Barry Seal: Król przemytu

Słyszeliście o Barrym Sealu? Pozornie zwykły pilot linii lotniczych, który jest znudzony swoją rutyną dnia codziennego. Więc na boku zajmuje się przemytem cygar, ale zostaje przyłapany przez pewnego rudzielca. Facet okazuje się agentem CIA i składa Barry’emu propozycję nie do odrzucenia. Chodzi o zrobienie fotek komunistom. Ale potem nasz pilot dostaje propozycję od handlarzy narkotyków z Kolumbii. I zaczyna się szalona, wręcz nieprawdopodobna historia.

barry_seal1

O Barrym Sealu wspomniano w jednym z odcinków „Narcos”, więc fani serialu mogą poznać całą tą historię z perspektywy naszego pilota, który nagrywa swoją historię na VHS-ie. A tą szaloną historię postanowił opowiedzieć Doug Liman, czyli twórca „Na skraju jutra” oraz „Tożsamości Bourne’a”. i tak jak w „Narcos” wygląda to wręcz nieprawdopodobnie. Akcja czasami pędzi na złamanie karku, nasz pilot lawiruje między wywiadem, kartelem narkotykowym, pomaga przerzucać broń i… bojówki Contras, mające przejąć władze w Nikaragui, dostarcza informacje od Noriegi, przy okazji zgarniając tyle kasy, że nawet nie ma specjalnie miejsca do jej trzymania. Ogląda się to niczym teledysk: szybki montaż (pierwsze loty Seala), chwytliwa muzyka z epoki, mocne kolory niczym z kaset video, ucieczki przed Strażą Graniczną, a w tle ciągle zmieniająca się sytuacja polityczna (pokazana za pomocą archiwalnych zdjęć oraz animacji).

barry_seal2

Tylko mam jeden poważny problem: to wszystko jest takie powierzchowne, o bohaterach wiemy bardzo niewiele, są ledwo zarysowani, wręcz papierowi. Wszystko to służy podkręceniu akcji, zaserwowaniu kilku zgrabnych gagów (pierwszy kontakt z Contras) oraz poczuciu dobrej zabawy. To może wystarczyć, ale sama historia była na tyle fascynująca, że można (wręcz należało) ją pogłębić, bo kompletnie na Sealu mi nie zależało.

barry_seal3

Chociaż Tom Cruise w roli takiego chciwego cwaniaczka, wykorzystującego każdą nadarzająca się okazję do zebrania własnych profitów sprawdza się dobrze. Ma odpowiednio białe zęby, zręcznie lawiruje między kolejnymi stronami, a jednocześnie nie jest do końca serio („część z tych wydarzeń miała miejsce”), co pozwoli wzbudzić sympatię. Poza Cruisem wybija się tylko Domhall Gleason jako Schafer, czyli agent CIA – pewny siebie, opanowany oraz twardy. Cała reszta (włącznie z kartelem z Medellin) robi tutaj tylko za tło mające uwiarygodnić całą tą szaloną opowieść.

barry_seal4

„Barry Seal” to kolejny przykład kina od zera do bohatera, pokazując przy okazji cenę, jaką trzeba zapłacić za swój wielki sukces. Można odnieść wrażenie, że to klon „Wilka z Wall Street” czy „Rekinów wojny” z powodu realizacji. Ale film Limana jest znacznie lżejszego kalibru, mający na celu dostarczyć rozrywki, nie do końca wykorzystując swój potencjał.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Imperium

Poznajcie Nate’a Fostera – jest to młody agent FBI, pracujący przy biurku oraz pomagający przy przesłuchaniach terrorystów. Ale tym razem otrzymuje szansę wykazania się w terenie. Dochodzi do informacji, że neonaziści planują jakiś zamach w Waszyngtonie. By nie dopuścić mężczyzna musi zinfiltrować grupę, by powstrzymać plany.

