Regression

Małe miasteczko w stanie Minnesota, rok 1990. Spokój, sielanka i w zasadzie żadnych poważnych przestępstw. Aż do momentu, gdy pewna 17-letnia dziewczyna oskarża swojego ojca o molestowanie. Problem w tym, że mężczyzna nie pamięta niczego takiego, zaś dla detektywa Bruce’a Kinnera sprawa staje się bardzo trudna. Śledczy decyduje się w końcu poprosić o pomoc psychiatrę, wykorzystującego regresyjną hipnozę. Wnioski są bardzo przerażające – czy naprawdę w miasteczku jest sekta?

regression1

Alejandro Amenabar kinomanom zapadł w pamięć swoim horrorem „Inni” czy thrillerem „Otwórz oczy”. Ostatni film zrealizowany w 2015 roku jest klasycznym dreszczowcem w starym stylu. Samo śledztwo prowadzone jest dość niespiesznie, bardziej stawiając na mroczny nastrój oraz atmosferę niepokoju. A osadzenie w latach 90., gdzie nie ma komputerów, telefonów komórkowych, a pieniędzy nie starczy nawet na bilety jest bardzo odświeżające. Nikt tu nigdzie się nie spieszy, a reżyser serwuje kolejne wolty, tajemnice oraz podkręca stan wręcz psychozy. Największe wrażenie robiły na mnie sceny „wspomnień” wyciąganych z hipnozy. Zdjęcia są bardzo rozmyte, nieostre, zaczynają pojawiać się kolejne szczegóły, wywołując prawdziwe przerażenie. Scena, gdzie nasz detektyw wchodzi do warsztatu, słuchając zeznań ofiary i „widzi” te wszystkie szczegóły, przeraża. Tylko pojawia się jedno ważne pytanie: dlaczego, poza zeznaniami, nie ma nic? Czy naprawdę jest w miasteczku są sataniści? Zaś poczucie paranoi coraz bardziej zaczyna się udzielać nie tylko naszemu śledczemu, lecz mnie. Sugestie, że działa potężna grupa, umiejąca się wtopić w tłumie, obserwującą wszystkich „podejrzanych” działają tak przekonująco, iż wydaje się to jedynym racjonalnym wytłumaczeniem. To wrażenie potęgują jeszcze zdjęcia – bardzo stonowane, ze zgaszonymi kolorami oraz dużą ilością mroku, a także sakralno-smyczkowa muzyka.

regression2

Tym bardziej boli mnie zakończenie tego filmu. Z jednej strony może zaskakiwać, bo okazuje się zwykłą podpuchą i pokazuje jak bardzo łatwo można stworzyć zbiorową histerię. Ale z drugiej kompletnie gryzie się z konsekwentnie budowanym klimatem. Może, gdyby wycięto jedną scenę, efekt byłby o wiele mocniejszy. Ale i tak „Regression” pozostaje świetnym thrillerem.

Swoje też robi obsada. Kolejny raz błyszczy Ethan Hawke, który w roli detektywa Kinnera, pokazuje klasę. To klasyczny śledczy ze zniszczonym życiem prywatnym, bardzo skupiony i coraz bardziej zaangażowany w sprawę, przez co zaczyna świrować. I to wszystko pokazane jest bardzo przekonująco. Partnerujący mu David Thewlis w roli psychiatry tworzy bardzo intrygujący duet, chociaż sam jest bardzo opanowany, spokojny, wręcz do bólu racjonalny. A jak radzi sobie grająca rolę ofiary Emma Watson? Ku mojemu zdumieniu dobrze udźwignęła przerażoną, bardzo wycofaną postać, skrywającą mroczną tajemnicę.

regression3

Sam film, choć został pominięty w naszych kinach, zmasakrowany przez krytyków, nie zasłużył na swój los. Powoli, konsekwentnie budowany klimat, poczucie niepokoju oraz lęku, świetne aktorstwo, kilka naprawdę przerażających scen oraz intryga działa przez ¾ filmu. Gdyby nie zakończenie, byłby to znakomity thriller. Na razie to ostatnie dzieło Chilijczyka, o którym zrobiło się nagle cicho. Może jeszcze wróci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Illusion – Anhedonia

i-illusion-anhedonia-cd

Anhedonia to stan psychiczny, w którym człowiek nie odczuwa przyjemności oraz radości. Już sam tytuł sugeruje, że nowe dzieło zespołu Illusion nie będzie należeć do łatwych, lekkich i przyjemnych doświadczeń. Lipa i spółka znani byli z ostrego grania, co pokazali po reaktywacji w 2011 roku oraz zrealizowanych trzy lata później “Opowieściach”.

