Bicz i ciało

Do zamku hrabiego Menhoffa powraca marnotrawny syn, Kurt. Mężczyzna ten rozkochał służącą i zostawił ją, przez co kobieta popełniła samobójstwo, zaś Kurt zostaje wygnany oraz pozbawiony własnego majątku, a także narzeczonej. Jednak dziedzic wraca niby pogodzić się, ale tak naprawdę odzyskać swoje. Cały jego plan zostaje wywrócony do góry nogami, gdy wieczorem zostaje zamordowany.

bicz_i_cialo1

Kolejny wygrzebany film Mario Bavy, który tym razem wraca do gotyckiego horroru. Jest obowiązkowy zamek, pełen ciemnych korytarzy, rodzinną tajemnicę i niepokojącą przeszłość, powoli odkrywając relacje między członkami rodziny oraz ich służbą. I kiedy dochodzi do pierwszej wolty, atmosfera robi się coraz bardziej gęsta, pojawia się duch (ale czy na pewno?) oraz kluczowe pytanie: kto zabił? Wiele osób miało motyw, a tajemnica coraz bardziej zaczyna przykuwać uwagę aż do przewrotnego finału. Mimo ponad 45 lat, „Bicz i ciało” nadal wygląda bardzo plastycznie, z nasyconymi kolorami oraz wręcz zbliżeniami na detale (niemal mocno obecny bicz – czy to jako klamka w drzwiach czy konar podczas burzy) czy szybkimi zbliżeniami na twarze. Do tego bardzo niepokojąca muzyka, okraszona ciepłym tematem lirycznym.

bicz_i_cialo2

Jednak najbardziej intrygującym wątkiem jest niejednoznaczna relacja między Kurtem a byłą narzeczoną Nevetką: od nienawiści aż po mroczną, wręcz perwersyjną miłość okraszoną masochizmem (uderzenia biczem). Dawne, głęboko stłumione emocje, wybuchają ze zdwojoną siłą, doprowadzając wręcz na skraj obłędu. I to staje się podwaliną całego suspensu, tylko pozornie korzystając z ogranych możliwości straszenia (dźwięk, brud na podłodze). Ale nadal skutecznie potrafi przerazić, konsekwentnie budującym klimatem.

bicz_i_cialo3

Równie mocne są dwie kreacje, wnoszące film na wyższy poziom. Po pierwsze, charyzmatyczny Christopher Lee, budujący niepokojącą postać Kurta – tajemniczego mężczyznę, pełnego magnetyzmu. Po drugie, Dalila Levi, pociągająca i posągowo piękna kobieta, skrywająca coś więcej niż tylko piękną twarz. I czuć tutaj silną chemię między tą parą, wywyższając całość na wyższy poziom.

„Bicz i ciało” to bardzo klasyczny, gotycki horror, stawiający przede wszystkim na klimat. Będziecie czuć ciarki na plecach, a niektóre wysmakowane ujęcia zostaną w pamięci na długo. Bava kolejny raz potwierdza klasę.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Born to be Blue

Rok 1966. Dla Cheta Bakera – jednego z najlepszych trębaczy jazzowych jest to okres trudny. Uzależniony od heroiny muzyk, wiele czasu spędzał w areszcie, niczego nie komponował. W końcu dostaje szansę wyjścia na prostą. Ma zagrać samego siebie w przygotowywanej biografii, ale pierwszego dnia po nakręceniu zdjęć, zostaje pobity przez dawnego dilera. Niby nic, ale Chet stracił wszystkie przednie zęby, co dla muzyka oznacza wręcz koniec kariery. Przy nim zostaje tylko partnerka z planu – Jane.

born_to_be_blue1

Filmowcy taśmowo wręcz produkują kolejne biografie, jednak dzieło Roberta Budreau próbuje wejść w stan umysłu bohatera. Reżyser skupia się na przełomowym roku 1966, w którym Baker zaczyna powracać do formy jako muzyk, jednocześnie próbuje pokonać swojego największego wroga – heroinę. Powoli poznajemy początki uzależnienia, drobne retrospekcje (świetne, stylowe czarno-białe zdjęcia), ale najważniejszy jest stan obecny oraz jego związek z Jane. Kolejne próby gry na trąbce z niewygodną protezą, skomplikowane relacje z rodzicami (krótka wizyta w ich domu), pierwsze drobne popisy w studiu – to wszystko potrafi zaangażować, a melancholijny klimat podbija stawkę. Niby wydaje się to szablonowe, ale znacznie bardziej angażuje. I kiedy wydaje się, że wszystko skończy się dobrze, finał ma bardzo słodko-gorzkie zabarwienie.

