Adam Strug – Leśny bożek

lesny-bozek-b-iext51929866

Tego znanego etnomuzykologa (badacz muzyki tradycyjnej) oraz wokalistę poznałem bliżej, gdy ze Stanisławem Soyką mierzył się z poezją Bolesława Leśmiana. Ale Strug solowo udziela się od wielu lat i po bardzo ciepło przyjętej “Myszy” wrócił do nagrywania. Rok temu pojawił się czwarty longplay, gdzie tym razem pojawiają się utwory m.in. Leopolda Staffa, Adama Asnyka czy ludowego poety Jana Pocka. I tak narodził się “Leśny bożek”.

Ale najbardziej nieoczywista jest tutaj muzyka, bardzo skręcająca w kierunku wschodnim, ale też bardziej ludowym. Otwierające całość “Dwa księżyce” wybijają się dzięki akordeonowi, trąbkom oraz bogatych detalach na drugim planie. Ta etniczość wnosi wiele świeżości, ale też nie brzmi bardzo “skansenowo”, czego można się było obawiać. Czy to melancholijny walczyk “Puściła po stole”, ubarwiony akordeonem oraz dzwoneczkami, czy bardziej rozpędzony “Ostatni raz”, jakiego nie powstydziłby sie sam Goran Bregović.Swoje pięć minut mają też gitary różnej maści (“Ptasie kłopoty”) czy niemal “uliczne” “Pod moim oknem” z łatwo wybijającym rytm kontrabasem. Osoby wolące posłuchać muzyki dostaną instrumentalnego “Srebrnego”, który idealnie pasowałby na jakiejś wesele, a szukający nutki romantyzmu polubią delikatny “Ranek nad morzem”.

Strug razem z muzykami serwuje kolejną paletę barw, mimo dominacji akordeonu. Muzyk z członkami zespołu tworzy bardzo wyjątkowy klimat, odtwarzając muzykę bardzo zapomnianą, powoli wyciąganą ze strzech. Ze swoim lekko chropowatym głosem pasuje do tego świata, zgrabnie wykonując poszczególne słowa. Niby typowe etniczne brzmienie, ale bardzo przystępne, bezpretensjonalne i nienachalne. To bardzo, bardzo przyjemna płyta, podtrzymująca poziom do jakiego Strug nas przyzwyczaił. Absolutnie godne polecenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojciech Majewski – Nie było lata

nie-bylo-lata-b-iext51369270

Jazz i poezja śpiewana pozornie nie pasują do siebie, ale pianista Wojciech Majewski ma na ten temat odmienne zdanie. Tym razem postanowił się zmierzyć z wierszami Stanisława Grochowiaka, pozapraszał wielu gości, zarówno śpiewających (m.in. Zbigniew Zamachowski, Stanisław Soyka), jak i grających (m.in. Henryk Miśkiewicz, Sławomir Kurkiewicz) i z tej kombinacji powstało “Nie było lata”.

By było jeszcze bardziej poetycko, pojawiają się fragment recytowane przez Wiesława Komasę, pełniącego tutaj role narratora, a niektóre wiersze są wręcz wplecione do piosenki, przez co te fragment nie gryzą się ze sobą. Otwierający całość “Świt” wydaje się wręcz nierzeczywisty, pełen przemielonych dźwięków, wywołujących niepokój i tworzącymi wręcz futurystyczny klimat. Nawet fortepian wydaje się dziwaczny, a wokale gdzieś przebijają się, stanowiąc pokręcony kolaż. Bardziej zdyscyplinowany i melancholijny jest “Kanon”, by przejść do bardziej dynamicznego “Tęsknię” (tutaj błyszczy Janusz Szrom), z bardziej wybijającym się duetem fortepian-kontrabas czy bardzo stonowane, Hammondowe “Mobile” z ciepłym głosem Krzysztofa Napiórkowskiego oraz pięknymi smyczkami. Dla fanów spokojniejszych nut jest “Nad tomem mazurków Chopina”, a szukający lekkiego ożywienia znajdą w “Zaproszeniu do miłości”, gdzie na początek fortepian z klawesynem tworzą intrygujący duet, by sam Majewski mógł zaszaleć czy nerwowa “Bitwa”.

