Ratchet i Clank

Zdarzały się już wcześniej próby przenoszenia na duży ekran bohaterów gier komputerowych, ale o żadnej z nich nie można powiedzieć wiele ciepłych słów. Teraz postanowiono dokonać transferu Ratcheta i Clanka – bohaterów serii gier na konsolę. Jednak filmowa ekranizacja jest prequelem przeznaczonym głównie dla osób nieznających tej marki.

ratchet1

Pierwszy z nich jest lombaxem mieszkającym w małym wygwizdowie, gdzie pracuje jak mechanik. Mierzy jednak znacznie wyżej, gdyż chciałby być kosmicznym strażnikiem (nie mylić ze Strażnikami Galaktyki). Drugi jest niskim robotem, który miał dołączyć do armii paskudnego Draxa, który zaczął niszczyć planety i wybierać pojedyncze fragmenty. Ale podczas budowy coś poszło nie tak (znaczy piorun strzelił w fabrykę produkującą) i zamiast niszczyć oraz siać zamęt, staje po stronie dobra. Duet zaczyna się powoli zgrywać i dzięki obronie miasta bohaterów. Wystarczy teraz tylko pokonać Draxa i wszystko będzie dobrze.

ratchet2

Innymi słowy jest to klasyczne kino przygodowe w otoczce SF. Znamy takich opowieści setki, więc nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek zaskoczeniu. Sama kreska przypomina tą z gier, tylko zrobioną dzięki obecnej technologii. Czyli jest całkiem nieźle, kreska wygląda miło, chociaż troszkę koślawo. Tak jednak miało być, twórcom udaje się podrzucić kilka żartów (to akurat zasługa tłumaczenia), a całość jest bardzo lightową i lekką zabawą. Można było troszkę podkręcić gazu, ale to skierowana dla młodego odbiorcy oraz dorosłych zachowujących w sobie dziecko. Efekciarskie, bajeranckie i mocno przewidywalna opowieść o odpowiedzialności i stworzeniu w pełni zgranego kolektywu.

ratchet3

Z kolei polska wersja językowa jest dość nierówna. Tłumaczenie pełne jest żartów i drobnych aluzji do naszego podwórka (afera podsłuchowa), a obecność lektora (Tomasz Knapik) w przeskokach z miejsca na miejsce ma wiele uroku. Co do głosów postaci, to zostało tylko kilkoro aktorów powtarzających swoje role z gier. Mowa tu o dobrym Jerzym Kryszaku (robot Clank), świetnym Mirosławie Wieprzewskim (demoniczny naukowiec, dr Nefarius) oraz wspierających nasz duet Karolinie Kalinie (twardej Elaris) i Annie Sroce (jajogłowa Cora). Zmiany dotknęły Ratcheta oraz szefa strażników, kapitana Quarka. O ile w drugim przypadku, czyli nierozgarniętym i posiadającym wielkie ego kapitanie zmiana ta wyszła na plus (kapitalny Łukasz Nowicki godnie zastąpił Roberta Tonderę), o tyle nasz antagonista w wykonaniu Macieja Musiała jest zaledwie poprawny. Nie mogłem pozbyć się wrażenie bycia na siłę cool oraz wyluzowania. Zdecydowanie warto też pochwalić Waldemara Barwińskiego jako głównego antagonisty.

ratchet4

O ogólnym rozrachunku wychodzi z tego całkiem niezła zabawa, chociaż mało odkrywcza i zaskakująca. Gdyby nie bohaterowie oraz zderzenie ich charakterów, byłoby bardziej nudno niż zwykle. A tak jest fajna i niezobowiązująca rozrywka, głównie dla młodego kinomana.