I już na dzień dobry dostajemy bardzo ciężki cios w brutalnym niczym polski kibic po przegranym meczu “Kto jest winien?”. Gitary tną aż do granicy wytrzymałości, w czym pomaga waląca pałkami perkusja oraz wokal przechodzący ze spokoju aż po siarczysty growling. Niewiele lepiej jest w “Okruchach odręki” z basowym wstępem, pozwalającym na chwile złapać oddech przed gitarowo-perkusyjną-wokalną rzezią, której nie jest w stanie powstrzymać nic. A im dalej, tym ostrość zostaje zachowana i czasem ozdobiona drobiazgami (wokalizy w “Niby” z wręcz bluesową solówką w środku, naparzająca niczym seria z karabinu maszynowego gitara z perkusją w “Metamorfozie”), nigdy jednak nie opuszczając mrocznych stron jak w grunge’owym “Od zawsze donikąd”, gdzie Lipa w tekście atakuje za wrodzoną skłonność do czynienia zła. Pozornie lżejszy (w każdym razie najbardziej przystępny) jest “Śladem krwi”, gdzie gościnnie gra oraz śpiewa Robert “Litza” Friedrich, jednak “Tchórz” przymierza kolejny siarczysty cios, a wokal wręcz pędzi na złamanie karku. Podobnie jak w zakrzyczanym “Do zobaczenia” czy jeszcze agresywniejszym “Dalej”.

Lipa na wokalu robi to, co potrafi najlepiej, zaś jego mroczne, pozbawionej nadziei teksty idealnie komponują się z bardzo ostrymi dźwiękami. Nie poczujecie się po tym albumie lepiej, ale chyba nie taki był zamysł. Ostre solówki, mocne teksty, wyrazisty wokal – tak wściekłego kawałka polskiego rocka nie było od dawna.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Babskie wakacje

Emily pracuje w sklepie z ubraniami, jest uzależniona od social media, zaś kontakty z matką oraz niedojrzałym bratem ogranicza do minimum. Życie wydawałoby się idealne, ale rzuca ją chłopak, z pracy zostaje zwolniona, a biletów na wyjazd do Bogoty nie może wycofać. Zdesperowana i pragnąca się zabawić postanawia zabrać ze sobą… matkę, która raczej domu nie opuszcza. I kiedy wydaje się, że jest szansa na odnowienie więzi, obydwie panie zostają porwane.

Jonathan Levine to filmowiec, który zaskoczył mnie dwoma swoimi filmami. Najpierw komediodramatem z rakiem w tle „Pół na pół”, gdzie klasę znowu potwierdził Joseph Gordon-Levitt oraz „Wiecznie żywym” – nieoczywistym mariażem komedii romantycznej z horrorem. To jakby wystarczyło, by udzielić mu kredytu zaufania na kolejne tytuły. Ale „Babskie wakacje” dość mocno nadszarpnęło moje zaufanie. Pomysł na tą komedię był dość prosty i miał wszelkie powody wypalić: kontrast dwóch kobiet w egzotycznym kraju, gdzie pakują się w kolejne, coraz większe tarapaty. Co mogło pójść nie tak?

babskie_wakacje1

Sam punkt wyjścia był może i ograny, ale można było to ograć na pierdyliard sposobów. Zderzenie imprezowej, bardzo ufnej Emily z dość ostrożną, powściągliwą Lindą mogło doprowadzić do wrzenia i iskrzenia, jednak nie czuć chemii i żadnych emocji między tymi bohaterkami. Nawet żarty wynikające z interakcji, oparte na zderzeniu charakterów albo nie działają z powodu przegięcia (wszelkie reakcje Jeffreya i kłótnie z agentem) , albo wywołują jedynie uśmiech politowania zmieszanego z żenadą (akcja z wyciąganiem tasiemca czy mycie „myszki” w toalecie). Choć nie zabrakło kilku dość intrygujących postaci (wyszkolona komandoska Barb czy ekscentryczny przewoźnik Roger), znikają z ekranu bardzo szybko, nie wykorzystując w pełni swoich umiejętności, zaś niektóre momenty związane ze scenami akcji są zbyt absurdalne.

Pochwalić można za to zdjęcia, bo plenery wyglądają naprawdę ładnie – zwłaszcza dżungla i rzeka, a także zgrabnie wplecione piosenki. Ale Levine’owi zabrakło zwyczajnie wyczucia oraz tempa, w czym ewidentnie przeszkadza scenariusz, chociaż próbuje coś z tego wycisnąć. I nawet jeśli trafi się całkiem niezły gag (kapoeira), ginie w natłoku miernoty.

babskie_wakacje2

Aktorzy też próbują coś więcej zagrać, jednak efekt jest co najwyżej bezbolesny. Między Amy Schumer (Emily) a wracającą z długiej przerwy Goldie Hawn (matka) nie czułem zbyt silnej chemii, a zderzenie tych charakterów nie działa. Ta pierwsza jest tak antypatycznym i podłym bucem, że nie dziwię się ani jej chłopakowi, szefowej czy reszcie rodziny. Nie da się jej polubić, a jej przemiana jest równie przekonująca jak obietnice wyborcze. Hawn jako mieszanka spokoju, nerwów i zadziorności miewa przebłyski, jednak też scenariusz mocno ją ogranicza. Z drugiego planu najbardziej przebija się Joan Cusack (lekko świrnięta Barb), Christopher Meloni (Roger) oraz Wandę Sykes (Ruth), chociaż za mało i za rzadko się prezentują.

