Anita Lipnicka & The Hats – Miód i dym

0006XKSR2FWBT9Q0-C122

Ta wokalistka udowadnia, że można zbudować swój własny świat poza popularną formacją. O ile pierwsze solowe płyty nie do końca zniosły próby czasu, o tyle wydawnictwa od 2009 roku zaskakiwały świeżością oraz mocną inspiracją bluesem, folkiem I alternatywnym rockiem. Tym razem wsparta przez muzyków towarzyszących jej od lat, co założyli grupę The Hats (gitarzysta Bartek Miarka, klawiszowiec Piotr Świętoniowski, basista Kamil Pełka oraz perkusista Bartek Niebielecki) przygotowała nowe dzieło “Miód i dym”.

Czyli będzie słodko i gorzko? A jakżeby inaczej, przeplatając się, a nawet idąc ręka w rękę. Tak jest w otwierającym całość “Z miasta”, gdzie spokojne dźwięki gitary, perkusji oraz chórku są skontrastowane z ostrzejszymi dźwiękami gitary elektrycznej. Bliżej jednak tutaj muzyce do folkowych dźwięków z Ameryki w stylistyce retro jak w “Chce tu zostać” (jeszcze te klawisze oraz wokalizy w tle) czy bardziej podrasowany gitarami psychodeliczny “Raj” (troszkę podobny do ostatniej płyty Arctic Monkeys), przyspieszając w “Big City”. Wielu bardzo zaskoczy oszczędne “Jak Bonnie i Clyde”, gdzie wybijają się smyczki. Nawet pojawia się odrobina country na początku pełnego przesterów “Diamond of Your Heart”, zmieniającego się w soczystego bluesa. Odrobinę oniryczno-akustyczny walczyk “Za Tobą” a’la Nick Cave chwyta niemal akustyczną aranżacja oraz obecnością dzwonów z rozpędzonym fortepianem. Warto też wspomnieć powoli rozkręcającego się “Ptaśka”, wykorzystującego ogień oraz szum wiatru “Lot Anioła”, dodający wiele animuszu czy bardzo skoczny “Whiskey Song”.

Sama Anita ma tutaj bardziej delikatny oraz pogodny wokal, będący prawdziwym miodem na uszy. I to zarówno po polsku, jak i angielsku, co nie jest wcale takie łatwe. Zaskoczeniem za to byli goście na tym albumie. Nie byle jacy, bo Tomek Makowiecki (“Jak Bonnie i Clyde”), Fismoll (“Back To The Sea”) oraz zaskakujący duet Julia Pietrucha/Ralph Kamiński (“Tęczowa”), nie będąc w żadnym wypadku tylko tłem dla piosenek.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony wielością barw na tej płycie, stanowiącą mieszankę folku, rocka z bluesem. Lipnicka po raz kolejny zaskakuje i utrzymuje wysoki poziom, a każdy dźwięk daje sporo frajdy, zaś teksty przepełnione liryzmem oraz refleksjami wznoszą całość na wyższy poziom. Prawdziwy miód na moje uszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Una

Kim jest tytułowa Una? Gdy ją poznajemy jest w klubie i uprawia seks z przypadkowym facetem. Potem wraca do domu, gdzie mieszka razem z matką na przedmieściach. Ale pewne jedno zdjęcie budzi wspomnienia. Jest na nim jej pierwszy mężczyzna w jej życiu, którego decyduje się odnaleźć. Tylko, że ona miała wtedy 13 lat, a on był dorosły. Znajduje go w pracy, pod nowym nazwiskiem, odciął się kompletnie od przeszłości. Tylko do czego doprowadzi konfrontacja Raya (obecnie już Petera) z dawną dziewczyną?

