Prezent pod choinkę

Są takie świąteczne klasyki, które w USA osiągnęły status kultowych dzieł, ale u nas nie należą do zbyt znanych. Takim dziełem jest nakręcony w 1983 roku film „Prezent pod choinkę” w reżyserii Bob Clarka. Nietypowa produkcja zważywszy na filmografię Kanadyjczyka, kojarzonego głównie z horrorami.

prezent pod choinke1

Akcja osadzona jest gdzieś w latach 40., może 50. w małym miasteczku. Wszystko widzimy z perspektywy Ralphie’ego (Peter Billingsby), który mieszka z rodzicami oraz młodszym bratem. Chłopiec marzy o jednym prezencie na święta – karabinku Red Ridera. Ale czy nie jest on troszkę za młody na taką zabawkę? Nie ma to dla niego znaczenia, bo już zaczyna działać. Jak? Choćby podrzucając rodzicom do ich gazet reklamy broni czy próbując to powiedzieć w subtelny sposób. Wszystko jednak wydaje się działać przeciwko niemu – matka jest przeciwko, nauczycielka prosząca o wypracowanie nt. Prezentu na Święta, a nawet sam św. Mikołaj. I co zrobić w tej sytuacji?

prezent pod choinke2

Sam film w zasadzie jest wspomnieniami naszego bohatera, opowiadanymi z narracją z offu już przez dorosłego. Więc jest bardzo nostalgicznie, bardziej skupiając się na różnych scenkach związanych albo ze szkołą, albo z przygotowaniami do Świąt. Czyli mamy zakup choinki, dekorowanie jej czy nawet wygraną z krzyżówki. Humoru jest zaskakująco dużo: od prostych gagów (zakład o to, czy jeden z chłopaków dotknie językiem zamarzniętego słupa czy naprawy psującego się pieca) aż po różne fantazje bohatera (że oślepnie od mydła w ustach po zachwyt nauczycielki nad wypracowaniem). Sama narracja też nie jest pozbawiona humoru, pokazując sposób myślenia dziecka. Z jednej strony obsesję na punkcie prezentu, ale też obaw, lęków, ekscytacji, rozgoryczenia czy wściekłości. To ostatnie najmocniej pokazuje scena, kiedy Ralphie konfrontuje się z miejscowym łobuzem.

prezent pod choinke3

Reżyser portretuje tą historię z dużą czułością, przypominając i próbując obudzić w każdym z nas dziecko. To wewnętrzne dziecko, czekające na ten dzień z wielką radością oraz ekscytacją zmieszaną z obawami. Nawet jeśli nie wszystko poszło jak trzeba, bo do domu wlazły psy sąsiadów i zjadły dania ze stołu, to nie miało w ostatecznym rachunku takiego znaczenia. Chociaż z dzisiejszej perspektywy taki prezent jest dyskusyjny. Sam film pozostaje pełnym uroku, bez popadania w skrajny sentymentalizm. Aż przypominają się obrazki z własnych świąt czasów młodości i to chyba jest spora zaleta.

7/10

Radosław Ostrowski

Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence

Jesteśmy na wyspie Jawa w roku 1942, gdzie znajduje się obóz jeniecki kierowany przez kapitana Yonoi (Ryuichi Sakamoto). Znajdują się w nim brytyjscy jeńcy poddawani psychicznym torturom. Najbardziej obrywa za jeńców pułkownik John Lawrence (Tom Conti), mimo że nie jest dowódcą jeńców, tylko tłumaczem. Wszystko przebiega względnie spokojnie do chwili, gdy do obozu trafia nowy żołnierz. Major Jack Celliers (David Bowie), choć mocno ranny i schorowany, przykuwa uwagę komendanta.

plk lawrence1

Dziwne to kino, które niby jest wojenne, ale sama wojna toczy się nie na froncie czy placu boju, lecz w głowie. Japoński reżyser Nagisa Oshima skupia się na psychologicznej grze między jeńcami a strażnikami i komendantem. Zderzenie dwóch różnych kultur i mentalności, gdzie honor, lojalność znaczą zupełnie coś innego. Dla Japończyków jest to tradycja oparta na przemocy, dla Brytyjczyków (głównie) nieufność oraz trzymanie się Konwencji Genewskiej. Czyli nie zdradzanie wrogowi żadnych informacji oraz próbom ucieczek. To ostatnie jest utrudnione z powodu znajdowania się na wyspie.

plk lawrence2

Jednak reżyser skupia się najbardziej na czwórce postaci: Celliasie, Lawrencie, Yonoi oraz sierżancie Hara (Takeshi Kitano). Tutaj mamy silny klincz dwóch kultur, gdzie fascynacja, nienawiść, zrozumienie i wrogość mieszają się w niebezpieczną, niejednoznaczną mieszankę. Pierwszy wydaje się być buntownikiem, pozwalającym sobie na więcej i świadomy jaki wpływ ma na komendanta. Sam komendant jest wewnętrznie rozdarty między tradycją i posłuszeństwem a fascynacją Celliersem, nie potrafiąc się odnaleźć w żadnej z tych sytuacji. Kontrastem dla niego jest Hara – wręcz sadystyczny podoficer, który uwielbia gnębić więźniów. Brutal, choć w jednej scenie („wigilii”) potrafi pokazać bardziej ludzką stronę. A w tym tyglu jest jeszcze Lawrence – wydaje się pragmatyczny, próbujący bardziej zrozumieć wroga i być może coś na tym ugrać.

plk lawrence3

Oshima zderza te dwa światy, próbując znaleźć człowieczeństwo w tym pokręconym otoczeniu. Czy jest tutaj w ogóle miejsce na współczucie, zrozumienie? Czy musi tutaj dominować tylko wrogość i nieufność? Kto tak naprawdę jest katem i ofiarą? A gdzieś tu jeszcze wyczuwalne jest wręcz erotyczne napięcie – jakkolwiek dziwnie to brzmi. Wszystko to podkręcone jest bardzo atmosferyczną muzyką Sakamoto oraz oszczędnymi zdjęciami. I jest to fantastycznie zagrane przez kwartet Bowie/Sakamoto/Kitano/Conti. Każdy z nich tworzy bardzo złożone, wyraziste postacie z krwi i kości, szczególnie Bowie.

plk lawrence4

Brytyjsko-japońska koprodukcja Oshimy jest jednym z mniej oczywistych dramatów z wojną w tle. Głęboko humanistyczny, mniej jednoznaczny i pokazujący z innej perspektywy życie w japońskim obozie jenieckim. Takie tytuły zostają w pamięci na dłużej.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dzika noc

Nasz Miki ma ostatnio mocno pod górkę. Kiedyś radosny, pełen energii i pasji w swojej profesji, teraz jest coraz bardziej rozgoryczony, przygnębiony i wolałby się schować w jakiejś knajpie. Świat zasuwa jak szalony, wszyscy chcą kasy, kasy i kasy, zaś duch Bożego Narodzenia coraz bardziej umiera. Wszystko się skomercjalizowało, a Miki (czyli Mikołaj) zaczyna mieć wyjebane na to wszystko. Obiecuje sobie, że to będą ostatnie Święta. Co może pójść nie tak?

Ano podczas wizyty w rezydencji strasznie bogatych ludzi, grupa uzbrojonych po zęby bandziorów. Czego oni chcą? 300 milionów dolców ukrytych w skarbcu. Akcja była planowana już dawno i nic ekipy pana Scrooge’a nie powstrzyma. Mikuś pewnie olałby cała sytuację i uciekł w pizdu, gdyby nie jeden mały problem. Najmłodsza domowniczka, czyli Trudy – jedyna wierząca w Mikołaja, idealistka, szczera dziewczyna, której rodzice nie są w zbyt dobrej relacji. Czy rozgoryczony Mikuś odzyska wiarę w Święta? I przy okazji jeszcze skopie parę tyłków?

dzika noc1

Norweski reżyser Tommy Wirkola robi sklejkę znajomych elementów. Zarys fabularny brzmi jak coś a’la „Szklana pułapka”. Mamy walkie-talkie, uzbrojonych po zęby gości, zakładników oraz krwawą jatkę. Nie brakuje też „Kevina samego w domu” oraz na dodatek „Cud na 34. ulicy”. Mikstura z tego powstała miała być krwawym filmem akcji z czarnym niczym smoła poczuciem humoru. Muszę jednak przyznać, że „Dzika noc” nie do końca była tym, na co liczyłem.

dzika noc2

Początek jest świetny, kiedy poznajemy pijącego Mikołaja w barze, a następnie trafiamy do naszej popękanej rodzinki. Poznajemy postacie dość szybko: siostrę Jasona z mężem, gwiazdą kina akcji klasy C i synem youtuberem oraz jego matkę – strasznie dzianą wiedźmę, sarkastyczną i wredną (zaskakująca Beverly D’Angelo, czyli pani Griswold). Potem dostajemy szybki montaż z akcji Mikołaja, a potem wskakuje nasz Scrooge (John Leguizamo) i jego już znajdująca się w środku ekipa. Są twardzi, uzbrojeni po zęby oraz gotowi na wszystko. W drugim akcie akcja wydaje się zwalniać, a nasz Mikuś raczej chce się wydostać. Jednak niczym John McClane zostaje zmuszony do działania, zaś zdobyte walkie-talkie pozwala mu na kontakt z wierzącą w niego Trudy. Traci na tym tempo, za to lepiej poznajemy naszego kumpla w czerwonym wdzianku.

dzika noc3

Wszystko wynagradza chwila, gdy nasz (nie)święty wręcza niegrzecznym złolom potężny kawałek węgla, to nie ma zmiłuj. Ani dla naszych antagonistów, ani dla widzów. Krew leją się w ilościach hurtowych, a zgony brutalnością idą w kierunku slashera. Tego się nie da odzobaczyć, ale adrenalina zaczyna pulsować i przyspieszać. Sceny akcji zrobione są w stylu „Johna Wicka”, czyli z długimi ujęciami, bez szybkich cięć oraz bez kompromisów, za to z szaleństwem w kreatywności. I ogląda się to z wielką frajdą, zwłaszcza gdy mord dokonuje się ze świąteczną piosenką w tle.

dzika noc4

Swoje też robią aktorzy, ale tak naprawdę „Dzika noc” to one man show Davida Harboura, czyli Mikołaja. Rozgoryczony, wypalony i rozczarowany otaczającym światem potrafi wzbudzić współczucie. Powoli jednak odzyskuje pewność siebie dzięki jedynej wierzącej i z szaleństwem w oczach karze kolejnych bandytów. Wspierają go przeurocza Leah Brady (jedyna wierząca Trudy) oraz świetnie bawiący się John Leguizamo (pan Scrooge), którzy najbardziej się wybijają z drugiego planu.

Jeśli czekacie na film z Mikołajem, który jest prawdziwym złodupcem i polaną krwią satyrę na komercjalizację Bożego Narodzenia, „Dzika noc” to propozycja idealna. To jest Mikołaj dopasowany do dzisiejszych porąbanych czasów oraz najlepsza część „Szklanej pułapki” od czasu części trzeciej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia wieczerza

Bartosz M. Kowalski jest chyba szalonym reżyserem. I jako jedyny twórca konsekwentnie podejmuje się realizacji kina grozy. Po slasherowej dylogii „W lesie dziś nie zaśnie nikt” (wierzę, że część trzecia powstanie) postanowił zmienić kompletnie klimat. Zamiast zombie, lasu i małe miasteczka jest klasztor z dala od cywilizacji. Wszystko zaczyna się w chwili, gdy przybywa młody ksiądz-egzorcysta Marek (Piotr Żurawski). W tym miejscu odprawiane są egzorcyzmy, jednak coś z tym miejscem jest nie tak: jedzenie jest dziwne, mnisi nie mogą wieczorem opuszczać swoich cel, a sam budynek wydaje się zamknięty. A nowy przybyły kapłan jest tak naprawdę milicjantem prowadzącym śledztwo w sprawie zaginionych kobiet.

ostatnia wieczerza1

Fabuła jest bardzo prosta, banalna i w zasadzie szczątkowa, z czego twórcy chyba zdają sobie sprawę. Już pierwsza scena (prolog z ‘57 roku) bardzo przypomina finał z „Omenu”, ale im dalej w las robi się bardzo mrocznie. Sam klasztor oświetlony jest tylko świecami, nie ma żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, więc trzeba być bardzo ostrożnym. Mamy wrzucone znajome schematy oraz elementy z tego typu horrorem: opętanie, poczucie izolacji, zwidy, wyrywane zęby i wylatujące z nich muchy, makabryczne ciała. Więc nie należy spodziewać się cudów czy niespodzianek. Logika i sens jest tu kwestionowane: niby w klasztorze nie ma prądu, a odtwarzacz video jest przecież na prąd. I chodzi. Jeszcze pojawia się tajemnicza przepowiednia o sprowadzeniu Szatana na świat, dziury ze schowanym okiem, wymioty oraz poczucie ciągłej obserwacji. Co się tak naprawdę dzieje w klasztorze? Czy to zakonnicy stoją za zaginięciami? Jaki będzie finał?

ostatnia wieczerza2

Psychologii postaci brak, głębi też nie należy się spodziewać, akcja rozwija się dość powoli i nie skupia się na poznaniu całego tego świata. Wszystko podporządkowane jest budowaniu atmosfery oraz klimatu, co udaje się bezbłędnie. Fakt, że Kowalski nie boi się pokazywać co obrzydliwszych rzeczy na pewno w tym pomaga. Tak samo jak bardzo wyraźny dźwięk (nawet dialogi są wyraźne, choć przydałoby się tłumaczenie łacińskich zdań) oraz chóralna muzyka. Zaś finał tak ryje łeb ze swoimi bardzo solidnymi efektami specjalnymi. Co mnie zaskoczyło, to spora ilość humoru oraz – świadomego – kampu i nie wywoływało zgrzytu.

ostatnia wieczerza3

Wszystko na swoich barkach trzyma mocne i zaskakujące trio Piotr Żurawski/Olaf Lubaszenko/Sebastian Stankiewicz. Pierwszy jako glina pod przykrywką jest takim naszym awatarem, który próbuje ogarnąć tą porąbaną sytuację. Bardzo wycofany, nieufny, ale czy jest w stanie rozgryźć sprawę/ Czy może jego misja jest skazana na porażkę? Lubaszenko jako przeor klasztoru dawno nie stworzył tak mocnej roli, dodając odrobinę dystansu, nie pozbawiając swojej postaci mroku. Ale Stankiewicz wydaje się najbardziej tajemniczy, wydaje się być prawą ręką przeora, małomównym, skrytym mnichem. Nawet on ma ukryte zamiary, których się nie domyśliłem.

ostatnia wieczerza4

Czy „Ostatnia wieczerza” to najlepszy polski horror ostatnich lat? Dla mnie nadal wygrywa „Wilkołak”, jednak Kowalski pokazuje tu jak pewniej się czuje w tym gatunku. Czyste rozrywkowe kino, stawiające bardziej na atmosferę niż intrygę, ale oderwać oczu się po prostu nie da. Dawno nie było takiej jazdy po bandzie.

7/10

Radosław Ostrowski

Ucieczka na Srebrny Glob

„Na srebrnym globie” – legendarny film Andrzeja Żuławskiego i (prawdopodobnie) jedyna polska produkcja, która jest niedokończona. Oraz nigdy skończona nie będzie. Dlaczego tak się stało? Czy to była decyzja polityczna? Czy były inne czynniki? Sprawę postanowił prześwietlić Kuba Mikurda w swoim filmie dokumentalnym, który jest obecny na Netflixie.

Na pierwszy rzut oka film wygląda jak klasyczny dokument: gadające głowy plus archiwalia. Ale wszystko jest bardzo dokładnie przygotowana, zaś ilość materiałów imponuje: od fotosów przez wywiady, materiały z planu, fotosy, szkice oraz wywiady. Także z francuskiej telewizji czy fragmenty nagranych rozmów. Plus zaproszeni goście w tym m. in. Andrzej Korzyński, Andrzej Seweryn, Andrzej Jaroszewicz (coś dużo tych Andrzejów), Xavery Żuławski (syn reżysera) oraz Mateusz Żuławski (brat). Wszystko by wyjaśnić jakim cudem zdecydowano się zrealizować ten pokręcony i niekonwencjonalny film SF. W czasach propagandy sukcesu, kiedy powstawały tak drogie produkcje jak „Potop”, „Ziemia obiecana” oraz „Noce i dnie”, zaś o polskim filmie znów zaczęto mówić pozytywnie poza granicami kraju. Sam proces realizacji nie pozbawiony jest anegdot czy mrożących krew w żyłach opowieści, co czyni film bardzo fascynującym.

To wszystko jest tylko jedna warstwa, bo Mikurda – niejako przy okazji – tworzy portret samego Żuławskiego. Człowieka osobnego, nie uważanego za swojego, zbyt wyróżniającego się z tłumu (absolwent francuskiego IDHEC i to w wieku 19 lat!!!) – kolorowy ptak w szarej rzeczywistości. Inaczej ubierający się oraz tworzący kino zupełnie inne niż wszystko do tej pory, co pokazał debiut „Trzecia część nocy”. Jednocześnie mocno silny był wpływ jego mentora, Andrzeja Wajdy, z którym reżyser „Opętania” zawsze chciał pracować po obejrzeniu „Kanału”. Ale jest on jednocześnie demiurgiem, kreatorem, traktującym swoich współpracowników – zwłaszcza aktorów – inaczej niż dzisiaj większość twórców. Bardziej przypomina guru, porywającego innych swoją wizją, doprowadzając do nieopisanego transu oraz fizyczno-psychicznego zmęczenia. Dzisiaj takiego twórcę nazwalibyśmy tyranem, dyktatorem narzucającym swoją wizję, na bieżąco zmieniający tekst (Seweryn zauważa, że wiele dialogów pochodzi z pamiętnika reżysera, zaś ostatnie słowa swojej postaci brzmiały inaczej), wymuszający kreatywność swoich współpracowników.

„Ucieczka na Srebrny Glob” pokazuje historię grupy ludzi, którzy poszli za charyzmatycznym liderem, tworząc własny świat. O wiele barwniejszy niż ówczesna rzeczywistość, pokazywana przez propagandowe media jako czas prosperity i sukcesu. Magnetyzująca produkcja, świetnie zmontowana, okraszona muzyką Korzyńskiego oraz pełna bogatych archiwaliów. Dla kinomanów pozycja obowiązkowa.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Do ostatniej kości

Kino inicjacyjne i Luca Guadagnino – takie połączenie samo w sobie jest elektryzujące, co pokazały „Tamte dni, tamte noce”. Włoski reżyser wraca do tej konwencji, ale przyprawia ją w mroczniejsze tony. „Do ostatniej kości” jest pierwszą produkcją kręconą w USA, jednak nadal czuć rękę twórcy.

do ostatniej kosci1

Bohaterką jest Maren (Taylor Russell) – młoda dziewczyna mieszkająca z ojcem gdzieś w małym miasteczku. Jesteśmy w latach 80., jednak to mało istotny detal. O matce nic nie wie i nie ma kontaktu. Pewnego wieczora wymyka się z domu, by nocować u koleżanki. W trakcie dochodzi do poważnego incydentu, co zmusza Maren i jej ojca do ucieczki. Dlaczego? Dziewczyna okazuje się być kanibalem. Być może to powoduje, że pewnego dnia w nowym domu Maren odkrywa, że… została sama. Ojciec wyparował, zostawiając po sobie taśmę, pieniądze oraz… akt urodzenia. W końcu decyduje się odnaleźć swoją matkę, by poznać ją wreszcie. Po drodze trafi na innych swojego rodzaju zwanych tu Zjadaczami – zarówno tych bardziej niepokojących jak Sully (Mark Rylance) oraz troszkę starszego od niej Lee (Timothee Chalamet).

do ostatniej kosci2

Kanibalizm, dojrzewanie oraz miłość – coś tu nie pasuje, prawda? Jeśli spodziewacie się makabreski nie dostaniecie jej zbyt wiele. Jasne, jest krwawo oraz scen zjadania ludzkich ciał nie brakuje, jednak więcej jest tu opisywanych sytuacji albo unika się pokazywania tego wprost. Ale dla wielu nawet sama sugestia może być bardzo szokująca i wywołująca dyskomfort. Ale reżyser pokazuje naszą parkę jako zagubionych, samotnych, naznaczonych niewygodną przeszłością. Ona pierwszy raz jest zdana na siebie i powoli odkrywa kim jest. Przypomina sobie pewne fakty, nawiedzają ją koszmary oraz zaczyna wyostrzać swój węch. Ale czy miłość będzie w stanie przezwyciężyć wpisane w ich naturę ludożerstwo? Jak pozostać sobą? A poznani Zjadacze są różni – od niepokojącego Sully’ego (niezapomniany Mark Rylance jako bardzo stary i bardzo samotny osobnik) po pokręcony duet kanibala i „zwykłego” człowieka (mroczny Michael Stuhlberg wspierany przez Davida Gordona Greena).

do ostatniej kosci4

Ale to wszystko może wydawać się mocnym impulsem, że swojej natury nie da się oszukać. Można się łudzić, że jeszcze ma się to pod kontrolą, ale to jest jak narkotyk – raz zaczniesz i już nie zerwiesz. Guadagnino skupia się na naszej młodej parce, gdzie on początkowo staje się jej przewodnikiem po tym świecie. Ona zaczyna się otwierać, poznawać i iskrzy między nimi. Reżyser pewnie, z dużym wyczuciem buduje atmosferę, bardzo płynnie zmieniając go niczym w kalejdoskopie: od lirycznych momentów płynnie przechodzi w horror (scena odwiedzin matki – bardzo mocna). Wszystko przepięknie sfotografowane z szerokimi krajobrazami (z szybkimi cięciami połączonymi ze zbliżeniami, pokazującymi sposób działania „węchu”) i choć bywa czasem przestylizowany, nigdy nie staje się tapetą. Poczucie lęku jeszcze podkreśla mieszająca elektronikę z akustyczną gitarą muzyka duetu Reznor/Ross.

do ostatniej kosci3

To wszystko działa dzięki duetowi Russell/Chalamet. Oboje razem są magnetyzujący – ona niepewna, pierwszy raz poznająca świat, on bardzo pewny siebie, ale skrywający pewną tajemnicę. Czuć tą chemię między nimi, powolne odkrywanie się, ale też ich lęki, obawy, niepokoje. Byłem w stanie się z nimi identyfikować, wierzyłem im do ostatniej sceny. Całość kradnie rzadko się pojawiający Mark Rylance – jego Sully wzbudza lęk i wywołuje dyskomfort, choć jego słowa nie są takie. Ale pod tą maską skrywa się osoba szukająca towarzystwa, zrozumienia, jednak bywa w tym dość nieprzyjemny. Jakby od zbyt długiej samotności „zdziczał”. Równie mroczny jest Michael Stuhlbarg opowiadający o punkcie, po którym już jest się kanibalem na zawsze czy w drobnym epizodzie Chloe Sevigny.

„Do ostatniej kości” to – jak na razie – najlepszy film Guadagnino jaki widziałem. Bardzo nastrojowy, tajemniczy, czuły i szokujący. Mieszający nastrój niczym u wytrawnego iluzjonisty, który prostą sztuczkę czyni niezwykłym wydarzeniem. Niezapomniane dzieło i jedna z największych niespodzianek tego roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Plan lekcji

Kolejny polski film Netflixa – czyli entuzjazmu u mnie tyle, co kot napłakał. Poszedł on jeszcze niżej jak zobaczyłem reżysera tego dzieła. Daniel Markowicz, czyli producent beznadziejnego „Diablo. Gra wszystko” oraz reżyser nieudanego „Bartkowiaka” pachniał stęchlizną, amatorką i niechlujstwem. „Plan lekcji” ostatecznie nie był tak zły jak się spodziewałem, ale do miana dobrego brakuje sporo.

plan lekcji1

Bohaterem jest Damian Nowicki (Piotr Witkowski) – gliniarz działający pod przykrywką. Kiedy go poznajemy infiltruje gang narkotykowy i zostaje spalony, wskutek czego ginie jego żona. Nawet likwidacja gangu nie jest satysfakcjonująca, co doprowadza do opuszczenia służby mundurowej. Zamiast tego popija łyskacza, cierpi i jest strasznie smutny. Nawet dzwoniący do niego kumpel Szymon (Marcin Bosak) nie jest w stanie go wyrwać z marazmu. Kumpel uczy w liceum, gdzie handluje się dragami i prosi o pomoc. Damian odmawia, a jego kumpel decyduje się na własną rękę, co przypłaca własnym życiem. To staje się naszego herosa impulsem, by wrócić do gry. Jak? Zostając nauczycielem w zastępstwie za Szymona i oczyścić jego imię.

plan lekcji2

Brzmi znajomo? Zupełnie jakby reżyser odkrył pudełko z filmami VHS z lat 80. i 90. oraz postanowił przenieść to na nasze realia. Zaskoczeń nie ma, fabuła idzie jak po sznurku, od razu wiadomo kto jest głównym mózgiem całej operacji. Pojawiają się komplikacje, bo nie może być zbyt łatwo, dialogi są albo schematyczne, albo pełne sucharków (nawet zabawnych), postacie papierowe, zaś aktorstwo w zasadzie jest… troszkę drewniane. Zdjęcia parę razy stosują żabie oko – co nie dziwi, skoro zatrudniono Wojciecha Węgrzyna, zaś miejscami jest aż za jasno.

plan lekcji3

Ale prawda jest taka, że takie klasyczne mordobicie nie ogląda się dla fabuły czy aktorstwa. Tylko dla naparzania się oraz walenia po ryjach. I to muszę przyznać, że jest to zrobione nieźle. Reżyser parę razy korzysta z długich ujęć, choć parę razy za szybko przycina. Niemniej jest parę choreograficznych perełek jak mordownia trzech na jednego w sklepie czy konfrontacja w „dojo”. A to wszystko sprzedaje Piotr Witkowski, który tu błyszczy i jest wiarygodny we wszystkim, co robi: od bycia „kołczem” i mentorem przez miano króla sucharów po kopniaki. Jako jedyny nie przesadza z powagą, co jest sporą zaletą. Reszta aktorów albo robi za tło (głównie Antonina Juszczakiewicz jako polonistka czy drobne epizody Romy Gąsiorowskiej i Piotra Cyrwusa), albo bywa przerysowana (Rafał Zawierucha jako chemik-jąkała i Jan Wieczorkowski w roli dyrektora).

plan lekcji4

Spodziewałem się kompletnej padaki, a dostałem film… oglądalny. Może zbyt schematyczny i durny, lecz zaskakująco sympatyczny. Guilty pleasure w stanie czystym, choć nie zabrakło potknięć.

5/10

Radosław Ostrowski

Księga Boby Fetta

Kolejny serial osadzony w uniwersum Gwiezdnych wojen. Zanim jednak sięgnę po „Andora”, zrobię sobie parę kroków do tyłu i sięgnę po inne produkcje z tego świata na małym ekranie. Jak pamiętamy z „Powrotu Jedi” Boba Fett – łowca nagród podczas walki na Morzu Wydm spadł w szponu bestii zwanej Sarlakiem, a ten go przeżuwał i trafił dłuuuuuuuuuuuuuuugie lata. Pojawił się w drugim sezonie „Mandalorianina” trochę starszy, ale nadal potrafił łoić tyłki i być prawdziwym złodupcem. Pod koniec tego dzieła przejął tron po Jabie the Hutt, teraz mieli sprawdzić co dalej się działo.

boba fett1

Akcja „Księgi Boby Fetta” toczy się zarówno po wydarzeniach z „Mandalorianina”, ale też przed oraz równolegle z poprzednią produkcją Jona Favreau. Fett razem z towarzyszącą mu Fennec Shand próbuje rządzić półświatkiem na planecie Tattoine. Nie chce jednak robić tego twardą ręką czy terrorem, lecz chcąc zaskarbić sobie szacunek. Reszta ważnych graczy ma na temat inne zdanie, co potwierdza próba zamachu przez wynajętych zabójców. Kto i dlaczego? Pojawia się jeszcze nowy gracz, zajmujący się handlem przyprawą. Ciekawe, czy w tym świecie też się ta substancja nazywa melanż. 😉 Sytuacja staje się na tyle poważna, że prosi o pomoc… Mandalorianina.

boba fett2

Historia, choć trwa tylko 7 odcinków, jest dość poszatkowana. Sporo miejsca (gdzieś do 4 odcinka) zajmują retrospekcje, pokazujące wyrwanie się z gardła Sarlaca, przebywanie na pustyni z klanem Tuscenów, wreszcie uratowanie Shand oraz odzyskanie statku. Dzieje się dużo, choć początkowo to wszystko wydaje się bardzo chaotyczne. Jakby twórcy (scenarzysta i showrunner Jon Favreau oraz ekipa reżyserów pod wodzą Dave’a Filoni oraz Roberta Rodrigueza) bała się czegoś pominąć. To sprawia, że tempo jest bardzo nierówne. Powoli budowany świat dookoła, który poznajemy szybko i skrótowo, miasto w zasadzie to jedna ulica z kasynem oraz siedzibą burmistrza (pałac Boby/Jabby jest poza nim), co wygląda dość tanio. Jasne, po drodze poznajemy inne miejsca (głównie w retrospekcjach Boby), zaś sceny potrafią złapać za gardło swoim tempem oraz inscenizacją (napad na pociąg z Tuscenami czy finałowe starcie w mieście).

boba fett3

W ogóle sceny z przeszłości, gdzie osłabiony Fett trafia do plemienia Tuscenów najpierw jako niewolnik, by następnie stać się członkiem klanu interesowały mnie najbardziej. Powolne odzyskiwanie sprawności fizycznej, walka z potworami czy brawurowy atak na pociąg wciągały świetnie. Sceny bardziej dziejące się teraz wydają się szybko zawiązywane (choć główny prowodyr zamieszania nie jest do finału ujawniany). Do tego postacie poboczne w zasadzie robią za tło (burmistrz, szefowa kasyna, młodociany gang), a w dwóch przedostatnich odcinkach Fett w ogóle się nie pojawia. Dlaczego? Bo w piątym i szóstym odcinku „Księga Boba Fetta” zmienia się w… „Mandalorianina”. Dowiadujemy się, co stało z Din Djarinem, Grogu (nawet widzimy jak szkrab trenuje pod okiem Luke’a Skywalkera). Samo w sobie nie jest to niczym, ale to przecież nie o tym miał być ten serial. Wszystko kończy się strzelaniną w dość chaotycznym stylu, dając trochę zbyt wiele fan service’u, który wydawał mi się zbędny. Po co? Na co to komu? Nie można było z tym poczekać do 3. serii przygód Mando?

boba fett4

„Księgi Boba Fetta” wywołują bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony chce rozwijać znajome uniwersum, ale z drugiej za mocno patrzy za siebie. I to mocno podcina mu skrzydla w rozwinięciu swojego potencjału. Niby bawiłem się dobrze, ale poczucie niedosytu pozostało.

7/10

Radosław Ostrowski

Carter

Koreański film akcji od Netflixa? Nie takie rzeczy już widział świat, więc czemu by się na to nie skusić? Szczególnie, że za kamerą stanął reżyser Jung Byung-Gil, o którym nic nie wiedziałem. Poszedłem kompletnie w ciemno i… znowu dostałem z liścia. Bo „Carter” od początku się tu nie patyczkuje.

Wszystko skupia się wokół zaginionego naukowca oraz jego córki. Mężczyzna prowadził badania nad szczepionką, mającą uwolnić przed szalejącym wirusem. Osoby nim zarażone zmieniają się w żądne krwi, wściekłe bestie. Niektóre są nawet zdolne korzystać z broni palnej. Ale wszystko widzimy z perspektywy tajemniczego mężczyzny, znajdującego się w hotelowym pokoju. Nic nie pamięta, w pokoju jest masa krwi, a potem pojawiają się agenci CIA. Wszystko zamienia się w jedną krwawą łaźnię, z której Carterowi (jak się okazuje, tak ma na imię bohater) uciec. Nie na długo, a nasz bohater nie jest pewny komu może zaufać.

Historia początkowo wydaje się bardzo prosta i nie brzmi skomplikowanie. To wszystko jednak tylko pozory, bo wszystko napędzane jest akcją. Kamera niemal cały czas jest przyklejona do bohatera, niejako tańcząc dookoła. Bardzo rzadko pojawiają się momenty statyczne, nawet jak dostajemy ilościami ekspozycji. Bo dzieje się tutaj dużo: walka z pandemią, wspólne działanie obu Korei, na Północy planowany jest przewrót wojskowy, krążą jeszcze agenci CIA. Przeszłość bohatera wydaje się mglista i pojawia się kilka opcji (podwójny agent koreański, kret CIA), przez co na początku ciężko rozgryźć tą układankę. Ale muszę przyznać, że ta historia wciąga i angażuje.

Wszystko podbite to akcją pędzącą na złamanie karku, gdzie kamera idzie w niemal wszystkie możliwe kierunki, bez montażowych cięć. Nie ważne, czy nasz agent w pojedynkę walczy z członkami mafii w łaźni, nagi, mając tylko noże; ściga grupę ludzi na motorach i samochodach, kasuje gości na lince czy podczas finałowej konfrontacji walczy z głównym złolem w helikopterze… zaś na dole jedzie pociąg. To jest tak wykręcone, szalone i efekciarskie, ze śladową ilością slow motion. Oczopląs gwarantowany, przez co ciężko jest złapać oddech. Nawet zakończenie jest mocnym cliffhangerem, którego raczej powinno się spodziewać.

Jeśli kochacie kino akcji, na pewno już ten film widzieliście. Reszcie bardzo polecam, bo to prawdopodobnie najbardziej intensywny akcyjniak z szalonymi rzeczami na ekranie. Panowie z Hollywood nie mieliby cohones, by nawet spróbować czegoś takiego. Dawno nie widziałem takiej jazdy bez trzymanki, a przynajmniej od czasu ostatniej „Mission: Impossible”.

8/10

Radosław Ostrowski

1970

Grudzień 1970 roku to jedna z najczarniejszych dat w powojennej historii Polski. Strajk robotników przeciwko podwyżkom cen na Wybrzeżu (i to przed Bożym Narodzeniem) zmieniły się w zamieszki. W ich trakcie spalono budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku, zmieniając protest w poważną demonstrację. Władza postanowiła ją stłumić w najbrutalniejszy sposób. Filmowcy już wielokrotnie opowiadali o tych wydarzeniach, więc co nowego można pokazać w tym temacie?

1970-1

Reżyser dokumentu „1970” Tomasz Wolski chyba znalazł patent. Postanowił pokazać wydarzenia z perspektywy ówczesnych aparatczyków na Wybrzeżu. Wszystko za pomocą odnalezionych archiwalnych nagrań z rozmowami tych ludzi podczas feralnych wydarzeń. Pokazane zostają w formie animacji poklatkowej, używając makiety i lalek. Wszelkie wydarzenia „poza budynkiem” to archiwalia m.in. z Instytutu Pamięci Narodowej czy Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Pozbawione komentarza oraz jakiejkolwiek narracji z offu próbuje pokazać dlaczego doszło do tej sytuacji. Dlaczego władza zamiast podjąć jakiekolwiek rozmowy, próbować nawiązać jakikolwiek dialog, decyduje się rozgonienie oraz brutalną konfrontację. Wszystko to z brutalną obojętnością, wręcz niedowierzaniem.

1970-2

Całość jest krótka (nieco ponad godzinę) i nie ma miejsca na znużenie. Film wciąga i mimo znajomości zakończenia potrafi strzelić między oczy. Bo mechanizmy władzy są przedstawione w sposób pozbawiony złudzeń. Ważniejsze było wykonanie rozkazu z centrali (rozgonienia tłumu, a jeśli to nic nie da strzał ostrzegawczy i potem walić w nogi) oraz wykorzystanie sytuacji propagandowo. Stąd masowe aresztowania po wszystkim, próba blokowania informacji – nawet pada pomysł kradzieży teczki lub aparatu fotograficznego od… duńskiego dyplomaty, który opuszcza Wybrzeże. Po co? By nie wyciekły żadne niewygodne informacje. To jedna z pokazanych sytuacji, że decyzja władzy (robotniczej) nie podlega dyskusjom czy negocjacjom.

1970-3

„1970” byłby pewnie przeze mnie wyżej oceniony, gdyby nie jeden poważny problem – dźwięk. Nie chodzi o dźwięki z filmów archiwalnych, lecz z rozmów telefonicznych. Wiele razy nie byłem w stanie zrozumieć padających słów i nawet wielokrotnie cofanie oraz podkręcenie głośności w odtwarzaczu nie rozwiązywało tego problemu. Przydałyby się tutaj napisy. Ale nawet ta poważna wada nie pozwala zignorować tego oryginalnego podejścia do już znajomego tematu. Bardzo kreatywnego podejścia.

7/10

Radosław Ostrowski