Panie Levine, tym razem nie za bardzo wyszło. Być może to poczucie humoru dotarłoby bardziej dla Amerykanów, jednak „Babskie wakacje” są filmem marnującym swój potencjał w zarodku. Głupawy, nudnawy, wleczący się oraz niezbyt śmieszny. Takie komedie niszczą ten gatunek.

4/10

Radosław Ostrowski

Sophie i wschodzące słońce

Jesień 1941, miasteczko Salty Creek w Karolinie Południowej. Życie płynie tutaj powoli i spokojnym rytmem. Aż do czasu, gdy zostaje znaleziony tajemniczy nieznajomy – pobity, bez dokumentów, dodatkowo skośnooki, pan Ohta. Trafia pod opiekę pani Anne Morrison – jednej z szanowanych osób w miasteczku, przy okazji pomagając jej w ogrodzie. Najbliższą przyjaciółki jest sąsiadka – Sophie, która lubi dwie rzeczy: przyrodę oraz malowanie. Powoli zaczyna iskrzyć między nią a przybyszem, jednak wtedy pojawia się 7 grudnia i atak na Pearl Harbor.

sophie1

Film ten dwa lata temu pojawił się na festiwalu w Sundance, jednak do naszych kin nie trafił. A szkoda, bo to jeden z najciekawszych romansów ostatnich lat. Reżyserka Maggie Greenwald pokazuje pozornie zwykłe miasteczko, gdzie wszyscy się znają, są dobrze nastawieni i życzliwi. Z drugiej jednak żyje plotkami, uprzedzeniami, rasizmem oraz bigoterią. Jedno zdarzenie, czyli atak z 7 grudnia staje się impulsem do pokazania swojej wrogości wobec przybysza (początkowo nazywanego Chińczykiem). Ale ci, próbujący zachować się przyzwoicie też są brani na celownik i te momenty potrafią doprowadzić do wściekłości. Wydaje się, że romans w takich okolicznościach nie ma prawa się udać, zmuszając do ukrywania się. I te dwa kontrasty reżyserka pokazuje w sposób bardzo delikatny, bo nawet ci teoretycznie źli, nie są pokazywani tutaj w sposób jednowymiarowy, groteskowy czy przerysowany. Najbardziej wierząca Ruth Jeffries (trzymająca poziom Diane Ladd) jest naznaczona pewną prywatną tragedią, doprowadzającą do nienawiści oraz „próbą ochrony przed grzechem”, wywołując bardziej współczucie niż wrogość.

sophie2

Dodatkowo mamy przebitki na pewne zdarzenia z przeszłości tytułowej bohaterki (znakomita Julianne Nicholson) – bardzo eterycznej kobiety, traktowanej jako „wyklęta” (scena, gdy mieszkańcy miasteczka w Święta śpiewają pieśni, ale pod jej domem przechodzą w milczeniu), ale jednocześnie ma ona w sobie wiele siły w osiągnięciu celu. Sceny malowania, zbierania roślin czy relacji z Othą (naturalny Takashi Yamaguchi) – pełnym kultury Japończykiem, pociągającym mężczyzną, co nie wadzi nikomu.

sophie3

Historia potrafi poruszyć, zaangażować i kilka mocnych scen. Dodatkowo wszystko jest bardzo pięknie sfotografowane (przyroda wygląda niesamowicie), z bardzo stylową, liryczną muzyką w tle. Potrafi uwieść swoim nastrojem i niespiesznym klimatem, prowokując do pewnych pytań na temat pewnych postaw.

