Zemsta

Zaczyna się tak sielankowo, że już bardziej się nie da. On i ona w wypasionej chacie, gdzieś w piaszczysto-pustynnym plenerze, randka we dwoje. Richard – strasznie dziany, Francuz, gdzieś tam żona i dziecko, Jen to pociągająca blond-laska z USA, młoda i głupiutka. Ale nic nie trwa wiecznie, bo wcześniej wpadają kumple na polowanie. Ale kiedy Richard wyjeżdża załatwiać sprawę, jeden z kumpli postanawia wziąć sprawy w swoje członki i gwałci dziewczynę. Że niby nie można było się oprzeć jej urokowi, więc Jen zostaje potraktowana tak, jak na kobietę przystało – zostaje zepchnięta w przepaść i skazana na śmierć. Tylko, że spadek na kołek w brzuch nie jest problemem i Jen – jakimś cudem – przeżyła, więc panowie mogą mieć przerąbane.

revenge1

Pozornie debiut Coralie Fargeat wydaje się klasycznym kinem zemsty, które na dobrą sprawę zaczyna się po 30 minutach. Do tego momentu reżyserka świadomie korzysta z kiczu, podkręca seksualność naszej bohaterki (te zbliżenia na twarz, na nogi, taniec erotyczny do rytmu), czasami bawi się kolorystyką (szyby). Ale od momentu gwałtu, klimat staje się coraz mroczniejszy, panowie zaczynają zachowywać jak klasyczni samce, którzy widzą tylko jedno wyjście. Czasami niektóre wydarzenia („ożywienie” Jen czy zatamowanie rany brzucha za pomocą… rozgrzanej puszki po piwie) może zastanawiać, co do prawdopodobieństwa, ale im dalej w las, tym bardziej zaczyna to angażować. Nawet lekko oniryczna wstawka nie jest zwykłą zapchajdziurą, tylko podkręca atmosferę polowania.

revenge2

Najbardziej wyróżnia film jednak praca kamery – bardzo dynamiczna w scenach akcji – oraz świetny montaż. Zarówno wplecione (na krótki moment) zwierzęta, skupienie na „przyrodniczych” detalach. By jeszcze bardziej przerazić, w tle gra elektronika muzyka niemal żywcem wzięta z zaginionego filmu Johna Carpentera czy innego klasyka lat 80. I ostrzegam: film jest bardzo brutalny, wręcz dosadny w scenach przemocy niczym kino klasy B, którym zresztą to dzieło jest. A najmocniejszym punktem pozostaje Matilda Lutz w roli głównej, która bardzo sugestywnie pokazuje jej przemianę ze słodkiej dziewuchy w prawdziwego anioła zemsty. Anioła, który nie wybacza, staje się coraz bardziej skąpana w piachu, błocie oraz krwi – swojej i wrogów. I wierzcie mi, nie chcecie z nią zadzierać.

revenge3

„Zemsta” jest bardzo ostrym, brutalnym kinem, pokazującym jak silny potrafi być sprzeciw kobiety. Jak mówi „nie”, to oznacza „nie” i jeśli to do ciebie nie dotrze, już po tobie. Gęste, bardzo krwawe kino, wiec ludzie o słabych nerwach i żołądkach, mogą sobie odpuścić.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Braven

Joe Braven jest prostym drwalem mieszkającym gdzieś na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Mieszka razem z żoną i córką oraz ojcem, który po wypadku nie radzi sobie zbyt dobrze z pamięcią. W końcu Joe decyduje się razem z ojcem pogadać o jego problemach w chatce, gdzie nie ma zasięgu. Jednak w chatce, podczas ich nieobecności, schowano torbę pełną narkotyków. Ale teraz przemytnicy wyruszają odzyskać swoje.

