Life

Gdzieś w kosmosie znajduje się stacja kosmiczna, mająca za zadanie badać próbki z Marsa. A jedna z próbek zawiera tajemniczego przybysza z planeta, którym zaczynają się interesować naukowcy. Badać go, sprawdzić i w końcu ożywić. To ostatnie będzie dla wszystkich błędem, gdyż Calvin (jak zostaje nazwana istota) zaczyna działać oraz bawić się w mordercę. Załoga kombinuje, żeby nie dopuścić stwora na Ziemię.

life1

Brzmi jak „Obcy”? Nowy film szwedzkiego reżysera Daniela Espinosy zrobiony na amerykańskiej ziemi to sklejka klasyka Ridleya Scotta z „Coś” Johna Carpentera, polane lekkim sosem „Grawitacji”. Początek obiecuje takie klasyczne SF, gdzie mamy element zabawy w Pana Boga, istotę nie z tego świata, mordującą wszystkich dookoła, jednocześnie stając się coraz bardziej inteligentną i próbującą złamać szyki naszym bohaterom. Problem w tym, że te postacie nie są zbyt mocno wyraziste oraz ciekawe, by ich los mógłby mnie całkowicie poruszyć. Jeden jest biologiem, drugi to spec od komputerów, trzeci lekarz, czwarty hydraulik itp. Nie znamy ich charakterów – poza lekarzem, który ma traumę spowodowaną wydarzeniami z wojny. Scenografia wygląda dość sterylnie, co ma budować realizmu tej opowieści, by po 30 minutach mocno skręcić w krwawy horror SF. Muzyka buduje napięcie, a zamknięta przestrzeń nawet sprawdza się w budowaniu klaustrofobicznego klimatu. Tylko jak bać się takiego monstrum jak Calvin, który wygląda jak… cyfrowo zrobiona macka ośmiornicy, z czasem nabierającego coraz większych gabarytów, lecz był mi kompletnie obojętny. Jedynie zakończenie mocno wywróciło wszystko do góry nogami, budząc autentyczne przerażenie.

life2

Parę razy udaje się zbudować napięcie oraz podkręcić adrenalinę, ale sceny między jednym a drugim trupem, gdzie mamy okazję poznać bliżej naszych astronautów, wywoływały we mnie znużenie. Wrażenie na mnie zrobiła za to praca kamery i to już na samym początku, gdzie płynnie przechodzimy z miejsca na miejsce w jednym ujęciu (scena przechwycenia sondy).

Mamy też całkiem nieźle grających aktorów, z których najbardziej wybija się Jake Gyllenhaal jako bardzo wycofany medyk z traumą w tle. Troszkę humoru dodaje Ryan Reynolds, ale szkoda, że pojawia się tak krótko (aktor w tym czasie pracował nad „Bodyguardem Zawodowcem”), a najwięcej sympatii wzbudził grający Sho Hiroyuki Sanada.

life3

„Life” miało być w założeniu nowym klonem legendarnego „Obcego”, tylko że oryginał Scotta jest nie do przeskoczenia. Niezłe, rozluźniające kino rozrywkowe, gdzie pojawiają się pewne bzdury oraz suspens, mimo schematyczności oraz sporej ilości klisz. Paradoksalne połączenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Bright

Pomysł na ten film był po prostu kozacki, bo połączyć film sensacyjno-policyjny z elementami fantasy, dziejący się współcześnie. Coś takiego postanowił skleić Netflix, a dokładniej David Ayer, opromieniony „sukcesem” głośnego „Legionu samobójców”.

Bohaterami tej wariackiej historii jest para policjantów. Daryl Ward jest już niemłodym, czarnoskórym facetem z żoną, córką oraz długami. Nick Jacoby jest orkiem nie czystej krwi, który zawsze chciał być gliniarzem. Panowie delikatnie mówiąc, nie przepadając za sobą, ale są skazani na siebie, zwłaszcza że z Wardem nikt nie chce pracować, odkąd został postrzelony. Ale obaj panowie pakują się w kompletną kabałę z powodu pewnego cacka – Magicznej Różdżki oraz pilnującej jej elfki. Każdy, kto ją zdobędzie, będzie mógł spełnić swoje życzenia. Tylko jest jeden mały szkopuł: dotknąć jej mogą tylko nieliczni zwani Świetlistymi, bo inaczej może się to skończyć śmiercią. Cacuszka chcą wszyscy, dosłownie wszyscy – gliniarze, gangsterzy, orkowie oraz elficka wersja Iluminatich, która chce sprowadzić Władcę Ciemności i doprowadzić do potężnej rozpierduchy.

