Kacperiada

W Polsce robienie filmów dla dzieci miało długie tradycje, lecz coś ostatnio brakuje tego typu produkcji. Sytuację próbuje zmienić serial „Kacperiada” według opowiadań Grzegorza Kasdepke. Każdy odcinek to osobna historia, a wszystko skupia się wokół Kacpra. A jakie przygody może mieć 6-letni chłopiec, mieszkający z matką – weterynarzem oraz ojcem, pisarzem? O dziwo, jest tego troszkę.

kacperiada1

Pierwszy dzień w szkole, jak mówić prawdę, by nie sprawić przykrości, zgubienie kluczy oraz opanowanie bałaganu, jak naprawić plac zabaw czy znalezienie pewnego skarbu. Wszystkie te opowieści są pokazane w sposób daleki od infantylności, nachalnego dydaktyzmu, ale zrobione z głową, ciepłem oraz bardzo niewymuszonym humorem. Spoiwem łączącym odcinki jest ulubiony bohater naszego protagonisty, czyli Muchomściciel („pół człowiek, pół mucha, pół mściciel”), będący parodią herosów filmów superbohaterskich. A jednocześnie to wszystko jest takie życiowe, problemy takie jak posiadanie nowych rzeczy (kalosze), kwestia listu do św. Mikołaja (tłumaczenie o elfiej poczcie – perełka), przyjaźni z dziewczyną, bycie królem imprezy oraz komunikacji z rodzicami – skąd my to wszystko znamy?

kacperiada2

Sama animacja to mieszanka prostej kreski z trójwymiarowymi postaciami. Wszystko to sprawia wrażenie ręcznie rysowanego tworu, który może spodobać się dzieciom. Nie jest on ani kiczowaty, ani monotonny kolorystycznie. Także muzyka sprawia wrażenie zrobionej przez dziecko, dodając lekkiego klimatu. Zrobione jest to naprawdę miło dla oka oraz ucha.

kacperiada3

Także aktorzy ze swoimi głosami stworzyli wyrazista postaci. Najbardziej w pamięć zapada Matylda Damięcka w roli tytułowej – brzmi ona jak chłopiec, co jest pewnym zaskoczeniem. Bywa zadziorny, uparty i ciekawy świata jak każdy dzieciak. Ale jeszcze lepszy jest Marcin Hycnar jako ojciec, mający w sobie wiele z dziecka, ale próbujący być dla swojego dziecka bardziej kumplem niż surowym ojcem. Jednak całość kradnie Grzegorz Pawlak w roli wszystkich postaci z kreskówki o Muchomścicielu – zarówno jako sympatyczny protagonista z lekko charakterystycznym „ł”, jak i bardzo zblazowany, jakby od niechcenia mówiący Magister ciemności oraz wiele drobnych postaci. Kompletnie nie do poznania.

kacperiada4

Mam nadzieję, że więcej osób zobaczy „Kacperiadę”, bo tak dobrej produkcji dla młodego widza po prostu nie było od dawna. Inteligentna, zabawna, szczera i bez nadmiernego moralizatorstwa. Szkoda, że to tylko 13 odcinków po niecałe 10 minut. Oby powstało więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Opowieść wigilijna

Adaptacji powieści Karola Dickensa było setki, jeśli nie tysiące. Z jednej strony to świadczy o ponadczasowości pierwowzoru literackiego, z drugiej wydaje się to pójściem na łatwiznę. Więc kiedy w 2009 roku Robert Zemeckis postanowił zrobić własną wersję tej opowieści, nie było to zaskoczeniem. Ale pójście w stronę animacji 3D z technologią motion capture było czymś zaskakującym. I to mógł być najmocniejszy punkt.

opowiesc_wigilijna1

Reżyser by skupić na sobie uwagę, stawia nie tylko na niesamowite efekty wizualne, ale też bardzo szybką pracę kamery. Najmocniej czuć to w scenach, gdy Scrooge razem z duchami przenosi się z miejsca na miejsce w ekspresowym tempie czy ucieczce bohatera przed ponurą dorożką. Akcja dramatycznie podkręcona, skupiona na detalach (ta animacja błyszczy). Ale najbardziej zaskakuje tutaj takie mroczne tony, gdzie wiele scen jest niemal żywcem wziętych z horroru: pojawienie się Jakuba Marleya czy wychodzące ze stroju Ducha Tegorocznych Świąt dzieci (chłopiec-ciemnota i dziewczynka-nędza). Jest bardziej przerażający niż poprzednie wersje, chociaż próbuje rozładować atmosferę slapstickowymi gagami, co troszkę nie pasują do reszty.

opowiesc_wigilijna2

Sami animacja, gdzie mamy ożywione twarze prawdziwych aktorów, początkowo sprawiają wrażenie niesamowitości. Ale gdy widzimy bliżej twarze, sprawiają wrażenie żywcem wziętych z muzeum figur woskowych, co psuje efekt. Nawet muzyka sprawia wrażenie ogranej i pozbawionej pomysłu. Brakuje jednak w tym wszystkim duszy, zaangażowania, emocji, choć trudno odmówić braku wizji.