braven1

Fabuła tego filmu sprawia wrażenie produkcji z lat 90. Debiutujący na stołku reżyserskim Lin Oeding, całkiem zgrabnie wykorzystuje konwencję oblężenia domu, znajdującego się gdzieś na odludziu. Dookoła śnieg, brak zasięgu, jedna droga oraz łotry uzbrojone po zęby. Po drugiej strony mamy Bravena i ojca, wykorzystujących jedynie spryt, łuk, ewentualnie topory. „Braven” jest bardziej surowy niż choćby „John Wick”, czarujący wizualnym stylem oraz wręcz finezyjnymi popisami kaskaderów, jednak nie należy tego odbierać jako wady. Nasz protagonista jest prostym człowiekiem, a nie jakimś przypakowanym Rambo z umiejętnościami mordowania zdobytymi podczas szkolenia w tajnych służbach, co dodaje troszkę realizmu. Z tego powodu sceny akcji wyglądają dość prosto, jednak potrafią zaangażować, budują napięcie i nie są pozbawione pomysłowości (wykorzystanie pułapki na niedźwiedzia). Sama historia nie jest zbyt skomplikowana, bohaterowie odpowiednio prosto zarysowani, a napięcie ciągle budowane, tak samo jak klimat osaczenia i bezradności. By nie było tak słodko, „Braven” ma jedną, ale za to dość poważną wadę: przewidywalność, co jest aspektem wszystkich obecnie filmów akcji. Jednak sama realizacja sprawia, że nie jest to aż tak poważny problem, który psuje frajdę z seansu.

braven2

Aktorstwo, jak na tego typu kino, trzyma fason. Jason Momoa w roli tytułowej sprawdza się dobrze – jest dzielnym i odważnych facetem, jednak nigdy nie staje się przerysowanym twardzielem. Najsilniej wygrana jest tutaj relacja ze starym, troszkę zagubionym ojcem (świetny Stephen Lang), stanowiąc silny kościec emocjonalny. Nawet czarny charakter (Garrett Dillahunt) jest bardzo wyrazisty, stawiając ludzi po kątach i ma w sobie tyle charyzmy, że trudno przejść obojętnie.

braven3

Sam film to solidne kino akcji zrobione w starym, dobrym stylu. Nie brakuje prostych, lecz angażujących scen akcji, spokojnie prowadzonej intrygi, pełnej drobnych wolt, wyrazistych postaci oraz bardzo surowym klimatem. Jak widać, stara szkoła nadal jest w cenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Pierwszy reformowany

Pierwszy Kościół reformowany znajduje się gdzieś w stanie Nowy Jork, chociaż bardziej pełni on rolę muzeum czy sklepu z pamiątkami, zaś msze odbywają się bardzo rzadko. I to tutaj trafia wielebny Ernst Toller – duchowny z dość mroczną przeszłością. Duchowny postanawia w ciągu roku pisać dziennik, w którym szczerze opisze swój dzień, przemyślenia oraz dylematy. Ale zapalnikiem do zmian staje się poznane małżeństwo Mary i Michaela – ona jest w ciąży, on jest zaangażowanym ekologiem z radykalnymi poglądami. Duchowny próbuje mu pomóc, jednak wszystko kończy się samobójstwem mężczyzny.

first_reformed1

Paul Schrader jako reżyser nie odniósł może takich sukcesów jak scenarzysta, niemniej próbuje wrócić na dobre tory. Jego nowe dzieło to troszkę taka współczesna wariacja najsłynniejszego skryptu – „Taksówkarza”, tylko że Travis nosi sutannę. Sama historia toczy się bardzo powolnym, dla wielu wręcz sennym tempem, gdzie widzimy Tollera, który albo się dzieli swoimi przemyśleniami (spisując je, modląc się albo będąc w swoim pokoju), albo wchodzi w interakcje z innymi ludźmi. To wszystko buduje bardzo specyficzny klimat, podkręcony monochromatycznymi barwami oraz obrazem w formacie 4:3 (bardzo wąskie kadry, wręcz ciasne). A jednocześnie próbujemy rozgryźć naszego duchownego. Z jednej strony jest to osoba z bardzo bolesną przeszłością (śmierć syna, rozpad małżeństwa, choroba, alkoholizm), nie pozbawiony jednak empatii oraz wrażliwości, z drugiej jednak strony to cierpienie chyba sprawia mu frajdę i zaczyna się coraz bardziej oddalać od innych. Jego poglądy zaczynają ewoluować w kierunku, jaki miała ofiara, czyli sprzeciwu wobec niszczenia Ziemi, a klincz staje się cięższy, gdy wielebny odkrywa, że sponsor 250-lecia kościoła jest powiązany z rynkiem antyekologicznym.

