Maigret w Montmartrze

Inspektor Maigret powrócił. Trzeba było poczekać tylko pół roku, by szef paryskiej policji powrócił. Tym razem dostaje sprawę dwóch morderstw w dzielnicy Montmartre. Ofiarami są podstarzała hrabina oraz młoda tancerka z nocnego klubu. Ta druga przyszła nocą na komisariat, ale została zignorowana. Czy w ogóle coś łączy te sprawy?

maigret_41

Tym razem z materiałem zmierzył się doświadczony reżyser telewizyjny Thaddeus O’Sullivan i wykonał swoją robotę wzorowo. Tym razem wracamy do brudnej dzielnicy Montmartre, gdzie nie brakuje podniszczonych budynków oraz nocnego życia pełnego zabawy i rozrywki. I to tutaj wkraczamy w paskudny świat szantażu, prostytucji, narkotyków oraz przemocy. Ta część ma więcej mroku ze wszystkich i nie tylko dlatego, że większość scen toczy się w nocy. I do samego końca nie wiem kim, ani jak wygląda nasz podejrzany, co jeszcze bardziej nakręca dochodzenie. Długo musimy czekać na rozwiązanie tajemnicy (czy jest związek między sprawami, kim jest chłopak dziewczyny, kogo widział świadek) i jednocześnie sam próbowałem rozgryźć całą układankę. Wszystko dawkowane jest oszczędnie, bez żadnych efekciarskich popisów czy zawodów strzeleckich. Nie brakuje za to pościgów (pieszych), analizowania dowodów oraz główkowania. Wszystko opiera się na rozmowach i wyciąganiu wniosków, by dojść do niebezpiecznej rozgrywki.

maigret_42

Trudno nie odmówić „Maigretowi” stylu, który konsekwentnie jest tworzony eleganckimi zdjęciami oraz delikatnie budującą napięcie muzyką. Nie zabrakło też niezłego poczucia humoru oraz płynnego, podkręcającego tempo montażu. A co robi Rowan Atkinson? To, co najlepsze – kolejny raz tworzy wyrazistą postać detektywa, wnosząc życie tej pozornie papierowej postaci. Także wspierający go poprzednicy (inspektorzy Javevre i Lapointe) nie zawodzą, a uwagę zwraca zarówno znerwicowany Sebastian De Souza (Philippe) oraz bardzo śliski Douglas Hodge (właściciel klubu).

maigret_43

„Maigret w Montmartrze” potwierdza, że jest sens tworzenia kryminałów w starym, dobrym stylu. Trzyma w napięciu, jest inteligentnie poprowadzony, zrobiony ze smakiem i daje nadal sporo frajdy. Mam nadzieję, że będą kolejne części.

7/10

Radosław Ostrowski

Maigret: Noc na rozdrożu

Trzecie spotkanie z inspektorem Maigretem, który tym razem musi zmierzyć się z prawdziwą zagadką. W małym miasteczku Arpajon zostaje znaleziony mężczyzna z kulą w głowie – bez dokumentów, bez niczego. Zwłoki znajdują się w samochodzie należącym do niejakiego Carla Andersona, mieszkającego w dużym domostwie z siostrą. Mężczyzna ucieka razem z siostrą, więc sprawa wydaje się prosta. Ale Maigret, wsparty przed dawnego kolegę z policji, inspektora Grandjeana, ma wątpliwości.

maigret_31

Ta telewizyjna produkcja to kolejny przykład udanego retro-kryminału osadzonego w realiach lat 40. i 50. XX wieku. Widać, że to mały ekran, ale to kompletnie nie przeszkadza. Zdecydowanie bardziej sprawdza się tutaj intryga, pełna fałszywych tropów oraz różnych tropów: przemyt, kradzież diamentów oraz morderstwo. W przeciwieństwie do poprzednika, tutaj nie poznajemy dość szybko odpowiedzi na pytanie: kto zabił? I to jest największa zaleta, a przeniesienie większość wydarzeń do małego miasteczka, wnosi wiele świeżości oraz buduje klimat. Wrażenie robi też elegancka scenografia oraz kostiumy, w połączeniu ze stylową muzyką. Samo śledztwo oparte na analizie dowodów, poszlak, wyciąganiu wniosków, a także obserwacji. Wszystko się układa w spójną całość, a odkrywanie tajemnic Arpajon daje sporo satysfakcji, tak samo jak zakończenie.