8/10 

Radosław Ostrowski

Upgrade

Czym jest cyberpunk, chyba nie trzeba tłumaczyć. Każdy, kto oglądał „Blade Runnera”, grał w „Deus Exa” czy czytał powieści Williama Gibsona zna świat wszczepów, udoskonaleń technologicznych, mających ułatwić życie. Jednak nie każdy chce mieć wydrukowaną pizzę, zdalnie sterowany wóz czy inne ułatwienia. Kimś takim  jest Grey (nie Christian) – mechanik samochodowy, mieszkający z żoną, będącą zwolenniczką nowych technologii. Ale wracając do domu, auto się psuje, oboje zostają napadnięci. Kobieta ginie, a mężczyzna zostaje sparaliżowany od szyi w dół. Świat wtedy jest do dupy, a tylko technologia pomaga mu funkcjonować. I wtedy jego dawny zleceniodawca, decyduje się mu pomóc za pomocą wszczepu zwanego Stemem, dzięki któremu będzie mógł się samodzielnie ruszać. Ale wszystko się zmienia, gdy maszynka zaczyna „mówić” głosem, a Grey decyduje się dokonać zemsty.

upgrade1

Gdy poznałem nazwisko reżysera „Upgrade” nie byłem pewny, czy chciałem to zobaczyć. Leigh Whannell, czyli scenarzysta „Piły” nie wydawał się właściwym kandydatem, dodatkowo mierzącym się z nieznanym sobie gatunkiem. Sama fabuła to mieszanka cyberpunkowego SF, z brutalnym kinem akcji klasy B, bez imponującego budżetu. Jednak nie jest to dla twórcy problem, bo reżyser bardzo sprawnie lawiruje między gatunkami, mieszając kino gatunkowe z refleksjami na temat sztucznej inteligencji oraz człowieczeństwa.

upgrade2

Wynika to z wątku związanego ze Stemem. Na początku – za pozwoleniem naszego protagonisty – jest w stanie tymczasowo przejąć kontrolę nad ciałem bohatera, zmieniając go w maszynę do zabijania. Ale z czasem zaczyna coraz bardziej ingerować w życie bohatera, podpuszczając go do realizacji jednego celu – zemsty. I o dziwo, obydwa te wątki nie wywołują zgrzytu i się pięknie uzupełniają aż do bardzo przewrotnego finału.

Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, mimo że film nie miał tak dużego budżetu jak powiedzmy nowy „Blade Runner”. Nie brakuje zarówno neonowych świateł i mocnych kolorów (siedziba Erona, kryjówka hakerki), jak i bardziej futurystycznie wyglądających samochodów oraz prostych gadżetów jak maszyna do aplikowania leków czy zamówienia jedzenia. Efekty specjalne wyglądają imponująco, tak jak sceny akcji, gdzie Stem „rusza” się bohaterem, a kamera jest usztywniona. Wygląda to wręcz obłędnie, choreografia jest pomysłowa i finezyjna, a sceny odpowiednio brutalne (akcja w łazience knajpy). Jedynym dla mnie poważnym problem jest słabo zarysowany drugi plan (poza Stemem): źli są źli, bo kurwa tak, rodzina Greya pojawia się bardzo krótko, a o prowadzącej śledztwo policjantce wiemy, że lubi stosować staroszkolne metody pracy.

upgrade3

Więcej pola do popisu masz Grey (świetny Logan Marshall-Green, czyli klon Toma Hardy’ego z brodą), serwujący masę sprzecznych emocji: od bólu, gniewu, bezsilności aż po żądzę zemsty. Miłośnik „nie cyfrowego” stylu życia, zmuszony do życia z czipem. Na mnie największe wrażenie robił w scenach akcji, nie tylko z powodu ich wykonywania, ale pewnego mrocznego paradoksu. Gdy walczy i atakuje swoimi nogami oraz rękoma, jego twarz pokazuje zupełnie inne emocje: dezorientację, szok oraz przerażenie tym, co robi. Niczym w horrorze, wznosząc całość na wyższy poziom.

Whannell zaskoczył wszystkich i pokazał, że z małym budżetem (niczym klasycy kina z lat 70. i 80.) jest w stanie wyczarować świetne kino. „Upgrade” to wszystko, co najlepsze w kinie klasy B – mroczny, niepokojący klimat, a cyberpunkowy sznyt oraz świetna rola Marshalla-Greena wznosi całość na o wiele wyższy poziom. Poza akcją potrafi sprowokować do zastanowienia się.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Seria niefortunnych zdarzeń – seria 2

Pamiętacie sieroty Baudelaire, które straciły rodziców w niejasnym pożarze? Kiedy je ostatnio widzieliśmy, trafiły do szkoły im. Prufrocka, gdzie obok nich siedziało dwoje dzieci, też posiadające pewną nietypowa lunetę. Jak się okazało Izadora i Duncan Bagienni, też stracili rodziców w pożarze, a ich rodzice oraz rodzice Baudelaire’ów się znali. Jednak ich przyjaźń nie trwa zbyt długo, bo okolicę nawiedza hrabia Olaf i nawet komputerowa ochrona nie jest w stanie go powstrzymać. Cel ma jednak dalej ten sam: przejąć majątek dzieci.