first_reformed2

Reżyser wykorzystuje kilka wątków (wątek ekologiczny, kwestia poświęcenia dla swoich wartości, romans oraz wątpliwości duchownego), by z jednej strony skupić się na pewnych problemach współczesnego duchowieństwa, z drugiej znowu się przygląda ciemnej stronie człowieka. W którym momencie zaczyna się fanatyzm, jaki jest sens ludzkiego cierpienia. W pewnym momencie zacząłem dostrzegać, że wielebny zwyczajnie oszukuje. Nawet pisząc dziennik (który i tak po napisaniu ma być zniszczony), nie jest ze sobą szczery, bo narracja z offu, niekoniecznie się pokrywa z tym, co widać (o wstaniu trzeźwym, gdy widzimy jak w nocy popija łyskacza). Im bliżej finału, tym bardziej Schrader pozwala sobie na oniryczne momenty, choć mogą one wprawić w konsternację (intymniejszy kontakt duchownego z Mary, gdzie para „odlatuje” poza pokój i lata… nad górami). Zaś zakończenie przypomina dość brutalną prawdę, że nawet ksiądz jest tylko człowiekiem.

first_reformed3

Sprzeczności duchownego bardzo dobrze wygrywa Ethan Hawke, który jednym spojrzeniem mówi więcej niż słowami, a postać Tollera przez cały film pozostaje enigmą. Równie zaskakujący jest Cedrik the Entertainer w roli pastora, który stara się pomagać Tollerowi i wesprzeć go w trudnych chwilach. Troszkę słabiej wypada Amanda Seyfried (Mary), w której romans było mi bardzo trudno uwierzyć. Być może wynika to z faktu, że ten wątek był nie najlepiej napisany, przez co aktorzy mieli związane ręce.

„First Reformed” nie jest wielkim powrotem Schradera do wielkiej formy, ale to silna próba rehabilitacji po ostatnich filmach. Reżyser nadal prowokuje, niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu, jednak nie przekracza jej. Bardzo wymagający, ciężki film, który na pewno zostaje w pamięci.

7/10

Radosław Ostrowski

Basia Hetmańska – EP

ep-w-iext52965064

Czy komuś z obecnych mówi nazwisko Basia Hetmańska? Pewnie niewielu, wcześniej znana jako Candy Girl, wokalistka postanowiła się odciąć od swojego dotychczasowego dorobku. Już pod własnym nazwiskiem, wsparta przez producenta Michała Kusha (współpraca z Darią Zawiałow), wydała EP-kę ze swoim nowym wcieleniem. Jak to wypada?

Jest to przesiąknięta elektroniką muzyka taneczna. I to czuć od otwierającego całość “Słonia”, pełnego różnego rodzaju dźwięków perkusyjnych, zapętlonych klawiszy, cykaczy, a nawet lekko orientalnych naleciałości, co może doprowadzić do przesytu. Z drugiej potrafi za to uzależnić od każdego odsłuchu. Bardziej pulsujący oraz idący ku wręcz hip-hopowym dźwięków przechodzi “Trouble” z surową perkusją oraz (przynajmniej na początku) ciepłymi dźwiękami klawiszy. Ale gdy wchodzi refren, zaczyna robić się ciekawie, bo tło zaczyna wręcz wirować. Jeśli szukacie jakiegoś przyjemnego bujania, to “Supernatural” jest idealne dla was. Chociaż wybijające się z tła pojedyncze wrzaski mogą wybić, by w refrenie uderzyć perkusyjnymi przeszkadzajkami oraz bardziej nastrojowy, wręcz lekko “karaibski” “Given Up on Love”, brzmiący najmniej eksperymentalnie. Wtedy można odczuć pewne rozluźnienie oraz bardziej liryczne oblicze całości, kontynuowana przez niemal pianistyczne “Thin Line I Walk”.

Sam wokal Hetmańskiej wydaje się bardzo delikatny I początkowo można odnieść wrażenie, że muzyka wręcz go dusi, przytłacza. Ale “Słoń” jest tylko podpuchą, bo wokalistka nie tylko płynnie nawija po angielsku, to wręcz płynie na dźwiękach, nawet jeśli mamy pewne poczucie déjà vu. Niemniej EP-ka jako nowe rozdanie w karierze wokalistki sprawdza się dobrze, intrygując aż do końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Last Flag Flying

Pamiętacie taki film „Ostatnie zadanie”? Marzył mi się sequel, by poznać dalsze losy Buddasky’ego, Meadowsa oraz Mulhalla. I niedawno powstała kontynuacja, chociaż bohaterowie mają inne nazwiska, zaś ich losy są lekko zmodyfikowane. Hal Ashby nie mógł już tego nakręcić, więc na jego miejsce wskoczył Richard Linklater, aktorzy też są inni, lecz klimat troszkę podobny.