6/10

Radosław Ostrowski

Linkin Park – One More Light

Linkin_Park%2C_One_More_Light%2C_album_art_final

Dawno, dawno temu (tak na przełomie wieków) rozpoczął działalność kozacki zespół, który mocno zmieszał ostre rockowe granie z rapem I elektroniką. Linkin Park po dwóch płytach (“Hybryd Theory” I “Meteora”) zyskali rzesze ulubieńców. Potem bywało różnie, brzmienie zaczęli łagodzić I skręcać w stronę popu, ale trzy lata temu albumem “The Haunting Party” wrócili do korzeni. Zapowiadany na ten rok “One More Light” miał pójść w stronę bardziej popowego brzmienia. Ja rozumiem, że nie można ciągle grać jednego i tego samego, bo w końcu wszystkim się to znudzi. Prędzej czy później muzyka przechodzi ewolucję, ciągle zmieniając swoje brzmienie, ale pod jednym warunkiem. Że będzie dobra. Czy tak jest w tym przypadku?

Zaczyna się nieprzyjemnym „Nobody Can Save Me” z płynącą ambientową elektroniką, przerobionymi odgłosami (a’la Indie) i całość jest tak plastikowa, jakby nagrała ją współczesna gwiazdeczka próbująca przebić się do szerszego grona odbiorców. Nawet gitara wydaje się płaska i sztuczna. Chciałbym powiedzieć, ze dalej będzie tylko lepiej. Ale nie. Pianistyczna nuda w postaci „Good Goodbye” ratuje tylko rapowana wstawka Mike’a Shinody (facet jest w świetnie formie przez cały materiał) oraz gościnne wejście Pushy T i Stormzy’ego), troszkę mocniejsze „Talking To Myself” ma całkiem niezły riff na początku, ale dalej jest strasznie elektronicznie (przerobione głosy, „organowe” tło), podobnie jak „Battle Symphony” – batalia jest tu ciężka, z elektroniczną perkusją. Czy w ogóle jest jakiś dobry kawałek? Odpowiedź jest brutalna i brzmi: NIE. Za dużo pójścia z prądem, za mało melodii.

Chester Bennington złagodniał strasznie i wypada strasznie blado. Nawet nie chodzi o to, że nie drze swojej japy, bo ten głos dziwnie pasuje do tej konwencji – tandetno-plastikowej. Już nawet kawałki z „LIving Things” wydają się bardziej wyraziste i zapadające w pamięć od tej mętnej nijakości. Nie taki Linkin Park chcę pamiętać, bo to po prostu kiepskie jest. Może się sprawdzić jako tło podczas pracy, ale to chyba za mało jak na taki zespół. Półgodzinne zło w czystym wydaniu.

1/10

Radosław Ostrowski

Kung Fu Panda 3

Wydaje się, że Po już osiągnął najwyższy stopień wtajemniczenia jaki może mieć mistrz kung fu. Ale dostaje kolejne trudne zadanie – Po ma zostać mentorem oraz nauczycielem przyszłych adeptów kung fu. Początki są dość trudne, ale sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdyż z Krainy Duchów uciekł niebezpieczny wojownik Kai, marzący o przejęciu chi (duchowej energii) wszystkich mistrzów sztuk walki. By go powstrzymać, Po musi wrócić do korzeni, w czym ma pomóc jego… biologiczny ojciec, panda Li.

kung_fu_panda_31

Kontynuacja z liczbą trzy zazwyczaj jest przejawem dużego zmęczenia materiału oraz tymi samymi odgrzewanymi pomysłami. Schemat w zasadzie pozostaje niezmieniony – Po musi znowu wnieść się na wyższy stopień wtajemniczenia, po drodze osiągając kolejny stopień równowagi. Znowu pojawia się przeszłość Po i wszystkiego jest więcej. Więcej akcji, więcej pand (w końcu cała wioska – ale nadal są rozczulająco słodkie) oraz ciągle balansowanie między mrokiem a luzem. Nawet jeśli pewne gagi wydają się powtarzalne i związane z nieporadnością Po, to i tak ogląda się całkiem nieźle. Dla mnie najciekawsze sceny dotyczyły pobytu w wiosce pand, gdzie nasz Po poznaje dawne zwyczaje pand. Jest sporo śmiechu, a sam pandowaty wojownik znajduje w sobie potencjał na mentora. I musi dojść do finałowej konfrontacji, dziejącej się w Krainie Duchów – ręcznie rysowanej, prześlicznie wyglądającej, niczym z klasycznej animacji.

