28 lat później – część II: Świątynia kości

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące fabuły „28 lat później”.

Chyba nikt tak szybko nie spodziewał się kontynuacji do „28 lat później”, czyli historii o tym, że człowiek człowiekowi zombie. Wynika to z prostego faktu: obydwa filmy były kręcone równocześnie. Jest to o tyle imponujące, że „Świątynię kości” nakręciła Nia DeCosta, a nie Danny Boyle. Czy to się jakoś odbiło mocno na jakości?

Akcja dzieje się troszkę po wydarzeniach z poprzedniej części. Nasz nastoletni Spike (Alfie Williams) trafił do grupy złośliwie po seansie nazywano Power Rangers pod wodzą Jimmy’ego (Jack O’Connell). Ale tak naprawdę Palce są brutalnym gangiem i jego lider to nawiedzony satanista, wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Chłopak nie bardzo radzi sobie z zaadaptowaniem się do nowego otoczenia, ale szansa ucieczki w zasadzie nie istnieje. W tym samym czasie doktor Kelson (Ralph Fiennes) ciągle siedzi w swojej samotni z czaszek, budując dziwną więź z niejakim Samsonem – Alfą z długimi włosami oraz ogromną posturą. Więź to może za dużo, bo lekarz wali w niego strzałkami z morfiną. Zaczyna jednak zauważać pewne zmiany w zarażonym, co może doprowadzić do zwalczenia wirusa.

Już od pierwszy scen widać poważną zmianę w stylu oraz reżyserii. DaCosta nie bawi się w szalony montaż Boyle’a, jednak pozostaje bardzo intensywnym kinem. W zasadzie mamy dwie historie, które przez większość czasu dzieją się obok siebie. W końcu jednak musi dojść do zderzenia brutalnej siły fanatyzmu i religijnej manipulacji z racjonalizmem. Nasz Spike zostaje zepchnięty na dalszy plan, próbując znaleźć swój wzorzec i kogoś dającego bezpieczeństwo w tym „dzikim” świecie. Kogo wybierze? Odpowiedź raczej nie zaskoczy, o ile jakiś wybór będzie.

Nie oznacza to jednak, że „Świątynia kości” nie jest horrorem. Każde pojawienie się zarażonego wywołuje niepokój, choć dość szybko są eliminowani. Jednak największa groza pojawia się podczas sceny w domku na wsi, gdzie gang wpada do środka i… udziela „łaski” jego mieszkańcom. Wtedy jest krwawo (w opór i bez znieczulenia), wręcz makabrycznie, co prowadzi do oczywistej konfrontacji. Nieoczywiste jest tu rozwiązanie z niemal tanecznym popisem lekarza do rytmu Iron Maiden (kapitalnie zmontowana i nakręcona z furią) oraz zaskakującym cameo. Nic więcej nie zdradzę, bo jest tu parę niespodzianek. Jeszcze bardziej jest tu podbite skojarzenie między światem po wirusie do pandemii i Brexitu, z grupką zagubionych dzieciaków, pozbawionych jakiejkolwiek nadziei oraz ludzi próbujących przetrwać. Wydaje się, że powrotu do przeszłości nie będzie.

Technicznie jest inaczej niż w pierwszej części, ale to stonowanie naprawdę działa. Jest tu parę time lapse’ów (przyspieszenia czasu), kamery „przyklejonej” do sylwetki, świetnej muzyki z lat 80. oraz zadziwiająco sporo humoru. Wygląda to wizualnie bardzo dobrze, z pięknymi zdjęciami i momentami wyciszenia. A wszystko na barkach trzyma Ralph Fiennes oraz Jack O’Connell. Pierwszy to lekarz żyjący przeszłością, wyznający zasadę memento mori i pełen pokory. Ten drugi, przypominający z wyglądu Jimmy’ego Savile’a (brytyjskiego dziennikarza, DJ-a oraz – jak się okazało po śmierci – seryjnym pedofilem), z dużym krzyżem na piersiach jest nieobliczalny, szalony i bardzo sprytny. W każdej chwili może zaatakować, bez mrugnięcia okiem, modląc się do ojca (Starego Nicka).

„28 lat później: Świątynia kości” może nie rozwija świata przedstawionego, ale DaCosta jest o wiele bardziej skupiona formalnie i tematycznie. Z bardzo satysfakcjonującym finałem, wyrazistymi postaciami oraz konfrontacją światopoglądową, które prowokuje do myślenia. Wielu mówi, że to najlepsza część serii – sam nie widziałem poprzednich części, by rzucić taką tezę – lecz na pewno świetnie uzupełnia się z poprzednikiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Ballada o drobnym karciarzu

Każdy kontynent ma swoje miasto, będące wielką stolica hazardu i kasyn. W Ameryce jest Las Vegas, w Europie – Monte Carlo, zaś w Azji byłoby to Makau. Ta dawna portugalska kolonia jest miejscem akcji filmu „Ballada o drobnym karciarzu” – najnowsze dzieło Edwarda Bergera stworzone dla Netflixa.