imperium1

Film jest rasowym thrillerem, gdzie mamy bohatera powoli wsiąkającego do niebezpiecznego środowiska, pełnego jasno określonych poglądów, ale też bardziej podzielonego niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Jak w każdej grupie, są ludzie na niższym stopniu – prymitywne mięśniaki, którymi bardzo łatwo można zmanipulować, oszukiwać, sterować. Jest też charyzmatyczny radiowiec, robiący za propagandową tubę (Dallas Wolf) oraz niemal fanatyczny fighter (Andrew Sheehan), szukający pretekstu do dużego szoku, konfrontacji. Ale są też bardziej filozoficzni myśliciele (Gerry Conway), bardziej wierzący w słuszność kierunku. Reżyser mocno pokazuje też jak rodzina przekazuje te nacjonalistyczne przekonania, poznane dzięki książkom, obrazom, kulturze, filmom. I to budzi prawdziwe przerażenie, tak jak moment, gdy Nate musiał udowodnić swoje przekonania (scena pierwszego przesłuchania i akcja z dżinsami Levi’s – perła). Jednak w połowie napięcie zaczyna siadać, a film rozłazi się na mniejsze scenki.

imperium2

Nawet samo infiltrowanie przez Nate’a wydaje się jakieś fałszywe. Nawet to, że nie jest dokładnie sprawdzany (na początku jeszcze to rozumiałem) i niemal od razu zdobywa zaufanie wśród ludzi mających – przynajmniej tak twierdzą – wtyki i kontakty wszędzie. Zaś zakończenie pokazuje, że jest szansa na wyrwanie się z tego zaklętego kręgu.

imperium3

„Imperium” poza niezłymi przebitkami montażowymi ma jeszcze jeden mocny punkt: fantastycznego Daniela Radcliffa. Aktor bardzo przekonująco pokazuje determinację i jego walkę o naprawienie tego świata, ale jak musi wcielić się w skinheada, to daje z siebie wszystko. Nie tylko pod względem fizycznym, ale i mentalnym, przez co czasami mocno balansuje. Z drugiego planu wybija się najmocniej Toni Collette jako agentka prowadząca naszego bohatera.

„Imperium” jest kawałkiem niezłego dramatu i dreszczowca, który przypomina o brutalnej i niebezpiecznej sile nacjonalizmu. Tej lekcji nigdy nie należy zapomnieć, nawet jeśli jest to jedyna mocna wartość tego filmu.

6/10

Radosław Ostrowski

M jak morderca

Pamiętacie na czym polega gra w wisielca? Jedno słowo do zgadnięcia, a za pomyłkę dostajesz rysunek wiszącego człowieka. Taką grę podjął pewien morderca z policją. Kiedy detektyw Will Ruiney, były profiler FBI, znajduje na terenie szkoły podstawowej zwłoki z rysunkiem wisielca oraz literką nie wiem, że zaczyna się bardzo trudna zabawa. Poza tym, jeszcze na ławce znajduje numery odznaki swojej oraz emerytowanego detektywa Archera. Obaj panowie podejmują wyzwanie, ale mają trzecią wspólniczkę: dziennikarkę z Nowego Jorku, która ma obserwować ich pracę oraz opisać ją.

wisielec1

„Hangman” (polskie tłumaczenie tego tytułu to są jakieś jaja) może się wydawać jednym z wielu thrillerów o seryjnym mordercy oraz tropiącej go policji. Znamy te filmy od czasu „Siedem” Finchera, czyniąc ten schemat strasznie popularnym. Inspiracje thrillerem z 1995 roku czuć już w czołówce oraz dużej ilości mroku (bardzo ciemne kadry), ale to wszystko w tym temacie. Sama intryga i łamigłówka jest bardzo mocno naciągane, bo już po dwóch minutach wiemy, kto zabija, zanim poznajemy całą intrygę.