kung_fu_panda_32

Strona wizualna konsekwentnie kroczy ścieżką wyznaczoną przez poprzednie części, gdzie jest pełen odniesień do chińskiej mitologii. Stąd cała architektura (Jadeitowy Pałac, proste chatki), jak i zwierzęta pełniące role mistrzów wschodnich sztuk walki. Może i to wszystko jest przewidywalne, a przesłanie czytelne, ale jakimś cudem DreamWorks potrafi kolejny raz oczarować swoją plastycznością. I ciągle to kupuje.

kung_fu_panda_33

Także aktorom dubbingującym, nadal udaje się zachować świeżość i energię. Ciągle podoba mi się Marcin Hycnar w roli Po – czyli misia, który znowu staje przed trudnym zadaniem. Zawsze jednak jest w stanie wyjść cało z każdej opresji. Kolejny raz wybija się czarny charakter, czyli mocarny Kai (mocny Andrzej Blumenfeld z przerażającym głosem) z niezaspokojoną żądzą władzy i kontroli, a z nowych postaci trzeba wyróżnić Li (Szymon Kuśmider) – misiu z ciężarem, próbujący za wszelką cenę utrzymać dawno niewidzianego syna.

kung_fu_panda_34

Trzecia część „Kung Fu Pandy” nadal intryguje i daje sporo frajdy, głównie dla młodego odbiorcy. Dzieje się wiele, ale ciągle ważne są postacie, szukającego swojego miejsca oraz pieczętując przyjaźń między bohaterami. Dla mnie historia Po w tym miejscu dochodzi do końca. Mam nadzieję, że nie będzie ciągu dalszego.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Bob Dylan – Triplicate

Bob_Dylan_-_Triplicate_%28album_cover%29

Ubiegłoroczny noblista z literatury Bob Dylan zwyczajnie nie odpuszcza I dalej flirtuje ze standardami amerykańskiej muzyki rozrywkowej. Teraz to Dylan może sobie nagrywać co chce I jak chce, a że ostatnio preferuje klasykę muzyki rozrywkowej, to cóż zrobić. Ale muzyk tym razem naprawdę zaszalał, bo “Triplicate” to nie jedna, lecz trzy płyty po 10 piosenek.

Początek jest ciekawy, bo brzmi to nie tylko jak piosenka nagrana w latach 40., ale też Dylanowi towarzyszy mała orkiestra, a dęciaki dodają koloru w takim “I Guess I’ll Have to Change My Plans”. Sam Dylan gran a swej gitarze niespiesznie, powoli, bo i nie ma się po co ani dokąd spieszyć. Tak jest w “September of the Years”, gdzie wybija się wiolonczela na początku czy gitara pedal steel w niemal hawajskim “I Could Have Told You”. Nawet trąbka ma swoje pięć minut (“Stormy Weather” czy zwiewne “Braggin’”). Problem jest jednak w czymś innym: piosenki zaczynają się po pewnym czasie (po piątej piosencej) sklejać się w jedną papkę, którą trudno odróżnić od siebie. Owszem, pare razy udaje się zmienić I lekko przyspieszyć tempo (“Trade Winds”), co troszkę uprzyjemnia czas i pare razy potrafi ładnie zagrać (“How Deep Is The Ocean”), ale słuchanie 90 minut (!!!) potrafi zmęczyć nawet największego twardziela.

Do tego jeszcze ciężko się słucha samego Dylana – mocno podniszczony, bardziej mruczący i na wyższych rejestrach wręcz sprawiający ból. Męczy się i próbuje ciągle sprawić frajdę swoim fanom, jednak trzeba pochwalić wybór piosenek. To jednak dla mnie za mało, by kolejny raz sięgnąć po “Triplicate”. Chciałbym, by Dylan przestał smęcić I tym razem napisał coś własnego. Przecież potrafił to zrobić 5 lat temu w “Tempest”, więc co szkodzi.

