stereotypowej grupy twardzieli: od przypakowanego koksiarza z potężną giwerą, Indianina-tropiciela, znającego hiszpański sapera, sierżanta z łysą czachą i radiowca wyglądającego niczym inteligencik. Sztampowe charaktery, ale jednak zapadają w pamięć. A kiedy dochodzi do kulminacji (scena ataku na partyzantów), dostajemy wszelkie możliwe atrakcje: świszczące kule, kozackie one-linery, wybuchy godne Michaela Baya (takiego z początków kariery) oraz wręcz skaczących przeciwników.

predator_19872

Najciekawszy jednak pozostaje sam Predator – bardzo tajemnicza persona, nie wypowiadająca ani jednego słowa. Stwór z dredami na głowie, maską (niewidoczną aż do finałowego pojedynku jeden na jeden), wyostrzonym wzrokiem – dokładnie sprzętem – oraz nowoczesną technologią, czyniącą go bezwzględnym zabijaką. To by wystarczyło na stworzenie równie ikonicznego przybysza z kosmosu, co Obcy od Ridleya Scotta, ale jest coś jeszcze: ten przybysz ma zasady. Nie zabija nieuzbrojonych, zaś z poległych zbiera głowy z kręgosłupem jako trofea, a pokonany popełnia bardzo widowiskowe harakiri.

predator_19873

I jeszcze jest to świetnie zagrane, co jest sporą zasługą m.in. Arnolda Schwarzeneggera. Wiadomo, że jak jest Arnie, to będzie twardy akcent, mieszanka sprytu oraz ciętych ripost, jednak pojawia się też przerażenie. Ale każdego z ekipy trudno zapomnieć: Billy’ego Duke’a (sierżant Mac), Sonny’ego Landhama (Billy) czy Carla Whitersa (Dillon). Jest też nawet sam Shane Black (Hawkins), który właśnie nakręcił kolejną część serii.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak film McTiernana godnie wytrzymuje próbę czasu. „Predator” to znakomita hybryda kina akcji z horrorem SF, jakiej nie było od czasu drugiego „Obcego”. Reżyser już tutaj wspina się na wyżyny talentu, a tytułowy bohater przeszedł do historii popkultury. Prawdziwe wejście z hukiem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Krępujące zdjęcia z rodzinnego albumu, czyli zniszczona wątroba i złamane serce

Film obyczajowy, gdzie mamy dwójkę bohaterów. On jest dilerem narkotykowym, ona zaś nauczycielką z tendencją do popijania gorzały. Jedna chwilka, zjarane zioło, prezerwatywa i seks. Efekt mógł być tylko jeden: kondon nie zadziałał i pojawiło się dziecko w drodze. Tylko, że żadne z nich nie chce się ze sobą wiązać i trzecia strona jest im kompletnie niepotrzebna.

krepujace_zdjecie1

Film Pawła Nowaka reklamowany jest jako komediodramat, lecz sama produkcja jest delikatnie mówiąc, średnio udana. Punkt wyjścia mógł stworzyć czy to dramat o niedojrzałości w roli rodziców, polanym może odrobiną humoru. Ale tak naprawdę sami bohaterowie są bardzo słabo zarysowani, zaś intryga snuje się bez celu. Reżyser nie do końca wie, o czym tak naprawdę ma być ten film, zaś zamiast na głównych postaciach, decyduje się bardziej skupić na drugim planie, tylko że czasu ekranowego jest za mało, by móc skupić się na tym. Siostra i ojciec kobiety, przyjaciel-lekarz ze skłonnościami do picia czy kumpel pożyczający od wszystkich pieniądze. No i jeszcze pojawiająca się w domu prostytutka w stanie pozbawiającym przytomności. Po co ten film powstał, jaką miał myśl? Nie wiadomo, tak samo dlaczego całość gwałtownie się urywa w najciekawszym momencie.