maigret_32

Aktorsko klasę potwierdza Rowan Atkinson w roli Maigreta i nadal widać, że sprawia mu to wiele przyjemności. Wyciszony, powściągliwy, ale bardzo dociekliwy oraz uważny policjant bez super szybkiego umysłu Sherlocka wydaje się bardziej przyziemnym bohaterem, co jest dużą zaletą. Pozostaje jednak pełen empatii i nie osadzą. Wsparciem dla niego jest znana z poprzednich części ekipa śledczych, grana przez Shauna Dingwalla (Javiert) oraz Leo Staara (LaPointe). Z nowych ról trzeba wspomnieć o Kevinie McNallym jako dość porywczym inspektorze Grandjeanie oraz Mii Jexen (Else) i Tom Wlaschiha (Carl Anderson) w roli podejrzanego.

maigret_34

„Noc na rozdrożu” pozostaje – na razie – najlepszą częścią serii o inspektorze Maigrecie ze skomplikowaną, wciągającą intrygą, klimatem retro oraz świetnym aktorstwem. A w planach są jeszcze dwie kolejne fabuły o Maigrecie. Czekam na więcej, bo takiego Atkinsona chcę oglądać jak najwięcej.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski

Pojedynek

Małe miasteczko gdzieś na pograniczu Teksasu z Meksykiem. To tutaj rządzi „Kaznodzieja” Abraham Blunt, który jest duchowym przywódcą oraz szeryfem. Ale w okolicznej rzece koło miasteczka znaleziono zwłoki Meksykanów, co budzi pewne podejrzenia. Tam zostaje skierowany (pod przykrywką) Strażnik Teksasu razem ze swoją żoną, Meksykanką.

pojedynek_20161

„Pojedynek”, choć jest ubrany w otoczkę westernu, bardziej jest kryminałem i skupia się na śledztwie niż na pojedynkach jeden na jeden czy akcji. Śledztwo prowadzone jest dość spokojnie i ospale, jednak od początku zachowanie gospodarza (Abrahama) wydaje się bardzo podejrzane. Az zbyt przyjazny, sprawia wrażenie godnego zaufania człowieka z przeszłością. Ale im dalej w las, tym dziwaczniej się dzieje – jakieś elementy magii (dziwaczna modlitwa z wężami) i wszystko musi skończyć się w konfrontacji jeden na jeden. Problem w tym, że cała ta historia kompletnie nie angażuje, chociaż stara się mocno ubarwić portret mieszkańców rządzonych przez charyzmatycznego guru. A wszystko to snuje się bez ładu i składu – czary, tajemnicza choroba, zdrada, wreszcie „polowanie” za pieniądze do porwanych Meksykanów. Brzmi to jak z kina klasy B, tylko ubranego w realia Dzikiego Zachodu. I jak na western przystało, film ma znowu przepiękne plenery oraz klimatyczną muzykę, która pasuje do tych realiów. Jest parę pięknych scen jak otwierająca całość scena pojedynku w deszczu czy finałowa konfrontacja na otwartej przestrzeni, ale to wszystko za mało, by poruszyć do końca.

pojedynek_20163

Sytuację próbują ratować aktorzy i do pewnego stopnia dają radę. Liam Hemsworth (tak bardzo podobny do brata Chrisa, lecz bez tej charyzmy) jest całkiem niezły w roli prawego oraz uczciwego Strażnika Teksasu, ale i tak całość kradnie Woody Harrelson. Blunt ma charyzmę oraz silną osobowość, która jest wręcz nie do zdarcia, chociaż sprawia wrażenie sympatycznego oraz głęboko wierzącego. Ta konfrontacja jest siłą napędową tego filmu i wnosi go na troszkę wyższy poziom, czego nie da się powiedzieć o Alice Braga (Marisol, żona Strażnika), mocno obniżająca poziom, a jej ostatnie zachowanie jest co najmniej dziwaczne.