Tytułowym karciarzem jest lord Doyle (Colin Farrell), a przynajmniej tak się przedstawia. Wygląda jak jeden wielki bajzel z tymi niewyspanymi oczami (przekrwionymi), czerwonym garniturem oraz żółtymi rękawiczkami. Dużo butelek w pokoju, żarcie oraz bardzo mało kasiory. Ale w końcu się odbije – dziś, jutro, za tydzień, wkrótce. A pieniędzy potrzebuje i to szybko – na już, na teraz, zaraz. Ma masę długów do spłacenia, zaś szczęście już dawno go odpuściło. Do tego stopnia, że nawet nie może nigdzie dostać kredytu. Wszystko zmieniają dwie kobiety. Pierwsza to lichwiarka Dao Ming (Fala Chen), która daje mu kredyt i wsparcie, zaś druga to niejaka Betty (Tilda Swinton), która go ściga i chce dopaść.

Sama historia jest bardzo prosta i nieskomplikowana, bo Berger nie wchodzi zbyt głęboko w kwestię hazardu oraz uzależnienia. Dla niego jest to pretekst do historii odkupienia oraz wyjścia z pętli nałogu. Jak na miasto hazardu przystało, wali neonowymi kolorami, obiecuje bogactwo i przyciąga ludzi obietnicą nowego, dostatniego życia. Każdy może być kim chce i udawać, ale cena do zapłacenia może być wysoka. Czuć coraz bardziej zapętlającą się pętlę, zaś każda próba wyrwania się kończy się zapadnięciem w większą dziurę. Pewnym dodatkiem jest pewien element etnicznego posmaku: nasz heros nazywany jest gwei lo (biały duch), jakby zupełnie był kimś przezroczystym, nieobecnym; w tle trwa Święto Zmarłych, zaś wokół „lorda” krążą dziwne rzeczy oraz oniryczne sceny. Dlaczego ta lichwiarka próbuje mu pomóc? Co się naprawdę dzieje? Czy nasz protagonista naprawdę żyje, a może jest duchem? I muszę przyznać, że ten film działa na poziomie immersyjnym. Czuć tutaj poczucie ciągłego osaczenia i pułapki, z której nie ma ucieczki.

Wizualnie całość wygląda pięknie niczym film Refna, gdzie każdy kadr oszałamia kolorami, bawi się kątami oraz ustawieniami kamery. Płynnie jest to zmontowane, podkreślając niepokojącą atmosferę. I jeszcze w tle ta oszczędno-sakralna muzyka, brzmiąca niczym zapowiedź końca świata, że stanie się coś nieuniknionego, ostatecznego. Tym bardziej zaskakuje finał, który skręca w nieoczywistym rejonie. A wszystko trzyma na swoich barkach niezawodny Colin Farrell, dający z siebie więcej niż fabryka daje. Jego rozedrgane oczy, niemal ciągłe patrzenie przed siebie i fasada eleganckiego dżentelmena, skrywająca desperata, samotnika oraz „uroczego” krętacza.

Choć sam film spotkał się z dość mieszanym odbiorem, to „Ballada…” jest zadziwiająco solidnym thrillerem psychologicznym. Bardzo oszczędnym w treści i może przez to wydawać się mało interesującym, ale trudno oderwać oczu od specyficznego klimatu i magnetyzującego Farrella.

7/10

Radosław Ostrowski

Sny o pociągach

Aż dziwne, że w tak rozpędzonych, pełnych bodźców oraz szybkich cięć montażowych powstał dla platform streamingowych taki film jak „Sny o pociągach”. Dzieło jakby nakręcone w latach 60. czy 70., które dopiero teraz zostało wygrzebane z czyjegoś strychu. Może wynika to z faktu, że jest to historia osadzona w pierwszej połowie XX wieku. Czyli czasach o wiele wolniejszych niż dzisiaj.

A bohaterem jest Robert Grainer (Joel Edgerton) – facet w zasadzie pozbawiony przeszłości (rodzice nie żyją, dlaczego? – nie wiadomo), idący przed siebie nie mając żadnego celu, planów i przyszłości. Pracuje jako drwal podczas wyrębu lasu, więc jest w stanie się utrzymać. Ale jego życie zmienia się w momencie, kiedy poznaje Gladys (Felicity Jones). Bierze z nią ślub, stawia dom, oboje mają córkę i jak zawsze wyrusza do pracy. Strasznie daleko od domu, więc nie zawsze ma czas być z rodziną. Zwłaszcza kiedy trwa I wojna światowa i zapotrzebowanie na drewno jest spore.