Także aktorzy starają się dać z siebie wszystko, a polski dubbing trzyma dobry poziom. Ale nie może być inaczej, jeśli Scrooge (twarz Jima Carreya) mówi głosem Piotra Fronczewskiego, a Bob Crachitt (w oryginale Gary Oldman) ma ciepłe brzmienie Jana Peszka. I co najważniejsze, głos jest dobrze dopasowany do twarzy postaci, bez poczucia zgrzytu oraz żenady.

Zemeckis chciał zrobić własną wersję „Opowieści wigilijna”, ale forma jest dla niej zbyt efekciarska, za bardzo widowiskowa oraz skupiona na technicznych detalach. Na szczęście dla nas wszystkich była to ostatnia animacja w technice motion capture, która była zwyczajnie za droga. Aż chciałoby się aktorską wersję z Carreyem, Oldmanem i Firthem, lecz nie zobaczymy tego.

6/10

Radosław Ostrowski

Artur ratuje Gwiazdkę

Jaki jest św. Mikołaj, to każdy wie. Gruby, stary, z saniami pełnymi reniferów. Ale kiedy to było: dzisiaj Mikołaj zasuwa statkiem kosmicznym o wyglądzie USS Enterprise ze „Star Treka”, elfy są sprawnie wyszkolonymi komandosami do specjalnych zadań, zaś renifery i sanie odstawiono jako relikt przeszłości. Ma też rodzinę: starego ojca, żonę oraz dwóch synów: odważnego, pewnego siebie Steve’a (dowódca) oraz troszkę niezdarnego, lecz wierzącego w Święta Artura (dział listów). I to on musi dokonać niemożliwego, gdyż jeden prezent zaginął. Dla Steve’a to mały błąd, zaś Mikołaj (Malcolm) jest tylko figurantem. Tylko Arturowi zależy na dostarczeniu prezentu małej Gwen z Konrwalii. W misji postanawia pomóc mu dziadek.

artur_christmas1

Studio Aardman kierowane przez Nicka Parka oraz Petera Lorda znane jest z tworzenia animacji za pomocą plasteliny. Jednak nakręcony w 2011 roku „Artur” powstał za pomocą obecnego standardu, czyli animacji komputerowej, która na szczęście nie oznaczała pogorszenia jakości czy zmiany klimatu. Ta wariacka historia to kolejny przykład tego, co tak naprawdę znaczą święta, a wszystko z perspektywy rodziny Mikołaja, która – jak każda zresztą rodzina – ma swoje żale i pretensje, gdzie dochodzi do zderzenia tradycji z nowoczesnością. Czy prezenty powinny być wręczone za pomocą sani czy za pomocą nowoczesnej technologii? Co jest ważniejsze w profesji Mikołaja: techniczna perfekcja oraz sprawna organizacja czy dobre serca i poczucie odpowiedzialności za każde, KAŻDE dziecko na świecie? No i kto przejmie schedę po starym Mikołaju?

artur_christmas2

Sama animacja jest po prostu świetna, chociaż postacie wyglądają bardziej ludzko niż zwykle, a zwierzęta są przeurocze. Sam początek, czyli akcja dostarczania prezentów wygląda niczym rasowy film akcji z Tomem Cruisem, zaś elfy wykonują różne salta i piruety godne prawdziwych twardzieli, by dostarczyć prezent niezauważeni. Także budynki, dość umowny krajobraz oraz szybkie ruchy zasługują na szczególną uwagę. Wszystko jeszcze płynnie zmontowane, podkreślone świetną militarno-świąteczną muzyką oraz trzymającym mocno w napięciu finałem. Twórcy bardzo mocno przypominają na czym ma polegać magia Świąt, która wydaje się w rozpędzonym świecie zanikać. Chodzi o potrzebę bliskości, silnych więzach oraz wspólnym działaniu. Proste przesłanie, ale nie podane w nachalny, wręcz dosadny sposób. Do tego okraszone odrobinę złośliwym humorem (polskie tłumaczenie trzyma fason), miejscami szalonych sytuacji (Artur i sanie wzięte za… UFO przez rednecka oraz pościg sił ONZ) dodaje tylko uroku.

artur_christmas3

Polska wersja językowa cierpi na jeden poważny błąd: brak tłumaczenia angielskich napisów zarówno opisujących czas i miejsce obecnej akcji, jak i finałowych scen. To duże niedopatrzenie, które dla dzieci (i nie tylko) będzie poważnym utrudnieniem. Za to głosy, to już jest naprawdę wysoka półka. Kapitalny jest Paweł Ciołkosz jako Artur, którego energia, naiwność i nieporadność tworzą dziwaczne połączenie uroczego, lecz zdeterminowanego chłopca, ciągle wierzącego w magię Świąt. Nawet chwila zwątpienia oraz (na szczęście chwilowego) załamania odegrana jest bez cienia fałszu. Także Tomasz Borkowski w roli twardego, pełnego technologicznych gadżetów Steve’a, sprawdza się bardzo dobrze. Ale szoł kradnie Tomasz Grochoczyński w roli lekko starego, konserwatywnego dziadka, próbującego na początku udowodnić swoje racje, z czasem staje się istotnym sojusznikiem Artura w jego misji.

artur_christmas4

W ostatnich latach było wiele filmów okołoświątecznych, lecz żaden nie zbliżył się poziomem do „Artura ratującego Gwiazdkę”. Bardzo ciepłego, zabawnego oraz radosnego filmu pokazującego prawdziwą magię oraz siłę Świat Bożego Narodzenia, gdzie prezenty, dania i choinka powinny być tylko dodatkami dla najbliższych. Cudne, poruszające kino.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Czerwony żółw

Wszystko zaczyna się bardzo mocnym hukiem, gdyż widzimy mężczyznę gdzieś podczas sztormu. W końcu trafia do wyspy pełnej drzew, krabów oraz wód. Ale nasz śmiałek próbuje zrobić wszystko, by się stąd wydostać. Kolejne tratwy są jednak coraz bardziej brutalnie niszczone, a każda próba ucieczki kończy się klęską i kolejną, kolejną. A wszystko przez tytułowego czerwonego żółwia.

czerwony_zolw2

Dziwnie brzmi historia w animacji Michaela Dudoka de Wita. Holenderski filmowiec wsparty przez japońskie studio Ghibli, stworzył pod względem technicznym prostą, wręcz ręcznie rysowaną historię, w której nie pada ani jedno słowo. Opowieść pełna tajemnicy, minimalizmu w formie (całość była rysowana na… tablecie) oraz pewnej wolty, która wywraca wszystko do góry nogami. Emocje, poza chrząknięciami są przedstawione za pomocą cudownej muzyki, podkreślającej niezwykłe doświadczenie. Nie ważne czy mówimy o sennych marach bohatera (lot nad drewnianym mostem), próbie ujarzmienia natury (tsunami), będącej obojętnej wobec naszego losu. Reżyser pokazuje losy naszego bohatera, który – wskutek pewnego wydarzenia – zostaje na tej wyspie, pokazując jego drogę aż do śmierci oraz jego relacje z przyrodą. Nawet pojawia się lekki humor w postaci sympatycznych małych krabów.

czerwony_zolw3

Dla mnie największą zagadką pozostaje znaczenie tytułowego żółwia. Czy jest on symbolem Matki Natury, kobiety, partnerki? Nie wiem, a brak jednej odpowiedzi na to pytanie, jest najważniejszym kluczem. Każdy na swój własny sposób może zinterpretować całą historię, co jest zdecydowanie ogromna zaletą.

czerwony_zolw1

Nie jest to jednak film dla dzieci, chociaż tak wygląda, a wszystko zostaje bardzo mocno w głowie. Ten film jest jak tomik wierszy, do którego za jakiś czas się sięgnie, poczyta, a potem zastanowić się nad tekstem. To dzieło daje wiele do myślenia, a każdy sam wyciągnie to, co chce.

Radosław Ostrowski

Twój Vincent

Czy kiedykolwiek mieliście do czynienia z Vincentem van Goghem? Słynny holenderski malarz, który za życia sprzedał tylko jeden obraz, popełnił samobójstwo. Dlaczego tak się stało? To będzie próbował ustalić człowiek, który nie chciał, ale musiał wykonać zadanie. Armand Roulin jest synem naczelnika poczty, chociaż sam chciałby być kowalem. Ojciec, który przyjaźnił się z van Goghem, rok po jego śmierci znajduje ostatni list napisany do brata artysty, Theo. Gdy dociera do Paryża, do osoby sprzedającej artyście narzędzia do pracy, okazuje się, że Theo nie żyje. Adres do wdowy posiada lekarz van Gogha. Armand, chcąc nie chcąc, wyrusza szlakiem ostatnich dni malarza i powoli zaczyna odtwarzać ostatnie dni.

twoj_vincent_2

Historia jak z kryminału? Po części film duet Welchman/Kobiela jest ubranym w animację kryminałem, który zachwyca od pierwszego do ostatniego kadru. Śledztwo jest poprowadzone w sposób klasyczny, czyli rozmowy bohatera z postaciami (sprzedawca olejów, szefowa knajpy, wioślarz, w końcu lekarz) przeplatana czarno-białymi retrospekcjami, z których zaczyna się wyłaniać obraz van Gogha. I próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego szczęśliwy człowiek, już po wyjściu z ośrodka dla obłąkanych po 6 tygodniach popełnia samobójstwo? Bo był szaleńcem? A może to był wypadek? A może… morderstwo? Twórcy bardzo zgrabnie mieszają tropy, prowadzą w maliny, w paru wypadkach wyrabiając zdanie o postaciach, które się jeszcze nie pojawiły. A jednocześnie jest to bardzo przekonujący portret samego van Gogha – człowieka nie do końca pewnego siebie, wycofanego, skupionego na swojej pracy, a także szukającego szczęścia oraz (może nie wprost) pieniędzy, by móc samodzielnie egzystować. Ciekawe, jakie wnioski z tej podróży wyciągnie Roulin – to odkryjecie sami w kinie. Tak samo jak wyjaśnienie całej intrygi.

twoj_vincent_1

A nie wspomniałem o najważniejszym – przepięknej stronie plastycznej. Twórcy postanowili całość ubrać w ten sposób, by wyglądała jak ożywione obrazy samego van Gogha. Stąd cała masa takich białych kresek na wszystkim: twarzach, scenografii, przedmiotach. I nie jest to animacja komputerowa, tylko prawdziwa, ręcznie wykonana robota. To wszystko żyje i oddycha, nawet deszcz jest bardzo efektowny, nie mówiąc o nocy, gdzie gwiazdy biją klaskiem. Tego moje skromne słowa nie są w stanie oddać, także tego jak znakomita jest muzyka Clinta Mansella.

twoj_vincent_3

Postacie intrygują, polski dubbing jest na dobrym poziomie, bez poważniejszych zgrzytów (najbardziej błyszczy Robert Więckiewicz jako dr Gachet oraz Zofia Wichłacz w roli jego córki, solidnie poradził sobie Józef Pawłowicz jako nasz protagonista, a poza tym usłyszymy m.in. Jerzego i Macieja Stuhrów, Danutę Stenkę, Roberta Guralczyka czy Włodzimierza Matuszaka), a całość jest idealną kombinacją oryginalnej formy z wciągającą opowieścią w niemal kryminalnym stylu.

twoj_vincent_4

Jednocześnie jest to pełen emocji i pasji hołd złożony jednemu z największych malarzy wszech czasów, co jest bardzo rzadką kombinacją dzisiaj. Dla mnie jest to kino totalne, gdzie wszystkie klocki pasują do siebie idealnie, bez żadnej zbędnej sceny, dialogu, postaci. Dla takich filmów ludzie idą do kin.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nazywam się Cukinia

Poznajcie Ikara – jest on 9-letnim chłopcem wychowywanym przez matkę-alkoholiczkę. Kobieta zamiast się zajmować się swoim dzieciakiem, woli wypić piwo oraz oglądać telewizję, ewentualnie jeszcze go traktować jak worek treningowy. Pewnego dnia Ikar, zwany przez matkę Cukinią, zabija (nieumyślnie) swoją mamę i trafia do domu dziecka, gdzie poznaje inne dzieciaki.

cukinia1

Ta szwajcarska animacja poklatkowa nie tylko wyróżnia się formą, ale i tematyką. „Cukinia” dotyka bardzo mrocznej strony okresu dzieciństwa, gdzie nasi bohaterowie są pozbawieni kontaktu z rodzicami. Przyczyny tego stanu są różne: deportacja, przemoc, narkotyki, alkohol. Choć całość trwa tylko godzinę, to udaje się twórcom wycisnąć wszystko z tego tematu. Powoli widzimy, jak nasi dziecięcy bohaterowie zaczynają się zaprzyjaźniać, chociaż początek nie należy do prostych. Każde z tych wydarzeń naznaczyło piętno na swoich postaciach, czyniąc z nich albo zgorzkniałych, pełnych drwiny do innych (Simon), samotników reagujących tikami (Alice). Twórcy skracają dystans między bohaterami, a jednocześnie nie sięgają po emocjonalny szantaż, by nas poruszyć.

cukinia2

Mimo dużej ilości goryczy i smutku (obecność ciotki Camille czy oskarżenie o kradzież podczas wycieczki), nie jest to film depresyjny. Twórcy rozładowują atmosferę bardzo delikatnym i subtelnym poczuciem humoru jak podczas bitwy śnieżkowej… w domu, rysunkach Cukinii, w których opowiada o spędzonym czasie czy gdy rozmowy dotyczą relacji damsko-męskich. To dziecięce spojrzenie na świat wygląda i brzmi bardzo naturalnie, nie czuć fałszu, a twórcy przełamują pewne schematy. Widać to mocno w postaci Simona. Rudowłosy chłopak sprawia wrażenie takiego, co dokucza wszystkim, ale z czasem dostrzega się o wiele, wiele więcej. Z kolei zakończenie pokazuje, że jest pewna nadzieja i szansa na normalny dom. Tylko dorośli musieliby bardziej zwracać uwagę na te dzieci i pomóc przełamać ich lęki (poruszająca scena, gdy Cukinia wchodzi do swojego domu po tragedii).

cukinia3

„Cukinia” może i jest prostą opowieścią, dość krótką, to jednak nie miałem poczucia niedosytu. Po prostu było mi żal rozstawać się z tą paczką dzieciaków, dla której jest promyk światła na szczęśliwe życie, mimo mrocznych wydarzeń z przeszłości. Mądry, zabawny, poruszający i refleksyjny. Nie wiem jak wy, ale ja nie potrafiłem przejść obojętnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sing

Bohaterem tego dzieła jest miś koala Buster Moon – właściciel teatru Moona, który najlepsze lata świetności ma za sobą. Obecnie instytucja jest na skraju bankructwa, przynosi straty, masę długów, a przyjaciele zostawili go. W końcu nasz kapitalista wpada na pomysł zorganizowania talent show, obiecując wielką nagrodę (przez pomyłkę zamiast tysiąca dolarów wyszło sto tysięcy), sprowadzając tłumy. I co teraz z tym fantem zrobić?

sing1sing2

Illumination Entertainment drugi raz próbuje pokazać, że jest w stanie zrobić coś więcej niż kolejne spotkania z Minionkami i Gru. I w „Sing” mamy – tak jak w „Zwierzogrodzie” – kalejdoskop zwierząt, które tak naprawdę ilustrują nas samych oraz nasze problemy. By poznać naszych bohaterów wystarczy pierwsze 5-10 minut: goniącego za marzeniami ambitnego Moona, ograniczoną do roli gospodyni domowej Rosity (świnia) – zabieganej przez swoje dzieci, ignorowana przez męża; zbuntowana Ash (jeż), słuchająca i grająca punka ze swoim chłopakiem, kochający jazz Mike (mysz), będący drobnym cwaniakiem z wielkim ego i chęcią zdobycia kasy; Johnny (goryl) – syn gangstera, który chce bardziej wykorzystać swój głos oraz Meena (słonica) – obdarzona poruszającym głosem, lecz strasznie nieśmiała i z wielką tremą. Na nich oraz desperacko walczącym o utrzymanie się Moonowi skupiają się twórcy, unikając jak ognia prostackich dowcipów oraz gagów (poza jedną sceną pierdnięcia), tworząc bardzo wiarygodne portrety tych postaci, mogąc odbić się w nich jak w lustrze. Może i brakuje tutaj większej ilości intertekstualnych dowcipów (chyba, że myślimy o wejściu windykatorki z banku w takt muzyki z „Dawno temu w Ameryce” czy katastrofie na miarę „Titanica”), ale to działa na plus. Może i jest to przewidywalne, ale ogląda się to z zainteresowaniem, kibicując bohaterom do samego końca, nawet mieszając gatunki (musical, komedia obyczajowa, odrobina sensacji).

sing3sing4

„Sing” jest urocze wizualnie i ma kilka fajerwerków wizualnych (scena specjalnego pokazu na szklanej scenie), chociaż wygląda jak troszkę lepsza wersja „Sekretnych zwierząt…”, niepozbawiona szybkiej pracy kamery (ucieczka Mike’a przez misiami-gangsterami), kilku pomysłowych gagów (jak Rosita stworzyła maszynerię, by móc spokojnie wyjść z domu na próby czy jej taniec w supermarkecie podczas zakupów w rytm „Bamboleo”) oraz świetnego zgrania piosenek z ekranem, co jest w pełni zrozumiałe. Sceny castingów (pająki tańczące „Asereje” – perełka), jak i finałowego koncertu robi gigantyczne wrażenie.

sing5sing6

Film trafił w polskiej wersji językowej, ale piosenki zachowano w oryginalnym wykonaniu, co było rozsądnym i trafnym wyborem. Piosenki brzmią znakomicie, sięgając od klasyki (nieśmiertelny Frank Sinatra, Queen czy Elton John) po bardziej współczesne numery („Shake It Off” Taylor Swift czy „Bad Romance” Lady Gagi). A głosy są dobrane dobrze pod wodzą Marcina Dorocińskiego jako Bustera Moona, uzupełniając charakter swoich postaci (zarówno bardziej doświadczeni macherzy pokroju Małgorzaty Sochy, Jarosława Boberka czy kradnąca szoł Anna Apostolakis jako niemal zakonserwowana panna Crawley jak i mniej doświadczonych jak dziennikarz radiowy Krzysztof Jankowski w roli Mike’a czy Ewy Farny jako Ash). Tutaj nie ma słabych punktów i trudno się do kogokolwiek przyczepić.

sing7

Niby nic nowego w „Sing” nie mamy, bo to opowieść o tym, że warto gonić za marzeniami, bo bez nich jesteśmy troszkę puści i niekompletni, ale jest to zrobione ze stylem, elegancko i autentycznie zabawnie. Chwyta za serce, muzyka brzmi po prostu świetnie (także dobór jest nieoczywisty jak na film teoretycznie dla dzieci) i jest to tak zgrabnie poprowadzone, że nawet da się polubić tych bohaterów, a z przesłaniem zgadzam się w 100% procentach. To kto będzie śpiewał i tańczył w trakcie?

8/10

Radosław Ostrowski

LEGO Batman: Film

Nikomu nie trzeba tłumaczyć kim jest Batman, czyli koleś w pelerynie nietoperza, walczący ze złem w zgniłym Gotham City. Było już tyle wariacji i oblicz, że nie było sensu tworzenia nowej twarzy herosa. Jak się okazuje, bohaterowie (zwłaszcza superherosi) są niczym naczynie – można wlać w nie dowolną ilość interpretacji i znaczeń. Dlatego twórcy „Lego Przygody” wcisnęli naszego Gacka w ten świat na drugi plan. Ogromny sukces spowodował, że solowe wejście Batmana było tylko formalnością. I tak pojawił się „LEGO Batman”.

lego_batman1

I ta wizja bohatera w oparach parodii oraz absurdu miała doprowadzić mnie do ekstazy, gigantycznego testu dla przepony, czyli spełnieniem snów fana popkultury. Nasz Bruce Wayne w tym wydaniu to egoistyczny narcyz, skupiony na spuszczaniu łomotu bandziorom oraz zawsze działający w pojedynkę. Przekonujemy się o tym na samym początku, gdy Batek nawija w rytm muzyki, czarnego ekranu oraz pojawiającej się czołówki (rzucając sarkastycznymi komentarzami) i kolejny raz niszcząc genialny plan Jokera. Problem w tym, że nowa komisarz policji – Barbara Gordon ma inną koncepcję działania prawa niż Gacek. A Joker znowu bruździ i zamierza zmieść Gotham z powierzchni ziemi za pomocą… a nie, nie, nie. Nie zdradzę wam więcej, bo dzieje się tu sporo.

lego_batman2

Akcja zasuwa niczym wyścigówka, gdzie nie brakuje strzelania (nawet bohaterowie wydają odgłosy pocisków), wybuchów, rozpadających się budynków, armii łotrów ze wszystkich opowieści o Batmanie (i nie tylko) oraz żartów. Ekipa celuje w stylistykę Christophera Nolana, czyli mrocznie, ciężko i śmiertelnie poważnie. Ale nawet patos jest tutaj wykorzystywany jako pole do kolejnych żartów (kolekcja filmów Batka – bezcenne). Jest jednak jeszcze druga warstwa, czyli przełamywanie strachu spowodowanego próbą stworzenia bliższej relacji z kimkolwiek. Wayne trzyma wszystkich na dystans, nie podporządkowuje się nikomu i uważa, że zawsze ma rację, co też daje pole do ciętych ripost (błaznowęże!!! czy docinanie Supermanowi i innym herosom) na zgrywę. Ostateczne wnioski są może błahe i oczywiste (nie można żyć samemu na tym świecie), to jednak ogląda się to świetnie i ciągle byłem zaskoczony gagami.

lego_batman3

No i sama animacja oparta na klockach Lego, pasuje do tej cyrkowo-jajcarskiej konwencji, gdzie Wayne uwielbia hard (i nie tylko) rockowe kawałki, puszcza muzę podczas spuszczania łomotu, ale najbardziej wygrana jest relacja z adoptowanym synem, Robinem oraz – bardziej toksyczna, ale konieczna – z Jokerem, chociaż naszemu herosowi (jak do wszystkiego) sporo zajmie czasu, by do tego dojrzeć. A polski dubbing wypada naprawdę przyzwoicie, co jest gigantyczną zasługą Krzysztofa Banaszyka jako Batmana (ten niski głos idealnie pasuje do postaci) i trudno się przyczepić do tłumaczenia.

lego_batman4

Co ja będę więcej opowiadał? Batek od LEGO jest fajerwerkiem, pokazującym mniej poważne oblicze największego komiksowego detektywa oraz najpoważniejszego superherosa, jakiego kiedykolwiek stworzono. Niby poważny, ale nie bardzo, widowiskowy i z błyskiem szaleństwa (może troszkę sentymentalny, jednak to jest rozładowane humorem). Wielokrotnie skręcało mnie ze śmiechu, co ostatnio nie zdarzyło się zbyt często.

8/10

Radosław Ostrowski

Trolle

Jak znamy z baśni i legend, trolle to wredne stwory piękne jak noc listopadowa, a inteligencje mają na poziomie ameby. Tak było od czasów Tolkiena, ale panowie z DreamWorks mają własną koncepcję tych istot. W ich animacji trolle są małymi, pozytywnie zakręconymi istotami z bardzo bujnymi włosami oraz wyglądem lalek. Są nośnikiem pozytywnej energii, której brakuje Bergenom – smutnym, brzydkim i bardzo nieszczęśliwym, dużym stworom. By przejąć szczęście i radość, Bergowie postanawiają zjeść trolle, na szczęście udaje im się uciec. I tak sobie w lasku trolle siedzą 20 lat w spokoju, szczęściu i nieustannej radości, kierowani przez przyszłą królową Poppy. Ale pewna impreza okazała się brzemienna w skutki, z powodu obecności nieproszonego gościa, czyli wygnanej Kucharki Bergenów, porywającego kilku jej ziomków. Królowa wyrusza odbić pobratymców razem z kolegą Mrukiem.

trole1

Widać rękę DreamWorks przy realizacji tego filmu, gdyż sylwetki postaci są bardzo wyraziste i charakterystyczne dla nich. „Trolle” to mieszanka kina przygodowego i… musicalu. Całość jest bardzo, bardzo kolorowa. I mówiąc to mam na myśli, że aż uderza tymi barwami po oczach niczym po zażyciu narkotyków (dla wielu ten nadmiar kolorów może wywołać wymioty). Trolle tańczą, wykorzystują swoje długie włosy niczym Indiana Jones bicz, rozsadzając swoją pozytywną energią. Same piosenki są dość ograne, ale brzmią ładnie i współgrają z ekranowymi wydarzeniami, będąc niejako komentarzem (wybierał je i napisał aranżacje Justin Timberlake).

trole2

Sama historia nie jest jakoś oryginalna, ale potrafi wciągnąć. Złośliwości między pozytywnie zakręconą Poppy a zgorzkniałym, samotnym Mrukiem (cały czarny) mają troszkę iskier, ale najładniej poprowadzono wątek nieśmiałej Bergerki (pomocnicy kucharki) o imieniu Bridget, beznadziejnie zakochanej w królu. Poppy próbuje je pomóc, co dodaje troszkę uroku i lekkości. Tak samo zabawne są scenki przypominające wycinanki czy drobne aluzje popkulturowe (początek z pędzącym szkrabem na rowerku po czerwonym dywanie – brzmi znajomo? Czy akcja ze zgubieniem wrotki), co było zawsze znakiem rozpoznawczym studia. Do tego dostajemy kilka spektakularnych scen zarówno akcji (ucieczka przed Bergerami), jak i tanecznych (przygotowania do imprezy czy finał), co wielu może się nie spodobać. Do tego niegłupie przesłanie, że szczęście jest zaraźliwe i nie trzeba nikogo zjadać, by mu je wręczyć.

trole3

Jak zawsze polski dubbing trzyma fason, ale tym razem postanowiono przetłumaczyć piosenki, przez co nie łatwo było je rozpoznać. Rozsadziło mnie wykonanie „Clint Eastwood” oraz bardzo poruszające „Hello”, jednak dwa utwory postanowiono zachować w oryginale. I tej niekonsekwencji nie jestem w stanie rozgryźć, bo albo bierzemy całość na warsztat, albo zostawiamy wszystko w oryginale. Samo śpiewanie brzmi dobrze i mówię to z ręką na sercu, przez aktorów podkładających głosy swoim bohaterom, ze szczególnym wskazaniem na Magdalenę Wasyluk. Aktorka jako Poppy po prostu rozsadza ekran, zaraża swoją energią i niezłomną determinacją, w pełnie uwiarygodniając ją. W opozycji do niej stoi Mruk (Piotr Bajtlik) – pesymista ze złamaną przeszłością, ciągle nieufny i widzący wszystko w czarnych barwach. Drugi plan kradnie wspomniana Bridget (Ewa Konstancja Bułhak) oraz demoniczna Kucharka (Elżbieta Jędrzejewska), będąca typowym czarnym charakterem skupionym na zemście.

trole4

„Trolle” to animacja skierowana dla dzieci i im da wiele frajdy, co jest zrozumiałe i oczywiste. Twórcy serwują takiego pozytywnego kopa, że trudno przejść do tego obojętnie. Fajna, lekka i przyjemna rozrywka ze świetną muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

Balerina

Wszystko zaczyna się gdzieś na prowincji w XIX-wiecznej Bretanii, gdzie znajduje się sierociniec. Tam mieszka Felicja – młoda dziewucha, marząca o jednej rzeczy: zostaniu baletnicą. Ale by trafić do Paryża musi ucieć z przytułku, w czym pomaga przyjaciel Wiktor. Na miejscu drogi naszej pary się rozdzielają. Ona trafia pod opiekę sprzątaczki, pani Odette, a chłopiec do pracownik samego Gustava Eiffla. Dziewczynie – podstępem i pod wpływem złośliwości – podszywa się pod zarozumiałą i bezczelną uczennicę – trafiając do szkoły baletowej, by przygotować się do występu „Dziadka do orzechów”.

balerina1

Po wielu produkcjach spod znaku Pixara, Disneya i całej tej amerykańskiej perfekcji, świeżym oddechem było poznanie produkcji dziecięcej z Francji. Muszę przyznać, ze jest to film skierowany dla młodego odbiorcy, ale nie jest w żaden sposób naiwny i infantylny. Klasyczna opowieść o tym, że ciężką pracą, pasją i determinacją można podbić świat, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Dałem się wpuścić do tego świata, co jest zasługą ładnej animacji, która nie kłuje w oczy. Ale nie tylko – XIX-wieczny Paryż jest barwnym miastem, gdzie wszystko może się udać. Widać, ze twórcy dali z siebie wszystko i włożyli masę serca i pracy. Jestem zachwycony scenami tańca i treningu naszej bohaterki – ruch pokazywany jest z wręcz pietyzmem (spowolnienia wykorzystane z głową), jakbyśmy widzieli prawdziwe postacie, a nie aminowanych ludzików. Widać to zarówno w świetnie poprowadzonej scenie w knajpie bretońskiej jak i finałowej potyczce – te dwie sceny powinny zachęcić.

balerina2

Żeby jednak nie było za słodko, „Balerina” to zdecydowanie kino dla dzieci, wiec humor oparty jest na prostych gagach, samo przygotowanie jest uproszczone, a przebieg fabuły jest przewidywalny. Ja jeszcze dorzuciłbym do zestawu piosenki, które były zbyt plastikowe, ale to raczej kwestia indywidualna. Podoba mi się przesłanie (choć to jak potraktowano kwestię kłamstwa może budzić pewne wątpliwości moralno-etyczne), muzyka – ta instrumentalna – jest dobra i współtworzy klimat, bohaterowie budzą sympatię i czas spędzony nie jest stracony.

balerina3

W zasadzie powinienem dać coś koło 6/10, ale taniec wyglądał prześlicznie i polski dubbing też był dobry. Najważniejsza jest tutaj Felicja (Julia Kamińska znowu błyszczy) i lekko postrzelony, ale uroczy Wiktor (zaskakująco dobry Antoni Królikowski). Czuć zgranie i silne więzy między postaciami, a relacja między nimi ulega dynamice. Drugi plan kradnie madame Odette (Anna Guzik) – kobieta silna, pokorna, z przeszłością, pełniąca na początku rolę mentorki. Z czasem ta kobieta stanie się dla naszej dziewczyny najpierw przyjaciółką, a następnie kimś w rodzaju matki. Tutaj najbardziej surowe postacie jak nauczyciel Merente (Radosław Pazura) skrywają coś więcej.

balerina4

I za te drobiazgi „Balerina” dostaje u mnie:

7/10

Radosław Ostrowski