krepujace_zdjecie2

Ani to zabawne, ani dramatyczne, ani angażujące. Jedynie zapada w pamięć zgrabna, jazzowa muzyka, zdjęcia i montaż są całkiem ok. Tylko, ze bohaterowie mnie kompletnie nie obchodzą, bo nie poznałem ich za bardzo. Mimo, że grający główne role Modest Ruciński (on) oraz Lidia Sadowa (ona) starają się, te postacie nie sprawiają wrażenia żywych ludzi i szeleszczą papierem. Sytuację częściowo ratuje Łukasz Simlat ze swoją specyficzną filozofią szczęścia oraz dość pokręcony Wojciech Solarz (Wojtek), kradnący film w finale, ale nawet takie zdolne bestie nie są w stanie ożywić nijakiego scenariusza. Jest też nawet Marcin Perchuć (wróż Mateusz) oraz Mirosław Zbrojewicz (ojciec), tylko że kompletnie nie mają tu zbyt wiele do roboty.

Poza fajnym i zapadającym tytułem „Krępujące zdjęcia…” wpisują się w nurt polskiego kina w stanie rozkroku. Nie wie, czym chce być, o czym opowiedzieć, jest ciągiem niekoniecznie powiązanych ze sobą scen, pozbawionych jakichkolwiek treści.

3/10 

Radosław Ostrowski

Trzecia część nocy

Rok 1939, czyli czas, kiedy wybucha wojna. A dla Michała okres ten zaczyna się bardzo okrutnie, bo traci swoją żonę i dziecko. Ze swojego dworku przenosi się do Lwowa, gdzie przebywa z ojcem-skrzypkiem. Mężczyzna decyduje się dołączyć do konspiracji, ale przed znalezieniem kontaktu, o mały włos nie zostaje schwytany przez Niemców. Podczas ucieczki ukrywa się w mieszkaniu kobiety rodzącej dziecko, zaś jej mąż zostaje postrzelony i aresztowany. W tym czasie Michał zaczyna pracować jako karmiciel wszy.

3_czesc_nocy1

Jak na jakiś czas pojawiają się twórcy, których bardzo trudno zamknąć w jakiekolwiek szufladki. Kimś takim na pewno był Andrzej Żuławski, co pokazał już w swoim debiucie. „Trzecia część nocy” to kino takie, jakiego wtedy (i myślę, że nawet i teraz) mało kto doświadczył. Opierając na doświadczeniach swojego ojca, pokazuje okres okupacji z zupełnie innej perspektywy. Nie będzie tu żadnego heroizmu, bohaterstwa, tylko ludzie próbujący żyć w tym nieludzkim świecie. Aby przetrwać pracują jako karmiciele, by utrzymać swoje rodziny oraz siebie. A jednocześnie Żuławski decyduje się rzucić nas wszystkich w kompletną otchłań, bo jest to bardzo wymagające, hermetyczne kino. Dlaczego? Bo jest to dramat psychologiczny, gdzie nie wiadomo co jest realistycznym zdarzeniem, a co oniryczną wizją spowodowaną karmieniem i jego skutkami ubocznymi. Czy kobieta, o którą chce zadbać Michał naprawdę jest podobna do zmarłej żony czy to kolejne urojenie? A może to jest szansa na odkupienie i przeżycie drugi raz tego samego, tylko że lepiej?

Sam film próbuje być dramatem, filozoficznym traktatem oraz wizją tego czasu jako spełnionej apokalipsy. I chce postawić pytania o to jak żyć, jak się odnaleźć oraz jaką przyjąć postawę: oprzeć się na zdrowym rozsądku czy poczuciem obowiązku mimo wszystko. A gdzieś nad tym wszystkim znajduje się oko Boga, które przygląda się temu wszystkiemu. Dla wielu problemem mogą być dialogi, które wydają się bardziej deklaracjami, wywodami do dyskusji (scena karmienia wszy, gdzie bohaterowie rozmawiają o książkach), rozmowami o Bogu. To może wielu odrzucić.