Jest rok 2003, trwa wojna w Iraku. Sal Nealon obecnie prowadzi bar, choć wcześniej był sierżantem, Larry „Doc” Sheppard był medykiem, zaś obecnie prowadzi sklep, a Muhlens został kapłanem. Dawniej wszyscy trzej służyli w Wietnamie, lecz nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Jednak los znowu łączy tych bohaterów. Doc prosi swoich dawnych towarzyszy o udział w pogrzebie swojego syna, który zginął w Iraku. Tylko, czy panowie będą w stanie pomóc?

last_flag_flying1

Linklater bardzo zaskakuje filmem, który jest – tak jak oryginał – bardzo wyciszonym, spokojnym tempem, pozwalając na wiele refleksji. I też jest kinem drogi, gdzie bohaterowie poznają się na nowo – już troszkę bardziej doświadczonych, bardziej dojrzałych (nawet Sal) oraz prześladowanych przez pewne własne demony (pewien nieprzyjemny epizod z wojny). Czy udaje im się odbudować dawną więź? Klimat ociera się o nostalgię, nie brakuje wspomnień z przeszłości oraz prób zrozumienia obecnych czasów, z telefonami komórkowymi, schwytaniem Saddama, a także pewnym bilansem życia. Reżyser nie boi się pokazać instytucji armii w niezbyt pozytywnym śledztwie (kłamstwa w sprawie śmierci, manipulacja co do intencji wysyłania poza kraj), chociaż nie atakuje samych żołnierzy czy weteranów i ich poświęcenia, służby. Zero-jedynkowa wizja świata nie interesuje twórcy.

last_flag_flying2

Mimo, że film jest pozbawiony jakichś technicznych fajerwerków, konstrukcja opowieści może wydawać się troszkę rwana (najważniejsza jest sama podróż, chociaż żałoba po stracie bliskiego jest obecna cały czas), jednak historia zwyczajnie potrafi poruszyć, wzruszyć (składanie flagi czy wizyta u matki poległego kumpla) oraz zastanowić. Jednak film nie jest przyciężkim dramatem i udaje się rozładować sytuację humorem, niepozbawionym ironii oraz złośliwości (rozmowa o Eminemie czy dyskusja z religią w tle), pozwalając utrzymać opowieść w lżejszym tonie.

last_flag_flying3

Ale tak naprawdę ten film nakręca fantastyczne trio aktorskie. Kolejny raz zaskakuje Steve Carrell, który w roli Doca wydaje się najbardziej wyciszonym z całej trójki. Mówi bardzo niewiele, sprawia wrażenie jakby nieobecnego, ale wszystkie emocje malują się na tej pozornie spokojnej twarzy. Między siłą spokoju, a gwałtowną ekspresją balansuje Laurence Fishburne (Mullins) – mieszanka opanowanego księdza, poruszającego się o lasce, a dawnego wojskowego, potrafiącego rzucić mięchem. I nie wywołuje to zgrzytu. Ale tak naprawdę całość kradnie rewelacyjny, szarżujący w sposób kontrolowany Bryan Cranston. Sal w jego wykonaniu na początku sprawia wrażenie najmniej odpowiedzialnego (działa czasem spontanicznie, lubi wypić i jest najbardziej cyniczny), jednak on wydaje się mieć w miarę silny kręgosłup w sprawach lojalności. Jest on też chyba najbardziej stąpającym po ziemi bohaterem („Moja przyszłość jest już za mną”), potrafiący wzbudzić sympatię od razu.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczonym tym nieoficjalnym sequelem „Ostatniego zadania”, które dorównało poziomem oryginału. Film Linklatera też jest portretem swojej epoki tuż po 11 września, ale też pokazuje bohaterów powoli wchodzących w smugę cienia. Mimo powagi tematu oraz emocjonalnego ciężaru, pozwala rozładować klimat humorem. Czyżby miał zostać nowym klasykiem?

