Rodzinny dom wariatów

Jak wszyscy wiemy, z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciach. Nie inaczej jest z bardzo liberalną rodziną Stone’ów, która mieszka w Nowej Anglii. Jest to rodzina wielopokoleniowa, ze sporą grupą braci i sióstr, a wnuków jeszcze nie ma. To się może zmienić, kiedy do rodziny przybywa najstarszy syn. Ze swoją dziewczyną, która jest strasznie sztywna i – dzięki jednej z sióstr – cała rodzina jest do niej uprzedzona. Czyżby Święta miały skończyć się totalną katastrofą? Zwłaszcza, że przyszła synowa wzywa jako wsparcie siostrę.

rodzinny dom wariatow1

Takich komediodramatów o rodzinie, gdzie jej członkowie nie są zbyt idealni było setki, jeśli nie tysiące. Czy dzieło Thomasa Bezuchy z 2005 roku ma coś, co wyróżnia go z tłumu (oprócz obsady)? Bo nie jest to stricte komedia, mimo miejscami dość ironicznego humoru, pokazuje znajome relacje. Relacje ludzi, którzy znają się dość dobrze, ale o wielu rzeczach sobie nie opowiadają i mają swoje tajemnice. Nie brakuje zarówno „czarnej owcy” (pijący i ćpiący Ben – tego drugiego nie widać), parę gejów, z czego jeden jest niesłyszący, złośliwą siostrzyczkę trzymającą się na dystans czy skrywającą swoją ciężką chorobę matkę. Niby są to poważne momenty i sytuacje, ale reżyser próbuje to ugrać w komediowy sposób, co nie zawsze działa. Podobać się może scena, gdzie Meredith doprowadza do awantury czy moment przed śniadaniem świątecznym, spowodowany pewnym nieporozumieniem. Ale to są tylko krótkie chwile, momenty budzące z dość przewidywalnej opowieści. Nawet sceny slapstikowe wydają się mało zabawne i przewidywalne, co wydaje się bardzo trudne do spieprzenia.

rodzinny dom wariatow2

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, ze zebrano naprawdę dobrych aktorów, którzy starają się wyciągnąć całość na wyższy poziom. I to się częściowo udaje, choć nie wszystkim. Dla mnie najbardziej nieciekawy był Everett grany przez Delmota Mulraneya, który sprawia wrażenie niby zdecydowanego, ale jakoś nie wspierającego swojej partnerki (dość zaskakująca Sarah Jessica Parker). Dla mnie najciekawsza była w roli złośliwej siostry Rachel McAdams oraz chyba najbardziej normalny z grona Luke Wilson (Ben), chociaż także Diane Keaton i Craig T. Nelson w rolach głowy rodziny mają swoje pięć minut.

rodzinny om wariatow3

„Rodzinny dom wariatów” okazuje się całkiem niezłą tragikomedią, chociaż dla mnie niezbyt wyróżniającą się od podobnych opowieści o rodzinie spotykającej się podczas uroczystości. Nie brakuje solidnego aktorstwa oraz paru scen rozluźniających, lecz nic ponad to.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gold

Złoto – surowiec najbardziej pożądany na świecie, który gwarantuje bogactwo, dobrobyt oraz szczęście. Tylko, że nie dla wszystkich, lecz dla tych, co wiedzą gdzie i jak szukać. Robią to zarówno amatorzy, jak i firmy zajmujące się wydobywaniem surowców. Taką firmę prowadził Kenny Wells, a dokładniej jego ojciec. Lecz kiedy on umarł w 1981 roku, przedsiębiorstwo wpadło w tarapaty przez kilka lat. Wszystko się zmieniło w 1988 roku, gdy mężczyzna postanowił zaryzykować i pójść w układ z legendarnym poszukiwaczem, Michael Acostą w poszukiwaniu złota do Indonezji. Nie jest łatwo, ale w końcu udaje się znaleźć złoto.

gold1

Stephen Gaghan to bardzo ceniony scenarzysta („Traffic”), który czasami próbuje swoich sił jako reżyser. I w swoich produkcjach próbuje połączyć kino gatunkowe z ważnym społecznie czy politycznie tematem. Tym razem znowu próbuje chwycić kwestie finansowych przekrętów i oszustw, opierając się na prawdziwych wydarzeniach. Nie mógł jednak wykorzystać prawdziwych imion, nazwisk oraz sytuacji (z powodów prawnych), więc ubiera wszystko w szaty fikcji. Fabułę można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza, troszkę w duchu kina łotrzykowsko-przygodowym opisuje odkrywanie surowców oraz determinację Wellsa w poszukiwaniu złota. Próba spełnienia amerykańskiego snu za pomocą sprytu, determinacji oraz szczęściu. Wiadomo, że za sukcesem zaczną pojawiać się konkurenci, chcący przejąć zyski z eksploatacji złóż. I tu pojawiają się komplikacje – gracze z Wall Street, mający szerokie wpływy, a tacy nie odpuszczają.

gold2

Wtedy zaczyna się druga część filmu, pokazująca walkę o swój sen. Co oznacza bezpardonową walkę oraz działanie z planem, by wszystkich wykiwać. Poznawanie kto jest przyjacielem, kto wrogiem oraz jak zawalczyć o swoje. Tylko, że ta walka zostaje spuentowana tak ironicznym oraz dramatycznym twistem, że powinniśmy się go domyślić wcześniej, prawda?

Problem jednak w tym, że reżyser nie jest w stanie zdecydować się, co ma być na pierwszym planie i w jakim tonie opowiedzieć całość. Czy to ma być satyryczne spojrzenie na świat wielkiej finansjery, wielka przygoda między dwoma poszukiwaczami, sensacyjna opowieść o przekręcie? Gaghan miesza tutaj wszystko do jednego kotła, przez co wychodzi film zaledwie letni. Brakuje tutaj wyczucia oraz zespolenia tego wszystko w jedną, spójną całość. Wrażenie robią zdjęcia dżungli i realia lat 80., z bardzo taneczną muzyką w tle (m.in. Iggy Pop, New Order czy Pixies).

gold3

Ale najwięcej wyciska tutaj Matthew „Allright, Allright, Allright” McConaughey w roli Kenny’ego. Facet ma wręcz ADHD, mimo sporego brzuszka i łysiny na głowie. Wizjoner, krętacz, oszust, pijak, który dla osiągnięcia celu rzuci obietnice bez pokrycia i jest w stanie nawet wejść do klatki z tygrysem. Aktor zawłaszcza ekran wszystkim, nie dając nikomu w zasadzie manewru do działania. Oprócz Edgara Ramizera w roli Acosty, którzy tworzy postać o wyglądzie i stylu dawnych poszukiwaczy przygód, gdzie czuć tą silną więź w trakcie wyprawy.

„Gold” nie ma w sobie blasku złota, nie powala i nie świeci. Zabrakło tutaj pewniejszej ręki, która stworzyła z tego prawdziwą petardę. Kolejna, tym razem nieangażująca ballada o chciwości.

6/10

Radosław Ostrowski

Weekend Ostermana

Punkt wyjścia wydaje się być prosty: co byście zrobili, gdyby wasi najbliżsi przyjaciele okazali się zdrajcami? Przychodzą do was ludzie z tajnych służb i proszą o pomoc. Taką propozycję właśnie dostał John Tanner – dziennikarz, specjalizujący się w demaskowaniu działań rządowych. Agent CIA, Lawrence Fassett, przekazuje rozmowy, z których wynika, iż jego najbliżsi przyjaciele są tajnymi agentami pracującymi dla tajemniczej organizacji Omega. Kumple (Osterman, Tremayne, Cardone) mają przyjechać na weekend, jak zawsze, jednak tym razem będzie inaczej.

weekend_ostermana1

Sam Peckinpah w trakcie realizacji tego filmu był już na końcu swojej drogi zwanej życiem. Od czasu „Konwoju” nie nakręcił niczego, a zdrowie jest mocno podniszczone przez alkohol oraz narkotyki. W końcu dostał propozycję przeniesienia na ekran powieści Roberta Ludluma. Jest to klasyczny szpiegowski thriller, w którym akcja toczy się bardzo spokojnie i bez fajerwerków. Wręcz jest za spokojnie, bo rozkręca się dość powolnie, wręcz w żółwim tempie. Bardzo powoli odkrywamy kolejne elementy układanki, gdzie nie do końca wiadomo, kto jest kim, kto ma jakie motywy działania. Komu bardziej zaufać, rządowi (i jego reprezentantom) czy może jednak swoim przyjaciołom? Zdrada, niedopowiedzenia, zmontowane materiały, manipulacja, atmosfera robi się coraz bardziej gęsta, by ostatecznie odkryć prawdę. Tylko, że ani tej atmosfery, ani napięcia wynikającego z nieufności nie byłem w stanie poczuć.

weekend_ostermana2

Niby mamy tutaj kilka interesujących scen („prognoza pogody” czy znalezienie głowy psa w lodówce), ale samo wyjaśnienie intrygi wydawało mi się dziurawe, wręcz niedorzeczne. Bo w skrócie chodzi o wykorzystanie dziennikarza przez agenta do… zemsty na swoim szefie. Wszystkie materiały i dokumenty okazują się sfabrykowane, zmanipulowane. To, jak wykorzystywane są media, jest dla mnie najciekawszym wątkiem „Weekendu…”. Szkoda tylko, że ta intryga wydaje się zagmatwana oraz kompletnie nieprzekonująca.

Że jest to Peckinpah, najbardziej widać w scenach akcji z bardzo charakterystycznym dla niego wykorzystywaniem slow-motion oraz równoległego montażu. Problem jednak w tym, że nie zawsze to działa. Podczas sceny porwania rodziny Tannera oraz jego pościgowi, realizacja jest bardzo chaotyczna (powoli opadający glina na motorze, rozbity pojazd są ważniejsze niż dwa główne wozy), choć wyjątkiem jest finałowa konfrontacja w domu, gdzie dochodzi do strzelaniny (aczkolwiek tu też nie wszystko jest czytelne).

weekend_ostermana3

Udało się zebrać dość utalentowaną obsadę, jednak nie zostaje w pełni wykorzystana. Najbardziej błyszczą tutaj dwie kreacje, czyli Rutger Hauer oraz John Hurt. Pierwszy wciela się w dziennikarza Tannera, którego dociekliwość robi wielkie wrażenie. Jednocześnie widać w jego oczach rozchwianie oraz konflikt, pełne sprzecznych emocji. Z kolei Hurt w roli agenta Fassetta do samego końca zachowuje spokój i opanowanie, chociaż jego przeszłość pokazuje pewien tragizm tej postaci. Poza nimi są tutaj m.in. Dennis Hopper (Richard Tremayne), Burt Lancaster (Maxwell Denworth) czy Craig T. Nelson (Bernie Osterman), których obecność wywołuje czasem frajdę.

„Weekend Ostermana” miał się okazać pożegnaniem Peckinpaha z X Muzą i nie spełniła oczekiwań związanych z wielkim powrotem mistrza. Historia kompletnie nie wciąga, aktorzy zazwyczaj nie mają zbyt wiele do roboty, a realizacja wręcz miejscami odrzuca. Broni się jedynie przekaz o manipulacyjnej roli mediów, które są bronią obosieczną. Ale to za mało, by uznać film za udany.

5/10

Radosław Ostrowski

Duch

Jaki jest jeden z najpopularniejszych motywów kina grozy, poza wampirami, zombie i wilkołakami? Są to duchy i nawiedzone domostwa. Zawsze jest jednak tak, że obydwa te motywy łączą się ze sobą. Ciekawe dlaczego? Początek starego filmu Tobe’a Hoopera niczego nietypowego nie zapowiada, chociaż… Może po kolei. W pewnym osiedlu mieszka sobie rodzina Freelingów – rodzice i troje dzieci plus pies. Najmłodsza córka, blondwłosa Carol Anne, gdy ją widzimy po raz pierwszy rozmawia ze śnieżącym telewizorem. Może bawi się z wyimaginowanymi przyjaciółmi. Ale później zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy, aż pewnej nocy podczas burzy dziewczynka znika. Jedynie słychać jej głos w… telewizorze.

duch1

Reżyser razem z producentem Stevenem Spielbergiem (podobno ten drugi był reżyserem „Ducha”) postanowili połączyć kino familijne z kinem grozy, nawet mieszając je obok siebie. Początek jest wręcz spokojny, sielankowy. Widzimy nasze osiedle, gdzie mieszkają ludzie, a życie toczy się spokojnie. Także nasza familia nie wybija się z tego obrazku: jest radość i szczęście, każde z dzieci ma swój pokój (najstarszy syn ma też wiele gadżetów z „Gwiezdnych wojen”). Tylko Carol Anne siedzi przed telewizorem, ale wtedy jak kończy się program i śnieży ekran.

duch2

Hooper potrafi jednak porządnie przestraszyć i nie potrzebuje stosować skomplikowanych bajerów. Wystarczy tylko śnieżący ekran, przerobiony niczym echo głos dziecka oraz prosty montaż (scena w kuchni z krzesłami). Plus jeszcze grzmoty i światło, a także praktyczne efekty specjalne (niepokojące drzewo i klaun godnie znoszą próbę czasu). Odpowiedzi na pytania, co się stało, poznajemy bardzo powoli, chociaż podejrzewamy udział zjawisk paranormalnych. Kiedy pojawia się paranaukowe trio i później „czyszczycielka” domu, napięcie zaczyna gwałtownie rosnąć, a poczucie zagrożenia wzrasta. Niby mamy tylko sprzęt do filmowania i nagrywania, ale nie wydaje się to wygłupem. I ani razu się nie zaśmiałem – takie to było. Najbardziej zapamiętałem scenę wyciągania dziewczynki z drugiej strony (tak to światło w tym mroku waliło po oczach) oraz finałową walkę z domem zakończoną ucieczką i… o, nie więcej wam nie powiem, to trzeba samemu zobaczyć.

duch3

Do tego jest to dobrze zagrane, przez wówczas kompletnie mało znanych aktorów, co tylko dodaje pewne posmaku realizmu. Zarówno Craig T. Nelson, jak JoBeth Williams pasują do ról rodziców, wierząc im bez jakiegokolwiek poczucia szarży, zwłaszcza w scenach, gdzie muszą pokazać swój lęk. Ale i tak największe wrażenie zrobiła Heather O’Rourke wcielająca się w Carol Anne – naturalna, bardzo ciepła dziewczynka, przez większość filmu grająca tylko głosem. Plus świetny drugi plan w postaci Beatrice Straight (zajmująca się sprawami paranormalnymi dr Lesh) oraz mówiąca bardzo niskim głosem Zelda Rubinstein (jasnowidzka Tangina Barrons).

duch4

Echa filmu Hoopera były obecne choćby w wariackim „Naznaczonym” Jamesa Wana, co może świadczyć o statucie „Ducha”. Sam film dobrze znosi próbę czasu, m.in. dzięki próbie sięgania po mniej oczywiste środki niż jump-scare’y czy chropowata muzyka. Absolutnie dzieło godne miano klasyka.

8/10

Radosław Ostrowski