wisielec2

Brakuje tutaj jakiegokolwiek napięcia, sama intryga, sposób zabijania oraz miejsca kolejnych ciał (masarnia, kościół) brzmi kompletnie bez sensu, zaś parę rozwiązań (uśpienie faceta, by ukraść… jego krew – WTF?) wywołuje we mnie poczucie zażenowania oraz facepalm. Do tego jeszcze dialogi miejscami brzmią bardzo słabo, muzyka nieźle brzmiała, ale rozwiązanie jest jednym wielkim rozczarowaniem, jadącym po wszelkich kliszach. A kilka momentów (przesłuchanie rodziny pierwszej ofiary, rozmowa o powrocie Archera) zostało wyrzuconych przy montażu i to widać. Jakby tego było mało, zakończenie serwuje ciąg dalszy.

wisielec4

Aktorzy próbują coś wygrać, jednak ani reżyser, ani scenariusz nie pozwalają im rozwinąć skrzydeł. Tym większa szkoda, że zatrudniono samego Ala Pacino, próbującego wejść z pewnym dystansem oraz bardziej sztywnego Karla Urbana jako śledczego z tajemnicą, poczuciem winy. Obaj panowie radzą sobie nieźle, choć nie mogłem pozbyć się wrażenia niewykorzystania w pełni swoich możliwości. Z kolei Brittany Snow jako dziennikarka sprawia wrażenie kwiatka do kożucha, zaś główny antagonista jest bardzo przerysowany.

wisielec3

„M jak morderca” brzmi niczym niezły pomysł na thriller z seryjnym mordercą w tle. Problem w tym, że reżyser Johnny Martin kompletnie się nie przyłożył, jakby od niechcenia. Zabrakło serca, podejścia, sensu, rzemiosła. Absolutnie nie warto marnować czasu.

4/10

Radosław Ostrowski

Magda Umer – Kolędy

koledy-b-iext51959051

Zaczął się okres przedświąteczny, a wraz z nim płyty z kolędami, świątecznymi klasykami na nowo granymi, wręczzarzynanymi do znudzenia. Chociaż (dość pobieżnie) znałem dokonania Magdy Umer, to miałem ciągle wątpliwości, co do sensu stworzenia tego albumu świątecznego. Na szczęście bardzo się pomyliłem.

“Kolędy” to zapis koncertu z wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego z 22 grudnia 2016 roku, zaś wszelkie aranżacje są robotą pianisty Wojciecha Borkowskiego. Każdy utwór poprzedzony jest zapowiedzią (ładnych), zaś dobór piosenek parę razy zaskakuje. Owszem, jest “Oj maluśki, maluśki” (w góralskim duchu, z chórem dziecięcym) oraz “Na całej połaci śnieg”, jednak pojawia się parę mniej znanych – przynajmniej mi – pieśni jak “Na gościńcu egiptowym” (pięknie gra fortepiano ze smyczkami), “Kolęda dla nieobecnych”, śpiewana tylko przez chłopaków zwiewni “My też pastuszkowie” czy nagrana rok temu z Grzegorzem Turnauem “Kolęda dla tęczowego Boga”. Nie mogę odmówić uroku, co jest także zasługą tekstów, niepozbawionych ważkich refleksji nad światem, bliskimi, co odeszli, dając też miejsce na serdeczny humor.

To także jest zasługą bardzo ciepłego głosu samej Magdy Umer, sprawdzającej się zarówno jako wodzirej całej imprezy, ale dodaje w tych interpretacji pewną lekkość (finałowa “Zimy żal”), elegancję oraz klasę. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym wydawnictwem, które dodaje barw nawet tym znanym utworom. A to jest wielka sztuka, którą potrafią tylko wielcy twórcy.

Radosław Ostrowski

U2 – Songs of Experience

U2_Songs_of_Experience_cover

Trudno mi wyobrazić sobie kogokolwiek, kto interesuje się muzyką, by nie słyszał o zespole U2. Dziarski kwartet z Irlandii trzy lata temu wydał “Songs of Innocence”, inspirowane poematami Williama Blake’a. album został zapamiętany główne z tego powodu przymusowego umieszczenia na iTunes. A teraz wychodzi (już nie wciskana siłowo) kontynuacja poprzednika, czyli “Songs of Experience”, także inspirowane utworami Blake’a. czy warto było czekać?