6/10

Radosław Ostrowski

Kung Fu Panda 2

Nasz dzielny Po zrobił to, czego bardzo pragnął. Został wojownikiem kung fu i dołączył do grona Wścieklej Piątki. Ale znowu musi stawić czoło Złu w postaci złego księcia Shen, który posiadł moc zniszczenia za pomocą dział i prochu. Paw wrócił odebrać swoje dziedzictwo oraz przejąć kontrolę nad światem. Po z kumplami musi go powstrzymać.

kung_fu_panda_21

Zgodnie z regułami sequela jest więcej starć, naparzania się oraz więcej mroku. Tutaj Po musi zmierzyć się ze swoją przeszłością (której nie zna) i odkryć swoje pochodzenie. Bo jakim cudem panda wychowywał się przez gąsiora? I nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że losy Shena i Po są ze sobą powiązane, gdyż szybko poznajemy odpowiedź. Twórcy pokazują jak nasz Po powoli odkrywa swoje pochodzenie, a jednocześnie godzi się ze swoją mroczną przeszłością (ładnie rysowane animacje dwuwymiarowe w formie retrospekcji). Po drodze dostajemy kolejne pomysłowe sekwencje starć Po i jego kumpli z noszącymi zbroje wilkami (nadal miesza się finezja, ciosy oraz humor), odpowiednio pokręcając tempo, by w paru miejscach pozwolić sobie na wyciszenie.

kung_fu_panda_22

Znowu imponuje strona plastyczna, bardziej skupiona na detalach – pięknie wygląda zarówno scenografia, jak i kostiumy naszych bohaterów, konsekwentnie odtwarzając realia starożytnych Chin. Także muzyka dodaje klimatu, a całość jest mroczniejsza i poruszająca jak w scenach, gdy Po trafia do swojej dawnej wioski. Animacja jest nadal śliczna.

kung_fu_panda_23

Także dubbing w polskiej wersji jest bardzo udany. Ciepły głos Macieja Hycnara idealnie pasuje do troszkę niezdarnego i ciapowatego Po, którego energia wręcz rozsadza. Gdyby jeszcze potrafił czasem pomyśleć (nie tylko o jedzeniu), byłaby to postać kompletna. Ale i tak jest uroczy :). Równie ciekawy jest antagonista – paw Shen (niezawodny Krzysztof Dracz), istota pewna siebie, ale ta pewność maskuje strach przed przeznaczeniem oraz niską samoocenę. I te magnetyzujące piórka. Drugi plan, czyli kumple Po nie zawodzą, godnie trzymając fason (na plus Brygida Turowska jako Tygrysica oraz wnoszący sporo luzu Krzysztof Banaszyk – Modliszka), podobnie jak opanowany mistrz Shifu (Jan Peszek).

kung_fu_panda_24

Druga część „Pandy” to historia o panowaniu nad emocjami, odnajdywaniu wewnętrznej równowagi oraz odkrywaniu swojej własnej tożsamości. Zrobiona z głową, pomysłowa i – owszem, brutalniejsza, ale przemoc ta jest łagodzona humorem, niedopowiedzeniem. Godna kontynuacja legendy, choć zakończenie zapowiada ciąg dalszy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kung Fu Panda

Chiny tak dawne, że mało kto o tym pamięta. Tam żyje nasz bohater – panda Po. Jest bardzo pulchny i ma wielkie gabaryty (jak na pandę przystało), a od dziecka marzył, by zostać wojownikiem kung-fu. Ale jest synem żurawiego mistrza kuchni i tam ciągle pracuje. Aż w końcu wyrusza na turniej podczas którego ma zostać wybrany Smoczy Wojownik przez samego mistrza Oogwaya. I choć trudno w to uwierzyć, zostaje wybrany Po, co wszystkich wprawia w konsternację, nawet doświadczonego mistrza Shifu oraz wyszkoloną przez niego Wściekłą Piątkę. Sprawa jest o tyle poważna, że dawny uczeń Shifu, potężny Tai Lung ucieka z więzienia i planuje swoją zemstę.