3_czesc_nocy2

Sama realizacja budzi ogromne uznanie: od bardzo dynamicznie sfotografowanych scen pościgów (Witold Sobociński) przez mocno psychodeliczną muzykę Andrzeja Korzyńskiego, gdzie słyszymy gitarę elektryczną i tybetańskie chóry aż po wręcz naturalistycznie prezentowane sceny przemocy, karmienia czy porodu. Wiele razy będziecie chcieli odwrócić wzrok, zaś zakończenie zryje głowę. Także aktorstwo w stylu Żuławskiego – rozpędzona gadanina (zaskakujący Leszek Teleszyński), balans na granicy obłędu (tutaj bryluje Małgorzata Braunek), dziwaczny stan transu, jakiego nie da się opisać słowami.

Mimo ponad 45 lat, „Trzecia część nocy” pozostaje magnetyzującym doświadczeniem, nawet jeśli nie wszystko jest od razu jasne i trzeba sobie w głowie poukładać. Porażające, obłędne, tajemnicze, wręcz hipnotyzujące kino, ale dla ludzi odważnych i mocnych nerwach.

8/10

Radosław Ostrowski

Romantycy Lekkich Obyczajów – Neoromantyzm

neoromantyzm-w-iext52769590

Dawno nie było grupy z lokalnego Olsztyna. Duet Damian Lange (Transsexdisco) i Adam Miller, bardziej znany jako Romantycy Lekkich Obyczajów, to mieszanka folkowo-rockowej muzyki, okraszonej duchem romantyzmu. Po dwóch latach przerwy przypominają o sobie w czwartym albumie, pod wiele mówiącym tytułem “Neoromantyzm”. Czyżby romantyzm miałby się wznieść na wyższy poziom?

Otwierające całość “Ceppeliny” to mieszanka elektronicznego wstępu z metalicznym basem oraz bardzo chwytliwym refrenem. A żeby nie było zbyt nudno, pod koniec mamy wpleciono solo na trąbkę. Bardziej przewrotne jest “Kobietotalizm”, gdzie na początku mamy wspólny śpiew niczym z muzyki lat 50., by wejść ku reagge’owym klimatom, które nie do końca mi pasują. Jeszcze bardziej zaskakuje “Dotknij żaru”, będący mieszanką rapu (wokal), beatboxingu, funku i jazzu, nie wywołując zgrzytów. Bardziej chwytliwy jest utwór tytułowy, gdzie poza chwytliwym basem oraz solówką trąbki pojawia się sam Grabaż ze Strachów na Lachy. A jeszcze dziwniej, wręcz etnicznie prowokuje “Zwilż”, gdzie gra minimalistyczna perkusja oraz… skrzypce, do których dołącza bas. “Morfeusz” miesza z jednej strony new wave’owe klawisze z gitarami, a nawet piękną kobiecą wokalizę pod koniec, by później wskoczyć w mroczny, silny emocjonalnie “Dom (Tęsknię)”, z każdą sekundą nabierając większego rozmachu. Poza tym czasem zostanie przerobiony wokal (początek wręcz tanecznego “Taki raj”), mocniej zagra gitara (lekko folkowe “Tsunami”), a nawet przypomni o sobie fortepian (lekko “podchmielone” “Karaluchy”).

“Neoromantyzm” jest zbitką różnych eklektycznych dźwięków, które tylko pozornie sprawiają wrażenie przypadkowych. Do tego niegłupie, bardzo refleksyjne teksty nie tylko o miłości oraz wyrazisty wokal tworzą bardzo intrygującą mieszankę, pełnym energii.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tamagochi – Soma 0,5 mg

fab1_1000

Co się stanie, jeśli dwóch popularnych oraz bardzo zdolnych raperów postanowi połączyć siły? Sukces komercyjny na pewno, reklama też zrobi swoje. A jak sama nawijka, flow i chemia? Współpracę podjęli ze sobą Quebonafide – jeden z bardziej postrzelonych raperów oraz Taco Hemingway, czyli ten bardziej snujący, lekko hipsterski, ale z pomysłem i błyskiem (ostatnio mało tego błysku). Tak powstało Taconafide, które wydało “Somę”. Co mogło pójść nie tak?