pojedynek_20162

„Pojedynek” brzmiał dobrze i mógł być fajnym westernem, ale tylko nieco ponad przeciętną się wybija. Spokojne tempo potrafi wielu znudzić, czasami dialogi wydają się wzięte z czapy, a rozwiązanie intrygi wywołuje zdumienie. Ale ma swoje momenty, pokazujące ogromny potencjał.

6/10

Radosław Ostrowski

The Ballad of Lefty Brown

Tytułowy Lefty jest już niemłodym kowbojem z Montany. Razem z przyszłym senatorem, panem Johnsonem, współpracują od 40 lat i Lefty ma zostać w domu oraz pilnować rancza. Wszystko się zmienia, gdy zostają skradzione jego konie. Johnson z Brownem ruszają w pościg, ale ten pierwszy zostaje zamordowany. Lefty wyrusza na własną rękę znaleźć sprawcę.

lefty_brown1

Od paru ładnych lat western przeżywa renesans, choć wydawałoby się, że nie da się niczego w tym gatunku dać czegoś świeżego. Ale Jared Moshe sprawia wrażenie, jakby zapomniał o tym i opowiada historię niemal w duchu tego gatunku. Zderzenie dawnego świata z postępem kolei, a tak naprawdę liczy się tutaj piętrowa intryga związana z morderstwem. A w tym wszystkim próbuje się odnaleźć poczciwy, chociaż troszkę niezdarny Lefty, bo ma zasady i jest lojalny w tym zgniłym, upadłym świecie. skoro to jest western, to nie brakuje klasycznego repertuaru w postaci strzelanin, przepięknych krajobrazów oraz zderzenia wyobrażeń bohaterów westernu (te słynne powieści) z rzeczywistością. Niby znamy te wszystkie klisze oraz elementy, ale mimo to kibicowałem bohaterowi oraz wciągnąłem się. Wielu może zniechęcić dość spokojne tempo, jednak po jednej wolcie, film zmienia kompletnie klimat oraz styl, skupiając się na politycznych grach, podejrzeniach oraz wieszaniu. Ten film ma swój brudny klimat, przerywany rzadkimi scenami akcji. Niby kończy się to happy endem, jednak nie jest on w żaden sposób oczywisty czy banalny.

lefty_brown2

A to wszystko jest także zasługą znakomitego Billa Pulmana – zmęczonego, troszkę niezdarnego, ale bardzo uczciwego oraz poczciwego kowboja. Może nie jest zbyt mądry, jednak kieruje się sercem oraz pozostaje do samego końca człowiekiem. Nie skażonym kłamstwem, oszustwem czy podłością. Jak nie lubić tego człowieka? Nie da się. Na drugim planie bardziej wybija się Tommy Flanagan (szeryf Tom) oraz James Caviezel (gubernator Jimmy), dający potwierdzenie swojej klasy.

lefty_brown3

Tytułowa Ballada nie zmieni oblicza westernu, ale pokazuje, że jest sens wsiąść na konia, do ręki strzelbę albo rewolwer i ruszyć ku zachodzącemu słońcu. Warto dać szansę Lefty’emu Brownowi, bo takiego Pullmana dawno nie było widać.

7/10

Radosław Ostrowski

Pjus – SłowoWtóry

słowowtory

Pamiętacie taki skład 2cztery7? Jego trzeci członek Pjus tym razem zrealizował kolejną solową płytę. Ale jeśli myślicie, że będzie tak jak zawsze w tego typu projektach, to się myślicie? Pjus po przeszczepie implantów uszu postanowił zrobić bity i napisać teksty, ale to zaproszeni goście je wykonują. U nas nie jest to spotykana praktyka, co jeszcze bardziej intryguje. Jakie powstały połączenia?