Gospodarz dba tutaj o różnorodność brzmienia, a niektóre fragment (“Świt”, “Zgliszcza”) ocierają się wręcz o awangardę. Problemem może też być pewien przesyt, bo 21 kompozycji (!!!) to sporo, choć niektóre utwory są strasznie krótkie jak “Interlude” (niecałe pół minuty) albo bardzo monotonne. Sytuacje ratują inni wykonawcy naznaczając swoim głosem każdy z utworów (poza w/w jeszcze Magda Umer, Magdalena Różczka recytująca “Ars poetica” czy Zbigniew Zamachowski), pozwalając utrzymać zainteresowanie tą jesienną płytą, która wymaga sporo wysiłku oraz cierpliwości. Inaczej odbijecie się od niej bardzo szybko, a to nie brzmi zbyt zachęcająco.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pewnego razu w listopadzie

Warszawa 2013. Państwo Przyłęccy, czyli matka z synem zostali wyrzuceni z domu wskutek decyzji sądu. Obecnie próbują znaleźć swoje lokum zarówno w ośrodkach dla bezdomnych, chatkach na dawnych działkach albo na sqatach. Tylko, ze problem polega na tym, że  nigdzie nie można wprowadzić psa.

listopad1

Dziwny to film Andrzeja Jakimowskiego, który tym razem postanowił pójść w stronę kina bardziej zaangażowanego społecznie. Reżyser rezygnuje z mieszania zwykłego w niezwykły świat, tylko brutalnie zderza rzeczywistość bezdomnych na parę dni przed 11 listopada. Stąd wiele jest ujęć z ręki, bardzo stonowana, wręcz chropowata kolorystyka oraz – co najgorsze – brak spójnej konstrukcji scenariuszowej. Bo sama historia jest prowadzona troszkę bez ładu i składu. Z jednej strony mamy kwestie związane ze znalezieniem lokum, z drugiej próba „pozbycia” się psa, z trzeciej studia Marka (studia prawnicze), gdzie słyszymy teorię funkcjonowania skontrastowaną z praktyką prawa. Do tego jeszcze masa zbędnych wątków pobocznych w postaci: pracy w warsztacie, włamywania się do dawnego mieszkania, skarga na policję. Tego wszystkiego jest po prostu za dużo, a poszczególne sceny (niektóre mocne jak ta na policji) potrafią czasem uderzyć. Tylko, że niewiele z tego wynika, bo cała historia rozmywa się, pozbawiona jest głębszego zamysłu oraz jakiegokolwiek celu.

listopad2

A żeby jeszcze bardziej zaatakować, zostają wplecione ataki narodowców podczas Marszu Niepodległości, gdzie dochodzi do próby ataku na squat. Jeśli miało to pokazać bezsilność ludzi wykluczonych wobec agresji tzw. „prawdziwych patriotów”, dało to efekt na poziomie publicystycznego artykułu. Niby miało to być drapieżne i ostre, lecz tak naprawdę jest tylko zbędnym balastem i tak gmatwającym całą historię, która nagle się urywa. Dlaczego tak jest?

listopad3

Aktorsko też nie ma tu zbyt wiele do pokazania. Drażni (i to bardzo) Grzegorz Palkowski swoim bardzo sztucznym głosem, pozbawionym jakichkolwiek emocji, zwłaszcza w scenach bardziej poważnych. Kontrastem dla niego jest wycofana Agata Kulesza (matka), chociaż też nie ma tu zbyt wiele do pokazania – zmęczenie i cierpienie. Za to zaskakuje Jacek Borusiński („Klucznik”), pilnujący drzwi do squatu i zachowując wiarygodność.

„Pewnego razu w listopadzie” chce bardzo być filmem w stylu Kena Loacha, lecz największa wada Jakimowskiego – bardzo luźny scenariusz, oparty na improwizacji nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Kompletnie nie angażuje, pozbawiony jest ciągu przyczynowo-skutkowego, stawiając pytanie po co to wszystko.