kung_fu_panda_11

To, że animacja jest zrozumiała w każdej części świata, jest rzeczą powszechnie wiadomą. Tak samo jak fakt, iż można pokazać koloryt różnych regionów i rejonów. A że na początku XXI wieku modne stały się filmy azjatyckie w stylu wuxia („Przyczajony tygrys, ukryty smok” czy „Hero”) oraz innych cudacznych scen kung-fu. Nie inaczej jest w tej historii o odkrywaniu samego siebie oraz drodze do samoakceptacji. Nie brakuje tutaj pomysłowych i finezyjnych choreografii potyczek (starcie z Tai Lungiem czy szkolenie Po przez mistrza Shifu), gdzie ruch jest tak szybki jak tylko jest to możliwe.

kung_fu_panda_12

Wszystko jest idealnie wyważone między napięciem i humorem, przez co ogląda się z nieprawdopodobnym przejęciem, a parę razy twórcy czerpią ze stylistyki azjatyckich anime (prolog, pokazujący sen Po) z bardzo szybką kreską i efekciarską formą, co jest dużą zaletą. Także muzyka ociera się o Orient, co jest absolutnie zrozumiałe i dodaje klimatu. I wygląda to świetnie, a każda lokalizacja ma swój klimat – mroczne i surowe więzienie, barwna wioska czy sala treningowa mistrza Shifu. Sama animacja postaci robi robotę, a wojownicy są – a jakże by inaczej – zwierzętami z cechami ludzi. I każdy z nich będzie musiał zaakceptować swoje przeznaczenie, gdyż inaczej może być nieprzyjemnie.

kung_fu_panda_13

No i dostajemy fajne, sympatyczne postacie. Trudno zresztą nie polubić troszkę puszystego, choć niezdarnego Po, który może i jest leniwy, a ciosy kung-fu są dla niego zbyt trudne, ale nie można odmówić mu determinacji oraz sprytu. Nawet w chwili załamania, udaje mu się wyjść z sytuacji. Podobnie zbudowany jest mistrz Shifu – mały i niepozorny, ale zacięty i waleczny. Początkowo nieufny wobec Po, ale kiedy udaje się mu odnaleźć odpowiednią metodę szkolenia, wykazuje się pełnią swojej głębokiej mądrości, jakiej wojownik może udzielić wojownikowi.

kung_fu_panda_14

Pierwsze spotkanie z pandą, co chciała poznać metody kung fu była wielkim kasowym hitem, a po ponad 8 latach ogląda się z dziką pasją. To bardzo lekka i przyjemna produkcja opowiadająca o ważnych sprawach w sposób przystępny. Spodobała się dzieciom (co jest bardzo zrozumiałe), a i starsi widzowie znaleźli coś dla siebie. I tak narodziła się legenda Smoczego Wojownika, która musiała być kontynuowana.

8/10

Radosław Ostrowski

London Grammar – If You Wait

London_Grammar_-_If_You_Wait

O tym triu – jak w większości sytuacji – usłyszałem przypadkowo, lecz nie miałem wtedy czasu ani możliwości przyjrzeniu się bliżej tej grupie z Brytanii. Tworzą ją znajomi ze studiów: wokalistka Hannah Reid, gitarzysta Dan Rotherman i klawiszowiec Dominic Major, a nazwa London Grammar istnieje od 2009 roku. A swój pierwszy album wydali 4 lata temu, podbijając świat. Czy zasłużenie?

Brzmienie to bardzo delikatny, bardzo wymarzony pop pełen zgrabnej elektroniki. Zaczyna całość powoli rozkręcający się “Hey Now” z odbijającą się niczym echo perkusją oraz duchem elektropopu z lat 80. (nawet gitara brzmi jakby z tamtego okresu pochodziła). Równie wyciszony jest “Stay Awake” z bardzo rozmarzoną elektroniką, a wszystko zmienia przyspieszająca perkusja, rozpędzając cale towarzystwo I gwałtownie się kończąc. Ładniej się robi przy gitarowo-pianistycznym “Shyer” oraz bardziej tanecznym “Wasting My Young Years”, choć można odnieść wrażenie, iż piosenki zlewają się ze sobą, tworząc spójny klimat, znany choćby z dokonań The xx (cudny cover “Nightcall”).