Początek to wręcz bombastyczne, ale bardzo klasyczne w formie “Callarm” pełne skreczy, mocnych riffów gitarowych oraz uderzeń dęciaków na początku. Jazzowe wstawki są mocno obecne w ironicznym “Z tłustymi i w tłuszczy”, by wejść w mroczno-minimalistyczne “Złowo” zabarwione niemal etnicznie brzmiącym refrenem od Rosalie. Równie odrealniony jest pełen elektroniki oraz mocnej perkusji “Coffee Paste” oraz idący ku ciepłym dźwiękom “Niewielka Warszawska”, płynnie bujająca tak, jakbyśmy cofnęli się do West Coast lat 90. Wszystko się zmienia w niemal mechanicznym, pełnym gitar “Nasztukawszy”, gdzie wokalnie udziela się… Tymon Tymański ze swoim niemal obojętnym głosem. By nie zanudzić, “Na rogu świata” pędzi na złamanie karku, mieszając staroszkolny sposób z mocnymi oraz gęstymi perkusjami z przestrzennymi klawiszami oraz ciepłymi klawiszami w tle oraz bardziej minimalistyczny “Lakokalips”, gdzie – niestety – refren śpiewany na autotunie przez niejakiego Głośnego, brzmi paskudnie i jest najpoważniejszą wadą całej płyty. Powrót do bardziej dynamicznego, wręcz łamanego popisu serwuje śpiewane “Poloveanie”, skręcający we współczesny pop, zrobiony jednak ze smakiem. A Martina M. wykonująca ten utwór mocno zapada w pamięć. Tak samo jak minimalistyczno-cykająco-jazzowy (ach ten saksofon) “Promyzeusz” czy pełne wręcz kosmicznie smielonych dźwiękow “Odpyski”.

Ilość gości robi tutaj imponujące wrażenie. Są zarówno weterani pokroju Vienia, Pelsona,  Włodiego czy Tego Typu Mesa, młodych bezczelnych robiących od lat zamieszanie pokroju Sariusa, Kuby Knapa, Spinache’a czy Rasa, jak też osoby spoza środowiska hip-hopu (Tymon Tymański, Kortez). I ci wszyscy goście wykonali fantastyczną robotę, nadając swoim flow prawdziwego kopa oraz zgrywając się w pełni z bitami. Do tego inteligentne teksty o kulturze, hazardzie, kopiowaniu czy… nadwadze.

Pjus dokonuje prawdziwego popisu muzyczno-tekstowego, co mogło się wydawać dziwacznym pomysłem. W naszym kraju przyjęło się, że raperzy sami sobie piszą teksty, a nie ykonują czyjąś robotę, bo inaczej nie będą autentyczni. Ale jak widać paru osobom to kompletnie nie przeszkadzało, dopełniając te wariackie, inteligentne teksty z kapitalnymi bitami. “SłowoWtóry” to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie dla fanów rapu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Logan Lucky

Poznajcie braci Logan, którzy mieszkają w jakimś wygwizdowie gdzieś w Zachodniej Wirginii. I nie są oni spokrewnieni z TYM Logan aka Wolverine. Jimmy pracuje jako górnik w robotach fizycznych, kuleje na jedną nogę oraz próbuje utrzymać kontakt z córką, którą wychowuje jego była żona. Poza tym został zwolniony z pracy.  Z kolei Clyde walczył na wojnie, co przyniosło mu stratę dłoni i obecnie pracuje jako barman w knajpie. Dodatkowo ich cała rodzina jest „naznaczona” klątwą. Ale w końcu Jimmy ma plan na poprawę sytuacji – skok na tor wyścigowy NASCAR. Trzeba tylko zebrać zespół i zrealizować każdy element układanki.

lucky_logan1

Pamiętacie, jak Steven Soderbergh pięć lat temu się zarzekał, że nie nakręci więcej filmów i skupi się na pracy dla telewizji? Skłamał albo po prostu nie wytrzymał i musiał wrócić. „Lucky Logan” wydaje się takim typowym heist movie, gdzie mamy grupę ludzi przygotowujących duży skok na wielką kasę. Czuć tutaj mocno ducha „Ocean’s Eleven”, co jest na pewno zasługą pewnej i stylowej realizacji oraz eleganckiej muzyki jakby żywcem wziętej z lat 60. i 70. Z nieśmiertelnym Johnem Denverem oraz Credence Clearwater Revival na czele. Ale reżyser jest troszkę za sprytny, by skupić się tylko na kryminalne intrydze. Bo próbuje się skupić także na pokazaniu życia na prowincji oraz portrecie bohaterów, których marzenia nigdy nie miały zostać spełnione. Pozornie takie scenki poboczne (konkurs na Mała Miss Virginii, spotkania z córką czy wyścig NASCAR) mogą wydawać się odciągające od całej intrygi. Jednak to wszystko jest bardzo sprawnie poprowadzoną układanką, gdzie każdy detal ma znaczenie.

lucky_logan2

Jestem pod dużym wrażeniem pracy kamery – pozornie statycznej, opartej na długich kadrach oraz bardzo dobrym montażu, podbijającego rytm całych wydarzeń. Klimatyczna muzyka współgra idealnie ze sposobem realizacji, jakby żywcem wziętej z lat 70. Nie mogło zabraknąć pewnych drobnych komplikacji, finałowej wolty pokazującej skąd dochodzi do zmiany, bez zgrzytu, fałszu, ale za to z humorem (bomba czy bunt w więzieniu oraz reakcje naczelnika – perełki) czy nawet wzruszeniem (występ córeczki podczas konkursu).

lucky_logan3

Za to Soderbergh ma dobrą rękę do obsady, która daje z siebie wiele. Kolejny raz zaskakuje Channing Tatum (może to zasługa tej brody) jako Jimmy – prosty facet z dobrym sercem, zmuszony do przejścia na ciemną stronę życia. Trudno nie polubić takiego prostego faceta. Partneruje mu Adam Driver jako brat i czuć chemię oraz silne więzi między nimi. I jeszcze ten akcent, co brzmi cudnie. Ale i tak film bezczelnie kradnie Daniel Craig jako spec od eksplozji Joe Bang. Sam widok aktora w tlenionych włosach, lekko przypakowany i mający dużo luzu wobec całej reszty daje ogromną frajdę. Nawet drobne epizody Katherine Waterston (lekarka), Sebastiana Stana (kierowca rajdowy)  czy Hilary Swank (agentka FBI) są małymi wisienkami na torcie.

lucky_logan4

Czy „Lucky Logan” może mierzyć się z „Ocean’s Eleven” oraz jego sequelami? Myślę, że tak. To najbardziej komercyjny film Soderbergha jaki widziałem, ale jednocześnie posiadający jego własny styl wizualny. Inteligentnie poprowadzony, wodzący za nos daje nie tylko świetną rozrywkę, ale i pokazuje troszkę inne oblicze Ameryki.

8/10

Radosław Ostrowski

I tak cię kocham

Chicago to małe miasto, gdzie jakoś trwa życie i to tutaj przyszło żyć niejakiemu Kumailowi. To młody chłopak z Pakistanu, która za dnia pracuje dla Ubera, a wieczorami występuje jako komik. Jest w tym nawet niezły, chociaż żyje w cieniu rodziny trzymającej się tradycji: aranżowane małżeństwa, modlitwy do Allaha. Wtedy na jego drodze pojawia się Emily – młoda, śliczna, ale biała kobieta. Tylko jak się odnaleźć w tym wszystkim. Ostatecznie dochodzi do rozstania, a dziewczyna trafia do szpitala.

i_tak_cie_kocham1

Ten opis, jak i zwiastuny mogły sugerować, że dzieło Michaela Showaltera byłoby remakiem „Ja cię kocham, a ty śpisz”. Nie jest to też – co sugerowałoby polskie tłumaczenie – banalna, naiwna i głupiutka komedia romantyczna. Twórcy serwują takie słodko-gorzkie spojrzenie na świat (i to lubię), gdzie humor miesza się z dramatem. Dodatkowym smaczkiem jest tutaj zderzenie dwóch kultur: amerykańskiej oraz islamskiej, z jednym małym detalem. Rodzina Kumala trzyma się tradycji, ale nie są to religijny fanatycy ani fundamentaliści. A całość jest polana lekkim, komediowym sosem, co nie osłabia bardziej dramatycznych fragmentów. Niby jest to film o miłości, ale dla mnie to opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności oraz odnalezieniu swojej własnej tożsamości i życiowej drogi. Chociaż pozornie akceptacja od dziewczyny (oraz przyszłych teściów) oraz spełnienie oczekiwań rodziców wydaje się nie do pogodzenia. I te bardziej dramatyczne wydarzenia (niemal połowa filmu) nie jest pozbawiona emocjonalnego kopa aż do finału (w żadnym wypadku nie przesłodzonego). Po drodze będzie wiele faków, wnikliwej obserwacji świata, związków oraz byciu prawdziwym sobą.

i_tak_cie_kocham2

Ta miejscami gorzka, miejscami poważna i zabawna komedia nie miałaby siły ognia, gdyby nie świetne aktorstwo. Nie jestem w stanie wyrazić pełnego zachwytu nad Kumailem Naijanim (film jest oparty na jego własnych doświadczeniach) w pełni oddając jego strach przed odrzuceniem, lawirowanie oraz próbę usamodzielnienia się. To wszystko jest wygrane bez cienia fałszu, a sceny stand-upowe brzmią tak naturalnie. Partneruje mu Zoe Kazan (którą uwielbiam od lat), która w środku filmu jest ograniczona do leżenia, mocno zapada się w pamięć jako lekko postrzelona kobieta z paroma przejściami. Też boi się zranienia (ostra scena rozstania) i szuka związku, chociaż mówi co innego. Ale i tak film kradnie bezczelnie niezawodna oraz charakterna Holly Hunter (matka Emily) w duecie z wycofanym Rayem Romano, tworząc prawdziwą hekatombę.

i_tak_cie_kocham3

„I tak cię kocham” nie jest stricte filmem walentynkowym, gdzie jest od cholery słodzenia, happy endu oraz życia długo i szczęśliwie. Daje wiele poważnych refleksji, wnosi wiele lekkiego humoru oraz zgrabnie miesza romans, komedię z dramatem. Ładny ten związek wyszedł.

i_tak_cie_kocham4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bar

Madryt, zwykły bar, gdzie ludzie wchodzą i wychodzą, coś zamawiają, jedzą, piją. I tutaj trafia grupka naszych bohaterów, którzy przyszli na chwilkę, by zjeść, zapłacić i wyjść. Ale co zrobić, kiedy wyjście jednego z klientów kończy się strzałem w głowę? A jak przyjdziesz mu z pomocą, to oberwiesz? Ulica nagle pustoszeje, a klienci oraz obsługa czuje się przerażona. Co teraz?

el_bar1

Alex de la Iglesia robi thriller, który pozornie wydaje się jednym z wielu opartym na pomyśle zamkniętej przestrzeni oraz coraz bardziej widocznego obłędu. I znowu pytanie: co zrobisz by przetrwać? Wzajemne podejrzenia, próba rozgryzienia co jest grane, nieufność, paranoja, brak kontaktu z otoczeniem. A kogo tutaj nie mamy: emerytowany gliniarz, dziewczyna umówiona na randkę, obłąkany menel, pracownik firmy reklamowej, hazardzistka oraz sprzedawca bielizny. Wszystko to jeszcze polane groteskowym sosem, dającym przykład zdrowo pokręconego poczucia humoru. Muzyka jeszcze bardziej podkręca poczucie niepokoju oraz nieufności. Nie brakuje strzałów, przerażenia, bójek, wrzasków oraz… śmierdzącego kanału, gdzie ludzie będą walczyć ze sobą. Całość ogląda się naprawdę nieźle, chociaż wnioski wyciągane przez reżysera nie są odkrywcze: człowiek człowiekowi wilkiem, wspólne działanie daje efekty itp. Można się przyczepić ostatnich 20-30 minut, gdy jesteśmy w ściekach, a całość zmierza w kierunku survivalowego klimatu.

el_bar2

Wszystko staje się wtedy bardziej mroczne, brutalniejsze i czuć stawkę tej gry. Tylko, ze rozegranie tego ostatniego aktu ze szczepionką oraz walką (bo jest o jedną za mało) z ucieczką, rozwiązaniem z deus ex machina (nie powiem co – sami się przekonacie). Do tego mamy bardzo wyraziste postacie, dające mocne charaktery, zagrane przez nieznanych aktorów. Początkowo wydaje się, kim kto jest, ale z czasem wszystko nabiera barw, warstw oraz oblicz. Od opanowania przez nerwowość i strach do obłędu, szaleństwa i morderstwa.

el_bar3

To wszystko podbija ten wariacki styl. „El bar” ma czasem nierówne tempo, końcówka mocno przegięta i przerysowana, a czasem poczucie humoru nie trafi do wszystkich. Niemniej jest to smakowita pozycja dla fanów kina klasy B.

6/10

Radosław Ostrowski

Zaginione miasto Z

Jest rok 1906. Wielka Brytania nadal jest potężnym imperium, posiadającym multum kolonii, armię itp. Ale tak naprawdę tutaj liczy się tylko jedna postać – major Percy Fawcett. Wojskowy z dużym doświadczeniem, lecz bez żadnych odznaczeń oraz sławy. Ale dostaje szansę od Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, które prosi go o pomoc w sprawie zażegnania konfliktu między Brazylią a Boliwią. A dokładniej o odmierzeniu granicy, znajdującej się na rzece Amazonce. Trzeba znaleźć jej źródło. Ale podczas tej wyprawy major znajduje ślady dawnej cywilizacji.

zaginione_miasto_z1

James Gray to filmowiec w gruncie rzeczy niszowy, próbujący iść własną ścieżką niż bezsensownie kopiować gatunkowe klisze. I dla wielu hasło kino przygodowe będzie kojarzyć się z mutacją Indiany Jonesa, gdzie akcja zasuwa na złamanie karku, będą jakieś łamigłówki do rozgryzienia. Ale tego w „Zaginionym mieście Z” nie znajdziecie – tutaj reżyser stawia na eksplorację kompletnie nieznanego rejonu, konsekwentnym budowaniu aury tajemnicy oraz próbie psychologicznego portretu człowieka. Człowieka, który marzył o osiągnięciu wielkich czynów i dla którego dżungla stała się pewnego rodzaju obsesją, stanowiącą sens jego egzystencji. Dlatego to wszystko jest takie wręcz surowe, pozbawione jakichkolwiek fajerwerków wizualnych, a tempo jest bardzo spokojne. Czasami wręcz za spokojne, co dla wielu może być trudną barierą do pokonania. Nawet kolorystyka wydaje się taka zgaszona. Ale jednocześnie reżyser potrafi zahipnotyzować tym czekaniem na odnalezienie tytułowego złotego miasta, fascynuje wejście do tego innego świata – „dzikusów”, wodzów czy handlarzy niewolników.

zaginione_miasto_z2

Przez chwilę czułem wrażeniem, jakbym wchodząc do tej dżungli trafił do „Czasu Apokalipsy”. Nie potrafię tego doprecyzować, ale takie wrażenie odniosłem. A jeszcze bardziej zaskakujący jest fakt, że całość oparto na prawdziwych wydarzeniach i nie widzimy tylko jednej wyprawy, ale aż trzy (z przerwą na I wojnę światową). Determinacja Fawcetta (którego rewelacje o innych cywilizacjach traktowano z drwiną) jest godna podziwu, a zakończenie wydaje się dość prawdopodobne.