3/10

Radosław Ostrowski

Pograbek

Tytułowy bohater mieszka gdzieś na wsi, gdzie zabija zwierzęta (konie i krowy) za pieniądze. Ma żoną, z którą nie może mieć dziecka. Małżonkowie umówili się z ciężarną matką, że wykupią od niej dziecko, a do zebranej sumy brakuje bardzo niewiele. Lecz jak na złość, kobieta zmienia zdanie. Wtedy pojawia się inny, bardziej ryzykowny pomysł.

pograbek3

Telewizyjny film Jana Jakuba Kolskiego stworzył ten styl, z którym reżyser jest kojarzony aż do dnia dzisiejszego. Akcja niby toczy się tu i teraz, ale jednocześnie jest to bardzo umowny świat, gdzie nawet umarli potrafią nawiedzać żywych, nie brakuje symboliki i metafor, ale to wszystko nie odpycha, wręcz fascynuje. To bardzo delikatne, wręcz subtelne kino, chociaż dotykające bardzo poważnego tematu bezpłodności oraz „znalezienia” sobie dziecka. Reżyser jednak nie osądza swoich bohaterów, tylko przygląda się im, razem z pięknie sfotografowaną przyrodą i okraszając to wszystko miejscami bardzo czarnym humorem. Nawet dialogi, choć niepozbawione pewnego „ludowego” filozofowania, nie są zbyt poważne, potrafią parę razy rozbawić (nocne rozmowy Pograbka z Kuśtyczką), ale i zastanowić nad poważniejszymi sprawami. Kolski prostymi słowami pokazuje, czym jest miłość, szacunek, ale i przywiązanie do siebie.

pograbek1

Może się czepiać, że film jest taki krótki (nieco ponad godzinę), ale „Pograbek” potrafi oczarować swoją plastycznością, skoczną muzyką w tle. Także aktorsko jest tutaj zachowany bardzo wysoki poziom. Trudno oderwać oczy i uszy od Mariusza Saniternika, którego Pograbek wydaje się prostym, szczerym facetem, nie pozbawionym skłonności do rozmyślań. Równie wyborny jest Franciszek Pieczka, choć pojawia się tylko w jednej scenie na samym początku (planujący samobójstwo Kaczuba) czy uwodzący swoim wdziękiem Tadeusz Szymków. A jak sobie radzi Grażyna Błęcka-Kolska, czyli Kuśtyczka? Zazwyczaj najsłabsze ogniwo filmów Kolskiego tutaj prezentuje się nieźle, bez irytacji, co wcale nie jest takie oczywiste.

pograbek2

Choć to dopiero drugi film w dorobku Kolskiego, „Pograbek” stanie się podwaliną charakterystycznego stylu, pełnego baśni oraz ocierająca się o realizm magiczny. Tak rodzi się piękno.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zemollem – Zanim

zanim-b-iext52392913

Andrzej “e-moll” Kowalczyk – to nazwisko może wielu osobom kompletnie nic nie mówić. Ten gitarzysta, kompozytor i autor tekstów od ponad 25 lat działa ze swoją formacją Zemollem. W tym roku postanowił o sobie przypomnieć nowym materiałem, zapraszając paru gości i tak powstało “Zanim”, czyli pop-rockowa mieszanka z ambicjami na coś więcej niż proste granie pod radio.

Początek to krótki wstęp w postaci “Matrixa”, będącego sklejką różnych fragmentów płyty i głos płonącego ogniska. Wtedy dochodzi delikatna gitara akustyczna oraz śpiewające głosy Zbigniewa Zamachowskiego i Joanny Trzepiecińskiej. Płynnie przechodzimy do odrobinę mrocznego “Zanim powiesz coś” z syntezatorowymi smyczkami, gdzieś w tle słychać jakie śmiechy, fortepiano, by całkowicie zanurzyć się w minimalistycznej elektronice, zaś perkusja odbija się jak echo. Utwór nagle się urywa, a po nim wchodzi pojawiający się aż cztery razy Mariusz Orzechowski. Jego pierwsze wejście to mocniejsze “Gdzieś między D a H”, gdzie wybijają się zapętlone smyczki oraz wyrazisty bas, drugim jest wręcz liryczny “Pokój z widokiem na parlament” (w tle jakieś rozmowy, ruch, jedzenie), zaś trzeci to psychodeliczna “Kolacja na pięć dłoni (Moja piosnka II)” z saksofonem na początku, zagubioną gdzieś gitarą oraz wierszem Norwida, by uderzyć punkowym “Nie kłam” z zespołem WBH.