Jednak pojawiają się utwory wybijające się z tego monotonnego (ale ładnego) świata. Taki jest przestrzenny “Strong” z pulsującą elektroniką, idący w stronę trip-hopu “Metal & Dust”, przebojowy “Darling Are You Gonna Live Me” z barwnymi perkusjonaliami w tle czy nagrany z Disclosure taneczny “Help Me Lose My Mind”. Nie wywołuje to zgrzytu z resztą wydawnictwa, przez co odbiór jest naprawdę przyjemny.

Panowie grają bardzo delikatnie i ciepło, ale uwagę skupia niesamowity wokal pani Reid, który troszkę przypomina Florence Welsh, tylko młodszy oraz mniej ekspresyjny. Wykorzystuje go w taki sposób, że każdy utwór (dzięki niej) jest w stanie zapaść w pamięć, chwyta za serce, zostając na dłużej. Wersja deluxe debiutu zawiera aż 17 piosenek, co dla wielu może być ciężką barierą. Jednak warto się skusić i dać się zanurzyć w tym klimatycznym dziele, po warunkiem, że poczekacie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix: Osiedle bogów

Dawno, dawno temu była sobie mała galijska wioska, która stawiała dzielny opór rzymskiemu najeźdźcy. To było w czasach, gdy Rzymem rządził Juliusz Cezar. Genialny wódz próbował wielu sztuczek, ale wszystko kończyło się klęską. I kiedy wydawałoby się, że sprawa jest już stracona, Cezar wpadł na genialny pomysł – zbudować przy wiosce Galów osiedle dla Rzymian, by za pomocą cywilizacyjnego podstępu „zromanizować” Galów i zniszczyć wioskę.

asterix_i_obelix_1

Ile ja razy oglądałem te stare animacje o Asterixie i Obelixie? Mnóstwo i za każdym razem czułem tą niesamowitą frajdę. Potem powstały filmy o galijskim duecie z Gerardem Depardieu w roli Obelixa, a teraz Galowie wrócili do animacji. Czy Galowie się zmienili? Absolutnie nie, Asterix z Obelixem nadal się przekomarzają i lubią spuszczać łomot Rzymianom, w wiosce nadal się kłócą o świeżość ryb, a druid Panoramix ciągle dzieli się swoją mądrością oraz radami. I tak jak zawsze, Galowie muszą pokonać Rzymian, by na końcu zjeść wielką ucztę. Czyli jakby główne clou całej imprezy pozostało bez zmian. Ale jest jeden drobny myk, czyli interakcję między rzymskimi turystami (w zasadzie nowymi mieszkańcami) a Galami. Powoli zaczyna się budzić w Galach chęć zarobku oraz powolne wykorzenianie. Dochodzi nawet do przyjaźni między Galami a rzymską familią Miniminusa, co jest dodatkowym smaczkiem.

asterix_i_obelix_2

Twórcy pozwalają sobie na żarty oraz aluzje do popkultury (jak to zawsze w tej serii było), ale i tak esencją pozostaje finałowa naparzanka między Galami i Rzymianami (kolejny żelazny gwóźdź repertuaru). Przy okazji panowie szydzą z praw związkowych (strajki legionistów i robotników), obnażają brudną politykę, a walki gladiatorów przypominają zawody wrestlerów. I ta sprawdzona formuła ze zmieszanymi nowymi składnikami nadal smakuje (a może to nostalgia za mną przemawia).