Dla reżysera Clinta Bentleya adaptacja powieści Denisa Johnsona to opowieść jednocześnie kameralna i monumentalna. Kameralna, bo skupia się na losach jednego człowieka. Monumentalna, bo rozgrywa się na przestrzeni 60 lat. Głównie w lasach, z ogromnymi drzewami starszymi niż ktokolwiek z żyjących ludzi. Nie brzmi jak coś ekscytującego, ale to tylko pozory. W tych chwilach wyciszenia reżyser skupia się na człowieku w otoczeniu wielkiej i silnej przyrody, która potrafi być bezwzględna. Zwłaszcza mieszkając blisko niej, ale w pewnym momencie film zaczyna budzić skojarzenia z… „Manchester by the Sea” Kennetha Lonergana. Skąd to skojarzenie? Z powodu udręki, jaka spotyka naszego bohatera po poważnej tragedii i poczucia bycia ukaranym przez los. Wszystkiemu towarzyszy narracja z offu w wykonaniu Willa Pattona, gdyż nasz bohater nie należy do zbyt rozmownych osobników, przez co ciężko wejść do jego głowy. Zazwyczaj coś takiego wydaje się drogą na łatwiznę, jednak tutaj się tu uzupełnia.

Całość okraszona jest wręcz pięknymi zdjęciami oraz delikatną muzyką, która pomaga w budowaniu bardzo melancholijnej atmosfery. Takie kontemplacyjne wręcz spojrzenie na ludzkie życie, gdzie drobiazgi zaczynają nabierać większego ciężaru. Szczególnie widać to w sennych montażach. Swoje dopełnia też oszczędna scenografia i kostiumy, świetne dialogi oraz galeria postaci drugoplanowych: od cytującego Biblię Apostoła Franka (Paul Schneider) przez doświadczonego Arna (kradnący ekran William H. Macy) i sklepikarza Ignatiusa Jacka (dobry Nathaniel Arcand) aż po strażniczkę lasu Claire (urocza Kerry Condon). Ale tak naprawdę liczy się tu bardzo wycofany i skupiony Joel Edgerton, będący mieszanką opanowania, niepewności oraz lęku. Im dalej podążamy za nim, tym bardziej widać jego zagubienie, smutek i ból, tłumiony, duszony, w kontrze do cudownej i czarującej Felicity Jones, będącej tą ciepłą przystanią, do której chce się wracać.

Chyba nikt się nie spodziewał takiej drobnej perełki od Netflixa. Piękny, bardzo wyciszony i jednocześnie bardzo uderzający emocjonalnie dramat o człowieku zderzonym ze światem. Niby to nic niezwykłego, ale jak już się wejdzie do tego świata, zostanie po seansie dłużej niż się wydaje.

8/10

Radosław Ostrowski

Wielka Warszawska

Tytułowa Wielka Warszawska to najbardziej prestiżowe wyścigi konne w Europie, która odbywa się od 1895 roku na warszawskim torze Służewiec. I to wokół tego wydarzenia toczy się akcja nowego filmu sensacyjnego. Oparty na scenariuszu Jana Purzyckiego, będącą częścią nieoficjalnej trylogii (po „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerze”) skupionej wokół hazardu, sportu oraz korupcji, był jednym z bardziej oczekiwanych polskich filmów tego roku. Czy warto było czekać?

Akcja toczy się w roku 1991, skupiając się wokół młodego i aspirującego dżokeja Krzyśka Salomona (Tomasz Ziętek). Chłopak z Sopotu pracuje w stajni pod okiem trenera Jana Peltza (Tomasz Sapryk), doglądając koni i marząc o braniu udziału w wyścigach. Tak jak kiedyś jego ojciec (Ireneusz Czop) wygrał prestiżową Wielką Warszawską w 1969 roku. Problem w tym, że zrobił to wbrew oczekiwaniom bukmacherów i za to złamano mu nogę. Jednym z egzekutorów był niejaki Omar (Marcin Bosak), który obecnie ustawia wyniki. Jednak wskutek okoliczność Krzysiek wsiada na konia i zaskoczeniu wszystkich wygrywa. Tutaj zaczyna się prawdziwa gra, gdzie chłopak zostanie zderzony z brutalną rzeczywistością układów oraz przekrętów.

Tym razem za kamerą stanął Bartłomiej Ignaciuk, który zadebiutował zaskakująco udaną komedią romantyczną „Podatek od miłości”, a także współreżyserował „Wielką wodę”. Więc na pierwszy rzut oka był to zaskakujący wybór do realizacji tego typu produkcji. Niemniej muszę przyznać, że byłem dość pozytywnie zaskoczony. Reżyser przekonująco odtwarza realia początków III RP – kraju będącego na skraju sporych możliwości oraz potencjału. Powoli razem z bohaterem zaczynamy odkrywać kolejnych graczy, którzy próbują zarobić na hazardzie – od drobnych bukmacherów (zwanych bukami) przez dżokei, większych graczy pokroju Omara aż po mafię. Każdy próbuje go wykorzystać i kusić, a my trafiamy do nocnych klubów, prywatnych domów, a nawet i trafiamy na Bazar Rózyckiego. Kostiumy i scenografia pomagają wejść w epokę, zaś w tle gra zarówno świetnie dobrane piosenki z lat 80. oraz instrumentalne dzieło duetu Jan Komar/Bartłomiej Tyciński, bardzo przypominająca mi pierwsze soundtracki Daniela Blooma. Świetnie wypadają także same sceny wyścigów, choć jest tu sporo zbliżeń na twarze dżokejów, ale obok pojawia się plansza pokazująca obecną pozycje zawodników. Dzięki temu udaje się uniknąć dezorientacji oraz zagubienia.