una1

„Una” jest adaptacją sztuki teatralnej oraz reżyserskim debiutem Benedicta Andrewsa (do tej pory twórcy teatralnego), pokazującym bardzo mroczną stronę uczucia. Ale jakiego? Czy to była miłość, pożądanie, seks czy może jednak pedofilia? Twórcy w żaden sposób nie zamierzają dać na jakiejkolwiek odpowiedzi – wszystko trzeba samemu wyczytać między słowami, rozedrganymi spojrzeniami oraz wplecionymi w całość retrospekcjami. A jak było naprawdę? Każde z nich pamięta zupełnie inaczej pewne wydarzenia, zaś twórcom nie zależy na szokowaniu czy robieniu skandalu. Nie ma tutaj epatowania seksem (chociaż jest to bardzo sugestywnie opowiedziane), jednak nie mogłem wejść w tą specyficzną opowieść. Może wynikać z faktu, że dwójkę naszych bohaterów bardzo trudno rozgryźć, przez co wiele osób odbije się jak od ściany. Ale widać, że oboje – w jakiś sposób – zostali naznaczeni wydarzeniami z przeszłości.

una2

Całość niemal ograniczona do jednej przestrzeni (pomieszczeń biurowych), które kamera próbuje ogrywać dynamiczną pracą oraz zabawą oświetleniem. Także bardzo pulsująca muzyka oparta na elektronice buduje niemal oniryczną aurę. A wszystko kończy się wielkim znakiem zapytania, zawieszając losy bohaterów.

una3

„Una” nie miałaby siły przyciągania, gdyby nie intrygujące aktorstwo. Trudno oderwać było mi oczy od Rooney Mary, pozornie grającą w ten sposób – wycofaną, bardzo skrytą kobietę. Nie jest ona w stanie uwolnić się od przeszłości, ale czy ona tego naprawdę chce? Skrzywdzona ofiara czy konsekwentnie próbująca osiągnąć (nawet nierealny) cel? Te sprzeczne charaktery są bardzo delikatnie odmalowane (plus świetna Ruby Stokes jako jej młodsze wcielenie), a ja próbowałem zrozumieć tą postać. Równie zagadkowy jest Ben Mendelsson, czyli Ray. Człowiek, który chce zapomnieć o przeszłości, ale jednocześnie ofiara swojej własnej obsesji. Pedofil, uwodziciel czy ofiara „Lolity”?

Debiut Andrewsa to zaledwie niezłe kino, oparte na bardzo niejednoznacznych postaciach oraz ich przeżyciach. Jednak dla świetnego aktorstwa warto zmierzyć się z „Uną”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Volta

Lublin to jedno z piękniejszych miast w Polsce. I tutaj pracuje Bruno Volta – specjalista od politycznego wizerunku, czyli spin doctor. Pracuje podczas kampanii wyborczej na prezydenta, Kazimierza Dolnego, jednocześnie ma piękną partnerkę, mającą ambicję posiadania własnej restauracji. I to ona przypadkowo poznaje tajemniczą kobietę, Wiki. Wydaje się, ze uciekła z więzienia, a w swoim mieszkaniu znajduje pamiętnik oraz… koronę należącą do Kazimierza Wielkiego. Volta chce wykorzystać okazję i zgarnąć koronę, by ją sprzedać.

volta1

Dawno, dawno temu Juliusz Machulski to było jedno z najbardziej elektryzujących nazwisk polskiego kina. Prawdziwy spec od komedii inteligentnej, dowcipnej, zabarwionej wątkami kryminalno-sensacyjnymi. Ale od czasu świetnego „Vinci” reżyser coraz bardziej tracił wenę oraz formę. Pytanie, czy „Volta” to powrót do formy. Punkt wyjścia był interesujący, przypominające wspomniane „Vinci”, gdzie mamy cenny rekwizyt, grupę cwaniaczków liczących na łup oraz zabawa pt. Kto kogo wykiwa i kto orżnie? W tle mamy pięknie sfotografowany Lublin, łamaną chronologię oraz coraz bardziej komplikującą się intrygę. Cały problem polega w tym, że kompletnie to mnie nie angażuje. Machulski próbuje gmatwać, ale bardziej interesuje go satyryczne spojrzenie na swołeczeństwo (nie, nie jest to literówka) polskie – zakompleksione, ogłupiałe, czerpiące swoją wiedzę tylko i wyłącznie z Internetu. Ta megalomania najbardziej widoczna jest w postaci Dolnego (świetny Jacek Braciak), który nie chce być prezydentem, lecz królem, ciągle popełnia językowe lapsusy oraz wielkie ego.