asterix_i_obelix_3

Sama animacja i kreska jest typowo europejska, a jednocześnie wierna komiksowemu pierwowzorowi. Postacie są trójwymiarowe, ale mają swój szorstki urok (Galowie). Przyjemnie się to ogląda i okraszone jest bardzo podniosłą, wręcz epicką muzyką. No i dubbing nie zawodzi, choć łatwo nie było. Bo nie byłem w stanie zapomnieć genialnych interpretacji głównych bohaterów (Asterixa i Obelixa) zarówno w wykonaniu duetu Ryszard Nawrocki/Jan Prochyra, jak i Mieczysław Morański/Wiktor Zborowski. Tym razem w sprytnego Asterixa oraz silnego Obelixa wcielili się Wojciech Mecwaldowski i Arkadiusz Jakubik. Powiem krótko – panowie dali radę. Mocno zaskoczył ten drugi mówiąc bardzo niskim głosem (niższym niż zazwyczaj), ale charakter postaci zachowano. Klasę potwierdzili też Piotr Fronczewski (Julek Cezar) i Miłogost Reczek (wódz Asparanoiks).

asterix_i_obelix_4

Muszę przyznać, że Asterix z Obelixem wrócili do dobrej formy (a czy byli kiedyś w słabszej?) i mimo lat dość zaawansowanego wieku, zachowują młodość i świeżość. A już pojawiły się plany kontynuacji, więc czekam z niecierpliwością. Bo będzie dobrze, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Odlot

Carl Frederickson jest starszym panem mieszkającym samotnie w małym domku, przy nowo budowanym osiedlu. Dawno temu planował razem z żoną wyprawę w dalekie, nieznane światy, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie: a to auto złapało kapcia, a to drzewo podczas burzy zderzyło się z domem. I kiedy już wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, to pojawiła się śmierć i zabrała Ellę. Carl zgorzkniał i zamknął się w swoich czterech ścianach, stajać się (stereo)typowym starym dziadem. Ale w końcu musi opuścić swój dom i wyrusza na wyprawę razem… ze swoim domem napełnionym balonami. W trakcie lotu orientuje się, że na ganku znajduje się upierdliwi harcerzyk Russell. Na miejscu panowie trafiają do dziwnej dżungli, gdzie przebywa barwne ptaszysko oraz… gadające psy.

odlot1

Czarodzieje z Pixara znani są z tego, że bardzo rzadko zdarzają im się wpadki i potrafią kreować zaczarowane światy. Tym razem postanowili zrobić własną wersję „Indiany Jonesa”, tylko z bardzo zaawansowanym wiekowo bohaterem. Carl nadal ma w sobie żyłkę poszukiwacza, którą po wielu latach będzie musiał na nowo obudzić. I jedyne co jest w stanie pomóc to przyjaźń z Russellem, choć początek nie zapowiadał się zbyt obiecująco. „Odlot” bardzo mocno skupia się także na przeszłości Carla – sceny, gdy w skrócie poznajemy historię jego związku z Ellą są bardzo rozczulające (co także jest zasługą cudownego walczyka – muzyka jest świetna) i mogą doprowadzić do wielu wzruszeń. I znowu ten świat wygląda po prostu cudownie, choć sama dżungla wydawała mi się strasznie uboga, jeśli chodziło o faunę. Jest tylko ptaszysko, gadające pieski, za to flora wygląda bardzo ładnie i różnorodnie.

odlot2

Ale jest pewien mały szkopuł: sama historia nie porywa aż tak mocno jak warstwa wizualna. I nawet nie chodzi o to, że  pojawiają się pewne oczywiste schematy w rodzaju szorstkiego głównego bohatera, który zmienia się w bardziej życzliwego człowieka, nie skupiającego się tylko na sobie czy motyw dawnego idola z dzieciństwa (podróżnik Charles Muntz) okazującego się bezwzględnym draniem. Coś ostatnio pojawia się ten schemat często się pojawia. I te klisze czasami potrafią być rozładowywane niezłymi gagami (pojedynek między antagonistami, gdzie kości mocno dają o sobie znać) oraz podkręcić scenami akcji (finał, gdzie bohaterowie próbują odbić ptaka czy brawurowa ucieczka), ale pewne poczucie zmęczenia materiału jest bardzo odczuwalne. Paradoksalnie nie przeszkadza to przy czerpaniu frajdy z seansu, czego nie potrafię w żaden sposób wytłumaczyć.