born_to_be_blue2

W tle grają jazzowe standardy, oddające realia epoki, tak samo jak wygląd studia czy słynnej Bluebird, gdzie Baker zaczął swoją karierę i gdzie kończy się nasza historia. Montaż – tak jak muzyka – płynnie przechodzi, czasem w szybszym tempie pokazuje powrót Bakera (pobyt na wsi i próby gry), a wątek miłosny poprowadzony jest bez cienia fałszu.

born_to_be_blue3

Poza muzyką, najbardziej wybija się w tym filmie Ethan Hawke, tworząc prawdopodobnie najlepszą rolę w karierze. Baker w jego wykonaniu to z jednej strony fenomenalny muzyk, potrafiący czarować swoją trąbką, ale też bardzo zagubiony, niepewny siebie człowiek, odbywający swój taniec z heroiną. A to trudna partnerka, nie idąca na żadne kompromisy, przez co walka z nią jest diablo trudna. Jej na ekranie nie widzimy za często, za to pojawia się dobrze wypadająca Carmen Ejogo, czyli Jane. Nie jest to potulna dziewczyna, ale potrafiąca zawalczyć o swoje kobita z ambicjami. Warto też wspomnieć Calluma Keitha Rennie (menadżer i producent Dick), wybijającego się mocno na drugim planie.

O Bakerze można powiedzieć, ze urodził się niebieski (w sensie smutny), a „Born to Be Blue” to porządnie wykonana biografia z wybitną kreacją Hawke’a i poprowadzona bez nudy czy wazeliniarstwa. Niby tylko dobra robota, ale znacznie spójniejsza oraz klimatem i świetną muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek-scyzoryk

Gdy poznajemy Hanka, przebywa na jakiejś wyspie, gdzie nie ma kontaktu z cywilizacją, trafił podczas burzy, a szanse na przetrwanie spadły niemal do zera. Dlatego nasz brodaty kumpel podjął jedyną słuszną decyzję – samobójstwo. Bo cóż innego można zrobić? I wtedy z brzegu wypływa mężczyzna, który wygląda, delikatnie mówiąc, nieświeżo. Ale czy może być inaczej, skoro nowy znajomy jest… trupem. I to nie byle jakim, tylko ożywającym.

swiss_army_man1

Kolejna sundance’owa produkcja znanej wytwórni A24, realizującej kino dość nieoczywiste. Dan Kwan z Danielem Scheinertem zrealizowali film, który jest bardzo dziwny, oparty na karkołomnym pomyśle. Bo jak nazwać relację między zagubionym i dziwacznym Hankiem, a pierdzącymi zwłokami o imieniu Manny? Ale Manny okazuje się kimś więcej niż tylko zwłokami, bo posiada pewne niezwykłe umiejętności, wynikające z jego stanu fizycznego. Jest w stanie nie tylko pierdzieć, dzięki czemu może być… wodnym skuterem czy miotaczem ognia, ale także rąbać kłody drewna niczym Bruce Lee, strzelać z paszczy kamieniami lub też zbiornikiem wody pitnej. Wiem, że to brzmi odpychająco, wstrętnie czy nawet makabrycznie. Ale pod tym wszystkim i tym pozornie niskich lotu humorem, twórcy pokazują historię odmieńca, nie potrafiącego się odnaleźć w naszym, pozornie normalnym światem. Im dalej w las, tym bardziej poznajemy kolejne elementy układanki związane z Hankiem.