volta2

Odkrywamy kolejne historie tej korony, chociaż sceny retrospekcji wyglądają zaskakująco biednie. Nie chodzi mi o scenografię czy kostiumy, bo te wyglądają tak jak powinny, ale o zdjęcia – mocno skąpane w mroku, nieczytelne, jakby miały zakryć niedostatki budżetowe. I to wszystko ma tak wolne tempo, że aż można było przysnąć. Humoru też jak na lekarstwo, chyba że lubicie bluzgi. Ewentualnie jesteście w stanie wyłapać ironiczne spojrzenie na rzeczywistość. Wtedy można się na tym parę razy pośmiać. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, ze takiego machera jak Machulski stać na wiele, wiele więcej.

volta3

Pod względem aktorskim jest też nierówno, zwłaszcza dotyczy to grających główne role pań. Olga Bołądź i Aleksandra Domańska nie mają tak naprawdę co grać, stanowiąc jedynie walor wizualny. O Braciaku już mówiłem, pokazując prawdziwą petardę podczas sceny wywiadu. Najlepiej się sprawdza tytułowy Volta, czyli Andrzej Zieliński, dając popis umiejętności wchodzenia w postać inteligentnego cwaniaka, otoczonego przez niemal kretynów. A kiedy obok niego pojawia się Michał Żurawski, to lecą iskry. Dycha w jego wykonaniu pozornie wydaje się typowym ochroniarzem, ale jest zaskakująco oczytany, inteligentny i ten duet (plus Braciak) robią największą robotę w filmie. Są jeszcze drobne epizody, z których najbardziej zapada w pamięć Cezary „Popek” Pazura.

volta4

„Volta” miała być wielkim powrotem mistrza Machulskiego do formy. Przecież jego każdy film zaczynający się na „V” był wielkim sukcesem. I w porównaniu do poprzednich filmów jest to krok do przodu, ale zbyt mały, by kogoś to obeszło. Bardzo skromniutka ta „Volta”, która obiecywała o wiele więcej niż mogła dać.

5/10

Radosław Ostrowski

Tom Chaplin – Twelve Tales of Christmas

91QzvLuBVML._SY355_

Pewnie dla wielu z tu obecnych nazwisko Tom Chaplin może nie mówić zbyt wiele. Ten wokalista wcześniej był frontmanem popularnej na początku tego wieku formacji Keane, która obecnie zawiesiła działalność. W zeszłym roku wydał swój debiutancki album (o nim opowiem innym razem), a teraz wydaje album świąteczny. Pytanie, czy będą to covery czy może jednak własne dzieła?

Więcej jest autorskich dokonań wokalisty, co zasługuje na wyróżnienie, a całość to mieszanka pop-rockowa. Przeróbek jest cztery I brzmią bardzo pięknie jak otwierająca całość “Walking in the Air” brzmi niczym zaginiony numer z lat 60. (stylowa gitara, piękne smyczki), dodając eleganckiego sznytu I klimatu. Autorskie “Midnight Mass” oparte jest wyłącznie na fortepianie oraz jadącym na wysokich rejestrach sile Chaplina. Także gdzieś w tle przygrywają smyczki, nadając podniosłego charakteru. Urocze są “2,000 Miles”, mieszające łagodną elektronikę z gitarą oraz “Under a Milion Lights”, które – po lekkich modyfikacjach – mogłoby się pojawić w macierzystej formacji wokalisty (ale chórek w tle pod koniec – wow!!!). Przyzwoicie wypada “River” (od Joni Mitchell), chociaż bardziej rozbudowany I mniej intymny od oryginał, a magia wraca w “London Lights” z akustycznym wstępem gitary. Nawet ta elektronika w tle nie drażni tak jak w ślicznym “Stay Another Day”, a oszczędne “For the Lost” daje możliwość dźwiękowego wehikułu czasu, podobnie jak w gitarowym, pełnym ducha Jeffa Lynne’a “Another Lonely Christmas”.

Sam Chaplin śpiewa bardziej delikatnie, współgrając z dźwiękami instrumentów, przez co można poczuć się bardzo spokojnym. Brzmi to tak pięknie, że za rok znowu sięgnę po ten album, nie zawierającym tylko 12 opowieści o świętach – od radości po smutek.