bright1

Sam początek jest typowy dla policyjnych filmów Ayera, czyli mamy widok na ulice, graffiti, orkowe gangusy w dresach z łańcuchami oraz bandanami. Są jeszcze elfy – piękne, inteligentne, bogate oraz rządzące światem. No i w tym wszystkim jeszcze ludzie ze swoimi rasistowskimi problemami. I ten tygiel żyje, dodając sporo kolorytu oraz świeżości w tym dziwacznym miksie. Nawet te graffiti oraz wyciągane z dialogów dawne wydarzenia pomagają zbudować tło. Aż chciałoby się głębiej wejść w ten świat. Po drodze strzelaniny, ucieczki, knajpa ze striptizem, gangsterów, orków – dzieje się, oj dzieje. Choć wszystko kręcone jest w dość statyczny sposób, to kilka scen jest pomysłowo wykonanych jak strzelanina w slow-motion czy podczas każdego wejścia antagonistów, którzy akrobatykę oraz kung-fu mają w małym paluszku.

bright2

Problemem dla mnie jest w wielu miejscach obecny patos, szczególnie w scenach, gdy nasi protagoniści zaczynają mówić o sobie, swoich problemach oraz trudnej przeszłości. Wtedy robi się lekko nudnawo, zaś przewidywalne zakończenie (mimo spektakularnych popisów gości od efektów specjalnych) troszkę osłabia siłę. Za to należy pochwalić zarówno charakteryzację orków, dobrą muzykę oraz trzymającą fason pracę kamery. Czuć rozmach, ale czułem ogromny niedosyt – chciałoby się lepiej poznać tą wizję świata, który jest ledwo liźnięty (może to poprawi część druga, zamówiona przez Netflixa).

bright3

Aktorsko jest dość nierówno, chociaż jest kilka mocnych punktów. Takim atutem jest zdecydowanie Will Smith, wnoszący sporo luzu, dystansu i humoru, co zawsze jest największą frajdę. Ale to wszystko nie było tak mocno zgrane, gdyby nie partner. Tutaj jest Joel Edgerton w roli orka Jakoby’ego, który jest świetny – bardzo stanowczy, uparty, konsekwentnie dążący do celu gliniarz. Powoli zaczyna się tworzyć chemia między tym duetem oraz respekt między sobą nawzajem. Dla mnie słabym punktem jest Noomi Rapace w roli antagonistki, której rola jest ograniczona do groźnych min, mówienia nieprzyjemnych słów oraz siania spustoszenia. Brakuje charakteru oraz charyzmy, a to jest błąd niewybaczalny, co boli.

bright4

„Bright” ma ogromny potencjał na bardzo bogate uniwersum oraz ogromny potencjał, który by się sprawdził w formie serialu. Bo dwie godziny to troszkę mało, by wejść głębiej w ten pokręcony świat, gdzie ludzie, orkowie i elfy żyją ze sobą obok siebie. To brzmiało superfajnie, ale nie wszystko tutaj zagrało.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2017

Była beczka miodu, teraz pora na bardzo ostrą łyżkę dziegciu. Zejdziemy na samo dno piekła kinematografii, gdzie znajdują się filmy nieudane, rozczarowujące, nudne czy – jakby to powiedział Boguś L. – ze scenariuszem, co był chujowy. Albo miały ogromny potencjał, który został brutalnie zniszczony. Niektóre były tak koszmarne, że nawet nie chciało mi się o nich pisać. Chciałbym je wymazać, ale czasami aż za mocno weszły w głowę. Oto, moim skromnym zdaniem, piekło roku 2017, w kolejności chronologicznej, bez komentarzy oraz zbędnych tekstów:

1. Baby bump, reż. Kuba Czekaj (2015)
2. Kebab i horoskop, reż. Grzegorz Jaroszuk (2014)
3. Sekrety i grzeszki, reż. Ron Howard (2011)
4. Czterdzieści rewolwerów, reż. Samuel Fuller (1957)
5. W spirali, reż. Konrad Aksinowicz (2015)
6. Wszystkie nieprzespane noce, reż. Michał Marczak (2016)
7. Pitbull: Nowe porządki, reż. Patryk Vega (2016)
8. Jackie, reż. Pablo Larrain (2016)
9. Amerykańska sielanka, reż. Ewan McGregor (2016)
10. Ludojad, reż. Samuel Fuller (1969)
11. Dwaj panowie „N”, reż. Tadeusz Chmielewski (1961)
12. Dom, reż. Tim Johnson (2015)
13. Minionki, reż. Kyla Barda, Pierre Coffin
14. Ostatni smok świata, reż. Depoyan Mamuk (2016)
15. Dobry dinozaur, reż. Peter Sohn (2015)
16. Sekretne życie zwierząt domowych, reż. Chris Renaud, Yarrow Cheney (2015)
17. The Meanest Man in the West, reż. Samuel Fuller (1978)
18. Zdarzenie, reż. M. Night Shyamalan (2008)
19. Kobieta w błękitnej wodzie, reż. M. Night Shyamalan (2006)
20. Ostatni Władca Wiatru, reż. M. Night Shyamalan (2010)
21. Rejs w nieznane, reż. Guy Ritchie (2002)
22. Obcy: Przymierze, reż. Ridley Scott (2017)
23. Pitbull: Niebezpieczne kobiety, reż. Patryk Vega (2016)
24. Zaćma, reż. Ryszard Bugajski (2016)
25. Las, 4 rano, reż. Jan Jakub Kolski (2016)
26. Git, reż. Kamil Szymański (2015)
27. Ojciec, reż. Artur Urbański (2016)
28. Sługi boże, reż. Mariusz Gawryś (2016)
29. Historia Roja, reż. Jerzy Zalewski (2016)
30. Bikini Blue, reż. Jarosław Marszewski (2017)
31. Kolekcja sukienek, reż. Marzena Więcek (2016)
32. Szatan kazał tańczyć, reż. Katarzyna Rosłaniec (2017)
33. Gwiazdy, reż. Jan Kidawa-Błoński (2017)
34. PolandJa, reż. Cyprian T. Olendzki (2017)
35. Wyklęty, reż. Konrad Łęcki (2017)
36. The Circle. Krąg, reż. James Ponsoldt (2017)
37. Kryptonim HHhH, reż. Cedric Jimenez (2017)
38. Bez snu, reż. Baran bo Odar (2017)
39. Jak dogryźć mafii, reż. Mark Cullen (2017)
40. Na pokuszenie, reż. Sofia Coppola (2017)
41. Volta, reż. Juliusz Machulski (2017)
42. M jak morderca, reż. Johnny Martin (2017)

Jak widać, także w zeszłym roku zdarzały się niewypały. Co bardziej przerażające w tym zestawieniu, większość to filmy polskie. To tylko pokazuje dwoistość naszej krajowej kinematografii i mogę mieć tylko nadzieję, że takich gniotów będzie mniej niż w 2017. A co was doprowadziło do szału, zawiodło, wkurzyło i zdenerwowało? Piszcie chętnie w komentarzach i oby 2018 rok był lepszy.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2017

Jak sama nazwa wskazuje są to filmy, które zrobiły na mnie największe wrażenie w mijającym roku. Filmy, które poruszyły, wzruszyły, rozbawiły, stymulowały moje komórki mózgowe. Większość obejrzana po raz pierwszy, inne to powtórki po wielu latach, ale każdy z nich okazał się godzien uwagi. I każdy z nich został oceniony minimum na 8 punktów w dziesięciostopniowej skali. Sam spis, bez opisów, komentarzy, ale z odnośnikiem do recenzji (jeśli takie były) w kolejności chronologicznej. Jeśli nie ma tutaj filmu, który – waszym zdaniem  – powinien trafić, to albo nie widziałem, albo nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia jak wam. To zaczynamy:

1. Błękitny Max, reż. John Guillermin (1966)
2. Ciężkie czasy, reż. Walter Hill (1975)
3. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca (2016)
4. Kubo i dwie strony, reż. Travis Knight (2016)
5. Księga dżungli, reż. Jon Favreau (2016)
6. Manchester by the Sea, reż. Kenneth Lonergan (2016)
7. Młodzi przebojowi, reż. John Carney (2016)
8. Blizny przeszłości, reż. Billy Bob Thornton (1996)
9. Nowy początek, reż. Denis Villeneuve (2016)
10. Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski (2016)
11. Okup, reż. Ron Howard (1996)
12. Kradzież na South Street, reż. Samuel Fuller (1953)
13. Pogromcy duchów, reż. Ivan Reitman (1984)
14. Za horyzontem, reż. Ron Howard (1992)
15. Olej Lorenza, reż. George Miller (1992)
16. Bezpłodna kukułka, reż. Alan J. Pakula (1969)
17. Wszyscy ludzie prezydenta, reż. Alan J. Pakula (1976)
18. Zacznijmy od nowa, reż. Alan J. Pakula (1978)
19. Logan: Wolverine, reż. James Mangold (2017)
20. Uznany za niewinnego, reż. Alan J. Pakula (1990)
21. Mały Wielki Człowiek, reż. Arthur Penn (1970)
22. Verboten!, reż. Samuel Fuller (1959)
23. Wśród nocnej ciszy, reż. Tadeusz Chmielewski (1978)
24. Ewa chce spać, reż. Tadeusz Chmielewski (1957)
25. W głowie się nie mieści, reż. Pete Docter (2015)
26. Jak ukraść Księżyc, reż. Chris Renaud, Pierre Coffin (2010)
27. Gdzie jest Nemo?, reż. Andrew Stanton, Lee Unkrich (2003)
28. Droga na drugą stronę, reż. Anca Damian (2011)
29. Kung Fu Panda, reż. Mark Osborne, John Stevenson (2008)
30. Marnie. Przyjaciółka ze snów, reż. Hiromasa Yonebayashi (2014)
31. Król Artur: Legenda miecza, reż. Guy Ritchie (2017)
32. Jeremiah Johnson, reż. Sydney Pollack (1972)
33. LEGO Batman. Film, reż. Chris McKay (2017)
34. White Dog, reż. Samuel Fuller (1982)
35. Wielka Czerwona Jedynka, reż. Samuel Fuller (1980)
36. Niezniszczalny, reż. M. Night Shyamalan (2000)
37. Okja, reż. Joon-ho Bong (2017)
38. Sing, reż. Garth Jennings (2016)
39. Dobrze się kłamie w dobrym towarzystwie, reż. Paolo Genovese (2016)
40. Nazywam się Cukinia, reż. Claude Barras (2016)
41. Kurt Cobain: Montage of Heck, reż. Brett Morgan (2015)
42. Dziadek i ja, reż. M. Night Shyamalan (1998)
43. Rain Man, reż. Barry Levinson (1988)
44. Obcy – decydujące starcie, reż. James Cameron (1986)
45. Chłopcy z ferajny, reż. Martin Scorsese (1990)
46. Porachunki, reż. Guy Ritchie (1998)
47. Ja, Daniel Blake, reż. Ken Loach (2016)
48. Twój Vincent, reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman (2017)
49. Dzień patriotów, reż. Peter Berg (2016)
50. Dzikie łowy, reż. Taita Waititi (2016)
51. Duch, reż. Tobe Hooper (1982)
52. Służąca, reż. Chan-wook Park (2016)
53. Peter Sellers – Życie & Śmierć, reż. Stephen Hopkins (2004)
54. Cube, reż. Vincenzo Natali (1997)
55. Spider-Man: Homecoming, reż. Jon Watts (2017)
56. Beasts of No Nation, reż. Cary Fukunaga (2015)
57. Brawl in Cell Block 99, reż. S. Scott Zahler (2017)
58. Czarownica miłości, reż. Anna Biller (2016)
59. Maudie, reż. Aisling Walsh (2016)
60. To wspaniałe życie, reż. Frank Capra (1946)
61. Cicha noc, reż. Piotr Domalewski (2017)

WYRÓŻNIENIA:

1. 13 godzin: Tajna misja w Benghazi, reż. Michael Bay (2016)
2. Captain Fantastic, reż. Matt Ross (2016)
3. Człowiek z bieguna, reż. Maya Forbes (2014)
4. Christine, reż. Antonio Campos (2016)
5. Doctor Strange, reż. Scott Derrickson (2016)
6. To właśnie seks, reż. Josh Lawson (2014)
7. Atomic Blonde, reż. David Leitch (2017)
8. Zło we mnie, reż. Oz Perkins (2015)
9. Człowiek z magicznym pudełkiem, reż. Bodo Kox (2017)
10. Najlepszy, reż. Łukasz Palkowski (2017)

Jak widać, rok 2017 był dla mnie bardzo bogaty w filmowe doświadczenia. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że są tutaj aż DWIE dziesiątki, czyli „Chłopcy z ferajny” oraz „Twój Vincent” oraz CZTERY dziewiątki, czyli filmy ocierające się o wielkość: „Kubo i dwie struny”, „Wołyń”, „W głowie się nie mieści” i „Droga na drugą stronę”. A tyle jeszcze przede mną, co daje bardzo duży impuls do tworzenia. A jakie filmy obejrzane w 2017 roku zrobiły na Was największe wrażenie? Piszcie śmiało w komentarzach. Oby rok 2018 okazał się równie imponujący lub lepszy pod względem obejrzanych filmów.

Radosław Ostrowski

Kuba Badach – Oldschool

kuba-badach-oldschool

Pochodzący z Krasnegostawu wokalista zwiazany jest od lat z zespołem Poluzjanci. Ale w roku 2017 Kuba Badach postanowił wydać trzeci solowy album, tym razem zawierający własny materiał, a nie covery. Chociaż tamte wychodziły mu bardzo dobrze. Czy wyszedł wyszedł z tego oldskulowy materiał?

“Oldschool” wyprodukował przy wsparciu kumpla z zespołu Poluzjanci – klawiszowca Marcina Górnego. I jest to mieszanka popu, soulu i funku (tak jak w macierzystej formacji wokalisty), co czuć już w otwierającym całość “Życiu”, gdzie mamy dęciaki, fortepian oraz delikatną gitarę elektryczną.a pod koniec perkusja odzywa się z całą mocą. Czuć ducha dawnych dźwięków, choć bliżej tutaj do popowych brzmień z lat 90., polanych stylistyką lat 70. Nie ważne, czy to rozpędzony “So sorry” albo bardziej wyciszony, oparty na Hammondach “Będę z Tobą”. Ładnie udaje się płynne “Cześć” z cudnie wywijającym saksofonem czy bardziej taneczne “Jestem kimś” z funkowym basem oraz zgrabnymi klawiszami w tle, prawie (z naciskiem na prawie) w stylu Justina Timberlake’a. Można troszkę odnieść wrażenie, że to grane jest na jedno kopyto (chociaż to może zestaw instrumentów robi taką impresję), ale parę razy Badachowi udaje się zaskoczyć. Choćby takie “Pada”, które brzmi niczym współczesna produkcja r’n’b ze spokojnymi bitem, utrzymane w podobnym tempie “Pusto” z bardziej przestrzennymi, tanecznymi rytmami czy pełne gitarowego tła z klawiszami “Gdyby nie Ty”. Mi najbardziej utkwiło bardzo intymne, grane na klawiszach “Po drugiej stronie” oraz bardziej jazzowe “Wracam do siebie” z prowadzącym fortepianem. W takich utworach Badach sprawdza się najlepiej.

To ogromna zasługa jego głosu – bardzo lekkiego, niezbyt szalejącego z ekspresją, ale mającego duży feeling  oraz tak bardzo zgranego z dźwiękami, stanowiąc silną całość. W połączeniu z niezłymi tekstami tworzy to lekką oraz przyjemną przygodę. Czekam na kolejne albumy.

7/10

Radosław Ostrowski

Charlotte Gainsbourg – Rest

Rest_%28Charlotte_Gainsbourg%29

Tą francuską aktorkę znam głównie z powodu… muzyki oraz wydanej 6 lat temu płyty “Stage Whisper”. Charlotte  miała pisane życie artystyczne, skoro była córką wokalisty Serge’a Gainsbourga oraz aktorki Jane Birkin. Długo trzeba było czekać na nowy, piąty album. Ale chyba było warto, choć prowokacyjny tytuł “Rest” może sugerować coś innego.