Tak jak poprzednio, zatrudniono sztab producentów (m.in. Steve’a Lilywhite’a, Paula Epfwortha i Danger Mouse’a), zaś efektem jest zbiór tego, co ostatnio dają Irlandczycy: melodyjny, miejscami patetyczny, lecz przyjemne granie. Tak obiecuje dość krótki (niecałe 3 minuty) “Love Is All We Have Left” z bardzo oszczędną aranżacją. Tylko, że w połowie Bono postanawia skorzystać z autotune’a, co nie może się w żaden sposób skończyć dobrze. Lepiej się dzieje w utrzymującym średnie tempo “Lights of Home” z leciutko przesterowaną gitarą (środkowy riff jest smakowity) oraz wręcz chóralnym zaśpiewem na końcu. Już po tym atakują dwa single – niczym nie wybijający się (poza smyczkami w tle) “You’re The Best Thing About Me” oraz będący w zasadzie lekko zmodyfikowanym “Beautiful Day” “Get Out of Your Own Way”. Ale woltę wykonuje w soulowym “American Soul” z przeterem na riffie oraz wplecionym we wstępie… Kendricku Lamarze oraz bardzo ładnie brzmiącym “Summer of Love”, troszkę przypominającym stylem Red Hot Chili Peppers oraz szybki w tym zestawie “Red Flag Day”, przypominający dawne U2. Nieźle wypada miejscami rozkrzyczany “The Showman”, ale później Bono doprowadza do stanów sennych swoim balladami “The Little Things That Give You Away” oraz “Love Is Bigger Than Anything In Its Way”, by zaatakować wręcz tanecznym i dzikim “The Blackout”.

Reszta utworów po prostu jest, nie przeszkadza, robiąc za delikatne tło. Trudno odmówić ręki do grania czy Bono braku charyzmy w głosie, ale brakuje jakiegoś mocnego kopniaka, czegoś chwytającego za serce oraz mocno wchodzącego w pamięć. Czymś takim może być umieszczony w wersji deluxe “Ordinary Love” w innym mixie, tylko czy komuś się będzie (poza fanami lub fanatykami grupy) sięgnąć po tę edycję?

Innymi słowy wyszła zaledwie niezła płyta, nie zapadająca mocno w pamięć. Po odsłuchaniu zapewne się odłoży na półkę, bez szans na ponowny odsłuch.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Morderstwo w hotelu Hilton

Kair, początek rok 2011. Czasy coraz bardziej nerwowe, powoli czuć ducha rewolucji oraz buntu przeciw władzy prezydenta Mubaraka. W tym mieście dochodzi do morderstwa – ofiarą jest młoda piosenkarka, a miejscem zbrodni jest ekskluzywny hotel Hilton. Trwają poszukiwania świadka, a śledztwo prowadzi porucznik Noredin z policji.

hotel_hilton1

Kino gatunkowe spoza USA i Europy jest czymś rzadko spotykanym, więc dzieło Tarika Saleha wydaje się czymś odświeżającym. W zasadzie mamy tutaj do czynienia ze stylizowanym na kino noir dramatem. Niby gramy na znanych kliszach, czyli zgnilizna świata, cyniczni twardziel na pierwszym planie, korupcja, matactwa i zderzenie świata bogaczy z biedą oraz nędzą. W tym wszystkim lawiruje porucznik Noredin, wobec którego nasze uczucia są mocno ambiwalentne. Bierze w łapę, zgarnia działki z nielegalnego handlu i czasami nagina prawo dla własnych korzyści. Ale to właśnie ten detektyw o aparycji Faresa Feresa (bardzo dobrego zresztą) okazuje się być ostatnim człowiekiem, któremu zależy na prawdzie w tym paskudnym świecie.