Już „Intro”, gdzie mamy zapętlone info z telefonu oraz sample z pianina potrafi wciągnąć, tak jak prosta perkusja, tworząc bardzo specyficzny klimat. Jeszcze ciekawiej się dzieje w “Metallica 808”, gdzie panowie za podkład wzięli… “The Unforgiven” kapeli Jamesa Hetfielda, zaś tekst to klasyczne braggadocio z odniesieniami do klasyków muzyki rockowej (m.in. Obywatela G.C. czy Led Zeppelin). Jeśli szukacie jakiegoś bardziej imprezowego numeru, wejdzie wam w głowę “Art-B” z minimalistycznym, ale bardzo “letnim” bitem oraz bardzo chwytliwym refrenem czy bardziej pachnący Zachodnim Wybrzeżem “Ekodiesel”. Szokiem może być “Wiem” I nie tylko dlatego, że ma “orientalny” posmak, lecz z powodu śpiewanego refrenu oraz wręcz zawodzącego (dosłownie) Quebo, sprawiającego wręcz ból. Niebezpiecznie blisko Bedoesa (brzmieniowo) zmierzają “Kryptowaluty”, chociaż bit jest bardziej niepokojący, jednak nawijka Quebo wydaje się wręcz na poziomie nastolatka (kwestie miłosne). Poszukiwacze bardziej staroszkolnych klimatów odnajdą się w mocnym “PIN” oraz delikatniejszych “8 kobietach”, a łowcy chwytliwych hitów na pewno zauważą “Tamagochi”, gdzie technologia jest głównym tematem.

A jak sobie radzą panowie Quebo i Taco? Przejścia między zwrotkami obydwu panów są bardzo płynne, zgrabnie się uzupełniając. Quebo wydaje się bardziej ekspresyjny, wręcz emocjonalny, co parę razy potrafi zirytować, zaś Taco utrzymuje swoje tempo, bawiąc się spowolnieniami oraz przyspieszeniami. Zaś tekstowo dotykają klasycznych tematów: sława, forsa, relacje damsko-męskie, czasami z pojedynczymi banałami (“W życiu chodzi głównie o to, żeby żyć”).

Jednak nie mogę pozbyć się wrażenia niewykorzystania w pełni potencjału, pod koniec wprawiając w stan znużenia. Ale wyszła całkiem przyzwoita płyta z paroma mocnymi strzałami. Tylko, że obydwu stać na wiele więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Niewidzialne

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest karkołomnym zadaniem, zwłaszcza jeśli podejmuje się go sam autor. Nawet jeśli wcześniej zrobił udany film. Paweł Sala tym razem pokazuje losy trzech panien pracujących jako szwaczki w jakiejś obskurnej piwnicy. Szyją ubrania, szefa nie ma nigdy, pieniędzy też niewiele. Jest jeszcze kroczy, do którego nasze dziewuchy lecą i kręci bardzo, chociaż nie wiadomo dlaczego. Może dlatego, że jest tutaj jedynym facetem.

niewidzialne1

„Niewidoczne” są zrobione tak, jak klasyczny dramat teatralny – jesteśmy w jednym miejscu, gdzie przebywają szwaczki i krojczy, którzy prowadzą rozmowy. I tak gadają, gadają, gadają. A o czym? O wszystkim i o niczym. A że są to osoby raczej z marginesu, to głównie o ciężkim życiu. Bo jedna szwaczka (dobra Natalia Rybicka) samotnie wychowuje syna-niemowę, druga (nierówna, bardzo manieryczna Sandra Korzeniak) ma męża-skazańca i myśli tylko o jednym, czyli o bzykaniu, z kolei trzecia jest samotną, starszą panią. No i jest jeszcze krojczy, który poza byciem źródła pożądania (zostaje ono zaspokojone przez wszystkie trzy panie naraz w niezbyt przyjemnej scenie) czasem coś pomaluje i napisze jakiś wierszyk. Jako jedyny wydaje się osobą niepasującą do tego miejsca. Jeszcze jest pojawiająca się Maria Miracle (niezła Aleksandra Popławska), która jest wypadkową akwizytora i szarlatanki, proponującej duże pieniądze w zamian za wypełnienie kwestionariusza. Niemal czysty symbol kapitalizmu oraz lepszego, dostatniego życia.