W zasadzie mam tutaj dwa duże problemy. Po pierwsze, jest tu aż tłoczno od postaci i wątków, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony pokazuje jak bardzo jest to bogaty świat, pełen barwnych, wyrazistych postaci. Problem w tym, że przez ten nadmiar wiele postaci sprawia wrażenie zbędnych. Tak jest w przypadku właściciela koni, Marka Lewandowskiego (Tomasz Kot) czy potencjalnej dziewczyny Krzyśka (debiutująca Mary Pawłowska) czy dżokei granych m. in. przez Piotra Trojana czy Adama Bobika. Druga sprawa to przyspieszenie akcji w drugiej połowie, dające dodatkowe kopa i bardziej skupione na sprytnym planie młodego. Problem w tym, że jest to storpedowane przez urwane zakończenie, sugerujące o wiele ciekawszą historię. A tak dostajemy strzał z liścia, co potwierdza moje podejrzenia, że pierwotny skrypt został skompresowany oraz powycinany.

Sytuację ratuje tutaj obsada z masą bardzo rozpoznawalnych twarzy. Tomek Ziętek jest przekonujący w roli aspirującego dżokeja, którego idealizm zostaje zderzony z układami, klikami oraz dużymi pieniędzmi. Jak się zachowa i czy będzie w stanie lawirować między dziwnymi siłami? I to działa. Ale wszystko tutaj robi świetna obsada drugoplanowa: od solidnego Ireneusza Czopa (złamany przez życie ojciec Krzyśka, coraz bardziej cyniczny i pozbawiony złudzeń) przez bardziej poważnego Tomasza Sapryka (trener Pelz) i mocnego Ernesta Nitę (dżokej Zbyszek) aż po bardzo dobrego Marcina Bosaka (Omar) oraz niezawodnego Andrzeja Konopkę (bukmacher Zyga Kaparski). Warto jednak wspomnieć dwie najciekawsze, wręcz kradnące ekran występy. Po pierwsze Agnieszka Żulewska w roli Ireny, która przedstawia się jako dziennikarka, pewna siebie kobieta, lecz tak naprawdę skrywa desperację zaplątanej w długi. Ale największe wrażenie robi Mirosław Kropielnicki wcielający się w pana Ryszarda – bardzo opanowanego i spokojnego gościa, ale bardzo bezwzględnego gangstera. Fakt, że aktor wygląda niczym sam Piotr Fronczewski jeszcze bardziej podbija jego prezencję.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Wielka Warszawska” mocno odstaje od dwóch poprzednich dzieł opartych na scenariuszach Purzyckiego. Niemniej pozostaje bardzo przyzwoitą i satysfakcjonującą rozrywką, przypominającą klimatem choćby serialowy „Rojst”. Technicznie porządny, ze zgrabnymi dialogami i dobrem aktorstwem, ale jednak czegoś mi tu zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dreams

Meksykański reżyser Michel Franco jest jednym z tych, który lubi prowokować do myślenia i wsadzać kij w mrowisko. Tak się czułem w przypadku psychologicznego dramatu „Sundown”, a teraz twórca wraca z „Dreams” – trochę dramat, trochę romans o zabarwieniu erotycznym, trochę kino społeczne, a pod koniec wręcz thriller. Pokręcona mieszanka, ale co z tego wyszło?

Sam początek jest bardzo niepokojący – widzimy samą ciężarówkę stojącą gdzieś na drodze. W nocy słychać z niej odgłosy walenia oraz ludzkie krzyki. Tak, to nielegalni imigranci przekroczyli granicę amerykańsko-meksykańską, zaś wśród wybiega niejaki Fernando (Isaac Fernandez). Po paru dniach trafia do San Francisco, gdzie wchodzi do czyjegoś domu (wcześniej znajdując klucz). A kiedy pojawia się w nocy właścicielka Jennifer (Jessica Chastain), widać, że się znają. I to bardzo dobrze. Problem w tym, że ona jest współzałożycielką fundacji pomagającej Meksykanom (oraz jest strasznie dziana), a on uzdolnionym tancerzem baletowym. I dużo młodszym gołodupcem.

Franco wiele tutaj rzeczy nie mówi wprost, w zasadzie nie zdradzając zbyt wiele. Dialogów jest tu niewiele i rzadko pełnią rolę ekspozycji, nie bawiąc się w tłumaczenie czegokolwiek. Wszystko toczy się wolnym rytmem, z długimi oraz statycznymi kadrami, gdzie na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje. Ale to zależy od tego, co się samemu wyciągnie pomiędzy tymi ujęciami. Samo „Dreams” przypominało mi „Babygirl”, gdzie też była skomplikowana relacja miłosno-erotyczna między starszą kobietą a młodszym mężczyzną. I tam też ciągle było takie lawirowanie między pożądaniem, miłością i… kontrolą, manipulacją, toksycznością. Jakby bariera społeczno-materialna była zbyt wielka, a większe znaczenie mają pozory. Wszystko wydaje się bardziej rozmyte, by w połowie wywrócić wszystko do góry nogami. Robi się bardziej nerwowo, niepokojąco, zaś finał to nagłe uderzenie – brutalne, zimne, bezwzględne.