8/10 

Radosław Ostrowski

Ostatnie zadanie

W wojsku nie zawsze panuje porządek, a ci najbardziej „lubiani” dostają czasem najbardziej parszywe zadanie. Tak się przytrafiło dwóm podoficerom marynarki – Mulhall oraz Buddawsky, którzy czekają na swoje rozkazy. Dostają zadanie odeskortowanie dawnego marynarza do więzienia w Pittsburghu. Meadows dostał 8 lat za kradzież, a zadanie odeskortowania wydaje się bardzo proste.

ostatnie_zadanie1

Hal Ashby, opromieniony sukcesem „Harolda i Maude”, tym razem serwuje słodko-gorzkie kino drogi z wojskiem w tle. Bo co może się wydarzyć w drodze z bazy do wojskowego więzienia? Skazaniec jest potulny jak baranek, nie chce nigdzie uciec i jest strasznie młodym chłopakiem. Mulhall z Buddawsky’m to już stare wygi, co niejedno widzieli i niejedno słyszeli, chociaż nawet ich dotykają wojskowe absurdy biurokratyczne. Ale ta cała podróż staje się dla każdego z tej trójki nowym doświadczeniem, tworząc bardzo zaskakującą więź. Jednak cała ta wędrówka jest dla reżysera jedynie pretekstem do pokazania ówczesnego świata: przydrożnych barów, dworcowych toalet, hoteli, domów publicznych, a nawet zebrania religijnych pasjonatów. Wszystko to wygląda w niemal paradokumentalnym stylu, dodającym realizmu. Pozornie wolne tempo oraz porzucenie kwestii nie działa w żadnym wypadku usypiająco.

ostatnie_zadanie2

Sama historia pokazana jest bardziej delikatnie, pokazując dość wielką siłę przyjaźni w tym całym brutalnym świecie. Granica między aresztantem a konwojentami zaczyna się coraz bardziej zacierać. Mul z Buddym stają się przewodnikami dla Meadowsa – wycofanego, niemal posłusznego, cichego faceta przyjmującego los takim, jaki jest. Panowie serwują mu pierwszy raz z kobietą, zaprowadzają nawet do matki, razem popijają piwo i zaczynają się coraz bardziej poznawać. Ale czy Meadows nie spróbuje nawiać, wykorzystując okazję? Na to pytanie poznacie odpowiedź, oglądając ten film.

Ashby nie tylko pewnie opowiada historię, nie zapominając o odrobinie humoru, lecz także dzięki fantastycznemu aktorstwo. Bryluje rewelacyjny Jack Nicholson w roli Buddasky’ego – lekko porywczego (tylko lekko), bardzo zadziornego wojaka, szanującego lojalność. Bywa lekko cyniczny, jednak jest dobrym kompanem. Tak samo Otis Young (Mulhall), z którym tworzy bardzo wyrazisty duet, który przeszedł wiele. Za to największą niespodzianką jest Randy Quaid. Aktor kojarzony głównie z serią o rodzinie Griswaldów, fantastycznie portretuje wycofanego, nieśmiałego, przytłumionego chłopaka pełnego lęków, powoli zmieniającego się podczas podróży. Czy poradzi sobie w więzieniu? Na pewno zapamięta tą wycieczkę na długo.

„Ostatnie zadanie” ma wszystkie elementy kina drogi, ale mimo wielu lat na karku, pozostaje wciągającym komediodramatem z kapitalnym aktorstwem, świetnymi dialogami oraz poruszającymi postaciami, które zostają w pamięci na długo. Aż chciałoby się zobaczyć sequel.

8/10

Radosław Ostrowski

Machina wojenna

Wojna nigdy się nie zmienia. Zawsze była kreowana przez polityków oraz wojskowych, marzących o glorii i chwale, zaś dla cywili oraz zwykłych żołnierzy ma tyle sensu, co szukanie min za pomocą patyka. Kimś takim był generał Glen McMahon – wojskowy idealista, który ma dowodzić wojskami koalicji w Iraku, podczas 8 roku trwania wojny. Tylko, czy ona jeszcze ma sens?