swiss_army_man2

Ten chłopiec o aparycji Paula Dano jest bardzo wycofanym, nieśmiałym freakiem, który nie potrafi żyć, tak jak chciał i wyrwać fajną laskę. Zwyczajnie budzi współczucie, a jego dynamiczna relacja z Mannym (najbardziej nietypowa rola Daniela Radcliffe’a) nabiera coraz silniejszych barw. Choć drugi bohater to nieboszczyk, bardziej przypomina on dziecko odkrywające powoli świat i takie kwestie jak miłość, przyjaźń. Pozornie zadaje głupie pytanie, a naiwne podejście oraz szczerość czynią go jednym z najbardziej pokręconych, sympatycznych postaci jakie widziałem ostatnio. I to ta chemia między nimi jest wręcz zabójcza, wznosząc to dzieło na wyższy poziom, zaś kilka scen („oglądanie filmów” czy zdobywanie pożywienia) zapadnie w pamięć na długo.

swiss_army_man3

„Człowiek-scyzoryk” to wariacka historia człowieka i jego samotności w wersji ekstremalnej. Dziwaczna, miejscami wręcz psychodeliczna, ale bez wątpienia bardzo oryginalna. Takiego wariackiego duetu, pełnego charyzmy nie spotyka się zbyt często. Dlatego warto przebić się przez te pierdnięcia, mogące wielu zniechęcić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Photon

Trudno opisać film, który robi piorunujące wrażenie, bo jak ubrać w słowa coś, co jest nie do opisania. Ale spróbujmy, bo takie filmy jak „Photon” zdarzają się tak często jak uczciwi politycy. Debiut Normana Leto to jedna z najbardziej pokręconych historii oraz wizji jakie widziałem od bardzo, BARDZO dawna.

photon1

Spoiwem łączącym całość jest wywiad przeprowadzana z naukowcem (świetny, jak zawsze Andrzej Chyra) – biologiem molekularnym. Między krótkimi rozmowami otrzymujemy coś w rodzaju wykładu pokazującego skąd wzięło się życie (i świat przy okazji), jak funkcjonuje człowiek oraz jego mózg, a także jak będzie (jak może) wyglądać nasza przyszłość. Jednak trudno spodziewać się profesora zwracającego się do nas niczym z programu Discovery Channel czy National Geographic. Dominuje narracja z offu podczas kolejnych animacji komputerowych, które wyglądają może i surowo (wręcz jakby powiększone pod mikroskopem), za to wydają się bardziej realistyczne niż szkolne ściągawki pokroju szkieletów czy rysunków z podręczników.

photon2

Początek może działać troszkę odpychająco (czarno-białe ujęcia, „ćwiczenie” na początku mające na celu pokazanie jak działa czas i przestrzeń), ale im dalej w las, tym bardziej Leto zwyczajnie fascynuje i wprawia – przynajmniej mnie – w stan totalnego oszołomienia. Te zbliżenia na komórki, nitki, fragmenty DNA oraz inne materie, a także początki funkcjonowanie społeczeństw. Niby to wszystko wiemy (dość pobieżnie), ale Leto robi wszystko, by przedstawić to w sposób jak najbardziej przystępny, stąd obecność zarówno prostego języka, jak i odrobiny humoru, nadającej lekkości.

photon3

„Photon” bardzo zgrabnie prezentuje naukowe spojrzenie na nas samych, to jak funkcjonuje nasz organizm, ale najbardziej jednak zapadnie w pamięć wizja przyszłości, gdzie… a nie, tego wam nie zdradzę. Zdjęcia budują poczucie niesamowitości, czegoś nieosiągalnego, tworząc bardzo kapitalne wrażenia, zachwycając detalami. Nawet muzyka i dźwięki stanowią fragment większej całości, tworząc niesamowitą symbiozę z obrazem. Byłem kompletnie oszołomiony tym, co widziałem, zaś finał wręcz mrozi i przeraża. Czy tak naprawdę skończy ludzkość? A może to wszystko jest jedynie wytworem wyobraźni? Nie wiem, narrator-naukowiec też tego nie wie, ale to nie przeszkadza.