Tym razem za produkcję odpowiada niejaki SebastiAn – francuski muzyk i DJ, specjalizujący się w muzyce elektronicznej, współpracujący m.in. z Daft Punk, Kavinsky czy Woodkidem. I rzeczywiście obecność elektroniki, czerpiącej z dokonań nowofalowych twórców, mocno się odczuwa. Początek to niemal oniryczny “Ring-A-Ring O’Roses”, gdzie syntezator imituje przestrzennie grający klawesyn, w tle monotonnie uderza perkusja, co której potem dołączają smyczki. Francuskie zwrotki oraz angielski refren – niczym ogień i woda, ale to się nie gryzie, dając prawdziwy odlot w stylu Air. Dochodzi czasem do rozpędzenia tego wozu (mroczne, ale pełne ozdobników “Lying with You”), polania dziwacznymi eksperymentami w postaci obijającego się niczym echo dźwięku fortepianu na początku “Kate”, gdzie jest zgrany duet fortepian-smyczki czy pełnym nerwowego, elektronicznego tła oraz funkowego basu “Deadly Valentine”. Nawet klawesyn będzie się wydawał mocno surrealistyczny, pełniąc role wspierającą dla cymbałków w “I’m a Lie”, ale to ciekawie się zgrywa. Potem wchodzi tytułowy, bardzo rozmarzony utwór współtworzony przez Guy-Manuela de Homen-Christo, czyli jednej drugiej Daft Punk, a zaraz potem wskakuje taneczna “Sylvia Says” oraz wsparty przez samego Paula McCartneya (muzyka, słowa, perkusja, fortepian – wokalu nie stwierdzono) dziwacznie postrzelony “Songbird in a Cage” oraz mieszający nerwową gitarę elektryczną z akustyczną “Dans vos airs” czy pełnym mocnego bitu “Les Crocodiles” oraz epickiego dyskotekowego łamańca w postaci „Les oxalis”.

Muzycznie więc jest bogato, ze skrętem w kierunku brzmień z lat 70. oraz 80. Gainsbourg nie jest może jakąś technicznie uzdolnioną wokalistką, bardziej szepcząc czy melorecytując, ale ma w sobie coś takiego, że trudno oderwać uszy. Moze to zasługa języka francuskiego, delikatnego frazowania czy spokoju w głosie – nie wiem, ale ja chcę więcej. Mam nadzieję, że po “Rest” artystka nie zrobi sobie długiej przerwy. Bo jest na co czekać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jazz Band Młynarski-Masecki – Noc w wielkim mieście

noc-w-wielkim-miescie-b-iext51843068

Jazz w Polsce ma bardzo długie tradycje, o czym pamięta niewielu. I do tej, przedwojennej tradycji, postanowił sięgnąć jazz band kierowany przez pianistę Marcina Maseckiego oraz wokalistę Jana Młynarskiego, który postanowił sięgnąć po mniej znane przeboje z lat 20. i 30., poddać jej innym aranżacjom oraz wydać na płycie.

Pierwsze, co rzuca się w uszy to brzmienie. Dźwięki każdego instrument, od fortepianu przez dęciaki (głównie saksofony), zachowują klimat dawnej epoki. Zupełnie jakby ktoś wygrzebał nagrania z ocalałych vinyli, zrekonstruował je oraz puścił, jakby nigdy nic. A wszystko tak zwiewne, eleganckie oraz fantastycznie zagrane. A wiecie jak trudno było osiągnąć taki efekt? Muzycy dostają w każdym utworze spore pole do popisu (głównie Masecki), zaś wokal pojawia się bardzo rzadko, puentując bardzo dowcipne teksty. Zarówno żywiołowy “How Do You Do Mr. Brown?, jak I bardziej spokojny (chociaż pod koniec przyspieszający) “Czy Ty wiesz, Mała Miss?” pokazują wszelkie predyspozycje bandu. A im dalej, tym ciekawiej: nerwowa gra fortepianu na początku “Czarnej kawy”, przechodząca w bardziej delikatne tony przez niemal “tańczące” saksofony, rozpędzony i zabarwiony orientalnymi dźwiękami “Abduł Bey”, bardzo romantyczny “Kącik marzeń” oraz “New York Baby”. A jeśli dodamy do tego cudnego “Nikodema” z cudownym refrenem oraz “strzelającą” perkusję w środku, bardziej spokojny walczyk “Jadzia”, to mamy piękny zestaw.