Warto też wspomnieć bardzo rockowe “Oni kłamią” pokazujące kompletnie nieznane oblicze Mirosława Czyżykiewicza (dobrze się odnajdujące się w czaderskiej stylistyce), oparte na pianistycznym wstępie “Ciesz się Polsko (Gaude Mater Polonia)”, uliczną balladę “Uliczne dzieci” z zaskakująco dobrym Arturem Gadowskim czy finałowe, melancholijne “Zanim… wszystko dobrze”, gdzie wokal przejmuje Andrzej Poniedzielski. Nawet dla rapu znalazło się miejsce (surowe “Prośba 2010 – Nie odbierajcie nam nadziei”), co jest zaskakujące.

Ten eklektyczny zestaw jest ku zdumieniu wielu osób, bardzo spójną całością, połączoną niebanalnymi tekstami oraz odpowiednią charyzmą gości. Nie wszystkim każdy utwór podjedzie, bo dominuje tutaj spokój, lecz “Zanim” ma szansę zwrócić uwagę co wrażliwszych słuchaczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Soyer

Soyer jest chłopakiem, który ma bardzo lekkiego zajoba na punkcie sfery duchowej. Do tej pory zajmowała się nim matka, ale dostała wylewu i opieka nad Konradem spadła na jego siostrę, Małgośkę. Kobieta żyje w związku z bankierem Jackiem. A kiedy ich poznajemy wyruszają na wycieczkę w góry. Soyer decyduje się „nawrócić” Janka z dala od materialistycznego świata, a pierwszym krokiem jest wrzucenie do silnika jego auta piasku.

soyer1

Łukasz Barczyk – wielbiony przez krytykę (na początku), nienawidzony przez publiczność (chyba od zawsze) to twórca zawsze idący własnymi drogami, wielokrotnie oskarżany o megalomanie, kopiowanie innych twórców. „Soyer” to dyplomowy film studentów Wydziału Aktorstwa łódzkiej „Filmówki”, a sama historia wydaje się coraz bardziej absurdalna. Ujęcia kręcone smartfonem, wąski ekran (format 4:3), miejscami bardzo natchniowe, wręcz pretensjonalne dialogi (głównie wszystko, co mówi Soyer, który bardziej wygłasza kazania) – to wszystko sprawia wrażenie pewnego bałaganu, chaosu oraz tandeciarstwa. Z jednej strony jest to kiczowate dzieło, pełne niedorzecznych scen („cuda” po śmierci Konrada czy rozmowa z księdzem, przerywana dzwonkiem telefonu) oraz tandetnej formy. Jeśli jest to celowy żart, dlaczego nie byłem w stanie go wyłapać i wychwycić?

soyer2

Reżyser idzie na pełną powagę, nawet gdy nie jest to konieczne. Każdy kolejny rozdział (przeskakujemy z postaci na postać) stanowi inną formę – od postrzelonego bełkotu i „dyskotekowej” sceny a’la Lynch przez rozmowę Marianny z ekipą dokumentalną aż do pokazanej z kamer pracy Janka w skarbcu. „Soyer” to dziwaczne kino, gdzie treść wydaje się nie istotna – niby jest to szydercze, groteskowe spojrzenie na religię (rozmowa z księdzem czy profesorem), ale to wszystko jest bardzo puste, niezrozumiałe i prowadzące donikąd. Wszystko może być tutaj metaforą czy symbolem, jednak może być równie pozbawione sensu jak cała ta opowieść.

soyer3

Aktorsko nie ma tutaj zbyt wiele o czym mówić, bo postacie są jednowymiarowe. Soyer (Maciej Musiałowski) to nawiedzony maniak religijny, z kolei Jacek (Cezary Kołacz to korporacyjny szczur, uzależniony od kokainy, rzucającym złotymi myślami „kapłanem” Mamony. A pośrodku nich jest Małgosia (Marianna Zydek), która nie jest w stanie wybrać między nimi.

Nawet jeśli miała to być współczesna wersja „Noża w wodzie”, Barczyk nie potrafi mnie przekonać. Nawet jeśli był to celowo wykonany dowcip, nie śmieszy, lecz nuży i drażni. Absolutna strata czasu i zmarnowane pieniądze uczelni.