photon4

Dla wielu ten – no właśnie – dokument, film popularnonaukowy czy filmowy wykład może początkowo zmęczyć, lecz im dalej w las, tym bardziej „Photon” staje się fascynujący, pociągający oraz pokazujący naukę w najbardziej zrozumiały sposób. I to jest największy plus tej nieprawdopodobnej podróży, jaką odbędziemy przez te półtorej godziny.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Limboski – Poliamoria

poliamoria-w-iext52741616

Ten wokalista krążący wokół muzyki korzeni, ze szczególnym wskazaniem na bluesa i rocka, wydawał się artystą bardzo niszowym. Ale Michał Augustyniak, czyli Limboski wyrobił sobie markę wśród fanów. Ale na czwartym swoim albumie wydaje się, ze przebije się do szerszego grona odbiorców w czym pomógł producent Marcin Bors. Całość tym razem nagrano w Berlinie, a nie – jak dotychczas – w Krakowie. Czy to się odbiło na jakości samych piosenek?

To nadal wyprawa ku stykowi rocka i bluesa, ale też najbardziej przebojowa z dotychczasowych płyt. Chociaż psychodeliczny początek (krótkie “Pogrzeb mnie”), pełen nawarstwiających się klawiszy oraz surowych riffów robi niesamowitą robotę. Pozornie prostszy, lecz przyjemniejszy jest “W naszym małym dziwnym mieście” z prostą solówką, ciepłymi chórkami, przypominając rock’n’rollowe numery z lat 60. Znacznie szybsze są “Czarne bramy”, chociaż stylistycznie nie zmienia się aż za bardzo, tak jak w dość mrocznym “W moją stronę”, gdzie perkusja z gitarą tworzą nieprzyjemny duet, zaś klimatu dopełnia fortepian. By jednak było zaskakująco, refren jest bardzo rozpędzony i… pogodny. “Sunie” to powrót do psychodelii polanej elektroniką, kontynuowany przez mroczną “Melancholię”, jakiej nie powstydziłby się Nick Cave, a ten opętańczy wrzask pod koniec będzie prześladował w snach.

Pozornie oszczędne “Serce gołębie”, potrafi chwycić za serducho wokalizami w tle, pełniącymi role pomruku oraz kolejnymi gitarowymi popisami w tle. Folkowo-westernowe “Nie idź tam” pozwala na krótkie złapanie oddechu, a skrzypce brzmią tu przepięknie. Fani mocniejszego bluesa poczują się jak w domu, słuchając jak “Księżyc płonie”, chociaż znowu skrzypce przebijają się na pierwszy plan, grając rewelacyjnie. Nawet lekko jazzowe “Z fantazją” wydaje się spójnym elementem całości tak jak idące w tym samym kierunku “Tu na dole”.

Same teksty, idące w stronę lekko poetycką, nie popadają w błahostki ani nie są przerostem formy nad treścią. Sam Limboski ma taki dość dojrzały wokal człowieka po przejściach, przez co nie wypada w żaden sposób fałszywie. I te teksty o niekoniecznie łatwej miłości potrafią przykuć uwagę, tak jak barwna oraz bogata muzyka. I to czyni “Poliamorię” jedną w ciekawszych, nieoczywistych płyt pozornie popowych.

8/10

Radosław Ostrowski

Sama przeciw wszystkim

Waszyngton, czyli siedlisko uczciwości, gdzie politycy kierują się względami swoich wyborców, dbających jedynie o dobro swojego kraju. Oczywiście, że żartuję, bo każdy kto widział „House of Cards” wie, że jest zupełnie odwrotnie. I właśnie tutaj pracuje Elizabeth Sloane – lobbystka pracująca w potężnej korporacji. Ale pewnego dnia pojawia się senator w sprawie zniszczenia ustawy dotyczącej kontroli nad dostępem do broni. I wtedy pani Sloane wykonuje woltę, opuszczając swoich szefów oraz sprzymierzając się z małą firmą lobbystyczną, walczącą o ustawę.