Młynarski może wokalnie nie pojawia się długo, ale jego głos idealnie pasuje oraz imituje wokal z tamtej epoki. Jest trochę nonszalancki, ale jednocześnie romantyczny, delikatny. I to dziwne połączenie retro doprowadza do prawdziwej ekscytacji. Jestem absolutnie pewny, że na sylwestrową noc sprawdzi się świetnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Piotr Bukartyk – Ja, wolny człowiek. Z czwartku na piątek vol. 2

BukartykJaWolnyCzlowiek

Wszyscy fani radiowej Trójki znają Piotra Bukartyka – młodego duchem muzyka, zapraszanego w piątkowe poranki z gitarą, gdzie prezentuje swój nowy utwór, odnoszący się do obecnych wydarzeń. I właśnie zbiór kilkunastu wybranych piosenek z tego bloku zostało wydanych na najnowszej płycie tego gitarzysty, wokalisty oraz kompozytora. I to po raz drugi w jego dorobku.

Wszystko jest zdominowane przez akustyczne gitary Bukartyka oraz Krzysztofa Kawałki, dodając czasem żwawego tempa (“Przed premierą”), czasem dopełniając bardziej ekspresyjne wejścia wokalu (“Ja, wolny człowiek”), pozwala sobie na chwilę spokoju (“W srodku miasta”, “Rząd nie ciąża”). można powiedzieć, ze jest to trochę grane na jedno kopyto, lecz niektóre solówki potrafią ubarwić podobne tempo całości. Ale siła Bukartyka zawsze były teksty, niepozbawione ironii oraz bardzo wnikliwego spojrzenia. Zarówno pośrednio dotykając obecnej sytuacji politycznej (“Trudno wytłumaczyć”), rozczarowaniem polityką (“Ci czy ci”), pokazując nasze społeczeństwo w krzywym zwierciadle (“Independens dej” czy “Miasto Kostrzyń”), ale też przestrzega, że “W życiu trzeba być czujnym”. Jednocześnie złośliwie pokazuje działalność propagandową (“Tu w San Escobar”), ale też potrafi poruszyć dramatycznym “W środku miasta”.

Sam Bukartyk jakimś wielkim wokalistą nigdy nie był, ale zawsze dawał radę. Nie inaczej jest tutaj, gdzie swoim głosem dodaje emocjonalnej siły poszczególnym utworom. W połączeniu z bardzo trafnymi tekstami, pełnymi (czasami gorzkiego) humoru oraz zaskakująco trafnej obserwacji. Prawdziwa bomba.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lunatic Soul – Fractured

Fractured

Solowy project Mariusza Dudy, czyli jednego z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny progresywnej. Po ostatnich dokonaniach macierzystego Riverside oraz powołanej supergrupy Meller Gołyźniak Duda, basista oraz wokalista wraca ze swoim samodzielnym przedsięwzięciem, mieszającym progrockowe dźwięki z ambientem. Tym razem będzie osiem utworów. A jak jakościowo?

Początek to dziwacznie przemielony odgłos paszczy z elektroniką w “Blood on the Tightrope”, do którego dołączają bardzo mroczne pomruki, bardzo szybkie uderzenia perkusji, oniryczny fortepian oraz rozpędzone gitary (pod koniec niemal żywcem wzięte z Riverside). A jednocześnie mimo dużej ilości mroku, pozostaje to bardzo melodyjnym oraz chwytliwym numerem, co jest także zasługą falowo przychodzących instrumentów. Równie w tym kierunku podąża pulsujący ambientem “Anymore” wybrany na pierwszego singla. O dziwo więcej miejsca ma tutaj gitara akustyczna, co czuć zarówno w niepokojącym, troszkę przypominającym Mike’a Oldfielda “Crumbling Teeth and the Owl Eyes” oraz najdłuższym – ponad 12-minutowym “A Thousand Shards of Heaven”, gdzie jeszcze mamy przepięknie grające w tle smyczki oraz trip-hopowy środek z saksofonem. Bardziej przestrzenne, wręcz nowofalowe “Red Light Escape” potrafi utrzymać w poczuciu niepokoju, potęgowanym przez pulsujący sygnał w tle oraz solo saksofonu. Tytułowy utwór miesza elektroniczne pasaże, rytmiczną perkusję z ostrymi riffami oraz przestrzennym, nasilającym się wokalem. Bardziej agresywny jest “Battlefield”, gdzie od początku jesteśmy atakowani minimalistyczną perkusją oraz przemieloną gitarą elektryczną, które coraz bardziej nabierają intensywności. Zaś finałowe “Moving On” mogliby stworzyć Depeche Mode gdzieś na początku lat 90.