A to wszystko działa dzięki pierwszoplanowemu duetowi. Jessica Chastain potwierdza klasę i jest świetna w roli Jennifer. Pozornie delikatna, cicha i spokojna, lecz po tym wszystko skrywa się samotność, niepewność, wręcz melancholia. Chodząca sprzeczność – niby być chce być ze swoim facetem, ale najlepiej kiedy nikt ze znajomych albo rodziny ich nie widzi. A jeszcze lepiej gdzieś poza San Francisco. W kontrze do niej jest debiutujący Isaac Fernandez (zawodowy tancerz baletowy) w roli Fernando. Błyszczy nie tylko w scenach baletowych (a tych nie brakuje), ale pokazuje on człowieka podążającego za marzeniami o karierze zawodowej, lepszym życiu i niezależności. Ich wspólne sceny, spojrzenia i gesty napędzają ten film, gdzie wiele rzeczy pulsuje pod powierzchnią luksusowego życia bogaczy.

Dla mnie „Dreams” to kolejny mocny strzał meksykańskiego reżysera w społeczeństwo. Franco może rozkręca się powoli i oszczędnie dawkuje, ale bardzo brutalnie przypomina o tym, że kiedy przetrwanie jest najważniejsze, człowieczeństwo składa się w ofierze. Gorzkie, nawet szokujące kino dla dorosłych.

7/10

Radosław Ostrowski

Czarny Piotruś

Każdy reżyser od czegoś zaczynał i rzadko się zdarza, żeby pierwszy film rzucił na kolana. Ale takim filmem zdecydowanie NIE BYŁ (przynajmniej dla mnie) pełnometrażowy debiut Milośa Formana. I nie chodzi o to, że film powstał w Czechosłowacji czy jest czarno-biały, albo w niczym nie przypomina jego późniejszych filmów.

„Czarny Piotruś” w zasadzie jest takim wycinkiem z kilku dni nastoletniego Piotra (Ladislav Jakim), który jakoś próbuje się odnaleźć w przyszłym życiu dorosłym. Pracuje w sklepie samoobsługowym jako tak jakby ochroniarz, mieszka nadal z rodzicami, umawia się z dziewczyną. Problem w tym, że chłopak nie odnajduje się w niczym i wszystko idzie mu mocno pod górkę. Nawet zagadanie, umówienie się na randkę jest dla niego wyzwaniem, tak jak tańczenie na imprezie.

Wszystko jest zrobione w niemal dokumentalnym stylu, w zasadzie pozbawionym ilustracji muzycznej, do tego bez udziału zawodowych aktorów. Forman niejako przygląda się młodym ludziom, nie potrafiącym odnaleźć się w rzeczywistości. Brakuje im sił do wyrwania się z marazmu, miotają się i nie pasują do komunistycznej normy. Absurdalne sceny w sklepie, gdzie kierownik instruuje młodzieńca jak ma nie rzucać się w oczy; dziwaczny duet podrywaczy, co pracują na budowie i tylko udają pewnych siebie; próbujący go naprowadzić ojciec (fantastyczny Jan Vostrcil). Jest jeszcze przyjaciel, co śpiewa na gitarze i grają go w radiu. Jako jedyny wydaje się ogarniać ten świat.

Ale choć całość trwała nieco ponad półtorej godziny, to „Czarny Piotruś” mi się strasznie dłużył, co mnie zdziwiło. Szczególnie scena w potańcówce wydała mi się rozciągnięta oraz tracącą energię po kilku minutach. Zagrane jest to nieźle przez nieznane twarze, sporo jest momentów ciszy oraz dziwna atmosfera. Mi brakowało jednak tutaj jakiegoś kleju, który by to wszystko połączył ze sobą. Mocniejszego uderzenia emocjonalnego, które by mnie złapało bardziej za serducho. Ostatecznie wychodzi z tego tylko niezły film, który był dopiero rozgrzewką przed kolejnymi dziełami Formana.

6/10

Radosław Ostrowski

Mała Amelia

W dzisiejszych czasach ręcznie rysowana animacja wydaje się czymś w przestarzałym, kiedy to duże wytwórnie korzystają z trójwymiarowej grafiki komputerowej. Nadal jednak ona ma się dobrze, głównie w krajach europejskich i Japonii. A także jest w stanie zdobywać uznanie oraz prestiżowe nagrody, co udowodniły dwie produkcje ostatnio nagrodzone Oscarem: japoński „Chłopiec i czapla” oraz łotewski „Flow”. A kolejnym magicznym filmem w stylu stała się dla mnie „Mała Amelia”.