seria_niefortunnych_zdarzen21

Kolejne spotkanie ze Snicketem i jego relacją o losach Baudelaire’ów, pełnej mroku oraz smolistego humoru. Niby wszystko jest oparte na schemacie znanym z poprzedniej serii: wchodzi Olaf, sieje spustoszenie, rodzeństwu udaje się go zdemaskować, Olaf ucieka i niczym wrzód na dupie znowu knuje. Jednak im dalej w las, tym bardziej rodzeństwo zaczyna się pakować w ogromne tarapaty i to z powodu bezwzględnie manipulacyjnego hrabiego: morderstwo, spalenie archiwum. A jeśli dodamy artykuły w prasie, sytuacje wydaje się naprawdę dramatyczna, zaś szansa na szczęśliwe zakończenie wydaje się coraz mniejsze. Mieszanka czarnego humoru, surrealizmu, groteski nadal się sprawdza, a coraz bardziej dziwaczne zachowania w poszczególnych miejscach (biblioteka w szkole czynna tylko 10 minut, ślepy pęd za trendami, chęć sprawienia rozrywki za wszelką cenę, nawet jeśli jest nią pożarcie przez lwy, szpital pełen biurokracji oraz archiwów czy miasteczko pełne praw) z jednej strony jest zabawne, ale śmiech ten tkwi przez gardło i trafnie twórcy pokazują ten współczesny świat. Jednocześnie intryga zaczyna być powoli rozjaśniana, choć najważniejsze elementy są rzucane bardzo szczątkowo (pewna cukiernica, skrót WSZ). I kiedy wydaje się, że poznamy coś więcej, zostaje to gwałtownie przerwane czy to pojawieniem się Olafa, czy przez montaż.

seria_niefortunnych_zdarzen22

Twórcom serialu nadal udaje się zachować klimat poprzedniej serii, zaś kilka scen pokazuje pewną zabawę formą (choćby piosenka radosnych wolontariuszy w formie karaoke, policzenie wypowiedzianego zwrotu czy wyjaśnienie zwrotu „mieć motyle w brzuchu”), co dodaje specyfiki. Tak sam jak bardzo pokręcony, miejscami surrealistyczny humor. Także sama realizacja utrzymuje poziom. Każda lokalizacja (szkoła, miasto, miasteczko „wychowujące” dzieci) wygląda inaczej, dając też pole dla scenografów oraz muzyki (miasteczko ma oprawę niemal „westernową”, karnawał Karnagiego bardziej „cyrkową”). Wygląda to po prostu pięknie, zachowując styl poprzednich serii.

seria_niefortunnych_zdarzen23

Aktorsko nadal udaje się zachować poziom, a powracający bohaterowie nadal trzymają poziom. Nadal Neil Patrick Harris jest rewelacyjny, balansując między groteską a grozą, rodzeństwo (Malisa Weissman i Louis Hymes) nadal budzi sympatię, chociaż ostatnie ich decyzje są dość niejednoznaczne moralnie, zaś Lemony Snicket (Patrick Warburton) bywa nadal dość zgorzkniały i złośliwy, miejscami rozładowując napięcie żartem. Także charakterystyczna ekipa pomagierów dostaje troszkę więcej czasu.

Jeśli chodzi o nowych bohaterów najbardziej liczy się troje bohaterów. Po pierwsze, Esmeralda Szpetna (wspaniała Lucy Punch). Początkowo wydaje się elegancką damą, ale tak naprawdę okazuje się dawną uczennicą hrabiego Olafa, dołączając do jego szajki. Iskrzenie między nią a Harrisem jest wręcz zabójcze i nie pozwala o sobie zapomnieć, a kolejne pomysły oraz determinacja w realizacji celu jest niebezpieczna. Drugim kluczowym bohaterem jest Jacques Snicket (świetny Nathan Fillion) – taksówkarz z wyglądem awanturnika, którego prawość jest nie do złamania. Mieszanka inteligencji, odwagi, uporu oraz uroku. Ale nie działa on sam, bo zwerbował bibliotekarkę Olivię Caliban (cudna Sarah Rue), bo jak wiemy – bibliotekarki są osobami dzielnymi, niegodzącymi się na niesprawiedliwość tego świata, czyniąc je zdolnymi do wielu poświęceń (finał serii). Jest jeszcze masa drobnych rólek, dodających klimatu lekko zwariowanego świata (wicedyrektor szkoły, pozbawiony talentu muzycznego; archiwista szpitala z obsesją sortowania dokumentów czy galeria osobliwości, decydująca się na wszystko, byleby być zaakceptowanym), który jest tak znajomy.