Duda konsekwentnie śpiewa po angielsku i jest znacznie bardziej delikatny, refleksyjny niż w swojej macierzystej kompanii. I to działa do tych bardzo rozbudowanych kompozycji, pełnych różnych dźwięków, progresywnych zmian tempa oraz bardzo niepokojącego klimatu. “Fractured” bardzo mocno pokazuje, że Lunatic Soul trzyma się dobrze i coraz bardziej magnetyzuje, chociaż sam ambient pojawia się rzadziej niż ostatnio. Ale mimo to pozostaje w pamięci na długo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

a-ha – MTV Unplugged – Summer Solstice

A-ha_MTV_Unplugged_Summer_Solstice

To sympatyczne trio z Norwegii próbowało (po raz drugi) zakończyć działalność, lecz ciągnie wilka do studia. Po wydanym dwa lata temu “Cast in Steel” tym razem grupa wydała album z serii MTV Unplugged. Jak sama nazwa wskazuje jest to akustyczny koncert, który został zarejestrowany w The Harbour Hall przy Ocean Sound Recording na wyspie Giske 22 i 23 czerwca 2017.

Muzykom towarzyszy mały zespół wykorzystujący smyczki, fortepian, perkusjonalia oraz saksofon. Najbardziej zaskakuje fakt, ze na początek dostajemy… premierowy utwór “This Is Our Home”. Piękna, bardzo delikatna piosenka z chwytliwą melodią grana na fortepian, później na klawesynie. I robi się wtedy tak spokojnie, sielsko, wręcz bajecznie.. I co najważniejsze, słychać publiczność, nie tylko podczas klaskania. Dalej jest jeszcze jeden nowy utwór (a co chłopaki mają sobie żałować), czyli “A Break in the Clouds” z większym udziałem gitar pojawiające się w dalszej części. Po drodze spotkamy się z masa niezapomnianych hitów jak pięknie wzbogacone smyczkami “Lifelines” (chociaż wolę te z oryginałem) oraz śpiewanym wręcz a capella refrenem, cudne “Foot on the Mountains” ze zgrabnym chórkiem w środku, czy pojawiające się na finał nieśmiertelne “Take On Me” w zupełnie zaskakującej aranżacji.

Pojawiają się też utwory troszkę mniej znane od wyżej wymienionych hitów. Takimi mniej znanymi (przynajmniej mnie) były autocover “Sox of the Fox” z marszową perkusją i fletami w środku, pełne gitar szybkie “Over the Treetops”, bardziej mroczne “Forever Not Yours”, mimo wykorzystaniu dzwonków, delikatne niczym podmuch wiatru “Living a Boys Adventure Tale” czy “Manhattan Skyline”.

Największymi niespodziankami są za to zaproszeni goście. Najpierw pojawia się Lissie w “I’ve Been Losing You”, ładnie się uzupełniając z Mortenem Harketem, by weszła ciepła Ingrid Helene Havik w bajecznie zaaranżowanym “The Sun Always Shines on TV”, zabarwionym melancholia (pianino, dzwonki, klawesyn), ale największe wrażenie zrobił swoim szorstkim głosem Ian McCulloch (frontman zespołu Echo & the Bunnymen) a “Scoroudel Day” i “The Killing Moon” oraz Allison Moyet w “Summer Moved On”. A sam Morten jest w wysokiej dyspozycji wokalnej, nadal zachowując swój urok. Same aranżacje bardzo zaskakują swoim tempem, melodyką oraz instrumentami.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony świetną formą Norwegów, więc może będzie jakiś nowy materiał? Nie obraziłbym się.

8,5/10

Radosław Ostrowski