panna_sloane1

Przyznam się szczerze, że nie do końca wiedziałem, czego spodziewać się po filmie Johna Maddena. „Miss Sloane” (polskie tłumaczenie jest do dupy) to thriller z zabarwieniem politycznym w duchu „House of Cards” czy scenariuszy od Aarona Sorkina. Innymi słowy, gadanina, gadanina, dynamiczny montaż oraz próba nadgonienia całej intrygi. Chodzi o przekonanie kongresmenów do glosowania za ustawą, a metody nacisku od lobbystów są bardzo szerokie: kłamstwo, manipulacja, łapówki, szantaże. Niby to wszystko widziałem i znałem z tysięcy tytułów („House of Cards”, „Idy marcowe” czy „Układy”), jednak reżyser nie gubi się tak bardzo w tym słowotoku. Udaje się zachować ciągłe tempo, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwile postoju.

panna_sloane3

Cała intryga zaczyna się w momencie, gdy Sloane zostaje postawiona przed komisją senacką pod zarzutem naruszenia etyki. A potem zaczynamy się cofać, by odkryć o co tu tak naprawdę chodzi. Tutaj niemal wszyscy bohaterowie są albo umoczeni i sumienia od dawna mają do sprzedania na Allegro czy innym Amazonie lub są wykorzystywani do konkretnych celów (jedna z pracownic nowej firmy naszej bohaterki). A po drodze różne podchody, wiele nieczystych zagrywek, które dzieją się głównie poza kamerą. I kiedy wydawało mi się, że jest już po wszystkim, przeciwnicy jak i nasza bohaterka zaczęli wyciągać kolejne asy z rękawa. Można się w tym bardzo łatwo pogubić, jednak Madden ciągle trzyma rękę na pulsie, a poczucie podskórnego napięcie potęgowała minimalistyczno-elektroniczna muzyka Maxa Richtera.

panna_sloane2

I w zasadzie można byłby to jeden z tysiąca filmów o tematyce polityczno-biznesowej, gdyby nie grająca główną rolę Jessica Chastain. W jej wykonaniu pani Sloane pozornie wydaje się kolejnym korporacyjnym szczurem, z zabójczą skutecznością oraz diabelnie inteligentną, podporządkowująca karierze całe swoje życie, za co pewną ceną są bezsenność i brak rodziny (to drugie wydaje się nie być problemem). Ale oglądając film, cały czas próbowałem rozgryźć tą cyniczną i bezwzględną sukę. Dlaczego decyduje się wystąpić przeciw swoim szefom oraz czemu jest przeciwna broni? Skąd nagle te przekonania? Wyrzuty sumienia, zdarzenie z przeszłości, jakaś trauma? Te pytanie pozostaje kompletnie bez odpowiedzi, co z jednej strony pozostaje problemem (bo w czasach, gdzie wiele rzeczy jest zazwyczaj wykładanych kawa na ławę), z drugiej zaś sprawiło, że nie jest w stanie wymazać tej zimnej, pozbawionej skrupułów harpii.

panna_sloane4

Cała reszta postaci, granych m.in. przez Marka Stronga (Rudolfo Schmidt), Michaela Stuhlbarga (Pat Connors) czy Gugu Mbathy-Raw (Esme) stanowią czasami bardzo mocne albo solidne, ale tylko tło, dodające wiele smaczku.

„Sama przeciw wszystkim” to całkiem zgrabna imitacja filmów w stylu Aarona Sorkina, gdzie dialogi są wystrzeliwane z prędkością karabinu maszynowego, coraz bardziej komplikującą się intrygą i przypominając starą prawdę, że cel uświęca środki. Ale czy aby jest on tego wart?

7/10

Radosław Ostrowski

DonGuralesko – Dom otwartych drzwi

dom-otwartych-drzwi-w-iext51886073

Tego poznańskiego rapera przedstawiać nie trzeba. Debiutował mocnym uderzeniem (“Drewnianej małpy rock”), by zabawić się w lokalnego szamana (“Totem leśnych ludzi”), a ostatnio bardziej zaczął interesować się sztuką (“Magnum Ignotum: Preludium”). Jakie tym razem swoje oblicze zaprezentuje donGuralesko zwany też potocznie Guralem?

