Undone – seria 1

Alma pozornie wydaje się młodą kobietą po 30-tce. Mieszka z chłopakiem pochodzącym z Indii, straciła słuch (korzysta z aparatu), nie przepada za nadopiekuńczą matką i nie chce stabilizacji. Jeszcze ma młodszą siostrę, która wychodzi za mąż za bogatego białasa. Czy wspomniałem, że Alma jest Meksykanką? Jakby tego było mało, jej ojciec zginął w wypadku samochodowym, gdy była jeszcze dzieckiem. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy kobieta ma wypadek samochodowy. Przed zderzeniem z ciężarówką na czerwonym, ukazał się przed oczami… jej ojciec i prosi ją o pomoc. Mężczyzna jest przekonany, że wypadek, w którym zginął, nie był tylko wypadkiem.

undone1-2

Jak to możliwe, że w Polsce Prime Video od Amazona nie jest tak popularne jak Netflix? Ich oryginalne produkcje nie są wcale gorsze od amerykańskiego potentata, też zdobywając nominacje do wielu prestiżowych nagród. Sam opis „Undune” sugeruje bardzo intrygującą historię, mieszającą wątek kryminalny z obyczajowym oraz… fantastyką. Bo jak inaczej potraktować możliwość zaginania czasu i przestrzeni? A jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia oraz mózg? Pod tym względem serial Raphaela Boba-Waksberga (tak, tego kolesia od „BoJacka Horsemana”) przypomina klimatem powieści Philipa K. Dicka. Jawa to czy sen? Naprawdę istniejemy w rzeczywistości, którą możemy zmieniać wolą umysłu czy mamy do czynienia z chorobą psychiczną? Ten pierwszy wariant brzmi zbyt pięknie, drugi jest przerażający. Co jest prawdą, a co jedynie wytworem zwichrowanego umysłu? Te pytania pojawiają się w głowie dopiero pod koniec oglądania, bo bardzo chciałem wierzyć Almie. Wszystko widzimy z jej perspektywy, więc musi mówić prawdę, no nie? Ciągle twórcy kombinują i do samego końca nie mamy jednoznacznej odpowiedzi.

undone1-1

Podróże w czasie, możliwość zmiany przestrzeni, kontakty z przodkami – niby wszystko tutaj ma swoje jakieś naukowe wytłumaczenie, ale nie brzmi to jak bełkot. Jest bardzo fascynujące i to wszystko podane jest w bardzo nietypowej formie. „Undone” to jest animacja, ale zrobione w technice rotoskopowej. Innymi słowy nakręcony materiał z żywymi aktorami zostaje ręcznie, klatka po klatce, kolorowane i wygląda jak rysowana kreska. To jeszcze bardziej wywołuje surrealistyczne doświadczenie na granicy jawy i snu. Stąd to skojarzenie z Dickiem czy zrobionymi w tej formie filmami Linklatera, pozwalając twórcom się pobawić. Najbardziej tą zabawę widać na początku, kiedy – tak jak bohaterka – jesteśmy zdezorientowani, chronologia jest zaburzona, zaś obraz powstaje tuż przed naszymi oczami. Ogarnięcie tego dla wielu osób może być barierą nie do przeskoczenia, ale poziom skomplikowania całej historii to tak naprawdę zasłona dymna. I nie bójcie się zaryzykować.

undone1-3

Aktorsko jest tutaj więcej niż bardzo dobrze, ale najważniejsze są tutaj dwie postacie, czyli Alma i jej ojciec. Pierwszą gra Rosa Salazar, która jest absolutnie fenomenalna i bardzo trudna do rozgryzienia. Z jednej strony bardzo wrażliwa, delikatna, z drugiej bardzo zdeterminowana, sarkastyczna oraz ironiczna. Zderzenie tych sprzecznych emocji nie gryzie się ze sobą, nawet jeśli używa tylko mowy ciała czy spojrzeń. Bardziej stonowany jest jej ojciec, w którego wciela się Bob Odenkirk. Wydaje się mocno stąpającym po ziemi naukowcem, nawet jeśli jego teorie brzmią wariacko, nie pokazującym emocji, zaś jego motywacja owiana jest tajemnicą. Dynamika tego duetu to najmocniejszy punkt tego serialu, przez co ogląda się go z takim zainteresowaniem.

undone1-4

Amazon już wcześniej ogłosił, że będzie druga seria „Undone”. Ja się z tego powodu cieszę, bo to jedna z najbardziej frapujących produkcji zeszłego roku, przepięknie wyglądająca oraz bardzo poruszającą historią. Dla fanów „BoJacka” oraz poszukiwaczy treści pozycja zdecydowanie obowiązkowa.