8/10

Radosław Ostrowski

Lady Pank – Zimowe graffiti 2

Lady-Pank-Zimowe-Graffiti-2

Po czym można poznać, że się zbliża zima? Śnieg, chłód I na zewnatrz jest biało? To też, ale także z powodu większej niż zwykle obecności płyt zawierajacych utwory bożonarodzeniowe, z naciskiem na kolędy. Jednak co ambitniejsi decydują się na napisanie nowych utworów na tą porę roku. Właśnie tak postanowiła zrobić znana formacja Lady Pank.

Pierwsze “Zimowe graffiti” powstało w 1996 roku, więc pewne doświadczenie ekipa Panasewicza i Borysewicza ma. Że będzie bardziej melodyjnie, chwytliwe oraz spokojniej zapowiada otwierający całość “Rodzice”, gdzie w tle przewijają się dzwoneczki oraz fortepian, ale i tak najważniejsza jest gitara. Bardziej akustycznie dzieje się w “Hej Hosanna” z dominacją fortepianu, co jest dość zaskakujące. W podobnym, choć żwawszym tonie, grają “Świąteczne prezenty” czy singlowi “Otuleni”. Chociaż najbardziej nieoczywiste jest instrumentalne “Ukojenie” oraz bardzo minimalistyczne “Srebrne myśli”. Mógłbym wymienić kolejne utwory, ale wszystkie mają spójny klimat, Borysewicz na gitarze gra tak, że nie da się go pomylić z nikim innym, a Panasewicz na wokalu nadal daje radę. Także bardziej refleksyjne teksty, dotyczące wszystkiego, co związane ze świętami (prezenty, spotkanie z rodziną, najbliższymi), ale też jest i o bliskości (“Otuleni”, “O nas”) czy samotności (“Własne niebo”)

A żeby płyty słuchało się w tym czasie jeszcze lepiej, do dodatkowo mamy wersje instrumentalne wszystkich piosenek, co jest pewnym dodatkowym smaczkiem. Czy to znaczy, że “Zimowe graffiti 2” będziemy chcieli posłuchać poza świętami? Nie sądzę, ale by zbudować przedświąteczny klimat będzie pasowała idealnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Grimsby

Tytułowe Grimsby to dzielnica Londynu, gdzie przebywają ludzie z najniższych grup społecznych. Jednym z nich jest niejaki Nooby – typowy kibol, mający dziewczynę (mocno przy kości) oraz stado dzieci. Ale przez 28 lat szuka swojego brata, którego stracił w dzieciństwie. Gdy go odnajduje, okazuje się on być tajnym agentem MI6, który miał nie dopuścić do zamachu. Oczywiście, Nobby wszystko psuje i teraz obydwaj panowie muszą się ukrywać oraz odnaleźć prawdziwego sprawcę.

grimsby1

Było już wiele mutacji i wariacji z kina szpiegowskiego, ale kiedy jedną z głównych ról gra Sacha Baron Cohen wiedz, że coś się dzieje. Wiadomo, że będzie na granicy dobrego smaku, żarty będą po bandzie i wiele osób odbije się od niego jak od ściany. Ale pilotujący całość Louis Leterrier (reżyser „Transportera”) zaskakująco dobrze się odnajduje w tym szaleństwie. Z jednej strony robi to, co potrafi najlepiej, czyli pomysłowo inscenizuje kolejne sceny akcji (pościgi, bijatyki i strzelaniny), przyprawiając wszystko wariackim humorem: od bardzo prostych gagów opartych na omyłkach (wciśnięcie nie tego guzika) po hardkorowo-kloaczne popisy (wyjęcie trucizny z… jąder czy grupowy seks słoni), a nawet odrobinę parodii (Nobby mówiący głosem Seana Connery’ego – rewelacja). Wszystko to bardzo mocno wciśnięte w nawias, potrafi to trzymać w napięciu (ucieczka przed grupą kierowaną przez psychopatę czy brawurowy – z braku lepszego słowa – finał), serwując przy okazji satyrę na świat bogatych oraz hołoty. I to jest pewne zaskoczenie, bo nie tego się spodziewałem po tego typu kinie.