Instrumentalne intro “Wew”, w którym coraz mocniej zaczyna wiać oraz lać, nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale połączenie tych dźwięków z basem oraz perkusją wprowadza mocno do przesiąkniętego nostalgiczną elektroniką oszczędnego “Gdybym” (świetna robota Tailor Cuta). Staroświecka “Taka sytuacja” z ciepłymi klawiszami przyjemnie buja i pokazuje, co potrafią Returnersi. Rozbujany utwór tytułowy z prostą perkusją oraz napakowanych dziwacznych dźwiękach rozkręca całą imprezkę, razem z mocniejszą elektroniką. A wtedy wchodzi kolejna ekipa, czyli klasyczni White House. To, co wykonują w “Modern Talking”, “Tratwie Meduzy” czy niemal onirycznej “Wyspie kormoranów” dla fanów oldskulowych dźwięków będzie niczym miód na serce, a duch szamański powraca w magnetyzującym “Parę słów”, gdzie niektórych fraz nie powstydziłby się sam Kazik. Minimalizm powraca także w intrygującym “Poczekaj moment” czy wykorzystujący fragment “Misia” “Cegła w murze”. I wchodzi chyba największy wygłup na tej płycie, czyli braggowe “O’Kruca”, gdzie co niektóre bluzgi zostały ocenzurowane.

Returnersi, White House oraz Tailor Cut wykonują naprawdę świetną robotę, idealnie współgrajac z nawijką Gurala. Gospodarz zaskakująco trzyma bardzo wysoki poziom, a nawijki tak dobrej to od dawna nie miał. Nie brakuje zarówno bardzo błyskotliwych skojarzeń i panczlajnów (“O’Kruca”, “Parę słów”), gdzie obok siebie są Kafka, Smarzowski i Nykiel, ale też dosć trafnej obserwacji świata, ubarwiającego poetyckimi frazami (“Wyspa kormoranów”, “Książki ważkie”).

Na szczęście raper nie przegina, zgrabnie bawiąc się słowem, rzadko dopuszczając się wodolejstwa, więc warto odwiedzić ten dom. To stary Gural w nowym opakowaniu.

8/10

Radosław Ostrowski

Kartky & Emes Milligan – Nowe kino

https%3A%2F%2Fimages.genius.com%2F7ba52ed09384cfdb07e0039558129392.600x600x1

Co by się stało, gdy dwóch młodych wilczków postanowiło połączyć siły? Tak się stało dwa lata temu, gdy dwóch zdolnych raperów z QueQuality – Kartky oraz Emes Milligan zaczęli tworzyć wspólny materiał. Obaj byli po debiutach, skupiając uwagę fanów rapu, mieli bardzo podobną wrażliwość i styl, więc pytanie czy był sens tego połączenia?

O dziwo tak, bo chemia między ziomkami jest bardzo silna, zaś produkcja lawirująca między lightowym bitem, a ciepłymi dźwiękami rozkręca się z każdym utworem. Kawałek tytułowy zaczyna cała imprezę i buja to bardzo przyjemnie, w czym pomagają cykacze oraz wysamplowane wokale, a panowie rzucają skojarzeniami jak szaleni. Pewną zmianę serwuje melancholijny „C2C” (obowiązkowy fortepian), gdzie Emes zaczyna podśpiewywać i radzi sobie nieźle. Dodatkowo między zwrotkami są wplecione fragmenty relacji z walki, podkręcając klimat oraz nawijki dotyczące walki ze wszystkim. Bardziej staroszkolne jest „Zamknij oczy” z mocną perkusją, delikatnymi wokalizami i rozmarzoną elektroniką w tle (końcowe „Polej, przechyl, powtórz” zostanie w pamięci na długo). Potrzebujecie jakiegoś imprezowego hitu? „Need Ya” nagrane z Sarcastem spełni wasze oczekiwania. Szybki, dynamiczny rytm, pełen elektronicznych pasaży oraz przyspieszonym flow obydwu panów, daje prawdziwego kopniaka i wybija się najbardziej. Dziwaczny wydaje się minimalistyczny „Labirynt”, okraszony pulsującymi, ambientowymi dźwiękami czy wręcz atakujący perkusjami „Szelest”, gdzie w tle mamy przyjemną wokalizę, by zaatakować mrocznym „Miastem ślepców”, walącym cięższym klimatem.