Produkcja Netflixa z zeszłego roku zrobiła spory szum i to z kilku powodów. Film Davida Michoda, twórcy „Królestwa zwierząt” oparty jest na książce dziennikarza Rolling Stone, Michaela Hastingsa o generale Stanleyu McCrystalu oraz jego świcie. Autor parę tygodni po publikacji zginął w niejasnych okolicznościach, generał został zdymisjonowany i przeszedł na emeryturę, zaś członkowie jego świty pełnią ważne funkcje w Białym Domu. Do tego udało się zaangażować Brada Pitta do głównej roli, a także był producentem całości. W założeniu miała to być satyra na wojskowe myślenie, które jest bardzo mocno oderwane od rzeczywistości, że już bardziej się nie da. Wszelkie rozmowy z urzędnikami (zwłaszcza wiceprezydentem), konferencje prasowe czy innymi wojskowymi, nie potrafiącymi zrozumieć całej nowej filozofii z jednej strony potrafią rozśmieszyć. Z drugiej strony im dalej w las, tym bardziej ten śmiech zaczyna tkwić w gardle.

machina_wojenna1

Reżyser miesza tutaj poważne momenty z bardziej groteskowymi wydarzeniami. Kolejne wizyty w prowincji mające przekonać lokalnych ludzi, że jesteśmy tutaj jako pomocna dłoń (czemu hodują konopie zamiast bawełny) czy z żołnierzami z innych baz potrafią uderzyć. Tak samo jak wizyty u ciągle chorującego prezydenta Karzaja, uświadamiającemu dowódcy, iż jest on jedynie marionetką. Jednak prawdziwy dramat widzimy podczas akcji żołnierzy, gdzie dochodzi do strzelaniny i giną cywile. Przez cały czas przewija się tutaj jedno pytanie: jaki jeszcze sens ma wojna w Iraku? Wojna, gdzie nie da się rozpoznać wroga, bo nie nosi munduru, gdzie mieszkańcy kraju traktują obcych jako wrogów. Wojny skazanej na przegraną z powodu braku postępów. Wniosek ten dobitnie wchodzi podczas sceny, gdzie generał próbuje przekonać innych do wysłania kolejnych wojsk i dochodzi do przepychanki z niemiecką polityk (świetna Tilda Swinton) oraz w bardzo gorzkim finale, gdzie dochodzi do zmiany dowódcy, pozostawiając ten sam pierdolnik bez zmian.

machina_wojenna2

Jak sobie poradził Brad Pitt w roli generała-idealisty? Trzeba przyznać, że wykonał świetną robotę, chociaż widać szarżowanie. McMahon może i początkowo wydaje się trepem z wielkim oddaniem dla sprawy, czyli zbyt wielkim optymizmem. Trudno jednak traktować go tylko jako nieodpowiedzialnego błazna, bo oddanie dla sprawy jest dla niego bardzo poważną kwestią. Pod koniec było mi zwyczajnie żal człowieka, podejmującego się niewykonalnego zadania, który robi dobrą minę do złej gry, chociaż wątek żony tylko liźnięto (Meg Tilly). Zwłaszcza, jak ma za wsparcie ludzi z buzującym testosteronem jak Greg Pulver (mocny Anthony Michael Hall), rozgadany PR-owiec Matt Little (solidny Topher Grace) czy Pete Duckman (Anthony Hayes). Nie sposób też nie wspomnieć o Benie Kingsleyu (prezydent Karzaj) czy Willu Poulterze (sierżant Ortega), dodających pewnego smaczku.

machina_wojenna3

„Machina wojenna” to mieszanka naprawdę ostrej i gorzkiej satyry z bardzo poważnym dramatem oraz niewesołymi wnioskami. Amerykanie kolejny raz przedstawieni są jako zbawcy, którzy przynoszą tylko więcej zamieszania niż pomocy, przez co sami obywatele mogą się mocno wkurzyć. Jednak ich samych prawda dawno przestała obchodzić, inaczej nie próbowali by dalej zbawiać świata.