Ta francusko-japońska animacja oparta jest na autobiograficznej powieści Amelie Nothomb „Metafizyka rur”. I skupia się na pierwszych trzech latach z życia pisarki, kiedy urodziła się oraz mieszkała w Japonii. Razem z ojcem konsulem, mamą oraz dwójką rodzeństwa. Jednak dziewczynka w zasadzie pozostaje biernym obserwatorem, niemal jakby nieobecna. Wszystko zmienia się, gdy w domu pojawia się babcia i dzięki białej czekoladzie. To sprawia, iż dwuletnia dziewczynka ożywia się, a wszystko nabiera dodatkowej mocy z pojawieniem się Nishio-san – opiekunki, pomagającej rodzicom z domem.

Za animację odpowiada studio Maybe Movies, znane choćby z przepięknego „Ernesta i Celestyny”. Tym razem duet reżyserski Mailys Vallade/Liane-Cho Han (oboje doświadczeni animatorzy) niby idzie po znajomy motyw świata pokazywania z perspektywy dziecka. ALE nie w taki szalony sposób, w czym pomaga niepozbawiona humoru narracja z offu. W niej dziewczynka niejako przyjmuje perspektywę… Boga, uwięzionego w małym ciele. Kiedy próbuje mówić, wypadają pojedyncze słowa i doprowadza ją do płaczu. Jednak pojawiają się dwa silne zapalniki: babcia oraz młoda opiekunka. Szczególnie relacja z Nishio, z którą spędza najwięcej czasu i czuje niemal silne przywiązanie do Japonii. Do tego stopnia, że sama Amelia uważa się za Japonkę.

Dla mnie najpiękniejsze momenty były skręcające w kierunku surrealizmu. Rozpędzona dziewczynka idąca w ogrodzie, który zaczyna zakwitać. Amelia zjada białą czekoladę i nagle (ku zaskoczeniu wszystkich) uspokaja się i zaczyna… mówić, karmienie karpi, które zaczynają mieć… twarz jej brata czy krople deszczu wyglądające niczym głowa Amelii. Nie wspominając także o bardziej dramatycznych momentach (zatonięcie Amelii na plaży czy „zjedzenie” przez karpia), potrafiących uderzyć bardziej emocjonalnie niż się spodziewałem. A wszystko przypominało malowane farbami obrazy, którym blisko klasycznego anime (duże oczy, mocne kolory). Takich momentów jest więcej, a ja z każdą minutą byłem kompletnie oczarowany oraz oszołomiony oprawą wizualną. Jak dodamy do tego okraszoną „japońskimi” instrumentami muzyką, przypominającą dzieła Joe Hisaishiego z animacji Studia Ghibli, mamy animowany odpowiednik emocjonalnej bomby atomowej.

Nie wiem, czy mogę bardziej polecić „Małą Amelię”, która przypomina czym była dziecięca ciekawość świata i czyniąc zwykłe czynności oraz wydarzenia czymś magicznym, wyjątkowym, zaczarowanym. Fenomenalnie napisane, z cholernie dobrym polskim dubbingiem i pełne dużej dawki wrażliwości. Po sensie dla dorosłych i dzieci da szansę do rozmów na różne tematy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Frankenstein

Wśród ikonicznych potworów w historii popkultury za pierwszego (obok Draculi i wilkołaka) uważany jest potwór Frankensteina. Pierwszy raz pojawił się na kartach powieści Mary Shelley „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” z 1818 – uważaną za pierwszą powieść science-fiction. Oraz jedną z pierwszych, opowiadających o tym, jak człowiek bawi się w Boga, co kończy się katastrofą. Ten motyw był potem wykorzystywany m. in. choćby w „Parku Jurajskim” Michaela Crichtona czy filmie „Obcy: Przymierze”. Samych adaptacji tej powieści powstało wiele, w których monstrum grali tacy aktorzy jak Boris Karloff czy Robert De Niro. Teraz swoje spojrzenie na tego klasyka przygotował specjalizujący się w filmach o potworach Guillermo del Toro, a całość sfinansował Netflix.

Historia zaczyna się na zamarzniętym Oceanie Arktycznym, gdzie utknął duński okręt z zadaniem dotarcia do bieguna północnego. Dowodzący kapitan Andersen (Lars Mikkelsen) znajduje ciężko rannego mężczyznę, ściągając go na okręt. W ślad za nim rusza tajemnicza istota, bardzo chcąca dorwać ocalonego, wołając „Victor”. Jak się okazuje uratowanym jest baron Victor Frankenstein (Oscar Isaac), który po odzyskaniu przytomności opowiada swoją historię. Oraz tego jak stworzył „żywego” człowieka ze zwłok zmarłych (Jacob Elordi).