Wolne tempo oraz ascetyczna aranżacja „Role Models” może wielu zmęczyć, ale szybka nawijka daje mięsa w tym utworze. Podobnie jak przyspieszony i agresywniejszy „Holy Water” oraz utrzymujący tempo „Nie wiń mnie”. Melancholijne tempo oraz klimat dominuje „Tak blisko”.

Pierwsza co uderza przy przesłuchaniu „Nowego kina” to spójność pod względem klimatu, jak i tematyki, czyli relacji damsko-męskich. Ale nie z perspektywy hustlera czy prawdziwego skurwysyna w mieście, lecz bardziej lirycznie, delikatnie, czasami wręcz intymnie, co nie jest tutaj zbyt częste. Nie brakuje i odniesień do filmów (tytuł zobowiązuje), a pozorna monotonia kryje w sobie więcej dobra niż można to sobie wyobrazić. W to kino warto zainwestować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gotowi na wszystko. Exterminator

Dawno temu w małej miejscowości Kochanowo pięciu amigos postanowiło założyć kapelę i ot nie byle jaką, bo death metalową Exterminator z jednym hiciorem „Time to Kill”. Mieli szansę na większą karierę, ale trema, wóda, koks i zioło przekreśliły jakiekolwiek szanse. Drogi się rozeszły, marzenia schowano do kieszeni, trzeba było pójść do pracy, potem rodzinę założyć. Tak też zrobił (prawie) Marcin – chłopak po 30-tce, prowadzący sklep komputerowy. Tylko, że to klasyczny Piotruś Pan, nie zdecydowany na dorosłe życie. W końcu pani burmistrz daje naszemu chłopakowi propozycję nie do odrzucenia: reaktywacja Exterminatora w ramach wsparcia kultury z unijnych grantów. Tylko, czy uda się zebrać starą ekipę po śmierci kumpla?

exterminator1

Jak z opisu można wywnioskować, „Exterminator” nie jest biografią Arnolda Schwarzeneggera. Adaptacja fajnie przyjętej książki oraz jej adaptacji teatralnej. Michał Rogalski bardzo pozytywnie zaskakuje, bo ta komedia – w przeciwieństwie do tzw. komedii romantycznych – potrafi rozbawić, a także poruszyć. Dodatkowo jest to komedia muzyczna, czyli kolejny przykład oksymoronu (czegoś, co nie istniej w rzeczywistości jak np. uczciwy polityk). Sama koncepcja przypomniała mi „Goło i wesoło”, gdzie banda nieudaczników, eee, inaczej: ludzie, którzy już dawno stracili wiarę i nadzieję, postanawiają mimo trudności zaryzykować, by zawalczyć – może ostatni raz – o swoje marzenia i akceptację swoich bliskich, otoczenia, wreszcie samych siebie. Źródłem humoru są tutaj zderzenia naszych bohaterów z brutalną rzeczywistością, czyli granie na wiejskich festynach i lokalnych takich legend metalu jak Kombi, Papa Dance, Mafia czy Janusza Laskowskiego. Ale jednocześnie pojawiają się pytania, z jakimi muszą się członkowie grupy zmierzyć: czy jeszcze jest w ogóle sens dalej działać? I czy za wszelką cenę, by się nie zeszmacić?

exterminator3

I ten nostalgiczny klimat jest najmocniejszym plusem. Drugim jest przeniesienie akcji na prowincję, ale bez pokazywania jej jako wsiowej, gorszej czy zacofanej. Mieszkańcy też próbują jakoś żyć, nie są pozbawieni siły (zespół Wisienki) i pewnych refleksji. Ale to jest tylko drugi plan. Do tego wszystko świetnie podbija muzyka (poza w/w także m.in. TSA, Turbo, Hey, Andrzej Zaucha czy Motorhead), dodająca do tego klimatu. Myślę, że troszkę starsi widzowie (od 35 lat wzwyż) poczują to mocniej i bardziej.

exterminator2

Dla mnie pewnym sporym minusem jest wątek romansowy, czyli relacja Marcina z Magdą, która wydawała mi się troszkę wciśnięta na siłę i mocno spowalniająca całą opowieść (zwłaszcza jego finał). Podobnie jak troszkę zakończenie, na które tak naprawdę czekałem, chociaż z drugiej strony jest to troszkę urwane.