zaginione_miasto_z3

Że daje się wytrzymać przy tym filmie jest zasługą świetnej gry aktorskiej. Bardzo dobre wrażenie roli Charlie Hunnam w roli Percy’ego. W scenach, gdy musi oprzeć swoją grę na charyzmie, pokazać determinację oraz siłę woli, robi imponujące wrażenie. Ale kiedy musi poradzić sobie w trudnej sytuacji domowej, wtedy troszkę słabnie jego moc, zdominowany przez Siennę Miller w roli żony. Dla mnie największym zaskoczeniem był za to Robert Pattinson jako adiutant Costin z brodą oraz okularach, kompletnie zrywając z wizerunkiem wampira ze „Zmierzchu”. Pozwalający na lekki humor adiutant okazuje się lojalnym, oddanym i godnym zaufania człowiekiem. A swoje pięć minut ma Tom Holland jako dojrzewający syn Percy’ego, Jack.

zaginione_miasto_z4

„Zaginione miasto Z” ma w sobie ducha kina przygodowego sprzed 40 lat. Zapomnijcie o akcji, pogoniach, strzelaninach czy dynamice. To bardzo surowe, spokojne, wręcz wyciszone kino, zmuszające do skupienia, ale dające w zamian spotkanie z nieznanym światem. Może i jest troszkę staroświeckie, jednak warto ulec urokowi tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zagubieni

Rok 1938 dla czeskiej historii stał się bardzo czarną kartą. Ponieważ wtedy został podpisany pakt monachijski – porozumienie między Niemcami a krajami zachodnimi w sprawie Czechosłowacji, który w kraju naszych sąsiadów został uznany za zdradę narodową. A co by się stało, gdyby żył świadek tych wydarzeń? W 2008 roku francuski MSZ sprowadza do kraju… papugę należącą do francuskiego premiera Daladiera. Zwierzę zostaje skradzione przez dziennikarza Pavla Liema.

zagubieni2

Petr Zelenka tym razem mierzy się z historyczną traumą, która ciąży Czechom do dnia dzisiejszego. Mit „zdrady monachijskiej” jest tak bardzo silny, że stała się wręcz wymówką do bierności oraz traktowania swoich porażek. Czesi czują się jak ofiary, a sama kradzież doprowadza do wybuchu kolejnych animozji. I wtedy reżyser dokonuje totalnej wolty, idąc w kierunku… mockumentary, pokazującego proces realizacji filmu „Zagubieni”. Impulsem jest śmierć francuskiego aktora grającego rolę dyplomaty. Zelenka podkręca absurdalny humor, pokazując jak jeden mit (ciekawa interpretacja wydarzeń z Monachium w ujęciu historyka Jana Tesara) zaczyna tworzyć kolejny, utwierdzając stereotypy. Z jednej strony mamy delikatną satyrę polityczną oraz krzywe spojrzenie na świat mediów. Pytanie, czy to prawdziwa papuga i czy mówi prawdę, zastępuje potem inne: czy w ogóle dojście do prawdy jest możliwe.

zagubieni1

I to bardzo mocno widać w drugiej części filmu, gdzie widzimy pracę na nakręceniem „Zagubionych”. Niby francuscy koproducenci, współpracownicy z kraju Żabojadów i powstaje kolejny mit. Ale coraz bardziej dochodzą dawne animozje, a praca na planie zmienia się w ciąg dziwacznych scen. Mamy aktora z alergią na… układ monachijski, francuskiego asystenta uczącego papużkę czy producenta, który blefował w sprawie udziału Francuzów. Przeszłość z teraźniejszością idą ręka w rękę, co zmusza do stawienia trudnych pytań o prawdę, dojście do niej oraz jak wielką siłę mają mity oraz legendy.

zagubieni3

Choć wielu może się nie spodobać ten wariacki humor Zelenki, trudno „Zagubionym” odmówić świeżości spojrzenia na dawną historię oraz krytyczną obserwację narodowych przywar. Dziwnie aktualnie wybrzmiewają te kwestie w naszym kraju, pokazując jak w punkt trafia czeski reżyser.

7/10

Radosław Ostrowski