2/10

Radosław Ostrowski

Everything Sucks! – seria 1

Rok 1996, miasteczko Boring, czyli taka zwykła pipidówa gdzieś w Kalifornii. I to w tutejszym liceum uczy się trzech kumpli: Luke O’Neill, McCready i Tyler. Cała trójka dołącza do kółka audio-wideo, gdzie odpowiadają za realizowanie wiadomości szkolnych. I właśnie tam, Luke poznaje Ją – niezwykłą, młodą dziewczynę, choć pozornie wyglądającą jak szara myszka. I to bardzo dźwięczne imię Kate. Tylko, że jest ona córką dyrektora szkoły, co może komplikować sprawę.

everything_sucks1

Nowy serial Netflixa to osadzona w latach 90. młodzieżowa tragikomedia, skupiona na problemach młodych ludzi. Pozornie mogą wydawać się błahe: pierwsza miłość, brak jednego z rodziców, realizacja swojej pasji, odkrywanie swojej orientacji. Ale to wszystko pokazane jest tak wdzięcznie oraz z lekkością. A jednocześnie jest to mocno osadzone w realiach lat 90., gdzie nie było jeszcze telefonów komórkowych, a Internet (baaaaaaaaaaardzo powolny) działał tylko w szkolnych bibliotekach. Punktem wyjścia i całe clou serialu opiera się na realizacji wspólnego filmu przez kółko teatralne oraz wideo, co jest dodatkowym źródłem humoru. Całość prowadzona jest powoli, ale emocje parę razy potrafią uderzyć z siłą niemal bomby atomowej (Kate wspominająca swoją matkę), zachowując zdrowy balans między humorem a dramatem.

everything_sucks2

Najbardziej rozbudowana jest tutaj relacja miedzy Kate a Lukiem, która zaczyna coraz bardziej ewoluować – od zakochania i miłości przez gniew, ból aż po przyjaźń. Trudno odmówić twórcom szczerości w przedstawieniu tej pozornie prostej historii, opowiadanej w krótkiej formie (10 odcinków po niecałe 30 minut). Troszkę nie do końca są zarysowani bohaterowie drugoplanowi (poza ojcem Kate, matką Luke’a oraz parą z kółka teatralnego), mogących mieć coś ciekawego do opowiedzenia. Poznajemy ich jedynie w szkole, podczas przygotowań do filmu, ale poza szkołą nie wiemy o nich nic. Być może zostałoby to rozwinięte w następnych seriach, o ile powstaną.

everything_sucks3

Technicznie serial troszkę przypomina dokument – stonowane kolory, czasami ujęcia z ręki, troszkę „amatorskie” zbliżenia na twarze. To tylko podbudowuje klimat epoki, tak samo jak świetna muzyka z epoki (Oasis, Tori Amos, Spin Doctors czy The Cardigans), idealnie budująca tło, a nawet kluczowa w wielu miejscach jak wtedy, gdy Luke, by umówić się z Kate… realizuje własną wersję teledysku do „Wonderwall” czy jak Luke z Kate jadą na koncert Tori Amos. Efekt bywa piorunujący, nawet mimo stosowania klisz (czarnoskóry wychowywany przez samotną matkę, wycofany nerd kalkulujący swoje szanse, pocieszny idiota).

everything_sucks4

Aktorsko jest tutaj świetnie, co jest też zasługą mało znanych twarzy. Absolutnie rewelacyjni są Peyton Kennedy (Kate Messner) oraz Jahi Di’Allo Winston (Luke), tworząc bardzo portrety młodych ludzi, mierzących się z brakiem jednego z rodziców oraz pewnych tarć z nimi, a także relacji damsko-męskich, odkrywania swojego ja (Kate), zachwycając od pierwszej do ostatniej sceny. Równie świetna jest Sydney Sweeney jako przechodząca swoją własną ewolucję Emaline oraz Elijah Stevenson w roli skupionego na sobie, lekko bucowatego Olivera, szefa kółka teatralnego. Poza nimi warto też wspomnieć Patcha Darragha (Ken Messner), który pozornie wydaje się niezdarnym, ale sympatycznym dyrektorem szkoły. Jego próby zrozumienia i wychowania córki, pokazują jak wiele ma w sobie ciepła oraz empatii.