7/10

Radosław Ostrowski

Łódź ratunkowa

Trwa wojna. Cywilny okręt pasażerski zostaje zatopiony przez U-Boota. Niektórzy pasażerowie przetrwali na szalupie ratunkowej: dziennikarka Constance Parker, przedsiębiorca Rittenhouse, trzech członków załogi, pielęgniarka oraz kobieta z dzieckiem. Szanse na przedostanie się do innego statku czy Bahamów (pierwotny kurs statku) są praktycznie niewielkie. Wtedy zostaje wyciągnięty rozbitek z zatopionego U-Boota, który później okazuje się kapitanem.

lodz_ratunkowa1

Troszkę mniej znany film Alfreda Hitchcocka zrealizowany w czasie II wojny światowej. Sam pomysł jest prosty, bo mamy zwykły ludzi oraz tajemniczego Niemca, o którym nie wiemy zbyt wiele. Nie wiemy, czy można mu zaufać. Do tego jeszcze mamy bardzo ograniczoną przestrzeń oraz wiele konfliktów z powodu pozycji społecznych. Pasażerowie próbują sami podjąć decyzję, ale też nie wiedzą jak postąpić z “obcym” pasażerem. Zaufać mu, pozbyć się go czy może zwyczajnie ignorować. To potrafi zbudować napięcie, wynikające ze zderzenia postaw. Jeden z ocalonych ma gangrenę na nodze, umiera dziecko, zaś nasza reporterka zaczyna tracić kolejne przedmioty (maszynę do pisania, aparat z filmem czy bransoletkę), co jest źródłem humoru. Reżyser zaczyna odkrywać coraz kolejne fragmenty z życia bohaterów, podkręcając kolejne konflikty oraz prowokując do pytań o człowieczeństwo i ludzkie odruchy w walce o przetrwaniu.

lodz_ratunkowa2

Hitchcock bardzo sprytnie ogrywa ograniczoną przestrzeń, wykorzystując często zbliżenia na twarze oraz montaż. Dialogi nie są pozbawione drobnych docinków, ale też nie brakuje czynników wewnętrznych w postaci burzy, ograniczonej ilości prowiantów czy pojawienia się ostrzału. Nie brakuje kilku zaskoczeń, zaś postawa ocalonych wobec Willy’ego – nawet jak na rok produkcji – była dość zaskakująca oraz potrafi uderzyć. I ta postawa potrafi zmusić do zastanowienia nawet teraz.

lodz_ratunkowa3

Za to nadal broni się świetnym aktorstwem, mimo upływu lat, tworząc bardzo wyraziste postacie. Trudno wymazać z pamięci zadziorną, cyniczną, troszkę skupioną na siebie Parker (Tallulah Bankhead), lewicującego macho Kovaca (John Hodiak), poczciwego Gusa Smitha (William Bendix) oraz bardzo zagadkowego Willy’ego (Walter Slezak) – z jednej strony dość poczciwy i budzący sympatię (operacja na Gusie, orientacja w terenie), ale jego motywacja pozostaje dość niejasna. I ta postać skupia najwięcej uwagi.

“Łódź ratunkowa” jest angażującym dreszczowcem w czasach wojennych. Intryga wciąga, postacie zapadają mocno w pamięć, nie brakuje odrobiny humoru, zaś zakończenie prowokuje do rozmyślań. Mimo lat, godnie się starzeje, a postawa bohaterów parę razy zaskakuje.

7/10

Radosław Ostrowski

Panieneczki – Opowieści zasłyszane na wiosce – część pierwsza

580e0b11c0f71d07917441de81aed28d

Moda na folkowo-ludowe granie trzyma się u nas naprawdę mocno. Ostatnio wskoczyła Tulia ze swoimi coverami, a już zaczyna się czaić nowa ekipa. Pochodzące z Bydgoszczy Panieneczki tworzą: Anita Sobiechowska (kontrabas, syntezatory), Irena Filuś (skrzypce, wokal), Joanna Glubiak (perkusja), Kate Nurnberg (klawisze) oraz Małgorzata Żurańska-Wilkowska (wokal). Panie postanowiły wykorzystać utwory z Kujaw, lecz w lekko uwspółcześnionym brzmieniu. Jednak zamiast pełnej płyty panie, jakby lekko onieśmielone i niepewne, postanowiły na początek rzucić EP-kę.