hotel_hilton2

Sama intryga rozkręca się bardzo powoli, mocno opisując tło przed wybuchem rewolucji, pokazanej dopiero w finale. Przechodzi przez ubogie, brudne komisariaty aż po dzielnice zamieszkiwane przez imigrantów marzących o lepszym losie, zazwyczaj marnie wykształconych. Choć od razu poznajemy twarz mordercy, od razu wchodzimy w całe to brudne dochodzenie, pełne kłamstw, trupów, szantażu i korupcji. Niby nic nowego w tym gatunku, gdzie równie dobrze mogło by się to dziać w Nowym Jorku, Londynie czy Warszawie, ale osadzenie w konkretnej przestrzeni buduje bardzo specyficzny klimat.

hotel_hilton3

„Morderstwo” jest przykładem ambitnego kina gatunkowego, zgrabnie wykorzystującego ograne i sprawdzone klisze, włącznie z gorzkim finałem. Fakt, że wymaga skupienia przy ułożeniu wszystkich elementów układanki, nie powinien odstraszać. Saleh łączy wiele kawałków, dodaje sporo napięcia, chociaż unika efektownych strzelań czy widowiskowych scen akcji. Do tego stawia na świetnych, kompletnie nie znanych w naszym kraju aktorów. Dobrze wykonana robota oraz rzemiosło z wyższej półki.

7/10

Radosław Ostrowski

Blok 99

Kiedy poznajemy Bradleya Thomasa, pracuje w warsztacie samochodowym. Ma żonę, z którą chce mieć dziecko. Ale zostaje zwolniony, a ona nie ma stałej pracy. Dlatego decyduje się wrócić do dawnej profesji, czyli kuriera narkotyków. Jednak ostatni dil kończy się wpadką policji, zabiciem wspólników oraz wsadzeniem do więzienia. Kiedy wydaje się, że gorzej już nie może być, pani Thomas zostaje porwana, a Bradley musi trafić do więzienia o zaostrzonym rygorze, by zabić innego więźnia.

cela99_1

Pamiętacie taki krwawy western „Bone Tomahawk”? Debiutujący wówczas reżyser S. Craig Zahler postanowił podnieść poprzeczkę i tym razem miksuje film sensacyjny, troszkę w stylu kina klasy B. sama historia cały czas toczy się bardzo spokojnie, ale wszystko jest bardzo gęste od emocji. Niby coś w rodzaju filmów exploitation, gdzie niby mamy masę klisz i ogranych schematów, jednak to wszystko ma inne, bardzo ostre oblicze. Jest bardzo mrocznie, surowo oraz brutalnie. Im dalej w las, intryga coraz bardziej się komplikuje, doprowadzając do zaskakujących wolt, przez co kompletnie nie wiedziałem jak to się skończy.

cela99_2

A jednocześnie coraz bardziej widzimy, ile człowiek jest w stanie znieść oraz zrobić dla najbliższych. W momencie dojścia do tytułowego bloku 99 widzimy prawdziwe piekło, z mrocznymi kadrami oraz brutalnymi scenami bijatyk. Byłem pod wrażeniem inscenizacji, prostego kadrowania oraz dźwięków łamanych kości. Osoby o wrażliwych nerwach powinny omijać szerokim łukiem. Całość robi prawdziwie piorunujące wrażenie, nawet w bardzo lirycznej scenie przed końcem, który zmiótł z powierzchni ziemi.

cela99_3

Aktorsko największe wrażenie robi kompletnie zaskakujący Vince Vaughn. Nie tylko dlatego, że ma ogoloną głowę, ale jest bardziej powściągliwy niż kiedykolwiek. Bradley to facet po wielu przejściach, który budzi podziw. Wie, kiedy coś może ugrać i zawalczyć, a kiedy trzeba siedzieć cicho. Widać, że się w nim gotuje, chociaż w żaden sposób tego nie okazuje. Kibicowałem bohaterowi aż do samego końca, co jest ogromną zasługą aktora. Drugim wyrazistym bohaterem jest naczelnik brutalnego więzienia w wykonaniu znakomitego Dona Johnsona. Facet, który nie bawi się w prawa człowieka, humanitaryzm, a jego mroczny strój idealnie współgra z bezwzględnym, sadystycznym charakterem. Także mała rólka Udo Kiera (posłaniec) robi piorunujące wrażenie, mieszając spokojny ton głosem z okrucieństwem wychodzącym z jego słów.