Reżyserowi odwdzięczają się także aktorzy, wyciskając z siebie wszystko. Zwłaszcza grający członków kapeli kwartet: Paweł Domagała (gitarzysta i wokalista Marcin)/Krzysztof Czeczot (długowłosy basista Jaromir)/Piotr Żurawski (drugi gitarzysta „Lizzy”)/Piotr Rogucki (perkusista Makar). Zwłaszcza najbardziej zaskakuje Czeczot z Rogucem, którym najbardziej zależy na zachowaniu twarzy. Drugi plan tutaj solidnie reprezentuje śliski Eryk Lubos (zastępca burmistrza), lekko nakręcona Dominika Kluźniak (pani burmistrz) oraz bardzo spokojna Dorota Kolak (pani Ziomecka), za to dla wielu problemem może być balansująca na granicy przegięcia Aleksandra Hamkało (mocno stuknięta Julia).

exterminator4

Mimo jednak pewnych minusów, „Exterminator” jest bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Bardzo nostalgiczna, ciepła komedia, która nie jest ani prostacka, prymitywna, przesłodzona ani banalna. Film jak muzyka w tle – o czymś, bez wygłupów i w dodatku nie głupie. A Duch Puszczy – bezcenny.

7/10

Radosław Ostrowski

Anioł w szafie

Jan jest dźwiękowcem. Gdy go poznajemy pracuje na planie filmu, gdzieś na warszawskiej kamienicy. Ale podczas pracy zaczyna słyszeć szumy i trzeba scenę powtórzyć. Poza tym Jan ma żonę, córkę mieszkającą w Szwecji. Jednocześnie coraz bardziej widać, że coraz bardziej coś go męczy, pewna tajemnica z przeszłości.

aniol_w_szafie1

Dla wielu kinomanów Stanisław Różewicz pozostaje młodszym bratem poety i dramaturga – Tadeusza Różewicza. Nakręcony w 1987 roku „Anioł w szafie” to jeden z ostatnich filmów reżysera, który w konwencji dramatu psychologicznego, próbuje opowiedzieć o walce człowieka z tłumionymi wspomnieniami. Wszystko jest tutaj opowiadane w sposób bardzo chłodny, wręcz zdystansowany i hermetyczny, co dla wielu będzie bardzo dużą barierą. Nie pomaga też fakt bardzo szczątkowej fabuły, gdzie najważniejszy jest Jan oraz jego interakcje z otoczeniem. Dodatkowo jeszcze (niejako bez ładu i składu) są porozrzucane retrospekcje utrzymane w sepiowej kolorystyce, pozbawione w sporej części dźwięku. To wywołuje jeszcze większą dezorientację, a jednocześnie tworzy aurę tajemnicy, zagadki. Reżysera bardzo interesuje pokazanie stanu wewnętrznych przeżyć bohatera, przez co może odrzucić swoją bardzo luźną konstrukcją, momentami symbolicznymi (rozmowa z emigrantem z USA na żydowskim cmentarzu czy tajemniczy finał), jednak emocjonalny chłód oraz dystans Różewicza nie pozwala mocniej i bardziej zanurzyć się w tej poruszającej historii.

aniol_w_szafie2

Trudno mi się przyczepić do realizacji, zwłaszcza do kwestii dźwięków, bez których ten film nie byłby taki wyrazisty w swoich momentach. Tak samo jak fantastyczna kreacja Jerzego Treli, czyli bardzo wycofanego mężczyzny dręczonego przez demony przeszłości. Trudna i wymagająca kreacja, pełna skupienia, gdzie wszelkie emocje można odczuć jedynie drobnymi spojrzeniami oraz ledwo widocznymi gestami. Cała reszta postaci jest ograniczona do drugiego planu, z którego wybija się mocna Grażyna Barszczewska (żona Jana) oraz Edward Żentera (reżyser).

aniol_w_szafie3

„Anioł w szafie” to jeden z bardziej wymagających polskich filmów, jednak nie sprawia wrażenia bełkotu czy bałaganu realizacyjnego. Bardzo trudne, wymagające skupienia kino psychologiczne, miejscami potrafiące magnetyzować.

6,5/10

Radosław Ostrowski