grimsby2

Oczywiście w tym wariactwie przewodnikiem jest Sacha Baron Cohen, który sprawdza się w roli kompletnego idioty, kochającego piłkę nożną i mającego dobre serducho. Ale największym zaskoczeniem jest obecność Marka Stronga jako brata-tajniaka. Zarówno w scenach akcji, gdzie musi się wykazać swoimi umiejętnościami w mordowaniu, jak i naprawie braterskich więzi jest przekonujący, tworząc wybuchowy duet z Baron Cohenem. Tego się absolutnie nie spodziewałem, a na drugim planie duecik wspiera solidna Isla Fsher (Jodie), przykuwająca uwagę Penelope Cruz (Rhonda George), twardy i ostry Scott Adkins (zamachowiec Łukaszenko) oraz pojawiający się w epizodzie Ian McShane (szef MI6).

grimsby3

„Grimsby” to bardzo szalona komedia, dla osób lubiących humor mocno poniżej pasa. Czyli absolutnie nie dla każdego, chociaż miałem sporo frajdy z seansu. Nawet jeśli jest kilka żartów na granicy smaku.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wendeta

Dziki Zachód nie jest krajem dla kobiet, które są potrzebne do tego, by spełniać zachcianki i pragnienia mężczyzn. Nie inaczej było z Liz – tajemniczą kobietą, pozbawioną głosu oraz pełniącą rolę akuszerki. Żyje z mężem, córką i pasierbem w małym miasteczku gdzieś daleko stąd. Jej spokój jednak zostaje zmącony z powodu nowego wielebnego. Mężczyzna zna kobietę i chce z jakiegoś powodu uprzykrzyć jej życie. Kobieta podejmuje trudną walkę.

wendeta1

Holenderski reżyser Martin Koolhaven tym razem połączył mocny dramat z mrocznym thrillerem, pokazując jak beznadziejnie miały kobiety w XIX wieku, kiedy jeszcze feminizm nie był nikomu znany. Ale nie jest to w żadnym wypadku kino łatwe, lekkie i przyjemne. To bardzo mroczny, depresyjny, krwawy dramat bezsilności świata, gdzie kobieta nie jest w stanie samodzielnie kierować swoim losem. Będziemy mieli zderzenie z religijną hipokryzją oraz symboliką, a po drodze czekają takie fajne rzeczy jak zabijanie zwierząt, obcinanie języków, wychodzące flaki, gwałty, kazirodztwo i pedofilię. Nadal czujecie się świetnie? Surowy krajobraz tylko bardziej potęguje poczucie niepokoju, ciągłego zagrożenia, choć zdjęcia wyglądają przepięknie. Jest coraz bardziej krwawo, makabryczne, chociaż najostrzejsze elementy zostały nam pominięte. Całą historię poznajemy z retrospekcji w środkowej partii filmu, przez co wiele razy będziecie odwracali wzrok oraz kibicowali głównej bohaterce. Bo przecież ona zasługuje na lepszy los, prawda?

wendeta2

Reżyser jednak niczym samo życie nie zamierza być łaskawy. I zakończenie niby daję nadzieję, że następna z rodu wyjdzie na prosto, tylko szkoda, że cena za to była tak wysoka. To naprawdę bolało, doprowadziło do przygnębienia, co w kinie ostatnio zdarza się bardzo rzadko. I za to Koolhavena zwyczajnie szanuję, chociaż nie polubicie tego filmu.

wendeta3

Do tego jestem pod wrażeniem, jak prowadzi aktorów. Najtrudniejsze zadanie miała Dakota Fanning w roli naszej protagonistki, pozbawionej mowy. Mając do dyspozycji jedynie oczy oraz dłonie, buduje postać pełną tajemnicy, ale jednocześnie balansującej między delikatnością a siłą. Pojawiający się w retrospekcjach Kit Harrington daje radę jako tajemniczy rewolwerowiec, chociaż dość szybko odchodzi. Tak naprawdę liczy się tutaj Guy Pierce w roli największego skurwysyna, jakiego nie widziałem od bardzo dawna. Wielebny w jego interpretacji to człowiek nie potrafiący walczyć z własną chucią, hipokryta cytujący i interpretujący Biblię wedle własnego upodobania oraz niebezpieczny psychopata, zdolny praktycznie do wszystkiego. Na pierwszy rzut oka wydaje się przerysowany i komiksowy, ale ta postać budzi prawdziwe przerażenie, bo to czysta, niepowstrzymana siła.

wendeta4

„Wendeta” nie jest filmem dla każdego widza, nawet przyzwyczajonego do okrucieństwa. Brutalne, krwawe, niepokojące kino pokazujące jak wiele trzeba siły, by walczyć o swoją wolność. Zwłaszcza, gdy twój los wydaje się od początku przypieczętowany. I będziecie chcieli, by jak najszybciej się skończył.