odlot3

Cegiełkę do „Odlotu” daje też polski dubbing. I tutaj wybija się w swojej ostatniej kreacji Wojciech Siemion jako nasz antagonista Carl. Człowiek ten wiele przeżył i to słychać, ale nadal ma w sobie skryte ciepło oraz dużo determinacji, rozsadza go wręcz energia. I przy nim Russell (niezły Kacper Cybiński) wypada blado: kolejny młodzik, potrzebujący autorytetu, próbujący spełnić swoje marzenia związane z harcerstwem. Powoli zaczyna budować się między nimi nić porozumienia, choć nie jest to łatwe. I jest też podróżnik Muntz (zaskakujący Ignacy Gogolewski), mający obsesję na punkcie naprawienia swojej nadszarpniętej reputacji, dążąc do tego celu za wszelką cenę. A źródłem humoru są gadające psiaki z sympatycznym Asem (Cezary Pazura) na czele, które nie są w stanie wykorzenić swoich starych nawyków (aportowanie czy łatwa rozproszenie na hasło zając).

odlot4

„Odlot” kolejny raz udowadnia talent Pixara do tworzeniach prześlicznych animacji, jednak tutaj pojawiają się mocno odczuwalne klisze znane z wielu innych opowieści, przez co wybijałem się z rytmu i było to dość przewidywalne. Myślę, że dzieciakom na bank się spodoba, ale starsi troszkę poczują się znużeni. Ze mną tak troszkę było. Ale Pixar nawet w słabszej formie jest lepszy niż wielu świetnych debiutantów.

7/10 

Radosław Ostrowski

Lindsey Buckingham & Christine McVie – Lindsey Buckingham/Christine McVie

Buckingham_McVie

Dawno temu w latach 70. (I troszkę 80.) wielką popularnością cieszyła się brytyjska rockowa formacja Fleetwood Mac, która po latach planowała powrócić z premierowym materiałem. W 1998 roku grupę opuściła jedna z dwóch wokalistek, Christine McVie. Ale trzy lata temu kobieta, postanowiła wrócić do macierzystej formacji I zamknęła się w studio, razem z gitarzystą Lindsayem Buckinghamem, by na nowo docierać. Tak zaczęła się tworzyć płyta, która miała być nowym dziełem Fleetwood Mac (duet wsparli pozostali członkowie zespołu, poza Stevie Nicks, która wydała w międzyczasie udaną, solową płytę), ale ostatecznie została wydana pod szyldem duetu Buckingham/McVie. Premierę miała wczoraj I postanowiłem rzucić okiem.

Zaczyna się bardzo delikatnie, wręcz letnio, bo taki jest “Sleeping Around The Corner” – spokojna gitara, bardzo minimalistyczna, choć ciepła perkusja, ale wtedy wchodzi niezbyt przyjemna elektronika – taka chropowata I przyciężka, a jedynie wstęp I koniec są najładniejszymi fragmentami tego utworu. Wszystko się zmienia (na lepsze) przy bardziej tanecznym “Feel About You” (znowu cudne perkusjonalia budzące skojarzenia z pobytem na jakiejś wyspie) z wpadającym w ucho refrenie czy singlowy “In My World” z ładnym wstępem na gitarze akustycznej i basie (a w środku ładny fortepian). Czasem więcej do powiedzenia ma perkusja (śliczne “Red Sun”), przyłoży I zabuja gitara akustyczna (ciepłe “Love Is Here To Stay”), rozmarzy elektryczna („Lay Down for Free”), a sekcja rytmiczna lekko się pobawi tempem („Too Far Gone”). I obowiązkowo musi pojawić się nastrojowy fortepian (najlepsza w zestawie „Game of Pretend” oraz żwawsze „On with The Show”).

To po prostu zestaw dobrego, pop-rockowego grania z wysokiej półki. McVie nadal ma czarujący wokal, odnajdujący się I w nastrojowych piosenkach, jak I bardziej żywiołowych. Z kolei mocno szarpnięty przez czas Buckingham brzmi całkiem przyzwoicie, choć na początku odstraszał. Ale im dalej, tym było już lepiej. Ładna muzyka zrobiona dla dojrzałego i wrażliwego odbiorcy.

7,5/10

Radosław Ostrowski