8/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 2

Pierwszy sezon netflixowej „Castlevanii” był bardziej obietnicą czegoś intrygującego i ciekawego w kwestii adaptacji gier komputerowych. Cztery nieco ponad 20-minutowe odcinki stanowiły fundament do tego, na co czekali fani gier: konfrontacji Trevora Belmonta – ostatniego z rodu łowców wampirów – z hrabią Draculą. Naszemu lekko podpitemu młodziakowi towarzyszy syn hrabiego, Alucard oraz posiadająca tajemną wiedzę Sypha, przedstawicielka Mówców. By nasze trio mogło powstrzymać hrabiego ze swoim poruszającym się zamkiem, wyruszają do zniszczonego domostwa Belmontów.

castlevania2-1

Drugi sezon jest dwa razy dłuższy i sama historia zostaje rozbita na dwa wątki. Pierwszy dotyczy naszego zawadiackiego tria, które zaczyna coraz bardziej się zgrywać. Po drodze rzucając wiele złośliwych tekstów, docinków oraz przeglądania zbiorów. Przez co można odnieść wrażenie, że jest troszkę monotonnie i nudno. Ale jest jeszcze drugi wątek, czyli prowadzenie wojennej rzezi przez wampiry. I tutaj pojawia się kilka niespodzianek. W obozie hrabiego pojawia się dwóch przedstawicieli ludzi, odcinając się od swoich pobratymców. I to ten duet (Hector i Isaak) ma podjąć rolę głównych strategów, co wywołuje spięcia. Każdy z nich ma inne podejście, dziwaczną i pokręconą przeszłość, przez co ich losy toczą się zupełnie inaczej. Prostoduszny, pragnący wskrzeszać istoty Hector oraz naznaczony religijnym fanatyzmem Izaak zgrabnie się uzupełniają, a ich dalsze losy będą rozwijane w kolejnej serii (mam nadzieję).

castlevania2-2

Na tym dworze prowadzone są kłótnie, intrygi oraz rywalizacje o koncepcje walki. Tutaj też pojawiają się dwie bardzo wyraziste postaci: żądny krwi Godbrand i próbująca przejąć władzę o tron Carmilla. A nad tym wszystkim znajduje się coraz bardziej zmęczony cała sytuacją Dracula. To jeszcze dodatkowo pomaga w budowaniu napięcia oraz świata przedstawionego. Wszystko doprowadzone jest do finałowej, bardzo intensywnej konfrontacji, pełnej dzikiej bijatyki, krwi oraz dynamicznej choreografii. Same sceny akcji są tutaj brutalne, pełne oderwanych kończyn, posoki oraz okrucieństwa. To zdecydowanie produkcja dla dorosłych, zaś sama kreska bardzo przypomina japońskie anime. Ręcznie rysowana kreska, z dynamicznymi ruchami postaci i kamery (podczas scen akcji), dodając własnego charakteru.

castlevania2-3

I to jest nadal kapitalnie zagrane głosowo. Szorstki Trevor Belmont (Richard Armitage), opanowany oraz charyzmatyczny Dracula (Graham McTavish) nadal brzmią idealnie. Ale swoje zrobili nowi bohaterowie jak arogancki, pewny siebie Godbrand (cudowny Peter Stormare), planująca swoją intrygę oraz manipulująca Carmilla (niemal uwodząca Jaime Murray), a także bardzo oddany hrabiemu Isaac (charyzmatyczny Adetokumboh M’Cormack). Nowe postacie dodają jeszcze więcej kolorów do tego mrocznego, brutalnego świata.

castlevania2-4

Powiem krótko: drugi sezon „Castlevanii” bije pierwszy na głowę. Jest lepiej napisany, równie krwawy i brutalny, tylko pozornie zamykający całą historię. Bo może i główny antagonista zginął, ale nie wyparowało całe zło na Wołoszczyźnie. Może tylko humor wydaje się troszkę nie na miejscu, lecz poza tym całość rozwija się fenomenalnie. Kto wybiera się na 3. serię?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tuca i Bertie

Ptaszyskowo to typowe miasto gdzieś w USA, gdzie żyją głównie antropomorfizowane ptaki. Wśród tych mieszkańców są dwie kumpele, które znają się od kilku lat i mają po 30 lat. Tukanica Tuca jest bardzo imprezową dziewczyną, która od niedawna rzuciła alkohol, nie ma pracy, chłopaka, męża, z rodziną kontaktów nie utrzymuje. Bertie jest drozdem, pracuje w korporacji jako informatyk, a jej pasją jest robienie deserów i innych smakołyków. Mieszkały panie razem sześć lat, ale Bertie znalazła sobie chłopaka o zacnym imieniu Ćwiek i tukan musi się wyprowadzić.

tuca i bertie1

Kolejna animacja od Netflixa skierowana dla dorosłego widza. „Tuca i Bertie” jest stworzona przez Lisę Hanewalt, czyli rysowniczkę kultowego „BoJacka Horsemana”. Wizualnie to nowe dziełko jest dość blisko opowieści o człowieku z końską twarzą, ale inaczej rozkłada akcenty. Tutaj serialowi (niestety, skasowanemu po pierwszej serii) bliżej jest do klasycznego sitcomu, gdzie każdy odcinek stanowi osobną, niekoniecznie powiązaną ze sobą historię. Każda z naszych ptaszyc próbuje rozwiązać swoje problemy i zmierzyć ze swoimi demonami, których jest tu sporo. Trudna przyjaźń, seksizm, samotność, relacje damsko-męskie, odpowiedzialność, podążanie za pasją  – dzieje się tutaj bardzo dużo, chociaż każdy odcinek trwa niecałe pół godziny. Jednocześnie cała tematyka podana jest w bardzo komediowym sosie. Nie oznacza to jednak, że nie ma momentów poważnych czy poruszających. Dla mnie taką sceną było wyznanie Bertie z przedostatniego odcinka, gdzie opowiada o tym, dlaczego rzuciła pływanie. To bardzo mocny moment, dodatkowo cała retrospekcja towarzysząca tej scenie pokazana jest w zupełnie innym stylu.

tuca i bertie2

Właśnie. Twórcy mieszają tutaj różne style animacji, co bardzo uatrakcyjnia seans, nie wprowadzając chaosu i zamieszania. To wszystko jeszcze bardziej podkreśla charaktery naszych pokręconych przyjaciółek. Zwłaszcza w scenach wszelkich retrospekcji dodaje jeszcze bardziej do tego absurdalnego homoru. Dowcip tutaj jest oparty m.in. na wpleceniu napisów w trakcie dialogów (świetny moment kiedy podczas jakiegoś kawału pojawia się… tytuł sitcomu oraz pora jego nadawania!!!) czy pojawiających się znikąd wstawek musicalowych (śpiewająca Bertie). Wszystko tutaj oparte jest na absurdzie i zderzeniu charakterów. Bo jak traktować sytuację, kiedy Tuca kupuje sobie… jaguara czy wizytę Tuki u lekarza z gadającym ultrasonografem. To jeszcze bardziej podkręca ten zakręcony, kolorowy świat, dodając lekkości całego przedsięwzięcia.

tuca i bertie3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie kapitalny dubbing. Absolutnie tutaj błyszczy skontrastowany duet Tiffany Haddish/Ali Wong w rolach głównych. To one dodają tego charakteru, jaki potrzebują te postaci: nakręcona, wygadana i głównie wyluzowana Tuca oraz wycofana, spokojna, ciepła Bertie. Dla mnie najlepsze momenty były związane z przełamaniem ich charakterów (zakochana Tuca na randce jest bardzo niepewna i przerażona czy jak Bertie puszczają nerwy) czy kiedy wspierają siebie nawzajem. Chemia między tymi dziewczynami jest bardzo naturalna, wiarygodna do samego końca. Trzecim do pary jest Ćwiek z głosem Stevena Yeuna, próbującego zachować spokój i zadowolić swoją kobietę. Ma swoje momenty komediowe jak kiedy ma sztywną pozę oraz puszczają mu nerwy, co też pozwala mu zabłysnąć.

tuca i bertie4

Żałuję, że Netflix skasował ten serial po raptem 10 odcinkach, bo „Tuca i Bertie” miała potencjał na bardzo rozluźniającą, sympatyczną rozrywkę z bohaterkami, których nie da się nie polubić. Bardzo przyjemnie spędzony czas i chciałoby się zostać w Ptaszyskowie na dłużej.

8/10

Radosław Ostrowski

Praziomek

Amerykańskie studio Laika to prawdziwy ewenement. Powstała w Oregonie firma od lat produkuje animacje realizowane techniką poklatkową, które nie zdobywają takiej popularności ani rozgłosu na jaki zasługują, mimo pozytywnych recenzji od krytyków. No i pod względem finansowym też nie robią szału, w najlepszym wypadku zwracając koszta produkcji. Nie inaczej stało się z najnowszym filmem, czyli „Praziomkiem”, choć powinno być zupełnie inaczej.

praziomek1

Bohaterem filmu jest XIX-wieczny podróżnik i łowca przygód, sir Lionel Frost. Mężczyzna ten od lat chce dołączyć do elitarnego klubu odkrywców, jednak każda taka próba kończyła się niepowodzeniem. Włącznie ze znalezieniem dowodów na istnienie potwora z Loch Ness. Ale sytuacje może zmienić pewien tajemniczy list. Zawiera on informacje dotyczące mitycznej istoty zwanej Sasquatch albo Wielką Stopą. Na miejscu okazuje się, że zaproszenie to był podstęp, a jego autorem jest… Wielka Stopa. Brązowa, owłosiona, samotna chce prosić Anglika o pomoc w dotarciu do rodzinnym stron, czyli Himalajów. Mężczyzna decyduje się pomóc, widząc w tym szansę na członkostwo w klubie, jednak potrzebuje pewnej mapy. Posiada ją wdowa po słynnym podróżniku, która od jego śmierci przebywa w amerykańskiej rezydencji.

praziomek2

Film Chrisa Butlera to wręcz klasyczne kino przygodowe z klimatem godnym powieści Juliusza Verne’a, zmieszane z kumpelską komedią. Bo jak inaczej opisać zderzenie eleganckiego, kulturalnego dżentelmena ze zbyt dosłownie traktującym powiedzonka małpoludem, mogącym być brakującym ogniwem ewolucji? Ta konfrontacja jest zarówno źródłem humoru (dość slapstickowego), jak i początkiem pewnej powoli rodzącej się przyjaźni. Chociaż pierwotnie relacja bardziej przypomina pan-sługa. Ale tak naprawdę jest to także historia zderzenia tradycji z nowoczesnością, gdzie konserwatyści chcą tworzyć świat i traktują go jak trofeum, a inni chcą po prostu odkrywać nieznane światy bez chęci podboju czy tworzenia go na swoją modłę.

praziomek3

Owszem, wygląda to bardzo czarująco, a sceny akcji zarówno trzymają w napięciu (strzelanina na dworcu czy bójka w salonie), jak i potrafią rozśmieszyć inscenizacją (cała sekwencja na statku czy finał w królestwie Yeti). Sama animacja oraz scenografia jest bardzo szczegółowa, co robi bardzo piorunujące wrażenie, tak jak cudowna muzyka Cartera Burwella. Ale największym problemem była dla mnie historia, która jest bardzo prosta, konwencjonalna i strasznie przewidywalna. Widać, że studio chciało zrobić film skierowany dla młodego widza, dla dziecka. Samo w sobie nie jest dla problemem, tylko że ja nie znalazłem zbyt wiele dla siebie. Laika w poprzednich filmach jak „ParaNorman” czy „Kubo i dwie struny” dotykała poważniejszych tematów jak żałoba, samotność czy alienacja, zaś bohaterowie byli złożonymi jednostkami. Przy nich „Praziomek” wydaje się prostą historią, zbyt prostą i dla mnie niezbyt angażującą, mimo sympatycznych postaci oraz świetnego dubbingu (ale tylko oryginalnego).

praziomek4

Nie odmawiam „Praziomkowi” staroświeckiego uroku oraz poczucia miło spędzonego czasu. Jednak po takim studiu jak Laika oczekuję czegoś więcej niż staroszkolnego kina przygodowego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zgubiłam swoje ciało

Sam początek filmu jest mocno dezorientujący. Najpierw widzimy muchę, a obok wiele krwi i jakiś leżący chłopak. Cięcie. Potem słyszymy jak ktoś próbuje się z czegoś wyrwać nie wiadomo skąd. Kiedy dostajemy obraz okazuje się, że tym czymś jest… zawinięta w folię ludzka ręka. Czyja ręka? Co ona tam robi? Do kogo ona należy? I jak została ona rozdzielona od reszty ciała?

zgubilam swoje cialo1

Już sam początek tej francuskiej animacji stawia pytania oraz intryguje. Reżyser Jeremy Clapin stosuje tutaj dwutorową narrację, gdzie od razu zaczynamy poznawać dwójkę naszych bohaterów, czyli rękę oraz jej właściciela. A jest nim młody chłopak, który po śmierci rodziców trafia do dalszej rodziny i nie może znaleźć sobie miejsca. Marzenia o karierze muzyka czy astronauty zastępuje dowożenie pizzy. Ale nie jest on w tym dobry. Jednak jedna rozmowa zmienia jego życie, zaś pewien pociągający głos (i jego właścicielka) mogą być początkiem czegoś więcej.

zgubilam swoje cialo3

Historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale sposób jej opowiadania czyni ją niezwykłym doświadczeniem. Przeplatana narracja oraz droga jaką przeżywa dłoń fascynuje, choć początkowo może wywoływać dezorientację. Same przeszkody są pomysłowo pokazane: od ucieczki z lodówki przez walkę z gołębiem na dachu czy szczurami w metrze. Pomaga w tym fakt, że niektóre sceny są pokazywane niejako z perspektywy dłoni oraz serwując masę zbliżeń. Nie brakuje też momentów niemal surrealistycznych (sen o rodzicach, próba przejścia na drugą stronę ulicy) czy bardzo subtelnego humoru (pierwsza rozmowa z Gabriellą przez domofon), dodają uroku do tej pokręconej opowieści.

zgubilam swoje cialo2

Jeszcze bardziej zaskakuje niemal klasyczna forma animacji, bez metod stosowanych przez Disneya, Pixara czy innych gigantów zza Wielkiej Wody. Prosta kreska, wyglądająca jak ręcznie rysowana jest dość umowna. Z drugiej strony przy zbliżeniach widać sporo detali, szczególnie przy wyglądzie zwierząt. Wydaje się bardzo proste, ale zgrabnie uzupełnia się z samą opowieścią, pełną nostalgii oraz melancholijnego klimatu. Jedyne, co wywołuje we mnie niedosyt to zakończenie. Nie chodzi nawet o to, że nie ma (klasycznie rozumianego) happy endu, jednak rozminęło się ono z moimi oczekiwaniami.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Zgubiłam swoje ciało” to jednak z ciekawszych rzeczy dostępnych na Netflixie. Prosta w treści, ale oryginalna w formie animacja posiadający tzw. french touch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Klaus

Poznajcie Jespera. Chłopak jest synem dyrektora Królewskiej Szkoły Listonoszy, który zwyczajnie robi wszystko, by wylecieć i wrócić do swojego wygodnego życia. Ojciec jednak stawia mu ultimatum, by zmienil się: mianuje go listonoszem i wysyła na prawdziwy wygwizdów zwany Smeerinsburgiem. Ma z niego zostać wysłane 6 tysięcy listów albo zostanie wydziedziczony. Wydaje się sprawą łatwą, prawda? Nic z tego, bo w miasteczku są dwa rody, które nawzajem się nienawidzą, wykorzystując wszelkie możliwe narzędzia: widły, harpuny, włócznie itp. Zadanie wydaje się niemożliwe, ale wszystko zmienia pewien przypadek.

klaus1

Mało miałem styczności z animacjami Netflixa, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. „Klaus” to produkcja hiszpańska od Sergio Pablosa, czyli scenarzysty „Jak ukraść księżyc” i rysownika związanego kiedyś z Disneyem oraz Blue Sky. Sama historia jest wariacją genezy św. Mikołaja oraz idei związanej z prezentami. I jest to prosta historia zderzenia cynicznego listonosza z bezwzględnym miasteczkiem, gdzie wrogość i niechęć są na porządku. Poza Jesperem są tutaj dwie istotne postacie: miejscowa nauczycielka (szkoła przerobiona na sklep z rybami) Alva, która pragnie wyrwać się stąd oraz mieszkający poza miastem drwal Klaus. I ta relacja między tymi bohaterami staje się intrygującym spoiwem dla całego filmu. Intryga idzie w łatwym do przewidzenia kierunku, ale sama droga wciąga jak zaspy nogi. Nie brakuje tutaj humoru (pierwsze spotkanie z mieszkańcami czy próba schwytania reniferów), który dodaje lekkości i pokazuje jak jeden gest może doprowadzić do zmiany mentalności. Co równie ważne, nie jest to ani naiwne, ani wyłożone w sposób łopatologiczny.

klaus2

Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie sama animacja. Sprawia wrażenie rysowanej ręcznie, choć jedynym elementem trójwymiarowym były budynki, zaś same postacie były dwuwymiarowe, ale bardzo szczegółowe. To bardzo pomaga w budowaniu klimatu, tak samo jak wręcz epicka muzyka czy gra światłem czy wykonane wnętrza (szkoła na początku bardziej by pasowała do świata Tima Burtona), a nawet momenty zmiennego nastroju (pierwsza prezentacja Klausa, skupiona na detalach i ostrych przedmiotach przypominała troszkę horror). Jednocześnie twórcy cały czas balansują między humorem (dostarczanie prezentów), dramatem (powolna przemiana Jaspera) a akcją (finałowy pościg za saniami). Nie brakuje też momentów wzruszenia, a wszystko jest takie ciepłe, że już może stać się gościem wigilijnych seansów.

klaus3

„Klaus” ujmuje i chwyta za serducho już od pierwszych minut, co osiągają tylko nieliczni. Ciepły, mądry, a jednocześnie wierzący w dobrą stronę ludzi. Takie filmy na Święta są idealne. I nie tylko na ten okres.

8/10

Radosław Ostrowski

Emotki. Film

Rzadko się zdarza, by jakaś animacja została uznana za jeden z najgorszych filmów roku. Ale studio Sony w 2017 roku postanowił podnieść rękawicę i zrobiło film o najbardziej absurdalnym pomyśle od czasu „Battleship” (gra w statki). Bo czy można inaczej opisać film, gdzie bohaterami są emotikony? I jeszcze jedno: to nie jest film dla dzieci, tylko dla bardziej nastolatków, ok? Chociaż po seansie nie jestem tego taki pewny.

emotki2

Witajcie w Tekstopolis – mieście, które znajduje się w smartfonie. Tutaj żyją wszystkie emotki, która mają zostać wykorzystane przez użytkownika. A jest nim uczeń liceum, beznadziejnie zakochany w pewnej koleżance. Ale jak ma do niej zagadać, gdy cały czas gapi się w telefon? Dodatkowy każdy pisany SMS ostatecznie trafia do kosza. Od czego są jednak emotikony. Jedną z tych emotek jest szukający swojego miejsca Minek, czyli mem mający prezentować obojętność jak jego rodzice. Pierwszy dzień w jego nowej pracy (wybór emotek podczas pisania wiadomości) kończy się blamażem i chłopak zostaje uznany za anomalię. Dlaczego? Bo wyraża więcej niż jedną emocję, a to jest niedopuszczalne. Jest to do tego stopnia groźne, że właściciel chce skasować pamięć telefonu. Więc szefowa Tekstopolis, czyli Uśmiech nasyła na Minka antywirusy. Nasz bohater decyduje się odnaleźć hakera, by pomógł mu być takim normalnym meh, jak się da. I wyrusza w drogę razem z hakerem Matrix oraz troszkę zapomnianym Piątką.

emotki1

Film Tony’ego Leonidasa na pierwszy rzut oka wydaje się brzmieć dziwnie znajomo. Oglądaliście może „W głowie się nie mieści”? Koncepcja kina drogi oraz wiele scen (głównie ta w koszu) wyglądają dość znajomo, jednak sama jakość animacji od Sony mocno odstaje produkcji Pixara. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że brakuje świeżości. Jeszcze pomysł przenoszenia się po smartfonie jest niezły czy wizja samego Tekstopolis. Ale po drodze mamy product placement (Candy Crush, Just Dance, YouTube), bardzo przewidywalną fabułę oraz w zasadzie bardzo słabiutki humor. Można jeszcze polubić bohaterów, chociaż Piątka (ruchowa dłoń) jest dość irytujący i ciągle pakuje wszystkich w tarapaty. Za to Minek prezentujący całą paletę emocji oraz zbuntowana Matrix, która nie chce się dostosować do norm społecznych – to zupełnie inna para kaloszy.

emotki3

Także sceny dziejące się w realu, gdzie nastolatkowe gapią się w komórki i nie potrafią do siebie zagadać – ech, szkoda gadać. To jest jeszcze nudniejsze i nie angażujące jak podróż Minka do samoakceptacji. Z takim materiałem nawet polski dubbing nie jest w stanie tego uratować. Bartek Wierzbięta dwoi się i troi ze swoim tłumaczeniem, lecz nawet on z gówna bicza nie wykręci. Podobno zatrudniono gwiazdy polskiego YouTube’a, ale ponieważ nie obserwuje go zbyt dobrze, nie zauważyłem nikogo. Ale za to usłyszałem parę znajomych głosów, z których najbardziej wybijały się trzy. Po pierwsze, Paweł Ciołkosz jako nasz Minek budzi sympatię od razu i zachowuje ją do końca. Po drugie, Monika Pikuła w roli zadziornej, zbuntowanej hakerki Matrix. No i na sam deser Wojciech Paszkowski w roli ojca Minka, który tak swoim głosem czaruje, że każdym słowem rozbawić.

emotki4

Czy „Emotki. Film” to najgorsza animacja w historii? Nie, jest na to zbyt nudny i nijaki. Miewa przebłyski, jednak zbyt rzadko, a charakter praktycznie zniknął na początku produkcji. To tylko produkt, który nie wie dla kogo chce być.

4/10

Radosław Ostrowski

Mirai

Kun jest 5-letnim chłopcem, mieszkającym z matką, ojcem oraz piesełem. Cały świat wręcz kręci się wokół niego, a wszyscy wręcz tańczą jak on zagra. Wszystko jednak wywraca się do góry nogami, kiedy do domu pojawia się jego młodsza siostra, świeżo urodzony niemowlak. I to jest dla niego koszmar, bo wszyscy zwracają uwagę na nią, na Mirai, przez co chłopak czuje się odrzucony, niekochany. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, kiedy zaczyna przychodzić do ogrodu, gdzie dzieją się dość zaskakujące rzeczy.

mirai1

Kolejna wyprawa do Kraju Kwitnącej Wiśni, ale tym razem z tematem bardziej uniwersalnym niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. „Mirai” to opowieść o dojrzewaniu, której konstrukcją najbliżej jest do „Boyhood” – epizodyczność wydarzeń, pozornie nie powiązanych ze sobą. Jest jednak rzecz bardzo japońska w duchu, czyli sceny mocno zabarwione fantastyką. To w nich nasz chłopak niejako trafia do przeszłości, a nawet przyszłości, gdzie spotyka m.in. ludzką wersję swojego psa czy dorosłą Mirai. Brzmi wariacko, wręcz surrealistycznie? Ale dla reżysera jest to klucz do pokazania drogi naszego dzieciaka do dojrzewania, choć osadzone jest w zasadzie w jednej przestrzeni domu. Może wydaje się dość przewidywalne i proste, lecz kontekst kulturowy dodaje pewnego specyficznego posmaku.

mirai2

Historia wydaje się prosta, lecz elementy fantastyczne mocno wybijają ją z grona innych opowieści o szybkim dojrzewaniu. Nie działa ona jednak w ten sposób, że dzieje się od razu, po jednym wydarzeniu. To proces, gdzie niemal wszyscy wydają się zdezorientowani oraz zagubieni: bardzo apatyczny ojciec, który stara się pomóc, pracująca matka wracająca do domu zmęczona, a także sam Kun. Cała ta trójka musi na nowo się odnaleźć, ale wszystko widzimy z perspektywy dziecka. Jego wyobraźnia jest miejscami bardzo szalona (chłopak po wyrwaniu oraz wsadzeniu sobie ogona staje się psem), a także pomaga mu łatwiej przejść przez ten dość trudny okres. A jednocześnie gdzieś zasłyszane zdarzenia z przeszłości rodziny stają się istotną częścią układanki (wizyta u pradziadka zakończona jazdą na koniu czy spotkanie z matką w jego wieku), co czyni całość bardziej dojrzałym oraz mądrym spojrzeniem na okres, gdy pojawia się nowy członek rodziny.

mirai3

Żeby jednak nie było słodko, nie brakuje tutaj bardzo mrocznych scen, zwłaszcza w finale dzieła. Mocne wrażenie robi cała sekwencja na dworcu, gdzie wszystko idzie wręcz w stronę rasowego horroru (te krzesła w pociągu na Samotną Wyspę) – dla bardzo młodych widzów może być to zbyt mocny obraz. Sama animacja jest zrobiona w sposób klasyczny, wręcz ręcznie rysowany styl. I wygląda przez to bardzo ładnie, ale pojawiają się pewne trójwymiarowe wstawki czy to podczas finału na dworcu, przeskakiwaniu z miejsca na miejsce (niemal widać takie paski) czy cała sekwencja w jakby akwarium. Nie jest to może aż tak widowiskowe jak poprzednie animacje z Japonii jakie widziałem oraz sporych efektów specjalnych, ale w przypadku tej opowieści działa to zdecydowanie na plus.

mirai4

Muszę przyznać, że „Mirai” po raz kolejny pokazuje, co ciekawego dzieje się w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nominacje do Oscara oraz Złotego Globu nie są dziełem przypadku, zaś dorośli i dzieci (bardziej w wieku 10+) znajdą tutaj coś dla siebie. Mądre, zabawne, a jednocześnie bardzo uniwersalne kino trafiające pod każdą szerokość geograficzną.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Majtas: Pierwszy wielki film

Animowane kino superbohaterskie nie jest niczym nowym, co pokazali choćby „Młodzi Tytani”. Ten film jednak przeoczyłem z powodu chłodnego odbioru oraz dość dziwacznego zwiastuna. No i tytuł brzmiący niczym z jakiejś bajki dla bardzo młodego widza. Czyżbym był już za stary na pewne rzeczy? Ale po kolei.

Głównymi bohaterami oraz narratorami są George i Harold – dwaj kumple chodzący do podstawówki. Są pozytywnie zakręconymi kawalarzami, tworzą komiks o tytułowym superbohaterze (jego geneza to w zasadzie parodia „Supermana”). I w zasadzie byłoby dobrze, gdyby nie to, że szkoła do jakiej uczęszczają to połączenie kostnicy z obozem, gdzie cały czas jest stypa. Do tego dyrektor, pan Krapp, jest prawdziwym wrzodem na dupie, zaś każda oznaka radości doprowadza go do szału. Kiedy chłopaki podczas dnia, gdzie są prezentowane nowe wynalazki prymusa, wycinają kawał i za karę mają zostać rozdzieleni. Z desperacji wpadają na szalony pomysł, by… zahipnotyzować dyrektora plastikowym pierścieniem, co udaje się. I tak dyrektor zostaje Kapitanem Majtasem, czyli gościem w majtach z niezbyt rozwiniętym IQ. A heros jest potrzebny, bo w szkole pojawia się zagrożenie w postaci nowego matematyka/szalonego naukowca.

kapitan majtas1

Fabuła animacji od DreamWorks zrobiona przez Davida Sorena (reżyser) oraz Nicholasa Stollera (scenariusz) wydaje się brzmieć bardzo prosto i nieskomplikowanie. Akcja w podstawówce, więc raczej należy się spodziewać humoru skierowanego dla zaczynającego swoją przygodę z kinem dziecka. Mamy pierdy, masę slapsticku (głównie zderzenie Majtasa z rzeczywistością – i to bawi), ale jednocześnie jest to pastisz kina superbohaterskiego. Największą siła tego filmu jest zabawa formą, gdzie mamy zarówno sceny ręcznie rysowane (komiksowy wstęp), łamanie czwartej ściany, stopklatki, mocne i pstrokate kolory (wjazd do szkoły w rytm „Oh Yeah”), podzielony ekran niczym komiksowe kadry czy surrealistyczne wstawki (rozmowa dwóch „mózgów”). A i tak nie wymieniłem wszystkiego.

kapitan majtas2

Sama animacja pozornie wydaje się być bardzo uproszczona, troszkę przypominająca mi kinowe „Fistaszki” (sylwetki ludzi) czy „Bociany” (też od Stollera), ale to wszystko tworzy bardzo specyficzny klimat. Troszkę ocierając się o komiks, z bardzo heroiczną muzyką (bardzo pastiszową) w tle – prawie jak „Superman” czy „Indiana Jones” od Johna Williamsa.

kapitan majtas3

Dzieje się tu sporo, nie ma miejsca na nudę, zaś ilość żartów dla dzieci i dorosłych utrzymuje się na poziomie pół na pół. Nawet jeśli wszystko wydaje się przerysowane, głupawe i niedorzeczne (motywacja głównego złola, zachowanie Kapitana Majtasa), jest to absolutnie świadomy zabieg. Może przeszkadzać pewna powtarzalność gagów (hipnotyzowanie i odczarowywanie dyrektora – pstrykniecie i woda), niemniej to wszystko ma masę uroku oraz nawet niegłupi morał, pokazując siłę przyjaźni i wyobraźni. A także bardzo satyrycznie pokazuje szkołę oraz system edukacji, który zmienia uczniów u pozbawionych radości samotników.

kapitan majtas4

Swoją robotę robi też polski dubbing w reżyserii legendarnego Jarosława Boberka. Tym razem jednak zostali obsadzeni mniej znani aktorzy głosowi, co dodaje pewnej świeżości. Jedyny rozpoznawalny głos należy do Jakuba Szydłowskiego, który zagrał profesora Pofajdanka, będącego demonicznym złolem z absurdalną motywacją. Sympatię budzą nasi postrzeleni protagoniści, grani przez Mateusza Narlocha oraz Mateusza Webera, dodając luzu oraz dystansu. Dla mnie jednak odkryciem był Filip Przybylski: z jednej strony wściekły i nabuzowany dyrektor Krapp, z drugiej nie za mądry, pełen optymizmu Kapitan Majtas. W obydwu rolach pozostaje wiarygodny, zaś przejście z jednej w drugą dzieło się niczym za pomocą magicznego przycisku.