7/10

Radosław Ostrowski

Morgan

Czym jest tytułowa Morgan? To stworzona przez zespół naukowców sztuczna inteligencja w ciele dziecka. Choć ma zaledwie 5 lat, jest bardzo świadoma i rozwinięta. Jednak dochodzi do pewnego incydentu, czyli Morgan rzuca się na jedną z naukowców. Wtedy korporacja odpowiedzialna za projekt wysyła specjalistkę od zarządzania – Lee Weathers. Co może wyjść z tej konfrontacji?

morgan1

Debiutujący na polu reżyserskim Luke Scott (syn Ridleya Scotta) próbuje wejść w konwencję, w której jego ojciec jest uznawany za klasyka. Początek jest mocny, krwawy i tajemniczy. Jest zagadka, nakręcająca pierwsze 45 minut. Klimat niepokoju potęguje też bardzo oszczędna scenografia. Pokój, gdzie znajduje się Morgan troszkę przypomina „Ex Machinę”, co jest skojarzeniem na plus. Oczami oschłej Lee widzimy interakcję Morgan z resztą ekipy, która traktuje ją jak własne dziecko, przez co są w stanie zachować dystans do sprawy. Kwestia etyczno-moralnych dylematów związanych z „zabawą w Pana Boga” nie wydaje się niczym nowym, jednak ciągle zmusza to do myślenia.

morgan2

I wtedy młody Scott postanowił od momentu „badania” dokonuje kompletnej wolty. Zaczyna się zabawa w polowania, gdzie nasza tytułowa bohaterka niczym legendarny Obcy, morduje wszystko, co staje na drodze. Nie rozumiem sensu działania tej wolty, chociaż wtedy robi się jeszcze bardziej interesująco. Kamera zaczyna przyspieszać, wszelkie bijatyki są dynamicznie zrobione niczym współczesne filmy akcji, jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że te dwie stylistyki gryzą się ze sobą. Przez co czułem ogromne zmarnowanie potencjału na coś więcej, chociaż technicznie nie mam nic do zarzucenia.

morgan3

Z kolei aktorsko jest bardzo nierówno, a kilkoro członków obsady jak Jennifer Jason Leigh czy jak zawsze solidny Toby Jones nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Najbardziej intryguje Anya Taylor-Joy w roli tytułowej. Ogolona na zero, bardzo skryta i mówiąca pozornie obojętnym głosem, ma w sobie coś niewinnego, z dziecka. Ale przyciśnięte zmienia się w prawdziwe monstrum, co potrafi budzić grozę. Nieźle się sprawdza Kate Mara, choć na początku trudno mi było przekonać się do chłodnej, zdystansowanej korpo-suki. Ale ostatnia scena kompletnie zmienia interpretację tej kobiety. Szoł jednak kradnie Paul Giamatti jako dr Shapiro, mający przeprowadzić test na Morgan, pozwalając sobie na kompletny dystans.

morgan4

„Morgan” miała być rozrywkowym kinem z ambicjami, tylko że Scott nie był do końca pewien w jakim kierunku ma pójść cała historia. Ani jako filozoficzno-etyczny konflikt, ani jako thriller nie do końca wykorzystuje swoje możliwości. Taka bardziej podrasowana „Ex Machina”, tylko czy warta naszego czasu?

6/10

Radosław Ostrowski

John Mayall – Talk About That

John-Mayall_Talk-About-That-1200x1067

Mimo ponad 80 lat na karku, ten weteran brytyjskiego bluesa nie odpuszcza. Po zaledwie dwóch latach przerwy wraca z nową płytą, dając fanom bluesa sporo frajdy, choć nikomu niczego nie musi udowadniać. Ale i tak pokazuje jak to się robi.