„Everything Sucks!” to bardzo bezpretensjonalna, szczera, pełna nostalgii (ale bez przesady) historia w stylu „Luzaki i kujony”, gdzie lata 90. są zaledwie tłem, niedominującym nad całą opowieścią. Sympatyczne, przyjemne, ale też potrafiące bardzo zaangażować kilka mocnymi scenami, czego się nie spodziewałem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Gorący czwartek

Gdzieś na Śląsku żyje sobie trzech młodych chłopaków, którzy żyją sobie bez jakichś większych perspektyw. Żyje im mija od kradzieży do kradzieży, rodzice w zasadzie nie istnieją, są zdani tylko na siebie. Aż trafia im się szansa, czyli wypasiona furka i chłopaki kradną torbę, a także radio i portfel.

goracy_czwartek1

Telewizyjny debiut Michała Rosy to kolejny przykład kina turpistycznego, próbującego pokazać spojrzenie na świat bez retuszu, ale jednocześnie jest w tym coś poetyckiego jak biedaszyby nocą. Historii jako takiej tutaj nie ma, wszystko sprawia wrażenie dokumentu, gdzie przyglądamy się naszym bohaterom, choć ich motywacja nie jest powiedziana wprost. Reżyser prowadzi dziwną taktykę i wodzi ciągle za nos (niczym ostatnio we „Florida Project”), przez co nie wiadomo, co jest grane. Włóczęga przy zachodzie słońca, bardzo skoczna muzyka z dziecięcymi wokalizami, pierwsza miłość – tych wątków jest sporo, a Rosa próbuje zgrabnie lawirować. Ale mimo dość krótkiego czasu trwania (niecała godzina), reżyser troszkę potrafi zmęczyć, bo ile można oglądać o beznadziei oraz marazmie. Każda próba wyrwania się i zdobycia pieniędzy (sprzedaż radia u pasera, „znaleźne”) kończy się porażką. Wiele scen jest tylko po to, żeby ładnie wyglądało w obrazku (pochód chłopaków przez drogę), montaż jest bardzo surowy, postacie są ledwie zarysowane, za to pochwalić należy słodko-gorzkie zakończenie, dające pewną nadzieję.

goracy_czwartek2

Spokojne, powolne i gorzkie kino z fantastycznie zagranymi dzieciakami, co u nas praktycznie nie istnieje. Naturszczycy (Damian Lubas, Daniel Nowak, Grzegorz Lempa) zachwycają swoją naturalnością, wręcz lekkością i swobodą w tworzeniu młodych, naiwnych chłopaków. Mimo tego, że czasem działają na granicy prawa, to budzą sympatię i kibicuje się im aż do końca. Z drugiego planu najbardziej wybija się Ewa Dałkowska (Godyszowa) oraz Adam Bauman (paser), kradnąc film na kilka minut.

goracy_czwartek3

Film przepadł i raz na jakiś czas telewizja sobie o nim przypomni. Ale debiut Rosy pokazuje ogromny potencjał tego twórcy, trafnie opisującego obecną rzeczywistość. Nawet jeśli okazuje się niezbyt przyjazna – ciekawe spojrzenie na przyjaźń.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Film można obejrzeć na stronie cyfrowa.tvp.pl po rekonstrukcji cyfrowej.

Czarna suknia

Joanna jest bardzo młoda, a gdy ją poznajemy nosi czarną suknię. I powoli zaczyna opowiadać swoją historię. W czasie wojny razem z mężem trafiła do Francji, jednak kraj został zajęty przez Niemców. Podczas ucieczki Jerzy zostaje zastrzelony, a Joanna aresztowana i trafia do obozu. Tylko jak powiedzieć o tym jego matce, która wojnę przeżyła? Młoda kobieta decyduje się na mistyfikację.

czarna_suknia1

Na początku swojej artystycznej drogi Janusz Majewski nakręcił wiele filmów krótkometrażowych, przeznaczonych dla stawiającej pierwsze poważne kroki telewizji. „Czarna suknia” według opowiadania Stanisława Wygodzkiego już raz była adaptowana dla Teatru Telewizji przez… Janusza Majewskiego z niemal tą samą obsadą. Czy jest drugi raz wskakiwać do tej samej rzeki? Jak najbardziej tak. Ta kameralna psychodrama pokazuje bardzo trudną relację matki z synową. Coraz bardziej buduje kolejne kłamstwa, fałszywe informacje i zdarzenia, ale to wszystko nie sprawia wrażenie wydumanego problemu czy nieprawdopodobnej bzdury. Zaczynamy odkrywać kolejne nieprawdziwe wersje (rozstanie, żona, dzieci, praca, brak adresu, telefonu), które muszą doprowadzić do bardzo dramatycznego i oczywistego finału. Wrażenie niepokoju potęgują krótkie momenty, gdzie odzywa się muzyka.