Po „Kapitanie Majtasie” spodziewałem się bajki skierowanej głównie dla najmłodszego widza, ale sam film okazał się zaskakująco zabawną, zakręconą opowieścią o sile wyobraźni. Ale jak z każdą siłą, łączy się wielka odpowiedzialność, więc trzeba uważać. Mam nadzieję, że powstanie ciąg dalszy, w końcu to pierwszy wielki film tego herosa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grinch

Miasteczko Ktosiowo jest znane z tego, że bardzo hucznie obchodzi Boże Narodzenie. Wiadomo, prezenty, panująca wszędzie radość, kolędy, choinka, dekoracje oraz tego typu pierdoły. Jest jednak ktoś, kto wielkim fanem Świąt nie jest –  zielonkawy stworek zwany Grinchem. Troszkę taki gremlin, trochę skrzat oraz wynalazca a’la doktor Brown. Kiedy dowiaduję się, że tegoroczne Święta mają być trzy razy huczniej obchodzone niż zwykle, postanawia dokonać najbardziej szaloną akcję w całym swoim życiu: ukraść Święta Bożego Narodzenia.

grinch2

Studio Illumination Entertainment wydaje się być ekipą kojarzoną z jedną serią animacji: cyklu o Gru i Minionkach. Poza nim poziom był dość nierówny (świetne „Sing”, ale i mocno średnie „Sekretne życie zwierzaków domowych”), więc do adaptacji książki dra Seussa podchodziłem bardzo sceptycznie. Owszem, czuć iż to film skierowany dla młodego widza, nie jest to jednak bardzo infantylne kino. Jest tu klimat klasycznej bajki z czasów Disneya (obecność narratora, komentującego wierszem – wynika to z charakteru literackiego pierwowzoru), opartego na zderzeniu slapsticku oraz charakteru Grincha ze świątecznym klimatem. I to potrafi zadziałać, zwłaszcza iż sam Grinch nie jest wrogiem Świąt jako takich, tylko tego bardziej komercyjnego sposobu obchodzenia, skupieniu się na otocznie, prezentach (jego zdaniem niepotrzebnych przedmiotach), blichtrze. Tylko, czy to jest prawdziwy duch Świąt? To pytanie serwuje drugi wątek, związany z małą dziewczynką o imieniu Cindy Lou, która chce troszkę innego prezentu niż wszyscy inni.

grinch1

Może i fabuła jest przewidywalna oraz prosta niczym konstrukcja cepa, jednak muszę przyznać, że sama animacja oraz forma tej opowieści jest bardzo ładna, wręcz szczegółowa (futerko Grincha i jego jaskinia). Nadal jednak czuć rękę oraz styl studia (piesek Grincha wzięty niemal żywcem z „Sekretnego życia…” czy ludzie o wyglądzie z serii o Minionkach), ale poziomem bliżej jest do „Sing”. Sam wygląd miasta, dekoracji świątecznych robi spore wrażenie, akcja też jest dynamiczna (sceny kradzieży prezentów czy przygotowań). W tle gra muza Danny’ego Elfmana, troszkę klimatem przypominająca… „Miasteczko Halloween” (albo mam coś z uszami), będąca sporym plusem. I sam morał też jest trafny, mądry i pokazany w niezbyt nachalny sposób.

grinch3

Polska wersja językowa realizowana przez Bartka Wierzbiętę jak zawsze trzyma fason. Chociaż jest pewien szczegół (choć nie wiem, czy to wina dystrybutora): wszelkie kolędy i piosenki świąteczne są wykonywane w oryginale. Tylko, że w jednej scenie kolęda jest śpiewana po polsku, co wywołuje poczucie pewnej niekonsekwencji. Najbardziej błyszczą dwie role, czyli narrator oraz tytułowy Grinch. Pierwszy przemawia bardzo ciepłym, delikatnym głosem Marka „Gru” Robaczewskiego, zaś drugi (w oryginale sam Benedict Cumberbatch) przemawia wokalem legendarnego Jarosława Boberka, potwierdzającego wielką klasę. Jego pomruki, szorstki głos buduje charakter zgorzkniałego, samotnego, jednak mimo wszystko budzącego sympatię stworka. No i jeszcze jest przesympatyczna Lila Wassermann jako Cindy Lou Ktoś.

grinch4

Ku mojemu zdumieniu „Grinch” okazał się jednym z najlepszych filmów studia Illumination. W każdym razie na pewno najładniejszą animację ze wszystkich oraz sporo serducha (także tego świątecznego), jakiego po nim się nie spodziewałem. No i zobaczenie śniegu w to gorące lato jest czymś orzeźwiającym, czego bardzo potrzeba.

7/10

Radosław Ostrowski