seria_niefortunnych_zdarzen24

Druga seria zachowała wysoki poziom, a jednocześnie zaczynała wnosić wiele świeżości do schematu poprzednika. Nadal balansuje między mrokiem, groteską a kinem familijnym (bardzo specyficznym), ma świetne dialogi, fantastyczną realizację. Tylko jeszcze twórcy na koniec rzucają takiego cliffhangera, że można się wściec. A czekać na trzecią, finałową serię do wiosny będzie ciężko.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niepokonana Jane

Znowu wyruszamy na Dziki Zachód, chociaż większość akcji toczy się w farmie gdzieś na uboczu. To tutaj przyszło mieszkać niejakiej Jane razem z mężem i córeczką. Problem w tym, że mąż kobiety kiedyś należał do niebezpiecznego gangu, zostawiając po sobie ogromne spustoszenie. Pewnego dnia wraca na koniu z kilkoma ranami postrzałowymi oraz ostrzeżeniem, że Tom Bishop i jego chłopaki się zbliżają. Kobieta prosi o pomoc swojego dawnego partnera, który – dość niechętnie – zgadza się.

niepokonana_jane1

Film ten powstawał w bólach, mimo iż trafił na tzw. Czarną Listę – spis najlepszych scenariuszy czekających na realizację. I kiedy wydawało się, ze wszystko ruszy z kopyta, producenci wyrzucili przed rozpoczęciem zdjęć reżyserkę Lynne Ramsey, a wraz z nią odeszli autor zdjęć Darius Khondji oraz mający zagrać główne role Karen Gillan i Jude Law. Po wielu perturbacjach ostatecznie przed kamerą stanął Gavin O’Connor, zaś w tytułową Jane wcieliła się Natalie Portman. Sam film nie jest stricte westernem, tylko dramatem (nawet melodramatem) z tajemnicą w tle. Reżyser miesza teraźniejszość z retrospekcjami, pokazującymi losy kobiety oraz związanych z nią (w różnym czasie) dwóch mężczyzn. Jeden został jej mężem, drugi był narzeczonym na wojnie i długo jej szukał. Relacje, pełne żalu, pretensji oraz kilku bardzo brudnych ran to najmocniejszy punkt tego kameralnego filmu. Szkoda tylko, że nie zostało to bardziej rozbudowane, z bardziej iskrzącymi momentami.

niepokonana_jane2

Dla mnie sporym problemem była akcja, a właściwie wszystko, co miało w założeniu, nakręcić całą intrygę. Nie brakuje tutaj strzelanin, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reżysera realizacja tych scen albo nie interesuje (finałowe oblężenie z paroma wybuchami, które nie zostają pokazane), albo są zrobione w dość klasyczny sposób. Przez co adrenalina miejscami zwyczajnie siada, mimo budującej klimat minimalistycznej muzyki oraz ładnie wyglądającymi zdjęciami. Chociaż sama realizacja wydaje się tylko solidnym rzemiosłem.

niepokonana_jane3

Jedyne, co wypada najbardziej przekonująco to aktorstwo. Początkowo można odnieść wrażenie, że Natalie Portman i western to dziwaczna kombinacja, jednak aktorka bardzo przekonująco pokazuje determinację Jane, jej upór oraz walkę do upadłego, a akcent jest tylko przyjemnym dodatkiem. Troszkę w tle przewija się Noah Emmerich, tworzący dość niejasną postać bandyty, zmieniającego się pod wpływem kobiety. Dla mnie jednak najbardziej interesujący jest Joel Edgerton (także współautor scenariusza), czyli Dan Frost. Bardzo szorstki, skryty, mający wiele pretensji, a jednocześnie jego motywacja wydaje się co najmniej zagadkowa, zaś relacja od wrogości do współczucia pokazana jest bez fałszu. Tylko, ze czarnymi charakterami jest troszkę słabo, bo albo znikają dość szybko (Rodrigo Santoro i Boyd Holbrook), albo są dość przerysowani jak Ewan McGregor, który zakosił wąsy od Toma Sellecka.

Mimo, ze Jane na ekranie w ogóle jest dość niepokonana, sam film jest dość zachowawczy. To całkiem niezłe kino, nie wykorzystujący swojego potencjału. Gdyby bardziej się skupić na tym trójkącie, lekko podrasować sceny akcji, „Niepokonana Jane” mogłaby mieć swój wyrazisty charakter, który dałaby Lynne Ramsey (mimo, iż nie jestem jej wielkim fanem). Kobiece kino zmasakrowane przez producenta-mężczyznę.

6/10 

Radosław Ostrowski

Ben Hall: Legenda

Dla wielu z tu obecnych nazwisko Bena Halla nie będzie mówiło zbyt wiele, ale mieszkańcy Australii – ojczyzny kangurów, pustynnych krajobrazów oraz Nicka Cave’a – mają inne zdanie na ten temat. Hall był bandytą, słynącym z kradzieży oraz różnych napadów. Kiedy go poznajemy, jest jesień 1864, zaś nasz protagonista drugi rok ukrywa się przed prawem. Ta przeszłość doprowadziła do rozpadu małżeństwa i braku kontaktu z synem. W końcu Hall decyduje, że musi uciec z Australii, tylko skąd wziąć pieniądze na taką eskapadę. Razem z dawnym wspólnikiem wraca na bandycki szlak.

ben_hall1

Ten australijski western, początkowo miał być tylko krótkometrażówką, jednak reżyserowi Matthew Holmesowi udało się zebrać o wiele więcej pieniędzy niż planował. I tak powstała biografia skupiająca się na ostatnich miesiącach Halla. Ale filmowiec bardziej niż klasycznymi elementami westernu, czyli napadami, strzelaninami oraz pojedynkami. Bardziej interesuje go sam Hall, który z jednej strony chce zerwać z przeszłością i uciec, jednak tylko przeszłość może pomóc w zebraniu funduszy. I to doprowadza do silnego konfliktu, będącego kośćcem tego spokojnego dzieła. Film skupiony jest na szczegółach, kolejnych napadach, które są coraz trudniejsza, zaś pętla wobec Halla coraz mocniej się zaciska.

ben_hall2

Sam reżyser, nawet w drobnych scenkach, potrafi przyciągnąć uwagę. Czy to mówimy o świątecznym balu, gdzie pojawia się bohater ze swoją bandą, wizytą u lekarza, wszystko jest skupione na szczegółach. Kostiumy, scenografia wyglądają imponująco i nie sprawiają wrażenia tanich. Równie pięknie, choć surowo wygląda krajobraz. Australijski busz wygląda miejscami bardzo groźnie, sprawiając miejscami poczucie niepewności i zagrożenia. Jedynym dla mnie problemem są oniryczne fragmenty, gdzie przeszłość miesza się z przyszłością i wywołuje jedynie dezorientację, niepotrzebnie wydłużając czas trwania.

ben_hall3

Za to nie mogę się nachwalić aktorów, dla których w większości był to debiut lub wcześniej pracowali dla telewizji. Dobrze sobie radzi Jack Martin w roli rozdartego między bandyckim życiem a chęcią ucieczki od przeszłości. Zmęczona twarz, trzymanie się (przynajmniej próba) zasad z niezabijaniem ludzi, a jednocześnie chęć nawiązania więzi z synem – to wszystko jest wygrywane bez poważnych zastrzeżeń. Jednak film kradnie Jamie Coffa w roli lekko psychopatycznego, bardzo impulsywnego Johna Gilberta. A jego zachowanie bywa bardzo nieobliczalne.

Muszę przyznać, że debiutantowi udało się stworzyć bardzo wciągający, choć troszkę za długi. Poza tym film pokazuje mało znaną w naszym kraju postać, miejscami ma niesamowite krajobrazy oraz pociągające postacie. Interesujący western, nie do końca trzymający się gatunkowych konotacji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Zbrodnie niewinności

Mała wiocha, gdzieś na prowincji USA. Tutaj żyją głównie ranczerzy, próbujący wiązać koniec z końcem. Ten krajobraz jest miejscem spotkania dwojga nastolatków: Jonah i Caney. On jest synem ranczera, ona córką świeżo przybyłego policjanta. Zaczyna między nimi rodzić uczucie, czemu ojciec dziewczyny się bardzo sprzeciwia. Wszystko komplikuje się coraz bardziej, gdy Jonah jest świadkiem „lewej” transakcji niedoszłego teścia i kradnie forsę. Wtedy decyduje się uciec z dziewczyną.

zbrodnie_niewinnosci1

Młodzieżowy thriller, mieszający dramat, romans z westernem. I trzeba przyznać, że ten misz-masz ma swoje momenty. Reżyser najwięcej jest w stanie wycisnąć w wątku romansowego. Relacja tych dwojga bohaterów wydaje się być czysta, przynajmniej z punktu widzenia chłopaka. Odkrywa on dość mroczną tajemnicę z życia dziewczyny i z tego powodu decyduje się ją ocalić. Ale ta ścieżka przeplatana jest z momentami budowania napięcia oraz ucieczki przed skorumpowanym ojcem. I te wątki, delikatnie mówiąc, nie były w stanie mnie zaangażować. Wszelkie ukrywanie się, ćwiczenie strzelania, czyli ta cała brutalna inicjacja szła jak po sznurku, przez co zwyczajnie nużyła. Choć trudno nie odmówić pewnego klimatu oraz ciekawej, nerwowej muzyki elektronicznej, sama intryga jest za prosta.

zbrodnie_niewinnosci2

W połowie film zaczyna się wlec, drugi plan występuje w ilości wręcz śladowej, stanowiąc jedynie zbędny dodatek. Jedynie wyróżnia się tutaj ojciec-policjant, bardzo wyraźnie naznaczony przemocą, agresją oraz gniewem, którego źródła nie jesteśmy w stanie poznać. I te wszystkie sprzeczności bardzo dobrze wygrywa Bill Paxton, kradnąc film samą obecnością. Także młodzi aktorzy (Sophie Nelisse i Josh Wiggans) prezentują się bez zarzutu, czuć chemię miedzy nimi, co dodaje wiarygodności.