niewidzialne2

Problem w tym, że sam reżyser albo nie wie, o czym tak naprawdę chce opowiedzieć, albo wybrany temat zwyczajnie jest nieciekawy. Że jest biednie, szaro i nieciekawie – wystarczy poczytać pierwszą, lepszą gazetę. Fabuły, jak intrygi jako takiej tu nie ma, zaś sam widok brudnej piwnicy, choć wygląda pięknie – według kryteriów turpistów – oraz gwałtownie wchodząca muzyka między przejściami to troszkę za mało, by porwać. No jest jeszcze monolog, gdzie szwaczka-erotomanka mówi o swoich dzieciach – to potrafi uderzyć piorunem.

Jednak poza tym „Niewidzialne” miałoby większą siłę rażenia w teatrze. Sam film działa bardzo przysypiająco, wymaga wiele wysiłku i nie pokazuje niczego nowego wobec życia ludzi marginesu. Czyli wyszedł typowy polski snuj, a szkoda.

4/10

Radosław Ostrowski

Pomiędzy słowami

Może się wydawać, że kwestie dotyczące imigrantów są już tak ograne, iż nie ma szansy opowiedzenia czegoś nowego i ciekawego w tej materii. A już zwłaszcza, gdy bohaterem tej opowieści jest Polak. Michał (a właściwie Michael) jest pracownikiem kancelarii adwokackiej, utrzymującej bardzo duże dochody. Tylko, że nasz bohater czuje się bardziej Niemcem, próbuje się zasymilować z nowym otoczeniem, wypierając się swoich korzeni. Ale w ten weekend przyjeżdża do niego ojciec, który był uważany za zmarłego.

pomiedzy_slowami1

Urszula Antoniak jest polską reżyserką, która od lat mieszka i tworzy w Holandii, zaś „Pomiędzy słowami” to już trzecia fabuła. I na pierwszy rzut oka wydaje się kinem artystycznym, skupionym na tym, co niewypowiedziane, skryte miedzy słowami, gestami oraz spojrzeniami. Historia toczy się bardzo powoli, a wszystko toczy się wokół dwóch wątków. Pierwszy to próba nawiązania relacji chłopaka z ojcem, o którym nic nie wiedział. Obaj są dla siebie obcymi, dorosłymi ludźmi, nie mającymi ze sobą niemal nic wspólnego, a początkowa nieufność staje się coraz szybciej przełamywanym. Zaczynałem coraz bardziej widać tworzącą się więź, w czym pomagają niegłupie dialogi oraz pewna aura tajemnicy wokół postaci ojca. Z drugiej strony film pokazuje bohatera jako osobą odnoszącą duże sukcesy, lecz odcinającą się od swoich korzeni. Michael „wypiera” się polskości nie tylko za pomocą języka (szef zauważa, że mówiąc po polsku jest innym człowiekiem), ale też sposobem bycia, w swoim niemal pustym mieszkaniu. Więc kim jest Michał, który sprawia wrażenie wycofanego, wręcz chłodnego cyborga pozbawionego uczuć, emocji, ciągle chodzący w garniturze z krawatem?

pomiedzy_slowami2

Reżyserka nie próbuje dawać odpowiedzi, a jej praca polega na przyglądaniu się naszemu bohaterowi niczym laboratoryjnemu szczurowi. W zasadzie mogłoby to wynudzić, ale sam film wygląda wręcz przepięknie. Nie tylko dlatego, że całość jest czarno-biała, ale ta kolorystyka buduje klimat nierzeczywistości, aury tajemnicy, zagadki, wspierany przez piękną muzykę. Dobre wrażenie psuje za to zakończenie, będące zbyt dosadne, wręcz zaprzeczające całej reszcie.

pomiedzy_slowami3

Jednak najmocniejszym punktem pozostają znakomicie grający Jakub Gierszał (Michał) oraz Andrzej Chyra (ojciec). Ten pierwszy jest bardzo wycofany, wyalienowanym człowiekiem, próbującym się scalić ze swoim domem. Ale ten drugi najbardziej przyciąga – człowiek z tajemnicą, poczuciem winy, próbujący odkupić swoje dawne błędy. Ich wspólne rozmowy podkręcają emocje i prowokują do zastanowienia.

„Pomiędzy słowami” pozornie może się wydawać stylowym, eleganckim, ale bardzo nudnym dramatem psychologicznym a’la Kieślowski. Antoniak potrafi skupić uwagę nie tylko formą, lecz bardzo niejednoznacznym bohaterem, stawiając pytania o imigrantów, koegzystencję oraz integrację Europy, bez politycznego komentarza.

7/10

Radosław Ostrowski

Endless

Sekty są miejscami, które naznaczają ludzką psychikę na bardzo długie lata. Do jednej z nich należeli Aaron i Justin, ale udało im się 10 lat temu uciec. Czy to była dobra decyzja? Zdania są mocno podzielone, bo Justin pamięta to miejsce jako niepokojące, złe i tajemnicze, z kolei Aaron niczego takiego nie pamięta. Bracia pracują jako sprzątacze, jakoś wiążąc koniec z końcem. Ale wszystko się zmienia, gdy trafia do nich kaseta nagrana przez członkinię kultystów. Czyżby wszystkie informacje były nieprawdą? Nie planowali popełnienia samobójstwa? Mężczyźni decydują się wrócić do Camp Arcadii, by dojść do prawdy.

endless1

Reżyserski duet Justin Benson i Aaron Moorhead postanowili się pobawić różnymi gatunkami, by sprowokować do przemyśleń. Sam film to zbitka kina drogi, SF oraz horroru, gdzie przez większość czasu pojawia się wiele tajemnic. Skąd się wzięła ta taśma? Dlaczego kultyści zachowują się jak normalni ludzie? Dlaczego to miejsce wydaje się tak rajskie? I po co w ogóle stamtąd uciekać? Wszystko wydaje się tutaj w miarę normalne, ludzie sympatyczni, bez jakiegoś nawiedzonego pieprzenia. W tle gra bardzo pulsująca, niepewna muzyka. A im dalej w las, tym więcej zagadek się pojawia – trzy księżyce, „próba siły” ze sznurem, kobieta szukająca męża. O co tutaj tak naprawdę chodzi? I dlaczego w tym małym kawałku ziemi można tak łatwo się zgubić? Ale w połowie twórcy zaczynają odkrywać kolejne elementy układanki, doprowadzając do stanu umysłu zwanego mindfuckiem. Więcej wam nie powiem, ale ta wolta może wprawić w zakłopotanie, przez co trudno było mi to ogarnąć.

endless2

Niemniej muszę przyznać, że „Endless” wygląda bardzo pięknie i to zarówno w scenach niby onirycznych (od połowy filmu), jak też wyglądu samego obozu. Z drugiej strony przez większość scen, film wygląda niemal jak dokument, co dodaje realizmu na początku. A najmocniejszym ogniwem, mimo przełamania pozostaje braterska relacja (sami reżyserzy w tych rolach), zachowująca naturalność oraz wiarygodność do samego końca. Widać pewne skrywane żale, pretensje oraz dwie różne postawy życiowe: twarde stąpanie po ziemi kontra pewna niesamodzielność połączona z poczuciem bliskości, jednak czuć między nimi silną więź i bliskość.

endless3

„Endless” jest dziwaczną mieszanką tajemnicy z fantastyką oraz bardzo specyficznym klimatem, który wielu może odrzucić. Potrafi miejscami wciągnąć, jednak dla wielu może zadziałać usypiająco. Niemniej warto spróbować i dać szansę, bo może dacie się wciągnąć.

6,5/10

Radosław Ostrowski