cela99_4

Zahler nie bawi się w półśrodki i atakuje wszelkimi zmysłami, tworząc jeszcze bardziej bezkompromisowy film od swojego debiutu. I mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wyrasta nam nowy, intrygujący filmowiec z dziką wyobraźnią oraz bezwzględną formą.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Czarownica miłości

Poznajcie Elaine – młodą, ciągle apetyczną kobietę, poszukującej tego, o czym marzy każda (no, prawie) przedstawicielka płci pięknej: idealnego mężczyznę. Tylko, że jest jeden mały problem: Elaine jest wiedźmą, która jest ciągle niezaspokojona i ciągle wykorzystująca różne sztuczki. Decyduje się przenieść do małego miasteczka, gdzie dalej poszukuje swojego ideału. Ale jej zaklęcia przynoszą efekt odwrotny od zamierzonego.

czarownica_milosci1

Anna Biler bawi się konwencją kina grozy, biorąc całość w duży nawias. Dodatkowo stylistycznie wygląda to jak film z lat 60. lub 70. – te nasycone kolory, wysmakowane kadry, wreszcie muzyka jakby żywcem wzięta z tego okresu (klasyczne smyczki połączone z retro-elektroniką i wokalizami niczym od Ennio Morricone), co jeszcze bardziej buduje oniryczny klimat całości. Wystarczy wspomnieć choćby świetne sceny w wiktoriańskiej kawiarni, by dostrzec ten stylizacyjny kunszt. Sama intryga toczy się powoli, sięgając po bardzo oczywiste tropy: magia, księgi, eliksiry, erotyka, tańce. Ale tego wszystkiego nie należy traktować do końca serio (scena rozmowy policjanta ze specem od magii – ładny pastisz). Nawet sceny z zabarwieniem erotycznym wyglądają bardzo smakowicie.

czarownica_milosci3

Pozornie „Czarownica” może wydawać się filmem antyfeministycznym z powodu przekonań Elaine, która chce być kobietą posłuszną i na każde skinienie faceta. Ale jej siłą pozostaje seksualność, doprowadzająca mężczyzn do szaleństwa, samobójstwa, a nawet płaczu. Czyżby mężczyźni pod wpływem tak silnego uczucia nie mogą być sobą? Wniosek ten wydaje się intrygujący, nawet jak na kino gatunkowe. A może zaklęcia nie są w stanie zastąpić prawdziwego uczucia? Może ta kobieta ma tak wysokie wymagania („studnia bez dna”), że nikt nie jest w stanie im sprostać? Nawet twardy gliniarz wydaje się być kolejną marionetką, nieodporną na jej spojrzenia, lecz tylko na początku. Jednak nie jest w stanie wyjść zwycięsko z tej konfrontacji, co pokazuje bardzo oniryczny finał.

czarownica_milosci2

Nawet to manieryczne aktorstwo jest celowym zabiegiem, a od grającej tytułową rolę Samanthy Robinson trudno oderwać wzrok. Nie tylko wygląda zjawiskowo (te zbliżenia na oczy, ten make-up, te ciuchy), ale wręcz oszałamia skrytym seksapilem, mieszając maski niewinności ze świadomą siebie kobietą, przypominające klasyczne femme fatale. Z drugiego planu najbardziej zapadł w pamięć policyjny detektyw Griff (Glan Keys mówiący głosem a’la Clint Eastwood) oraz drobna rólka Clive’a Ashborna (profesor King tak brytyjski, jak to tylko możliwe).

czarownica_milosci4

„Czarownica miłości” to bardzo zgrabny i elegancki pastisz kina grozy, mocno czerpiący ze stylistyki choćby Dario Argento. Przepięknie wygląda, zwracając mocno uwagę na swój styl niż na fabułę, czerpiącą z klasycznych archetypów. Jednak frajda z seansu była większa niż bym się mógł spodziewać. Uwaga, niebezpiecznie uwodzi.