czarna_suknia2

Reżyser nie próbuje ukryć faktów czy na siłę komplikować całą układankę – my wiemy, co się naprawdę wydarzyło, tylko próby dojścia matki (świetna Ida Kamińska) do prawdy – kobiety zaniepokojonej, nierozumiejącej i nabierającej podejrzeń. Ale Joanna (fantastyczna Aleksandra Śląska) coraz bardzo kluczy, mataczy i pilnuje, by się to nie wymknęło spod kontroli. Jednocześnie chce mieć ulgę, a coraz bardziej brnie w drogę kłamstwa. I te sprzeczności są wygrywane drobnymi gestami oraz spojrzeniami – absolutnie intrygująca postać.

Ta kameralna opowieść potrafi wciągnąć, nie jest przeciągnięta na siłę (a się troszkę o to prosiło) i mimo dość krótkiego czasu trwania (niecałe 45 minut) nie wywołuje znużenia ani niedosytu. Wszystko poukładane, bardzo delikatnie przedstawione oraz kapitalnie zagrane. A to była dla reżysera dopiero przygrywka do kolejnych tytułów.

8/10

Radosław Ostrowski

Amnestia

Okres tuż po 1945 roku był dla wielu ludzi bardzo ciężki. Także dla naszego bohatera. Rysiek to młody chłopak, pracujący w milicji we Wrocławiu. Ale ten chłopak ma pewien problem – wcześniej należał do podziemia i nie ujawnił się. Z jednej strony próbuje się odnaleźć w tym nowym porządku, z drugiej chce pójść do lasu, dołączyć do oddziału.

amnestia1

Takich niby wojennych, ale bardziej dramatów z wojną w tle powstało w naszym kraju sporo. Co nowego do tego gatunku wnosi „Amnestia” z 1981 roku? Chyba największą niespodzianką jest jej reżyser, czyli Stanisław Jędryka – twórca specjalizujący się w głównie w filmach i serialach o tematyce dziecięcej. Już samo to połączenie wydawało się intrygujące, ale wyszedł z tego klasyczny snuj. Czyli mamy bohatera miotającego się między obecnym życiem, dawną przeszłością oraz trzema kobietami (prawie jak w „Przedwiośniu”). Wszystko to układa się w ciąg nie zawsze powiązanych scenek oraz masy wątków, które nie zostają do końca rozwinięte. Zarówno kwestie miłosne, praca w milicji, potem w fabryce jako kierowca dyrektora i rozterki związane z przeszłością (postać dawnego kumpla z lasu, Teodora) to wszystko jest strasznie skrótowe, potraktowane po łebkach, nie wygrane oraz nie angażujące za bardzo. Wyjątkiem od tego są spotkania i schadzki Ryśka z Bianką – młodą, ale poharataną przez wojnę dziewczynę (śliczna Monika Stefanowicz) oraz z doświadczoną Karoliną (zaskakująca Emilia Krakowska), skrywająca pewną tajemnicę.

amnestia2

Ale to wszystko reżyser marnuje, nie ma pomysłu na narrację ani na postacie, które – poza Ryśkiem (niezły Michał Juszczakiewicz) – pojawiają się i znikają niczym w kalejdoskopie. Pojawiają się, coś mówią, ale niewiele z tego wynika. Jeśli to miało pokazać chaos oraz zagubienie naszego bohatera, to nie zagrało to za bardzo. Doceniam fakt, że nie jest to propagandowa agitka, a wszystko wydaje się bardziej przyziemne. Jednak to troszkę za mało, by mówić o godnym uwagi dziele.

amnestia3

„Amnestia” zwyczajnie przynudza, nie angażuje. Doceniam próbę odnalezienia się w zupełnie nowym dla siebie środowisku, jednak efekt mocno rozczarowuje. Bardzo archaiczne kino w złym znaczeniu tego słowa, gdzie nuda nudzi.

5/10

Radosław Ostrowski