„Frankenstein” to dwie historie pokazane z dwóch perspektyw: Frankensteina oraz jego kreacji. Pierwsza pokazuje Victora od dziecka i jego silnej relacji z matką (Mia Goth) aż po jej śmierć podczas porodu. I to wywołuje w nim bunt wobec śmierci, otoczenia naukowców, nawet swojego ojca. Podczas jednej z prezentacji akademickiego do barona zgłasza się przyjaciela brata, niejaki Henrich Harlander (Christoph Waltz). Ten proponuje naukowcowi nieskończone środki, lokację z dala od świata oraz zwłoki. Druga historia opowiadana przez monstrum to próba odnalezienia siebie w kompletnie obcym świecie, odrzuconym przez stwórcę i spotykającego się niemal z wrogością, antagonizmami oraz samotnością.

Niby nic, czego bym się nie spodziewał, ale jak to Del Toro jest bardzo plastycznie oraz wysmakowane na poziomie wizualnym. Trudno nie oderwać oczu od tej imponującej scenografii czy mocnych kolorystycznie kostiumów. I wielka szkoda, że ten film trafił na duży ekran, bo to byłoby ogromne doświadczenie. Ale czy ta historia angażuje? Nie jest ona stricte horrorem, choć początek na zamarzniętym oceanie potrafi budzić lęk. Jednocześnie reżyser mocno pokazuje jak dobrymi chęciami jest piekło brukowane, doprowadzając na skraj szaleństwa samego twórcę oraz jego tworzywo. Zupełnie jakby samo wykonanie celu było najważniejsze, bez odpowiedzi na pytanie: „co dalej?”. Szczególnie, że interakcje żywego trupa z Victorem ogranicza się w zasadzie do jednego słowa: „Victor!”. Jedynym rozumiejącą go osobą jest narzeczona brata barona, Elizabeth (niezawodna Mia Goth) – równie odosobniona i żyjąca we własnym świecie.

Dopiero w drugiej połowie, czyli z perspektywy Monstrum dla mnie film nabrał większej siły. Łatwo się zidentyfikować z osobą, która pierwszy raz – niczym dziecko – odkrywa świat, spotykając się z odrzuceniem, wrogością. Co gorsza, nie jest on w stanie umrzeć, zaś każda rana się regeneruje. Zupełnie jakby był proto-Wolverine’m czy innym superherosem. Ale ta postać zyskuje dzięki rewelacyjnej roli Jacoba Elordiego. Jego bardzo głęboki głos, charakteryzacja oraz sposób poruszania robią piorunujące wrażenie. Zarówno próby mówienia, interakcja z niewidomym czy narastający gniew zapadają bardzo mocno w pamięć. Równie świetny jest Oscar Isaac, nawet jeśli budzi on skojarzenia z podobną rolę w „Ex Machina”. To bardzo egotyczny, coraz bardziej pyszałkowaty, manipulujący i bezwzględnie dążący do celu. Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tego zjawiska, zaczynać czuć pogardę, brak cierpliwości oraz szorstkość. Bardzo mocna i wyrazista kreacja.

Na papierze „Frankenstein” wydaje się być skrojony pod wrażliwość oraz styl Guillermo del Toro. Imponujący audio-wizualnie, z dwiema wyrazistymi głównymi rolami. Aczkolwiek muszę przyznać, że bardziej mi się podobała druga połowa, zaś powolne tempo może wielu zniechęcić. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ścieżki życia

Kino drogi ma coś takiego w sobie, że jest pociągające. Pozwala oczarować swoim krajobrazem, ale poza kontemplacją widoków daje szansę wejść w siebie. Taki też jest przypadek brytyjskiego filmu „Ścieżki życia” – inspirowana prawdziwą historią wędrówka dwojga niemłodych ludzi. Dlaczego postanowili wyruszyć wzdłuż wybrzeża Salt Path?

Sama historia skupia się wokół małżeństwa Wynn. Raynor i Moth (Gillian Anderson i Jason Isaacs) żyją ze sobą na tyle długo, by doczekać się dwójki prawie dorosłych dzieci. Wszystko się jednak zmienia, gdy decyzją sądu zostają pozbawieni domu. Do tego mężczyźnie pogarsza się zdrowie z powodu nie artretyzmu jak podejrzewano, lecz CBD (zwyrodnienie korowo-podstawne) przypominającą Parkinsona. Więc nie jest zbyt dobrze, ale para postanawia wyruszyć podczas wakacji wyruszyć szlakiem South West Coast Path. Mając namiot, ograniczony prowiant i pieniądz, mają do pokonania ponad tysiąc kilometrów.

Za kamera stanęła Marianne Elliott, która zrobiła wcześniej telewizyjne „Gadające głowy” – zbiór monologów Alana Bennetta. I na pierwszy rzut oka jest to historia mniej więcej znajoma. Oboje wyruszają nie tylko szukając celu, ale też znaleźć odpowiedź na pytanie: co dalej? Po drodze mamy drobne przebitki z przeszłości, nakreślające ich sytuację oraz obecną sytuację. Skojarzenia z „Nomadland” nasuwają się same, miejscami całość idzie w stronę surwiwalu (w mikroskali), kiedy mamy zderzenia z siłami natury w postaci deszczu, silnego wiatru oraz… przypływu. Choć jest bardzo poważnie, nie brakuje tutaj drobnych akcentów humorystycznych (niepozbawione ironii wypowiedzi Motha czy pomylenie mężczyzny ze znanym poetą).