Na początek mamy bujający utwór tytułowy z mocno wybijającym się basem oraz klawiszami. A im dalej w las, tym równie przebojowo oraz dynamicznie. A to wskoczą dęciaki (“It’s Hard Going Up” czy strzelające “Gimme Some of That Gumbo”), a to na gitarze zagra Joe Walsh z The Eagles (fantastyczne “The Devil Must Be Laughing” czy zagrane na slide “Cards on The Table”), wskoczy harmonijka (“Goin’ Away Baby”) czy na pierwszy plan wskoczy fortepian (“Blue Midnight”) lub klawisze (“Blue Midnight”). I to wszystko brzmi po prostu znakomicie, bez przynudzania, ale z przytupem.

Ale Mayall zamiast zwolnił czy grać nieco łagodniej, nadal ma w sobie ogień, a gitarowe riffy nic nie tracą na sile. Równie silny pozostaje głos, który kompletnie nie zdradza (zbyt mocno) wieku. Pozazdrościć tylko energii I zaangażowania. Niby nic nowego, ale jak się tego słucha. I takiego bluesa chcę jak najwięcej – zrobionego z luzem oraz kopem.

8/10

Radosław Ostrowski

Na pokuszenie

Jest rok 1864, ciągle trwa wojna secesyjna. Gdzieś w Luizjanie znajduje się pensja dla młodych dziewczyn, kierowana przez pannę Marthę. Dziewuchy uczą się szycia, muzyki, języka francuskiego, gotowania – czyli wszystkiego, co potrzebuje młoda kobieta, by prowadzić szczęśliwe i dostanie życie u boku mężczyzny. Wtedy w okolicach pensji jedna z dziewczyn znajduje rannego żołnierza. Bez zastanowienia postanawia przyjąć go do domu, by mógł się wykurować.

na_pokuszenie1

Nowe dzieło Sofii Coppoli dawało spore pole do popisu, by zrobić dzieło między dramatem a thrillerem. On jeden, a panien jest kilkoro, co musi doprowadzić do zgęstnienia atmosfery. Zwłaszcza, że kobiety są tutaj same, większość (poza właścicielką oraz młodą nauczycielką, Edwiną) nie miały jeszcze styczności z mężczyzną. Wydawałoby się, że facet trafił do raju, a każdą z dziewczyn na swój sposób przyciąga. Kusi je niczym wąż Ewę, budząc w nich kobiety, ich seksualność. Jest niczym lustro, w którym można się przejrzeć. Przynajmniej w teorii, bo emocji tutaj jest jak na lekarstwo. Wszystko toczy się bardzo powoli, spokojnie, lecz to wszystko nie angażuje, nie prowokuje i niejako jest przyjmowane na wiarę. Może końcówka troszkę robi robotę, ale dla tego dzieła jest już za późno. Postacie są ledwo liźnięte (najbardziej wybijają się panna Martha, nauczycielka Edwina oraz pannica Jane), nie do końca zarysowane i brakuje im charakteru.

na_pokuszenie2

Jednego, czego nie mogę odmówić temu dziełu to przepiękne zdjęcia, bardzo plastyczne. I nie chodzi tu tylko o krajobraz, lecz także o oświetlenie, dodające lekko mrocznego klimatu. Coppola próbuje iść w poważniejsze rewiry, ale ta taktyka się nie sprawdza. Choć całość trwa około półtorej godziny, strasznie się ten seans dłuży.

na_pokuszenie3

Nawet aktorzy nie są w stanie uratować tego dzieła. Colin Farrell daje sobie radę jako ranny wojak, bardziej powściągliwy i spokojniejszy niż zwykle (chociaż, gdy puszczają mu nerwy robi się ciekawiej), ale najwięcej do pokazania mają Nicole Kidman oraz Kirsten Dunst, wykorzystując spore pole do popisu. Zwłaszcza Dunst jako przytłumiona, wyciszona kobieta, na nowo odkrywająca pożądanie.

na_pokuszenie4

Sofia Coppola próbuje kusić i stworzyć takie bardziej feministyczne kino, próbujące pokazać kolejny przykład zderzenia kobiet z mężczyzną. Próbuje pokazać kuszenie, ale tak naprawdę nie ma niczego do zaoferowania. I za co ta Złota Palma? Za bycie ładną wydmuszką?

5/10

Radosław Ostrowski