„Zbrodnie niewinności” jako mieszanka thrillera z kinem inicjacyjnym sprawdza się całkiem nieźle. Mimo osłabienia tempa w połowie i skrętom ku dreszczowcowi, nie wywołuje silnego znużenia i może dać odrobinę satysfakcji. Problem w tym, że obiecuje on o wiele więcej niż może naprawdę dać.

6/10

Radosław Ostrowski

Marshall

Nazwisko Thorgooda Marshalla dla amerykańskiego prawa jest bardzo istotne. Członek organizacji prawniczej walczącej o prawa obywatelskie, reprezentujący czarnoskórych oskarżonych w ważnych procesach, wreszcie w 1967 roku sędzia Sądu Najwyższego USA (pierwszy Afro-Amerykanin). Jednak tak naprawdę skupiamy się na roku 1941 roku, kiedy Marshall był zaangażowanym społecznie adwokatem. Dostaję sprawę w Bridgeport, stan Connecticut, gdzie czarnoskóry mężczyzna zostaje oskarżony o gwałt na białej kobiecie, zaś w sprawie pomaga mu Sam Friedman – specjalista od spraw ubezpieczeniowych.

marshall1

Trend o filmach prezentujących mroczne karty z USA ciągle jest podtrzymywany. Nowy film Reginalda Hudlina wpisuje się w ten nurt, mieszając biografie z dramatem sądowym. Clue całego filmu jest proces sądowy w miejscu oraz czasach, gdy czarnoskórzy byli traktowani jako obywatele „gorszego sortu”. Osobne toalety, osobne miejsca w autobusach, praca służących oraz jawna pogarda i nienawiść. Takich ludzi od razu można oskarżyć, bo „czarni” są zdolni tylko do wszelkiego zła tego świata. Sam reżyser powoli zaczyna serwować kolejne elementy układanki (sprzeczne zeznania, fałszywe zdania), mimo dość przewidywalnego przebiegu. Ale – i to dla mnie największa zaleta – główni bohaterowie dramatu nie są tutaj pokazani według prostego szablonu: biedny, niewinny Murzyn kontra kłamliwa, manipulująca, biała kobieta. Zaczynamy odkrywać kolejne informacje, dochodząc do sedna prawdy. Tylko, czy w tym konserwatywnym stanie jest miejsce na uczciwy, bezstronny wyrok?

marshall2

Hudlin dobrze odtwarza realia epoki i nie chodzi tylko o scenograficzno-kostiumowe detale, ale przede wszystkim mentalność ludzi. Ich nienawiść, wrogość nie tylko do czarnoskórych, ale też do wszelkich innych. Ten, kto nie jest „białym”, nie należy do klubu i kasty, jest niebezpieczny, należy go zastraszyć, pobić, postawić do pionu. To nadal przeraża, a napięcie jest odczuwalne. A w tle przygrywa przyjazna, jazzowa muzyka i jest to bardzo stylowo sfotografowane, bez efekciarskich sztuczek (może poza mową końcową oraz retrospekcjami z dnia zbrodni). Sam przebieg potrafi parę razy zaskoczyć i trzyma do końca.

marshall3

Nie miałoby to jednak swojej siły, gdyby nie świetne aktorstwo. Klasę kolejny raz potwierdza Chadwick Boseman w roli charyzmatycznego prawnika, przekonanego o swoich racjach i nie unikającego otwartej konfrontacji. Chce się go po prostu oglądać. Za to największą niespodziankę sprawił Josh Gad jako mecenas Friedman, który początkowo nie chce się angażować w sprawę, bo to nie jego działka. Z czasem zaczyna się zmieniać w zawodnika ciężkiej ligi, w czym pomaga mu Marshall. Równie wyrazista jest Kate Hudson w roli „ofiary”, pokazując naprawdę duży talent dramatyczny, zaś drugi plan solidnie wspiera Dan Stevens (prokurator), Sterling K. Brown (oskarżony) oraz James Cromwell (sędzia).

Sama historia może nie zaskakuje i bywa przewidywalny, ale „Marshall” potrafi dodać troszkę życia do tego ogranego schematu. Solidne kino z ważkim tematem, unikającym czarno-białego spojrzenia na świat.

7/10 

Radosław Ostrowski