I muszę przyznać, że złapała mnie ta historia. Bo tak naprawdę jest to historia o… miłości. Byciu ze sobą bez względu na okoliczności, w zdrowiu i chorobie, szczęściu i biedzie. Kiedy cała ta podróż pozwala wzmocnić tą więź, gdzie oboje niejako odkrywają się na nowo. Nawet jeśli mamy znajome schematy w postaci interakcji z lokalsami (od zirytowanego spacerowicza aż po pracownicę sklepu, przez pewien czas towarzysząca bohaterom po komunę hipisów), to nie ma tutaj emocjonalnego szantażu czy drogi na łatwiznę. Dużo jest tu momentów wyciszenia oraz kontemplacji w towarzystwie pięknych krajobrazów Kornwalii.

A wszystko na barkach trzyma świetnie dopasowany duet pierwszoplanowy. Gillian Anderson oraz Jason Isaacs są bardzo przekonujący, zaś chemia między nimi namacalna. Bez nich ten film by nie zadziałał, bo wszystkie emocje (od determinacji, chodzenia mimo bólu i desperacji po zmęczenie, drobne radości) pokazane są bez fałszywej nuty oraz bez żadnego upiększenia. Choćby dla tego duetu oraz pięknych krajobrazów warto obejrzeć ten bardzo kontemplujący dramat obyczajowy.

7/10

Radosław Ostrowski

Pies 51

Ileż już mieliśmy na ekranie dystopii SF ubranych w konwencję kryminału/thrillera? Wystarczy wspomnieć „Raport mniejszości”, „Ja robot” czy „V jak vendetta”. Teraz pora na francuski spin w tej konwencji, tylko czy da on coś świeżego albo nowego w tym temacie. Więc jaka jest adaptacja powieści Laurenta Gaude’a „Pies 51”?

Akcja toczy się w roku 2045 w Paryżu, który został podzielony na trzy strefy: od najbogatszej do najbiedniejszej. Każda z nich jest podzielona punktami kontrolnymi, wszyscy mają na sobie bransoletki, zaś nad porządkiem czuwa Alma – sztuczna inteligencja, pomagająca policji i wymiarowi sprawiedliwości w walce z przestępczością. Nowy, wspaniały świat. A jednak nie wszystkim podoba się taki porządek – tacy ludzie należą do grupy terrorystycznej Breakwalls pod wodzą Jona Maframa (Louis Garrel). Oni od dawna byli na celowniku, ale kiedy twórca AI George Kessel, naciski są coraz większe. Śledztwo prowadzi policjantka ze Strefy 2 Salia Malberg (Adele Exarchopolous), a kiedy zostaje znalezione ciało jednego z podejrzanych o zabójstwo, przydzielony zostaje Zem Brecht (Gilles Lellouche) ze Strefy 3.

Reżyser Cedric Jimenez trzyma się znajomych prawideł kryminału/thrillera. Mamy zmęczonego, niewyspanego gliniarza-samotnika sparowanego z młodą, ambitną i trzymają się reguł służbistką. Jest jeszcze bardzo twardy minister (Romain Duris), który może pociąga za sznurki, tajemnicze zabójstwa dilerów, społeczne rozwarstwienie (Strefa 3 to w zasadzie getto). Klimatem bardzo mi to przypominało grę „Deus Ex: Mankind Divided” z odrobiną „Cyberpunka 2077”. Do tego sama wizja wypada całkiem przyzwoicie (karaoke, teleturniej Destiny, która ma być furtką dla przebicia się dzieciom ze Strefy 3 czy kościół funkcjonujący poza systemem), dodając odrobinę świeżości. Sama akcja jest zrobiona przyzwoicie, szczególnie ucieczka przed policją podczas parady z okazji Dnia Miłości czy choćby sceny z udziałem dronów. Problem w tym, że sama intryga jest zbyt znajoma i brakuje elementów niespodzianki. Może poza krótkimi momentami poza miastem.

Samo aktorstwo jest bardzo porządne i solidne, czyniąc seans przyjemnym w oglądaniu. Lellouche i Exarchopoulos wypadają dobrze, zaś chemia między nimi jest silna. Garrel w zasadzie ogranicza się do gadania o tym, jak ograniczana jest wolność, z kolei Duris pojawia się zbyt rzadko, by zapaść w pamięć. Tutaj drobne role potrafią zawłaszczyć ekran: dla mnie taką złodziejką była Daphne Patakia (prostytutka Amel) czy Valeria Bruni Tedeschi (lekarka Irina).

Jeśli spodziewacie się czegoś świeżego w konwencji dystopijnego noir SF, to „Pies 51” nie zostanie w głowie na długo. Sprawnie zrobiony technicznie, z paroma dynamicznymi scenami akcji oraz klimatem, jednak sama historia lekko chaotyczna i niepozbawiona zbędnych scen. Choć samo zakończenie i użyte „Wish You Were Here” Pink Floyd – po prostu wow.

6/10

Radosław Ostrowski