Pod wulkanem

1 listopada 1938 roku. Wojna domowa w Hiszpanii powoli zaczyna wygasać, czuć powoli zbliżającą się wojnę. Ale w Meksyku obchodzone jest Święto Zmarłych – jest festyn, korrida, zabawa. To tutaj przybywa Geoffrey Fermin. Kiedyś był brytyjskim konsulem, ale opuścił tą pracę. Tak samo jak jego zostawiła żona, a od tej pory towarzyszy mu jedyna towarzyszka: butelka. No i jego brat Hugh, ale nic nie jest w stanie go uratować. Teraz przyjeżdża jego była już żona.

pod wulkanem1

John Huston w latach 70. przeprowadził się do Meksyku, zafascynowany kulturą tego kraju. Być może to zachęciło go do zekranizowania powieści Malcolma Lowry’ego. Opowieść o alkoholiku w ostatni dzień jego żywota. Choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, fatalistyczny klimat jest tutaj mocno odczuwalny. Już w czołówce widzimy czaszki, kościotrupy (jako marionetki) czy nawet diabły, ale to dopiero rozgrzewka. Dalej będzie picie, dużo picia. Gdzieś się pojawi się jeszcze trup, dziwki, bandyci. Cały czas coś wisi w powietrzu, choć sami jesteśmy rzuceni w sam koniec tej podróży. Nie wiemy, co się tak naprawdę stało ani kiedy zaczął się ten taniec z alkoholem. Fabuły jako takiej tu nie ma, jest tylko ciąg scenek, pokazujących ostateczny upadek konsula. Huston uwodzi nas za nos, ale kilka scen oraz monologów konsula zostaje w pamięci na długo. Może nie jest to aż tak depresyjny film jak „Zostawić Las Vegas”, ale uderza w podobne tony.

pod wulkanem2

Wizualnie „Pod wulkanem” jest wręcz ciepły, pełen słońca, wręcz upalny. To tylko podkreśla duszną atmosferę, która może zakończyć się tylko w jeden sposób. Nawet dźwięki sjesty nie przynoszą ukojenia. Odwiedzamy kolejne bary, knajpy, speluny, gdzie znajdują się barmani oraz inni ludzie, którzy zaczęli swój taniec. I próbujemy znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego konsul zaczął pić? Dlaczego odrzuca miłość swojej kobiety? I dlaczego idzie na samo dno? „Piekło… to moje naturalne siedlisko” – mówi sam zainteresowany, ale to może nie wystarczyć. Ciężko wejść jest w umysł tego bohatera, co dla wielu może być ciężką barierą.

pod wulkanem4

Sytuację częściowo wynagradza jedna kreacja, która trzyma ten film za pysk. Jest to Albert Finney w roli głównej – wypalony, próbujący nieudolnie ukrywać swoje picie. Mocne wrażenie robi scena, gdy bohater gra w klasy, monolog o Piekle, podchmielone słowa o śmierci podczas imprezy czy finałowa konfrontacja. Każde spojrzenie, wypowiadane słowo i gest ma tutaj prawdziwą siłę rażenia. Nic nie pozwala zapomnieć o tej postaci. Nawet partnerująca mu śliczna Jacqueline Bisset (żona Yvonne) oraz Anthony Andrews (Hugh) stanowią tylko tło dla Finneya.

pod wulkanem3

To najbardziej – obok „W zwierciadle złotego oka” oraz „Mądrości krwi” – wymagający film w dorobku Hustona. Bardzo chłodny, wręcz męczący i nieprzyjemny niczym najostrzejszy alkohol, ale jednocześnie intrygujący. Trudna mieszanka, która na pewno wielu kinomanów podzieli.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Annie

Lata 30. w USA to czas wielkiego kryzysu. Zwłaszcza, jeśli jest się dzieckiem w sierocińcu. Tam przebywa rudowłosa Annie, którą zostawili rodzice. Właścicielka domu jest nałogową alkoholiczką, która próbuje za wszelką cenę znaleźć profit z zawodu. Ale dla naszej dziewczynki pojawia się nadzieja. Otóż do swojego domu na tydzień chce zabrać najbogatszy człowiek w mieście – Olivier Warbrucks. Nie robi to jednak z potrzeby serca, ale by poprawić swój wizerunek w mediach. Ale to serducho się zmieni, prawda?

annie1

John Huston i musical? Początkowo ta zbitka wydaje się dość abstrakcyjnym pomysłem, zwłaszcza z dziećmi w rolach głównych. Jednak oparta na popularnym komiksie w USA „Annie” wydaje się wzięta z innej bajki. Bo to taka kolejna wariacja opowieści o Kopciuszku oraz szukaniu szczęścia. Że karta się odwraca, jeśli będzie się wystarczająco upartym, uroczym oraz szczerym. Zło tutaj ma charakter groteskowy (pani Hannigan) albo komediowy (cwaniaczek Rooster), a dobro musi wygrać. Jak na klasyczną bajkę przystało akcja toczy się w dość przewidywalnym kierunku. Ale jednak reżyser wkłada tutaj wiele serducha, by ten seans był przyjemny. Piosenki mocno wpadają w ucho („Tomorrow” znane choćby z drugiego „Deadpoola” czy „It’s the Hard Knock Life”), prosta choreografia ma jednak w sobie sporo energii (scena sprzątania sierocińca). Mimo, że jest to troszkę naiwne i prościutkie jak konstrukcja cepa, ale wykonanie nadal robi wrażenie.

annie4

Bardzo dobrze się trzyma scenografia. Sama rezydencja Warbrucksa wygląda imponująco, pełna służących oraz wielu detali. Podobnie wygląda podniszczony sierociniec oraz pobrudzone ulice miasta. Równie kostiumy pomagają stworzyć klimat lat 30. Pod względem technicznym trudno się do czegokolwiek przyczepić, więc oglądanie dostarcza sporo frajdy.

annie3

Najbardziej zaskoczyły mnie tutaj role dziecięce. Z tej grupy wybija się Aileen Quinn w roli tytułowej, dobrana idealnie. Pełna uroku, energii jest po prostu rozbrajająca, zaś wszystkie śpiewane sceny z nią wypadają bardzo naturalnie. Drugą niespodzianką okazał się dla mnie Albert Finney. Szorstki, łysy, z bardzo mocarnym głosem sprawia wrażenie silnej osobowości. Ale powoli ta postać zaczyna pokazywać się z innej strony, wręcz łagodnieje i nie wywołuje fałszu, o co bardzo łatwo. Troszkę humoru wnosi Carol Burnett (pani Hannigan) oraz Tim Curry (jej brat, Rooster), mimo grania czarnych charakterów.

annie2

„Annie” nie udaje, że jest czymś więcej niż krzepiącą, pozytywną bajką. Może i jest naiwna, ale ma masę uroku, jakiego dzisiaj nie widzi się w musicalach. Czemu by nie spróbować tego dzieła?

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Wzbierająca burza

Ileż było portretów Winstona Churchilla na małym i dużym ekranie? Ostatnio był choćby „Czas mroku” z niesamowitą kreacją Gary’ego Oldmana, lecz ja przypomnę pewną skromną produkcję telewizyjną od stacji HBO z roku 2002. Wszystko zaczyna się w roku 1934, kiedy Churchill został odstawiony na boczny tor. Partia go nie znosi (bo już ją zdradził) i izoluje, mieszka poza Londynem na prowincji, gdzie próbuje pracować nad książką o swoim przodku, lordzie Marlborough. Poza tym, próbuje dbać o swój majątek, maluje obrazy i chce jeszcze wpłynąć na sytuację polityczną Indii. Problem jednak w tym, że jego słowa odbijają się niczym o ścianę. Jednak nasz polityk skupia się na innym zagrożenie, jakiego nikt nie dostrzega – nazistowskie Niemcy, zaczynające łamać postanowienia traktatu wersalskiego. Churchillowi udaje się zyskać informacje od pewnego urzędnika MSZ.

wzbierajaca_burza1

Reżyser Richard Loncraine nie próbuje robić laurki premiera, ale skupia się bardziej na jego życiu prywatnym niż politycznej karierze czy walce. Co w przypadku tej postaci jest dość odświeżające i pozwala zdjąć ją z pomnikowego wizerunku. Sama fabuła skupia się na dwóch wątkach: relacji Winstona z żoną oraz współpracy polityka z Ralphem Ingramem, który przekazuje mu tajne raporty na temat Niemiec. Meldunki te ignorowane przez rząd Baldwina, stają się dla Churchilla szansą nie tylko do ostrzeżenia swoich krajan, ale także powrotem do politycznego życia. Obydwa te wątki zgrabnie się przecinają i dają szansę do pokazania bardziej ludzkiej twarzy przyszłego premiera.

wzbierajaca_burza2

Mimo, że znamy przebieg wypadków, film potrafi wciągnąć. Reżyser spokojnie opowiada znaną historię, jednocześnie potrafią pokazać jak bardzo ludzie przy władzy (nie bez przyczyny) zachowywali się wobec Hitlera tak, jak się zachowali. Tylko, czy obawa przed konfrontacją jest dobrym powodem do tych działań? Do zachowywania bierności oraz strachu? Historia dała już odpowiedź. Wszystko podane jest z humorem, zrealizowane solidnie, by pod koniec troszkę patosem przypieprzyć (troszkę za bardzo). Ale film ogląda się naprawdę dobrze, w czym pomaga dobrze napisany scenariusz oraz porządna realizacja.

wzbierajaca_burza3

Na wyższy poziom film wznosi aktorstwo. Churchilla gra Albert Finney i jest znakomity. Nie tylko dlatego, że nie potrzebuje kilogramów charakteryzacji, ale posiada tonę charyzmy. To nadal wyrazisty polityk, który nie boi się iść za swoimi przekonaniami, bywa choleryczny, humorzasty oraz pewny swoich racji. Ale jednocześnie jest to oddany mąż i lojalny przyjaciel. Świetnie partneruje aktorowi Vanessa Redgrave jako jego żona, która może i bywa potulna, ale potrafi też postawić na swoim (kwestia wyjazdu na parę miesięcy) i ujarzmić swojego męża. Choć na drugim planie nie brakuje świetnych aktorów jak Jim Broadbent, Tom Wilkinson czy Derek Jacobi, najbardziej wybija się Linus Roache w roli Ingrama. Jest to oddany urzędnik, który poważnie traktuje zagrożenie i w dobrej wierze zaczyna działać troszkę na granicy etyki, co wywołuje pewne wątpliwości. I to jest wygrywane bez cienia fałszu.

Jeśli ktoś spodziewał się przesłodzonej laurki dla Churchilla, to nie do końca ją tu znajdzie. „Wzbierająca burza” może i ma telewizyjny budżet, ale nie jest biedne, nudne kino. Spojrzenie na życie prywatne Churchilla pozwala zobaczyć tą postać z innej strony, zaś znakomity Finney przyciąga uwagę do samego końca.

7/10 

Radosław Ostrowski

Pojedynek

Rok 1977 dla Wielkiej Brytanii miał być rokiem, w którym objawił się pewien debiutant. Człowiek ten wcześniej realizował tylko reklamy i krótkie metraże, by zmierzyć się z samym Josephem Conradem. Filmowiec ten nazywał się Ridley Scott, a jego debiutem był ciepło przyjęty w Cannes „Pojedynek”.

pojedynek1

Wszystko toczy się w trakcie wojen napoleońskich. Bohaterów jest dwóch i obydwaj są porucznikami huzarów. Armand d’Hubert jest spokojnym i opanowanym służbistą, podczas gdy Gabriel Feraud to porywczy i pełen temperamentu człowiek, szukający sobie każdego celu do konfrontacji. D’Hubert zostaje wyznaczony do przekazania aresztu domowego na Ferauda za pojedynkowanie się z siostrzeńcem burmistrza, ten jednak unosi się honorem i żąda pojedynku, gdyż tylko w ten sposób może zmazać plamę na honorze. Dla przełożonych ta sprawa staje się ością w gardle i próbują wszelkich sposobów, by zatrzymać tą bzdurę.

pojedynek2

Scott przenosi całą opowieść na przestrzeni 15 lat, gdzie panowie chcąc nie chcąc pojedynkują się ze sobą, chociaż ważniejszy od nich jest pojedynek Napoleona z całym światem. Jak wspomniałem przełożeni stosują różne sztuczki: awans, przeniesienie do innych jednostek (w sensie grupy), nawet w inne miejsca. Bezskutecznie, jakby czuwało nad nimi fatum, a błahostka staje się źródłem nieskończonej obsesji. Reżyser, trzyma się Conrada w pokazaniu jak bardzo cienka jest granica między honorem a dumą, rozsądkiem a głupotą. Widać też, że twórcy mieli bardzo skromny budżet (zaledwie milion funtów), dlatego postawiono na naturalne plenery. Trudno nie zachwycić się pięknymi krajobrazami ruin zamku, gdzie dochodzi do finałowego starcia czy syberyjskich mrozów niszczących ludzkie życie. Także same sceny pojedynków kręcone z pietyzmem i niepozbawione dynamiki, nawet jeśli do starcia dochodzi w piwnicy.

pojedynek3

Więc czemu film oceniam jako zaledwie niezły? Ta ścinka i przeskoki w czasie wywołują zwyczajne znużenie oraz dezorientację. Bo przechodzimy z jednego pojedynku do drugiego, jedynie w połowie pozwalając sobie na dokładniejsze skupienie się na bohaterach oraz ich otoczeniu. Obydwaj bohaterzy (naprawdę dobrzy Harvey Keitel oraz Keith Carradine) wydają się być pionkami tej absurdalnej sytuacji. Jak pisał w jednym z utworów Conrad: „Honor to coś, czego nie da się wyjaśnić, ale bez niego życie nie ma sensu”. Porywczy Feraud trochę za mocno się sobie te słowa do serca, co doprowadza do bezsensownego sporu, gdzie nie ma w zasadzie żadnego dobrego wyjścia. Ale sam „Pojedynek” nie do końca wytrzymał próbę czasu i dopiero następne filmy pokazały talent Scotta.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Duża ryba

Poznajcie Edwarda Blooma – faceta, będącego duszą towarzystwa w swojej okolicy. Jako młody chłopak opuścił swoją miejscowość  i wyruszył w wielką podróż, przeżywając wiele niezwykłych przygód. Jednak jego syn Will, który przyjeżdża, by zająć się swoim ojcem nie wierzy w jego opowieści. I próbuje ustalić, jak to było naprawdę.

duza_ryba1

Tim Burton na przełomie wieków próbował eksperymentować z gatunkami, co wychodziło mu dość średnio. Jednak tym razem adaptacja powieści Daniela Watersa jest powrotem do formy. W każdym razie mamy Burtona baśniowego, fantastę oraz opowiadacza historii. O czym tak naprawdę jest ten film? Próbą poznania prawdy o człowieku, który miał wielkie ambicje i opowiadał o swoich przeżyciach opowieści na granicy fikcji. Co jest prawdą, a co tylko wymysłem wyobraźni i czy da się oddzielić te dwa elementy? Opowieści Blooma przeplatają się z obecną rzeczywistością, co tylko uatrakcyjnia ten film i pozwala „pobawić się” w detektywa. A opowieść jest niezwykła – wiedźmy, olbrzym, wielka miłość, praca w cyrku, działalność wojskowa – wydarzenia coraz bardziej zaskakują, okraszone są dużą ilością humoru.

duza_ryba2

Wizualnie jest to piękne kino, które zgrabnie pokazuje lata 60. (młodość Blooma), okraszona poruszającą muzyką Danny’ego Elfmana. Najbardziej urzekły mnie dwie sceny. Pierwsza to zakochanie się Eda w przyszłej żonie, kiedy nagle wszystko się zatrzymuje (dosłownie) i następuje potem gwałtowne przyspieszenie. Drugim była (w zasadzie były) dwie wizyty w Spectre (Widmo, nazwa chyba nieprzypadkowa) – miasteczku idealnym i czarującym, jednak druga wizyta pokazała destrukcyjną siłę czasu, nie omijającego nikogo. A na sam koniec dostajemy dość przewrotny finał (nie zdradzę co, by nie psuć niespodzianki).

duza_ryba3

Burton potwierdza tym filmem, że ma dobrą rękę do aktorów i pozwala wycisnąć z nich maksimum. „Duża ryba” to przede wszystkim popis Ewana McGregora, która gra Amerykanina z południa USA, który jest – no właśnie – fantastą, mitomanem, gawędziarzem czy oszustem? Na pewno jest czarującym, zdeterminowanym człowiekiem pragnącym osiągnąć wielki sukces. Przy okazji ma też nieprawdopodobne szczęście (akcja w Szanghaju czy napad na bank), co budzi wątpliwości co do wiarygodności jego opowieści. Jego starsze wcielenie ma twarz Alberta Finneya, który prezentuje się przyzwoicie, pokazując niezmienność jego charakteru nawet mimo choroby. Być może dlatego ta rola została dostrzeżona przez krytykę zdobywając nominacje m.in. do Złotego Globu.

duza_ryba4

Poza tym duetem nie brakuje równie wyrazistych i ciekawych ról. Taką na pewno gra Helena Bohnam Carter i to wcielając się w dwie postacie – najpierw jest wiedźmą, która potrafi przewidzieć śmierć, a potem nieszczęśliwie zakochaną w Bloomie Jennifer ze Spectre, ciągle tęskniącej i tłumiącej swoje uczucia. Nie sposób nie wspomnieć także niezawodnego Steve’a Buscemi (pisarz Norther Winslow, który zaszedł w kompletnie zaskakującą branżę), uroczego Danny’ego DeVito (właściciel cyrku Amos Calloway) i wiecznie piękną Jessikę Lange (żona Edwarda).

Nie jest to może najlepszy film Tima Burtona, jednak „Duża ryba” pozostaje czarującą, zabawną baśnią o sile naszej imaginacji. Owszem, było wiele filmów o tej tematyce (zwłaszcza produkcje Terry’ego Gilliama), jednak Burton nie jest ani infantylny, ani irytujący. Ma pewna magię, której siła nadal potrafi oddziaływać.

7/10

Radosław Ostrowski

Ultimatum Bourne’a

Po sześciu tygodniach od wydarzeń z Moskwy, Jason Bourne znów musi wrócić do gry, by ustalić raz na zawsze swoją przeszłość. Tym razem musi wrócić przez artykuł dziennikarza „The Guardian” Simona Rossa, który odnalazł informacje, że Treadstone jest nadal kontynuowany jako Blackblair. A to oznacza, że dziennikarz jest na celowniku, a Bourne razem z nim idzie do odstrzału.

bourne31

Jason Bourne musiał wrócić, co stwierdził każdy kto oglądał „Krucjatę”, która była słabszą częścią historii agenta z amnezją. Wszystko przez paradokumentalną realizacje, która mocno kłuła w oczy podczas scen akcji. Czy Paul Greengrass wyciągnął wnioski i poprawił babole? Nie, nadal panuje chaos w scenach akcji, chociaż nie jest to aż tak dokuczliwe (akcja w Targanie, gdzie mamy m.in. pościg motocyklowy i bieganie na dachach). Niemniej nadal może przeszkadzać (finał w Nowym Jorku) przy znakomitej historii, która dopełnia całości, ostatecznie wyjaśniając przeszłość Jasona Bourne’a. Wyruszymy do Londynu, Hiszpanii, a ostateczna konfrontacja odbędzie się w Nowym Jorku, gdzie wszystko się zaczęło (powtórzona scena finałowa z „Krucjaty…” nabiera tutaj nowego znaczenia). Intryga się znakomicie zazębia, wplecione flashbacki z życia Bourne’a/Webba dodają animuszu i ogląda się to fantastycznie, w kilku miejscach mocno podnosząc ciśnienie (obława na dworcu Waterloo) czy miejsce szkolenia Treadstone. Wszystko to oczywiście podkreślone przez fantastyczną muzykę Johna Powella oraz troszkę płynniejszy montaż. Ale kamera nadal ma ADHD, co w paru miejscach nadal irytuje (walka z Deshem w Tangenie toczy się tak szybko, ze nie widać kto kogo wali).

bourne32

Znowu nie mam zarzutów do aktorów, zwłaszcza do Matta Damona, który jest po prostu Bourne’m. Ale Damonowi ten film ukradł świetny David Strathairn w roli bezwzględnego i upartego Noah Vosena, który za wszelką cenę chce dopaść Bourne’a, nawet jeśli jest to niezgodne z prawem. Powracają także Julia Stiles (Nicky odgrywa tutaj kluczową role) i Joan Allen (Pamela Landy – jedyna wierząca w intencje Bourne’a). Poza nimi trudno też nie dostrzec mocnych kreacji Paddy’ego Considine’a (dziennikarz Simon Ross) oraz Alberta Finneya (dr Albert Hirsch).

bourne33

„Ultimatum…” mimo wad technicznych pozostaje najlepszą częścią serii. Choć zakończenie pozostaje kwestią otwartą, dla mnie ta historia jest już skończona. I niech już Jason Bourne aka David Webb zyska spokój, z dala od CIA i tym podobnych akcji.

8/10

Radosław Ostrowski

Morderstwo w Orient Expressie

Tytułowy Orient Express to elegancki pociąg kursujący z Paryża do Stambułu (i odwrotnie). To właśnie nim w 1935 roku wyrusza sławny detektyw Hercules Poirot, by pilnie dotrzeć do Londynu. Dzięki pomocy dyrektora linii Bianchi’ego, Poirot znajduje przedział, jednak pociąg tkwi w zaspie śnieżniej na terenie Jugosławii. Wtedy zostaje znalezione zasztyletowane ciało jednego z pasażerów – niejakiego Ratchetta. Poirot postanawia poprowadzić śledztwo.

orient_express1

Agatha Christie była (i jest) uważana za mistrzynię literackiego kryminału. Prędzej czy później filmowcy wzięliby za jej dorobek. W 1974 zadania adaptacji znakomitego kryminału podjął się Sidney Lumet. Reżyser jednak zaczyna swoją historię wydarzeniami sprzed 5 lat (porwanie i morderstwem córki państwa Armstrongów) – ubranymi głównie w błękitnym filtrze kamery i rozegrana praktycznie bez słów. Jak się potem okaże, te wydarzenia okażą się kluczem do wyjaśnienia morderstwa w Orient Expressie. I jak to u Christie bywa – każdy miał motyw, wszyscy są podejrzani i jest jeden dociekliwy śledczy, wspierany przez dyrektora linii oraz dr Constantine’a. Jednak pojawiają się problemy – każdy ma alibi, tropy się nawzajem wykluczają, a dowody coraz bardziej oddalają od prawdy. Wszystko to sprowadza się do przewrotnego zakończenia, które wywraca wszystko do góry nogami.

Lumet potwierdza tutaj, że kameralna przestrzeń jest w stanie zbudować klimat tajemnicy i osaczenia. Na szczęście przed teatralnością broni praca kamery oraz zgrabny montaż, a niektóre rozmowy są pokazane jednym płynnym ruchem kamery (przesłuchanie szwedzkiej misjonarki). Reżyser trzyma rękę na pulsie, przemycając odrobinę humoru, rozładowującego napięcie.

orient_express2

W dodatku zebrano gwiazdorską obsadę, która nawet stereotypowe postacie jak angielski kamerdyner (John Gielgud) czy rozgadana Amerykanka (Lauren Bacall) stają się postaciami z krwi i kości. Trudno też nie zauważyć rozedrganego sekretarza ofiary McQueena (Anthony Perkins), nakręconego makaroniarza (Denis Quilley) czy cichej Szwedki (nagrodzona Oscarem Ingrid Bergman), a lista jest znacznie dłuższa, gdyż mamy tu m.in. Seana Connery’ego (pułkownik Arbuthnout) czy Michael York (hrabia Andrenyi).

Jednak najtrudniejsze zadanie otrzymał 35-letni Albert Finney w roli Poirota. Nawet on nie spodziewał się, że będzie musiał zmierzyć się z późniejszymi rolami Petera Ustinova czy Davida Sucheta. Z dzisiejszej perspektywy Finney sprawia wrażenie mocno przerysowanego, na granicy karykatury i (nad)ekspresji. Zamiast stonowanego i eleganckiego dżentelmena, mamy tutaj dość antypatycznego choleryka z twardym akcentem, którego wady (pedantyczność, próżność) sprowadzono do absurdu. Trzeba przyznać, że to dość odważne i niekonwencjonalne podejście do Poirota, przyniosło aktorowi nominację do Oscara i BAFTY. Po latach to podejście wypada zaskakująco dobrze, doprowadzając niemal do zwątpienia w wielki intelekt Belga. I ja dałem się na to nabrać.

orient_express3

„Morderstwo” mimo upływu lat pozostaje naprawdę dobrym kryminałem, który jest fantastycznie zagrany, ma styl i elegancję klasycznego kryminału. Udało się uniknąć ramoty i nadal gwarantuje rozrywkę na wysokim poziomie.

8/10

Radosław Ostrowski