8/10

Radosław Ostrowski

Lady M.

Każdy z nas kiedyś słyszał o lady Makbet – kobiecie popychającej swojego męża do zbrodni, doprowadzając jego i siebie do szaleństwo. Lecz „Lady M.” nie jest oparta na dziele Szekspira, lecz powieści Nikołaja Leskowa „Powiatowa lady Makbet”. Jednak zamiast Rosji przenosimy się do angielskiej prowincji, gdzie poznajemy Katarzynę. Świeżo poślubiona kobieta traktowana jest przez męża, jak i teścia niczym przedmiot lub służąca. Kiedy mąż wyjeżdża do kopalni, by zająć się interesem, kobieta wpada w ramiona jednego ze służących –  młodego oraz pełnego chuci Sebastiana.

lady_m1

Debiut reżyserski Williama Ordloyda to zderzenie z jednej strony bardzo plastycznych scen krajobrazów z bardzo ascetyczną, wręcz surową scenografią. Początek to wręcz rutynowa obserwacja dnia codziennego: wstawanie, nakładanie gorsetu, jakieś jedzenie posiłku i czekanie na sofie. A noce z mężem, który nie czuje do swojej kobiety nic, każąc jej stać nago przed łóżkiem, by zrobić sobie dobrze. Ta rutyna może wielu doprowadzić do znużenia, ale im dalej w las, tym bardziej czuć zaszczucie i zniewolenie bohaterki, pragnącej sama decydować o sobie. Reżyser powoli zaczyna podkręcać napięcie, a kilka rzeczy zostawia niedopowiedzianych (dziwna relacja pani ze służącą Anną). Kiedy w końcu zaczyna dochodzić do przemocy, nie boi się jej pokazać bez upiększeń, chociaż to wszystko sprawia wrażenie filmu bardzo chłodnego, trudnego do wejścia. Nawet gdy dochodzi do coraz bardziej wyrafinowanego okrucieństwa, zmieniając opowieść w dreszczowiec, można się odbić od ściany.

lady_m2

Spowodowane jest na pewno fantastyczną, choć bardzo niejednoznaczną kreacją Florence Pugh. Gdy ją widzimy na początku, jest nam jej zwyczajnie żal, ale kiedy zaczyna walczyć o swoje, zmienia się w bezwzględną, pewną siebie kobietę. Bardzo chłodną, wręcz psychopatyczną, co widać w drobnych spojrzeniach. Nie odstępuje jej na krok Naomi Ackie jako bezwzględnie posłuszna służąca Anna, która już dawno podporządkowała się i przystosowała do reguł świata. Także bardzo surowi, choć eleganccy (tylko na zewnątrz) panowie na czele z Paulem Hiltonem oraz Christopherem Fairbankiem tworzą bardzo wyraziste postacie.

lady_m3

Cały czas nie mogłem pozbyć się wrażenia teatralności całego filmu. „Lady M” niby kończy się ostatecznym uzyskaniem wolności, lecz trudno pozbyć się gorzkiego posmaku całości. Ostatecznie film bardzo intryguje, chociaż wymaga większego skupienia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dunkierka

Rok 1940. Niemieckie wojska dokonują niemożliwego, rozbijając w pył armie francuską. Połączone wojska francusko-brytyjskie są otoczone zarówno przez Niemców, jak i przez morze. Jak ich stamtąd wydostać? Tak zaczęła się Operacja „Dynamo”, czyli ewakuacja na szeroką skalę. I o tym postanowił opowiedzieć Christopher Nolan. A na ten film czekałem bardzo, bardzo, bardzo. I co wyszło?

