Nowy świat

Kiedy wydaje ci się, że już dałeś sobie spokój z kinem nowelowym, udaje ci się wygrzebać coś takiego jak „Nowy świat”. To kolejny film, gdzie mamy tym razem trzy opowieści, a ich bohaterami są mieszkający w Polsce imigranci. Każde z nich trafiło tutaj z różnych powodów i wszystkich poznajemy niejako wrzuceni w sam środek, po drodze wyłuskując kolejne informacje.

Pierwszą poznajemy Żannę – kobietę z Białorusi, żonę politycznego aktywisty. Ona studiuje i próbuje wychować syna, on zostaje aresztowany w kraju. Pojawia się ten trzeci, czyli Jan z fundacji pomagającej kobiecie. W drugim segmencie pojawia się Assan – pochodzący z Iraku mężczyzna, wcześniej będący tłumaczem na wojnie, obecnie pracującym w knajpie jako sprzątacz. A na sam koniec pojawia się Wiera, wcześniej znana jako Oleg: aktorka z Ukrainy i transseksualistką, którą odwiedza syn z dziadkiem.

nowy_swiat1

Choć za każdą z tych opowieści opowiada inny reżyser, „Nowy świat” stylistycznie bardzo spójny, przypominający bardziej dokument, ze stonowanymi kolorami, oszczędnie poprowadzoną narracją oraz zakończeniem, bez stawiania kropki nad i. Problem jednak w tym, że przez dwie trzecie filmu kwestie imigracji czy adaptacji w nowym otoczeniu wydają się nieistotne. Przeszłość bohaterów (zwłaszcza Żanny) jest potraktowana po macoszemu, przez co ich losy nie do końca potrafią poruszyć czy zaangażować. Postaciom brakuje głębi, ich decyzje nie do końca pozostają jasne, zaś dialogi po prostu są. Im dalej w las, tym pojawia się kilka ciekawych pomysłów jak wplecione retrospekcje u Assana czy otwierająca segment Wiery scena z pogrzebu. Najbardziej jednak poruszyła mnie ta ostatnia, czyli zderzenie bardzo konserwatywnego dziadka z synem, który chce zmienić płeć. Tutaj dwie strony próbują znaleźć wspólny język oraz rozwiązać problem kto ma wychować dziecko po śmierci matki. Powściągliwość miesza się z gwałtownością i dramatem niezrozumienia.

nowy_swiat2

Tutaj najwięcej miejsca aktorsko mają do pokazania cudzoziemcy i wychodzi im to dobrze: od bardzo niepewnej, niezdecydowanej Olgi Aksyonowej (Żanna) przez dręczonego demonami Assana (Hassan Akkouch) przez uwięzioną w nieswoim ciele Olega (Karina Minaeva). Problemy tego ostatniego uderzyły we mnie najmocniej, choć zarysowano je najdelikatniej ze wszystkich.

nowy_swiat3

Twórcy filmu próbowali pokazać Polskę z perspektywy cudzoziemca, tylko że nie poruszyło mnie za bardzo to wszystko. „Nowy świat” jest zbyt delikatny, bezpieczny, wręcz asekurancki z zaledwie szkicowanymi fabułami. Każdy z segmentów zasługiwał na osobny film, mogący w pełni rozwinąć swój potencjał, zarżnięty niemal całkowicie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Warsaw by Night

Kolejny film nowelowy z Polski, który mignął przez kina i tyle go widzieli. Tym razem za kamerą stanęła Natalia Koryncka-Gruz wracająca po długiej przerwie do dużego ekranu. Ale czy pobyt i praca przy serialach telewizyjnych nie pozbawiła intuicji reżyserki Jeden lokal, cztery kobiety w różnym wieku i ich historie: od młodej nastolatki z niebieskimi włosami (czyżby ktoś oglądał „Życie Adeli”?) przyjeżdżającej do Warszawy przez niby żyjącą w związku młodą dziewczynę, dojrzałą kobietę próbującą pomóc swojej rozhisteryzowanej siostrze po rozwiedzioną starszą panią śledzącą swojego byłego męża.

warsaw_by_night1

Wszystkie te opowieści skupiają się na tej jednej nocy (ewentualnie dniu przed nią), lecz sprawiają wrażenie bardzo takich pourywanych, z wieloma niedopowiedzeniami – zbyt wieloma – oraz bardzo krótkim czasie skupionym na każdej postaci, co bardzo mocno mnie zabolało. Jednak niemal wszystkie bohaterki (poza wizytą w toalecie) łączy jeszcze jedna rzecz: poczucie samotności, znudzenia, odrzucenie. Tylko, że te obserwacje reżyserki wydają się kompletnie pozbawione emocji, zaś zachowanie niektórych osób (niekoniecznie na pierwszym planie) wydaje się co najmniej zastanawiające. O ile jeszcze Igę, decydującą się pójść na rozmowę zamiast siostry z kochanką jej męża jestem w stanie zrozumieć, o tyle najbardziej drażni mnie Maja. Niby jest w związku, ale traktuje swojego partnera jak śmiecia (pyskuje, jest egoistką, do restauracji ubiera się jak na dyskotekę, nie słucha go), nie liczy się z jego zdaniem i jest tak odpychająca, że brakuje słów. Jeszcze uwagę potrafi skupić niebieskowłosa Renata oraz jej pobyt w Warszawie, zakończony gwałtowną wizytą u – nie, tego wam nie zdradzę – czy ubarwiony odrobiną humoru wątek Igi oraz jej rozmowy z kochanką.

warsaw_by_night2

Tylko, że reżyserka nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału swojego filmu o różnych aspektach miłości, polanych melancholijnym sosem. Dialogi miejscami przyprawiają o ból głowy, zaś obecność taksówkarza pytającego o pewien nadprzyrodzony problem, wydaje się zbyteczna. Muszę przyznać, że ładnie to wygląda, w tle gra bardzo pulsująca muzyka i nie jest to produkcja w stylu TVN-u. To wszystko jednak jest mocno nijakie, sztuczne, bez początku oraz końca, lekko telenowelowe. Gdyby każdy z tych wątków rozbudować, dodając jakieś 15-20 minut, dałoby się z tego wycisnąć dużo soczystości.

warsaw_by_night3

Najlepiej z tej kosmicznej obsady robi Stanisława Celińska, czyli najbardziej doświadczona przez życie Helena. Troszkę zgorzkniała, rozczarowana i pełna żalu, bólu, poczucia niespełnienia, gdy wypowiada swoje pretensje swojemu partnerowi (mocny Marian Dziędziel) nie czuć w niej fałszu. Drugim mocnym punktem jest wtedy kompletnie nieznana Marta Mazurek (Renata) – zbuntowana, skrywająca pewną tajemnicą, chociaż jej tło pozostaje niezbyt zarysowane (chociaż wybija się Gabriela Muskała jako matka). Za to kompletnie drażniła mnie Roma Gąsiorowska (Maja), wywołująca sprzeczne emocje niż sobie założyli twórcy. A drugi plan jest wręcz przebogaty, że głowa mała, a najbardziej z tego tłumu wybija się Łukasz Simlat (tajemniczy Filip) oraz Joanna Kulig (kochanka).

Jak wygląda Warszawa nocą? Bywa ładna, czasami potrafi poruszyć, jednak przez większość czasu zwyczajnie nuży. Przerwa od realizacji filmów była zdecydowanie za długo, chociaż czuć było duży potencjał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Johnny Marr – Call the Comet

Johnny_Marr_-_Call_the_Comet

Cokolwiek by Johnny Marr nie nagrywał i zrealizował, zawsze pozostanie jedną drugą kreatywną składu The Smiths. Jednak ten zdolny gitarzysta po rozpadzie formacji działał najpierw jako muzyk sesyjny, by dopiero pięć lata temu spróbować sił jako solista. W tym roku wyszedł trzeci album sygnowany jego nazwiskiem i wydaje się, że udało się utrzymać poziom.

Niby dalej czuć ducha rocka z lat 80., co słychać w solówkach i brzmieniu reszty instrumentów, ale zrobione jest nowocześnie. Tak jak w zadziornym “Rise”, z którym, syntezatorowym wstępem czy punkowy w duchu “The Tracers”, jakim mógłby się pochwalić na ostatniej płycie Noel Gallagher. Surowszy, niemniej melodyjny “Hey Angel” podtrzymuje poziom, a nowofalowy singiel “Hi Hello” brzmi niczym zaginiony kawałek The Smiths (podobnie “Day In, Day Out”). Nie oznacza to, że Marr nie potrafi czymś zaskoczyć. Czy tu perkusyjną elektroniką (synth popowe “New Dominions”), przytłumionym fortepianem (“Walk Into the Sea”), lekko przerobionym głosem (taneczny “Bug”) czy przesterowaną gitarą a’la U2 (“Actor Attractor”), jednak to są drobne detale dla bardzo staroświeckiego rocka sprzed 30 lat. Strasznie mi się podobają te solówki Marra, tak samo jak jego głos.

Ktoś powie, że Marr troszkę stoi w miejscu i gra ciągle to samo. Ale trudno mi się przyczepić do tego, skoro jest to dobrze wykonane, przyjemnie się słucha i nadal ma swój klimat. Tą kometę możecie śmiało wezwać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Stanisława Celińska – Malinowa…

malinowa-w-iext52789968

Sukces “Atramentowej” okazał się niespodzianką dla wszystkich zaangażowanych. Status podwójnej platyny, masa koncertów spowodowały, że trzeba było pójść za ciosem. Najpierw był suplement do poprzednika, ale w tym roku pojawiło się premierowe dzieło, gdzie Celińska (razem z Maciejem Muraszko) wyruszyła w kolejną wyprawę pełną dźwięków oraz własnych tekstów. Co z tego wyszło?

Nadal poruszamy się po brzmieniach bardziej latynoamerykańskich, czyli bossa novy, fado itp. Nadal dominują wszelkiej maści gitary, co potwierdza lekko melancholijny “Już nie trzeba mi”, gdzie znalazło się miejsce dla skrzypiec oraz akordeonu. Cieplej przygrywa gitara w “Drzewie”, dodając pogodności, by potem przyspieszyć w “Mija raz dwa” z zadziornymi smyczkami. Troszkę mroczniej (fortepian oraz oszczędna perkusja) zaczyna się dziać w “Ja – tu, Ty – tam”, gdzie gościnnie pojawia się sam Piotr Fronczewski. A wiadomo, że obecność pana Fronczewskiego czyni wszystko lepszym, nawet skrzypce graja bardziej szlachetnie. Całość jest zdominowana przez bardziej refleksyjne i nastrojowe melodie, w których gra gitara z fortepianem (“Słowa”, “Nie chcę inaczej”), ale pojawiają się pewne drobiazgi w postaci klarnetu (“Wybacz”), bardzo dynamicznego akordeonu Marcina Wyrostka (bossa nova “Gdzie jesteś dziewczyno”), zwiewnego fletu (“Korali sznur”), cymbałki (lekko “cyrkowa” w brzmieniu “Maskarada”) czy jazzowego saksofonu (ciepła “Malinowa herbatka”), więc nie można go nazwać monotonnym.

Sama Celińska z bardzo spokojnym, ale pełnym emocji głosem tworzy niesamowity, angażujący spektakl, pełen refleksji na temat życia w ogóle. Nie tylko relacji z innymi ludźmi, ale też przemijaniem, fałszem, radością życia, co słychać w szczerych tekstach. Na coraz bliżej nadchodzącą jesień, będzie to idealna propozycja. Najlepiej w duecie z herbatką.

8/10

Radosław Ostrowski

Plan B

Nowelowe kino ostatnio znowu przeżywa renesans. Ale z drugiej strony takie filmy, gdzie mamy przeplatane historyjki kilku postaci wymagają więcej precyzji, skupienia i zgrania wszystkich elementów do kupy. Tego zadania postanowiła podjąć się Kinga Dębska w swoim trzecim filmie „Plan B”.

Akcja toczy się parę dni przed Walentynkami, zaś bohaterami jest czworo ludzi znajdujących się w tym momencie, gdzie ich życie zaczyna się wywracać do góry nogami. Mirek właśnie wyszedł do więzienia, a w domu nikt na niego nie czeka, u Natalii (kiedyś wiolonczelistka) córka wyjeżdża za granicę i zostawia ją mąż, Agnieszka (wykładowca) traci ukochanego w wypadku, zaś Klara bardziej skupia się na życiu swojego ojca niż własnym. Innymi słowy spokojne i stabilne życie zostało zburzone w ułamku sekundy. Tylko co dalej?

plan_b1

Jak wspominałem historie tutaj się przeplatają, czyli przeskakujemy z jednej postaci do drugiej, chociaż niektóre wątki są bardzo luźno ze sobą powiązane. Wszystkie mają za to jeden wspólny mianownik: samotność. Każdy z bohaterów musi się pogodzić z zastaną sytuacją i odnaleźć swoje miejsce. Ale od czego są inni ludzi, bo czasem przypadkowe zdarzenie może doprowadzić do czegoś nowego, znalezienia nowej, bliskiej osoby (z którą raźniej można iść przez drogę zwaną życiem), przewartościowania, znalezienia nowego planu na siebie. Same przejścia nie wywołują dezorientacji czy chaosu, a całość polana jest sporą ilością ciepłego humoru. Tylko, że to wszystko wydaje się (dla mnie) zbyt skrótowe, pewne problemy są nagle rozwiązywane, poza kadrem. I przez to nie byłem w stanie do końca wejść w ten tytuł. Nie brakuje kilku zapadających w pamięć momentów (pierwsze spotkanie Mirka z psem i wspólny posiłek, zdemolowanie kuchni przez Natalię czy scena pogrzebu), nawet wręcz dramatycznych, tylko scenariusz mocno kuleje, mimo iż Dębska wyciska z niego wszystko. Za łatwo to wszystko wchodzi, postacie są dość lekko zarysowane, a wiele scen zasługuje na rozwinięcie.

plan_b2

Ale trzeba przyznać, że wszystko to jest świetnie zagrane. Na pierwszy plan wybija się Marcin Dorociński, który od początku budzi sympatię, a jego interakcje z psem dodają bardzo dużo lekkości. Klasę także potwierdza Kinga Preis (Natalia) oraz dawno nie widziana – przynajmniej przeze mnie – Edyta Olszówka (Agnieszka), przekonująco pokazując stany emocjonalne swoich bohaterek w bardzo powściągliwy sposób. Za to odkryciem dla mnie była Małgorzata Gorol (Ania), dodając odrobinę dynamiki w relacji z Agnieszką. No i jeszcze Roma Gąsiorowska pokazująca się z dobrej strony.

plan_b3

Powiem szczerze, że „Plan B” wywołał we mnie poczucie lekkiego niedosytu. Można było troszkę rozciągnąć i rozbudować każdy z tych wątków, bo scenariusz jest najsłabszym ogniwem. Ale seans pozostaje bardzo przyjemny, wręcz działa kojąco, co jest ogromną zasługą Dębskiej. Tylko przyzwoite dzieło.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Azyl

Kiedy wydaje się, że już niczego nowego w temacie Holocaustu nie da się opowiedzieć, pojawiają się goście zza Wielkiej Wody. Oni potrafią wyciągnąć historie ludzi, pomagających w ukrywaniu Żydów podczas tych barbarzyńskich czasów II wojny światowej. Takimi ludźmi byli też Antonina i Jan Żabińscy – właściciele warszawskiego zoo, gdzie ukryło się ponad 300 osób. O nich opowiada „Azyl” Niki Caro.

azyl1

Sam film jest przykładem solidnego rzemiosła, zrobionego wręcz od linijki. Sam początek, czyli działalność zoo przed wojną wygląda wręcz sielankowo, zwierzęta wyglądają pięknie, a czas mija bardzo przyjemnie. Tylko, że potem wybucha wojna, zoo nie jest potrzebne w swojej pierwotnej formie, zwierzęta są zabijane, a świat staje się coraz bardziej brudny. Tylko, że reżyserka nie próbuje zbyt mocno zarysowywać tła – okupacyjna rzeczywistość do Żabińskich wchodzi bardzo rzadko: bombardowanie na początku, stworzenie magazynu czy hodowla świń. Jednak najważniejsza jest jedna decyzja: wyciąganie ludzi z getta, nadanie im nowej tożsamości, ukrywanie w domu (sygnałem była grana muzyka na fortepianie) oraz wywóz poza miasto. Dla mnie jednak problemem było to, że twórcy zrobili ten świat tak zero-jedynkowy, jakbyśmy oglądali czytankę dla szkół: Polacy są tutaj dobrzy i wykształceni, zaś Niemcy to barbarzyńscy brutale. I wiem, że takie przykłady na pewno można łatwo znaleźć, zaś potencjalne konflikty (dość trudna relacja Żabińskich z dr Lutzem, głównym zoologiem Rzeszy) są pokazane w sposób bardzo uproszczony, wręcz skrótowy. Okupacyjna Warszawa, choć robi wrażenie detalami (przedmioty z epoki, plakaty na ulicach), to jednocześnie wydaje się on bardzo sterylny, „czysty”. Brakowało mi poczucia zagrożenia i tego, że jest wojna.

azyl2

Nie oznacza to jednak, że „Azyl” jest kompletnie nudny. Ma kilka bardzo mocnych scen jak choćby wątek związany z pobitą oraz zgwałconą dziewczynką, którą udaje się ukryć (Urszula), walki powstańcze, pożegnanie dr Korczaka czy zabijanie zwierząt przez wojsko, niemniej to za mało by mówić o angażującym dziele. Do tego jeszcze ten język angielski, który może niektórych kłuć.

Niemniej film ma jeden, wyrazisty element – Jessikę Chastain, która dźwiga cały ten film na swoich barkach. W jej interpretacji Żabińska jest z jednej strony bardzo silną, zdeterminowaną kobietę, z drugiej bardzo delikatną, wystraszoną (zwłaszcza w scenach z Lutzem – niezawodny Daniel Bruhl). Scena rozmowy z Urszulą, rozmowy z mężem czy bardzo mocny finał zapadają bardzo w pamięć. Kolejny przykład one man show.

azyl3

Mimo tych wad cieszy mnie, że ten film powstał. Szkoda, że ten film nie został zrobiony przez nas. Chociaż być może nie byłby lepszy od tego standardu made in Hollywood, ale tego się nie dowiemy. Zaledwie poprawna robota.

6/10

Radosław Ostrowski

Belle & Sebastian – How To Solve Our Human Problems (Parts 1-3)

how-to-solve-our-human-problems-part-3-w-iext52576431

Ta sympatyczna szkocka formacja w tym roku postanowiła nie nagrywać klasycznie rozumianego albumu. Stuart Murduch z kumplami nagrali najpierw jedną EP-kę, potem drugą oraz trzecią, po kolei wydając w przeciągu roku, by następnie rzucić jako jeden album. Sprawdźmy zatem jak można rozwiązać problem ludzkości.

Grupa nadal serwuje swoje melancholijne, pop-rockowe numery w starym stylu. Czuć to już w otwierającym całość nostalgicznym “Sweet Dew Low”, polana ciepłymi klawiszami, łagodną gitarą z basem. Zupełnie jakbyśmy się cofnęli do lat 70. Więcej do powiedzenia ma transowa perkusja w troszkę synth popowym “We Were Beautiful”, gdzie klawisze (zwłaszcza w refrenie) wydają się bardziej niepokojące, chociaż w połowie zostaje to przełamane solówką trąbki. Liryczniej gra “Fickle Season”, dając więcej przestrzeni akustycznej gitarze oraz… cymbałkom, zaś delikatny wokal Sary Martin tworzy bardzo romantyczny nastrój. Fani bardziej tanecznych numerów, będą oczarowani “The Girl Doesn’t Get It”, chociaż to nie jest do końca moja bajka, z kolei dwuczęściowe “Everything Is Now” z harmonijnymi wokalami oraz spokojnym rytmem skojarzył mi się z Arcade Fire, choć pierwsza część jest bardziej instrumentalna. Chociaż tutaj jest więcej instrumentalnych fragmentów. Radosny, chwytliwy, w duchu lekko psychodelicznych czasów prowadzi “Show Me the Sun”. nie brakuje tu i wspólnego śpiewania, ciut przestrojonej gitary oraz przełamania w połowie (na krótko), by przejść ku melancholijnemu “Same Star” czy okraszonego klarnetowym wstępem “I’ll Be Your Pilot”.

Ale nie brakuje bardziej żywiołowych numerów jak pełen gitar “Cornflakes” czy lekko dyskotekowy “Poor Boy” z funkowym basem, ciepłymi klawiszami oraz dość szybkim wokalem Martin (refren) z Murdochem, jednak są one wyjątkiem od reguły, chwilami wybudzenia i wyrwania z liryczno-romantycznego-retro brzmienia w starym stylu. Gdzie odzywają się gitary, smyczki, ciepłe klawisze, melodia jest bardzo przyjemna, a niepoprawni romantycy znajdą masę rzeczy. Klasyczne Belle & Sebastian – tylko i aż tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wieczór gier

Lubicie grać? Z kumplami albo paczką przyjaciół? Na pewno lubi to robić Max – mistrz wszelkiego rodzaju szarad. Podczas jednej z nich poznał Annie, która też uwielbia grać. Czy może być lepsze połączenie? Do szczęścia brakuje jedynie dziecka, ale tradycją stało się urządzanie wieczoru gier. Jednak prawdziwym kozakiem w grach jest brata Maxa, Brooks. Ten gość ma dużą chatę, wiele kasy i wydaje się być lepszy we wszystkim. Decyduje się zaprosić Maxa z kumplami do siebie na grę o wiele poważniejszą z porwaniem w tle. Tylko, że porwanie nie okazuje się częścią gry.

wieczor_gier1

Sam pomysł na tą komedię może wydawać się dość prosty, czyli komplikujemy intrygę, która się na to nie zapowiada. Ale duet John Francis Daley/Jonathan Goldstein postanowili zaryzykować, mieszając komedię z sensacyjnym wątkiem. I muszę przyznać, że „Wieczór gier” potrafi dostarczyć rozrywki od samego początku do samego końca. Po kolei: koncept paczki kumpli pakujących się w niebezpieczną aferę daje duże pole do popisu. Twórcy pokazują kompletnie różne charaktery – od pary znającej się praktycznie od małego aż do niezbyt lotnego gościa co wieczór przychodzącego z nową dziewczyną. Podczas gier poznajemy kolejne problemy naszych bohaterów (domniemana zdrada, kwestia braterskiej rywalizacji, lekceważenie jednego z członków), ale moralizatorstwo nie jest tutaj nachalne i rzucane prosto w twarz.

wieczor_gier2

Do tego sama intryga jest poprowadzona w sposób nieprzewidywalny. Brooks pakuje się w poważną aferę związaną z pewnym jajkiem, które trzeba ukraść, gangsterskie porachunki oraz akcje w stylu Liama Neesona. Tempo jest odpowiednio utrzymane cały czas, zaś kilka gagów (wyjęcie kuli z rany postrzałowej czy próba wyczyszczenia krwi z pokoju policjanta) to prawdziwe perełki. Trzeba za to też pochwalić pomysłowe wykonanie scen akcji (porwanie Brooksa czy przerzucanie się jajkiem w rezydencji), płynny montaż oraz parę popkulturowych aluzji („Podziemny krąg”, „Uprowadzona 3”) także w dialogach. I nie ma tutaj ani jednego kloaczno-żenujacego żartu. To na pewno komedia z USA? Jedyną dla mnie poważniejszą wadą była muzyka Cliffa Martineza, początkowo sprawiająca wrażenie z innego świata, ale potem staje się łatwiejszym tłem.

wieczor_gier3

Za to film jest świetnie zagrany. Czuć chemię miedzy postaciami, nawet w momentach „oddechu”. Dla Jasona Batemana (Max) takie kino to chleb powszedni i tutaj tylko to potwierdza, za to kompletnie mnie zaskoczyła Rachel McAdams (Annie), której nie podejrzewałem o taki talent komediowy. Ratowanie Brooka w barze czy akcja na lotnisku wypadają świetnie. Swoje też robi pojawiający się w epizodach Danny Huston oraz Michael C. Hall w rolach gangsterów i Jeffrey Wigant („agent FBI”).  Ale film kradną Billy Magnusson (skretyniały Ryan, wierzący we wszystko) oraz zaskakujący Jesse Plemons (dość niepokojący gliniarz Gary), podnosząc całość na wyższy pułap.

„Wieczór gier” przywraca nadzieję w amerykańskie komedie, które nie są zbyt moralizatorskie, wulgarne czy z dowcipami w okolicach krocza. I przede wszystkim jest śmieszna, a o to tu chodzi. Seans będzie lepszy, jeśli zobaczycie go razem z kumplami.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

On wrócił

Rok 2014 pozornie wydawał się zwykłym rokiem w kraju, gdzie na kiełbasę mówi się wurst, popija się piwo, zaś symbolem urody jest Angela Merkel. I właśnie tutaj budzi się kompletnie nie znając przyczyny… Adolf Hitler. Tak, ten sam wąs, ten sam uniform, tylko kompletnie upaprany piachem i błotem. Ale rzeczywistość wydaje się dla niego kompletnie obca i wtedy pojawia się zwolniony pracownik telewizji, niejaki Fabian Sawatzki, który przypadkowo sfilmował przywódcę III Rzeszy.

on_wrocil1

Niemiecka komedia – samo sformułowanie brzmi bardziej groźnie niż jakakolwiek broń masowego rażenia zrobiona kiedykolwiek przez ludzkość. Dodatkowo w roli głównej mamy Adolfa Hitlera, którego poglądy bardziej wywołują przerażenie niż śmiech. Początkowo film może się wydawać zbiorem gagów, gdzie Fuhrer popełnia kolejne gafy, nie rozpoznając się we współczesnym, poprawnym politycznie świecie. I nie boi się reprezentować swoich poglądów, nadal chce rządzić światem i uczynić Niemcy wielkie. Przecież wydawałoby się, że dzisiaj ktoś taki już mieć racji bytu. Prawda? Reżyser pokazuje, że… niekoniecznie byłaby to prawda. O ile na początku jego obecność wydaje się ciekawostką, jednak wykorzystanie przez Hitlera nowych narzędzi komunikacji (telewizja, Internet, Facebook) sprawia, że śmiech zaczyna coraz bardziej tkwić w gardle. Bohaterowie zaczyna zaś dostrzegać prawdę o człowieku uważanym za błazna. Ale czy wtedy nie będzie już za późno?

on_wrocil2

Choć wiele scen jest autentycznie rozbrajających (rozmowa Hitlera z szefem neonazistów czy Hitler malujący… portrety), „On wrócił” ma kilka trafnych obserwacji oraz bardzo dużo goryczy. Atakuje się zarówno telewizję serwującą kontrowersyjne programy oraz lekką rozrywkę, polityków pozbawionych siły woli oraz charyzmy, wszelkiej maści YouTuberów komentujących program czy celebrytów. Ale najbardziej przeraża coś innego – gdy zaczniemy się wsłuchiwać w poglądy Adolfa H., okazuje się mieć wiele racji. Zaś samą ciszą potrafi przyciągnąć uwagę bardziej niż długimi przemówieniami. I to, że wiele ludzi z tymi poglądami skrycie się identyfikuje, jakby wiedział o pragnieniach, poczuciu wielkości. Jakby trafnie znał ukryte pragnienia, tłumione lęki oraz rasizm, homofobię, nienawiść do imigrantów. To bardzo mocno przypomina ostatnia scena, gdzie widzimy zamieszki, protesty oraz przemówienia polityków z bardziej skrajnej sceny europejskiej polityki.

on_wrocil3

Czy ten świat już oszalał? Czy niczego się nie nauczył? – pyta reżyser przy okazji tej świetnej satyry. Bardzo dobrze wykonanej, świetnie zagranej (tutaj błyszczy rewelacyjny Oliver Masucci w roli Hitlera) oraz bardzo przerażająco gorzkiej. Bo wnioski nie nastrajają optymizmem, ale o tym przekonajcie się sami.

7/10 

Radosław Ostrowski

Przebudzenie dusz

Czy wierzycie w duchy czy zjawiska nadprzyrodzone? Profesor Goodman nie wierzy w takie bzdury i demaskuje wszelkich oszustów, będących medium, nawiązujących kontaktów z duchami. Ale pewnego dnia dostaje listy od swojego idola, uważanego od wielu lat za zmarłego. Ten proponuje naszemu naukowcowi trzy sprawy, których nie jest w stanie rozwiązać. Czyżby naprawdę trzej panowie (młody chłopak, były stróż oraz biznesmen) widzieli to, co było naprawdę czy może to jest jakieś wyrafinowane oszustwo?

przebudzenie_dusz1

Horror ostatnio znowu stał się na fali, ale horror będący ekranizacją sztuki teatralnej, to bardzo rzadki ptak. Debiutujący twórcy Jeremy Dyson oraz Andy Nyman w swoim filmie próbują bawić się całą konwencją kina grozy, obiecując mieszankę antologii, polanej czarnym humorem oraz wątkiem detektywistycznym. Czego tu nie ma: duchy, demony, zjawy, nawiedzone budynki, nagle gasnące światło, nieostre dźwięki. Powinienem był się wynudzić jak mops, bo ile można to wałkować, niemniej oglądało mi się całkiem dobrze. Twórcy świadomie wykorzystują różne klisze kina grozy (świetnie wyglądające retrospekcje), realizacyjnie ocierając się o klasyków gatunku. Mamy tu znajome chwyty: a to nagle gaśnie w budynku światło, znikąd pojawia się (i jeszcze szybciej znika) jakaś postać, przedmioty się same poruszają. Niemniej twórcom udaje się zbudować nastrój tajemnicy i grozy za pomocą zarówno świetnej pracy kamery (te krajobrazy z trzeciej noweli, gra oświetleniem), sprawnego montażu oraz wybijającej się muzyki.

przebudzenie_dusz2

Sam motyw śledztwa dodaje świeżości do tego gatunku, ale szkoda, iż to nie zostaje do końca wykorzystane. Parę razy są mylone tropy, wrażenie robią drobne detale (druga historia od momentu przyjścia naukowca do domu oraz reakcji reszty mieszkańców) oraz kilka drobnych wolt (historia trzecia). Wszystko się jednak sypie w zakończeniu. Z jednej strony ma ono wywołać kompletną konsternację i zszokować, ale niektórzy szybciej poskładają klocki, chociaż jest tu odrobina zabawy (nagła zmiana dekoracji).

Równie wiele dobrego jestem w stanie powiedzieć o aktorach. Współreżyser Andy Nyman zagrał tytułową rolę sceptycznego naukowca z dość szorstką przeszłością (pokazane w czołówce sceny z bar micwy), tym razem trafiający na sprawę wymykające się racjonalnemu wytłumaczeniu. Jego pewność siebie i pycha zaczynają z każdą sekundą gasnąć, ustępując miejsca przerażeniu. Dla mnie film jednak skradli Alex Lawther oraz Martin Freeman. Ten pierwszy balansuje na granicy przerysowania jako rozdygotany, przerażony nastolatek, drugi początkowo wydaje się bardzo zdystansowany oraz grający bardziej na luzie, by w finale pokazać zupełnie inne oblicze. I ta kreacja jest bardzo zaskakująca.

przebudzenie_dusz3

Ciężko jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony twórcy bawią się wszelkimi kliszami i szablonami z kina grozy, nie wywołując znużenia czy irytacji, z drugiej szokujące oraz przewrotne zakończenie sprawia wrażenie wziętego jakby z innej bajki. Szkoda, że porzucono prowadzenie śledztwa, bo to było świeże w tej antologii. Mam nadzieję, że ktoś wykorzysta ten wątek i zrobiłby serial z detektywem próbującym demaskować fałszywe zjawiska paranormalne.

6,5/10 

Radosław Ostrowski