“Opowieści zasłyszane na wiosce – część I” zawiera raptem cztery utwory, ale mówi o tej grupie więcej niż można się było spodziewać. Na pierwszy ogień wchodzi “Jabłoneczka” – niczym echo odbija się wokal, do którego wskakuje perkusja oraz grane na palcach skrzypce. A kiedy wchodzi wokal, można odnieść wrażenie słuchania jakiegoś zespołu ludowego. I ta zbitka nie wywołuje zgrzytów, nawet z lekko “onirycznym” solo skrzypiec zmieszanym z pulsującymi klawiszami (zgranymi w środku ze wspólnym zaśpiewem). “Panieneczki” mieszają piękne smyczki z jazzową perkusją oraz elektronicznymi pasażami, zachowując lekkość i chwytliwość, w czym nie przeszkadzają nawet gitary pod koniec. “Wyjrzyj ino” wydaje się najbardziej klasycznym w zestawie: od wspólnego zaśpiewu, odbijającego się niczym echo oraz gry smyczków. Jednak to tylko zmyłka, gdy po refrenie wchodzi perkusja, wokal jest jeden, zaś skrzypce dodają odrobiny surrealistycznego klimatu. A na finał dostajemy “Tyngę” z walczykowymi smyczkami oraz… fortepianem. Jednak dalej wchodzi mocniejsza perkusja, nakładające się głosy pod koniec zwrotki.

Muzycznie trudno się do czegoś przyczepić, wokal potrafi oczarować, zaś teksty o relacjach damsko-męskich nie wywołują irytacji. Szkoda, ze to są tylko EP-ka, bo Panieneczki zaostrzyły mi apetyt na longplaya. A to świadczy dobrze o samym albumie.

Radosław Ostrowski

Przeklęta ziemia

Laponia – wbrew pozorom nie jest to „Kraina lodu”, ale bardzo surowa, chłodna kraina, pełna śniegu. To tutaj mieszka Lasse, policjant na emeryturze z posterunku przeznaczonego do likwidacji. Ale nasz bohater dowiaduje się, że do wioski przybył Jaakko, który terroryzuje okolicę. Jaakko jest nieślubnym synem Lassego i pragnie zemsty, bo odkrył pewną rodzinną tajemnicę. Chce dopaść Lassego, lecz zamiast niego zabija przyjaciela drugiego, prawowitego syna policjanta. I to doprowadza do dramatu.

przekleta_ziemia1

Skandynawskie kino kryminalne od wielu lat cieszy się ogromną popularnością, co mnie nie dziwi. Tym razem mamy do czynienia z fińską produkcją, która jednak idzie innymi drogami. Pościgi, strzelaniny są tu obecne, lecz nie są na pierwszym planie. Tak naprawdę liczy się tutaj bardzo stopniowe budowanie napięcia oraz bardzo gęsty klimat. Mroźne krajobrazy Laponii nie tylko wyglądają imponująco, ale stanowią kontrast dla bardzo intensywnych (chociaż mocno tłumionych) emocji. Zaczynają wychodzić kolejne tajemnice z życia Lassego, który staje między młotem a kowadłem. Czy bracia się nawzajem pozabijają, a może uda się uniknąć rozlewu krwi?

przekleta_ziemia2

Film wygląda bardzo imponująco, zaś reżyser bardzo szczątkowo przekazuje kolejne strzępki informacji, a każdy przeszłość pamięta inaczej. Atmosfera staje się coraz bardziej napięta i niemal do samego końca nie wiadomo, jak to się wszystko skończy. Dla wielu problemem może być bardzo niespieszne tempo, jednak wystarczy się zanurzyć w tym klimacie, by docenić tą historię o cieniach przeszłości oraz niekoniecznie dobrym ojcostwem. Zapomnijcie o hollywoodzkim stylu, ckliwych scenach oraz pójściu ku sentymentalnym dialogom. Surowy, chłodny styl skandynawski przebija się tutaj i pozostaje aż do brutalnego finału, niemal w westernowym stylu (Lasse „usuwa” ogon).

przekleta_ziemia3

Dobrze to wygląda, nieprzyjemna muzyka buduje klimat, a aktorstwo jest naprawdę solidne. Najbardziej tutaj wybija się Ville Virtanen jako Lasse – mężczyzna z mroczną przeszłością, znajdujący się między dwoma braćmi. Pozornie zgaszone spojrzenie mówi więcej niż jakiekolwiek słowa.

Choć pozornie „Przeklęta ziemia” wydaje się kolejny dreszczowcem z mroźnej Skandynawii. Nadal klimatyczny, z tajemnicą odkrywaną powoli, lecz konsekwentnie oraz plenerami wręcz zapierającymi dech. Nic dziwnego, że tamtejsze kryminały są tak dobre.

7/10

Radosław Ostrowski