dunkierka1

Całość toczy się na trzech przestrzeniach czasowych, które toczą się równoległe. Pierwszy dotyczy młodych wojaków na molo, czekających na statek. I to trwa tydzień. Drugi (trwa dobę) dotyczy cywilnego marynarza, który razem z synem oraz jego przyjacielem wyruszają do Dunkierki. Trzeci zaś dotyczy pilota myśliwca, ruszającego do walki. Ten wątek to godzina. Żeby jednak nie było to takie proste, Nolan przeskakuje z wątku na wątek, przez co na początek czułem wielką dezorientację. jednak im dalej w las, tym bardziej zaczynało się to wszystko zazębiać. Sama konstrukcja była bardzo interesująca, a napięcie jest wyczuwalne od samego początku. Pierwsza scena, czyli chłopaki są w mieście i nagle zaczynają padać strzały, buduje poczucie ciągłego zagrożenia (w tle jeszcze ta tykająca niczym zegar oraz wyjąca syrena alarmowa od Hansa Zimmera). Kamera z jednej strony jest bardzo statyczna, ale cały czas czuć zagrożenie. Jest to o tyle paradoksalne, że niemieckich żołnierzy… nie widzimy, jednak słyszymy ich samoloty, strzały z ich broni, bomby oraz torpedy.

dunkierka2

Nolan chce nas rzucić w sam środek, jednak nie po to, by pokazać walkę (w końcu mowa tu o ewakuacji), lecz byśmy poczuli strach, rozgoryczenie, bezsilność oraz oczekiwanie. Na pomoc, na cud, na śmierć. A kiedy dochodzi do walki o przetrwanie (mocna scena w okręcie na mieliźnie), wyłazi najciemniejsza strona człowieka, widać też psychiczne wyniszczenie (pierwszy ocalony przez cywila wojak) dokonywane przez wojnę. To wszystko potrafi trzymać za gardło, a kilka scen robi piorunujące wrażenie.

Ale największy problem mam z bohaterami, którzy są niemal kompletnie nieznani. To tylko twarze pozbawione jakiegokolwiek tła, nic o nich praktycznie nie wiemy, są tylko trybikami wielkiej wojennej machiny. Jak miałem polubić czy kibicować postaciom, o których nie wiem praktycznie nic. Nie zawsze nawet pada imię, a wszyscy wojacy (poza oficerami) zmieniają się w bezkresną, ogromną masę. Drugi problem to zbyt patetyczne zakończenie ku pokrzepieniu brytyjskich serc z przemową Churchilla.

dunkierka3

A jak w tej całej warstwie prezentują się aktorzy? W dużej mierze to ocean mało znanych twarzy jako statystów, zaś w mojej pamięci najbardziej utkwiły trzy postacie. Po pierwsze pan Dawson, czyli świetny Mark Rylance – bohater, o którym dowiadujemy się najwięcej, mieszanka doświadczenia, determinacji oraz tajemnicy. Cały czas zachowuje spokój, jakby ratowanie ludzi było dla niego rutyną. Drugim typem jest pilot, w którego wcielił się Tom Hardy, który kolejny raz musiał grać tylko oczami, bo cała reszta twarzy była schowana. A jednak jego los bardzo mnie obchodził i liczyłem, że się wykaraska z opresji. Wreszcie trzecim jest ocalony żołnierz z aparycją Cilliana Murphy’ego, który bardzo sugestywnie pokazał wyniszczoną psychikę przez wojnę, który nie chce wracać do Dunkierki.

dunkierka4

Christopher Nolan w „Dunkierce” próbuje pokazać wojnę z zupełnie innej perspektywy, co jak najbardziej należy docenić i szanować. Tylko, że nie łatwo jest zaangażować się emocjonalnie, skoro nie mamy specjalnie komu kibicować (z paroma wyjątkami). Technicznie znakomite kino, które sprawiło mi lekki niedosyt na polu emocjonalnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski