Zaułek koszmarów

Wiele jest gatunków, które lata świetności mają dawno za sobą. Jednym z nich jest kino noir (albo jak kto woli czarny kryminał) – mroczne opowieści pełne tajemnic, morderstw, zdrad i oszustw. Wszystko przyprawione fatalistyczną atmosferą, cynicznymi twardzielami, pięknymi femme fatale oraz osadzone w męskiej dżungli, gdzie wygrywa ten, co ma więcej siły i/lub sprytu. Szczyt popularności przypadł na lata 40. i 50., by przypomnieć o sobie na przełomie lat 60. i 70. (z pewnymi modyfikacjami).

Nie oznacza jednak, że nie próbowano wrócić z tą konwencją. Czasami udanie („Tajemnice Los Angeles” czy niedawny „Osierocony Brooklyn”), a czasem nie („Czarna Dalia”). Jak do sprawy postanowił podejść Guillermo del Toro? Postanowił zmierzyć się z napisaną w 1946 roku powieścią Williama Lindsaya Greshama (oczywiście, nie czytałem jej), która skupia się na ambitnym człowieku, Stantonie Carlisle’u (Bradley Cooper). Jednak po kolei.

Kiedy poznajemy naszego bohatera, wrzuca zawiązane zwłoki do zakopanego dołu w domu, a następnie podpala to miejsce. Cel: ruszyć przed siebie, zacząć nowe życie i zarobić kupę szmalu. Tylko gdzie? Jako kto? Czy posiada on jakieś umiejętności? Przypadkiem trafia do wędrownej trupy cyrkowej. Zaczyna jako fizyczny pracownik, ale szybko się uczy i obserwuje, w końcu trafia pod skrzydła małżeństwa, które opanowało czytanie w myślach. Po opanowaniu techniki decyduje się zadziałać na własną rękę i podbić świat, w czym pomaga zakochana w nim Molly – dziewczyna przewodząca prąd. W końcu trafiają do miasta i stają się sensacją śmietanki towarzyskiej, gdzie Wielki Stanton wpada w oko pani psycholog, z którą wchodzi w pewien intratny układ.

Więcej wam nie zdradzę, ale nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Historia w zasadzie dzieli się na dwie części, których granicą jest odejście Stantona z cyrku. Pierwsza część, ta jarmarczno-cyrkowa wygląda niesamowicie, w czym pomagają zarówno stylizowane zdjęcia, jak i szczegółowe odtworzenie epoki. Wesołe miasteczko nie jest wcale wesołe, gdzie jej mieszkańcy – o aparycjach charakterystycznych aktorów – to grupa outsiderów, żyjących w brudzie, smrodzie oraz scenografii przypominającej koszmar. Poznajemy ich umiejętności, troszkę przeszłości, ale też pewien rodzaj silnej więzi. Ten świat wciąga, choć nie pozbawiony jest mrocznych zdarzeń (ucieczka „świra” czy tragiczna historia telepaty Pete’a). Gdzieś w powietrzu czuć tą fatalistyczną atmosferę, a jednocześnie trudno oderwać od tego wszystkiego oczu.

Druga – miejska część – jest pełnym wejściem w świat noir, gdzie coraz bardziej napędzana ambicja, żądza pieniądza oraz niebezpieczna kobieta doprowadzają naszego bohatera prosto w przepaść. Wizualnie też jest to zaznaczone: przestrzeń wydaje się coraz większa, tempo pozornie wolne i wszystko wydaje się przytłaczające. Jakby świat zamierzał go przetrawić, przełknąć oraz wypluć. Szansa na zarobek za pomocą żerowania na naiwności bogatych, złamanych przez życie ludzi przez kontakt z duchami. Ale czy taki kant jest możliwy do zrobienia? Uda się dokonać przekrętu doskonałego? Coraz bardziej zacząłem odczuwać napięcie, mimo iż wyczuwałem jaki finał przewidział dla niego los/tarot/diabeł/jego akcje (chociaż zakończenie potrafiło uderzyć).

I jak to jest cudownie zagrane. Pierwsza część to dominacja znajomych twarzy na drugim planie – Ron Perlman, Willem Dafoe, Toni Collette i, najlepszy z tego grona, David Strathairn. Cała ta ferajna tworzy bardzo zgrany kolektyw, gdzie każdy ma szansę zawłaszczyć samą obecnością ekran. Jest jeszcze Rooney Mara, czyli bardzo delikatna oraz naiwna Molly. W drugiej połowie przebija się mroczny duet, czyli Cate Blanchett (dr Lilith Ritter) i Richard Jenkins (biznesmen Ezra Grindle). Oboje z niepokojącą przeszłością, gdzie jego dręczy śmierć żony i desperacko chce ją znowu zobaczyć (fizycznie!!!), z kolei ona chce wykorzystać wiedzę o pacjentach dla własnych celów.

No i jeszcze jest on, czyli Bradley Cooper jako Stanton. Aktor tutaj pokazuje kilka twarzy swojej postaci: z jednej strony uroczego czarusia, z drugiej przebiegłego manipulatora. I to wszystko jest wygrywane za pomocą drobnych gestów, niewypowiedzianych słów oraz spojrzeń. Jednocześnie znakomicie pokazana jest jego determinacja, a także coraz brutalniejszy upadek, łamanie kolejnych granic w jednym celu: kasa, władza, prestiż.

Wielu mówi, że „Zaułek koszmarów” to nowe rozdanie w karierze meksykańskiego reżysera, bo nie pojawiają się potwory i elementy nadnaturalne. Niby trudno się z tym nie zgodzić, ale prawda jest taka, iż monstra mają (dosłownie) ludzką twarz. Bardzo stylowe kino, mimo pewnych chwil przestoju oraz przewidywalności.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nomadland

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy zostaje zmuszony porzucić swoje domostwo i ruszyć przed siebie. Czasem nie daje się znaleźć żadnego fizycznego domu – z różnych powodów: własnego wyboru lub czynników zewnętrznych. Ten drugi przypadek pasuje do Fran, która po likwidacji miejsca pracy została zmuszona – razem z mieszkańcami całego miasta – przenieść się. Kupiła kampera, szuka jakiejkolwiek pracy od miasta do miasta. I z nią poznajemy kolejnych wędrowców, robiących to samo, co Fran.

Na pierwszy rzut oka „Nomadland” od reżyserki Chloe Zhao wydaje się kolejny filmem drogi. Wędrujemy z Fran jej kamperem, będącym także domem, poznajemy innych nomadów oraz ich historie. Najbardziej zadziwił mnie fakt, że bohaterami są tutaj ludzie o wiele dojrzalsi, z dużym bagażem doświadczeń i zaczynający się przyzwyczajać do tej nieustannej wędrówki. Głównie dlatego, że nie mają do czego wracać, a inni inaczej nie potrafią żyć. Tak właśnie jest z Fran, która po śmierci męża, upadku firmy i utraty domu, rusza za pracą. Problem jednak w tym, że to zawsze praca sezonowa, nic na stałe. Czy to w Amazonie, restauracji czy parku narodowym. Powoli zaczynamy odkrywać jej przeszłość i pojawiają się pytania. Czy chodziło tylko o szukanie pracy, a może o bycie niezależną od pomocy innych, nawet najbliższej rodziny? Nie poznamy odpowiedzi, pozostają tylko domysły.

Reżyserka nie pokazuje tylko dobrych stron bycia wędrowcem bez domu. Bo są pewne chwile, gdzie dostęp do cywilizacji wiele ułatwia. Jak choćby wymiana opony, naprawa auta czy kupno papierosów. A i z parkowaniem czy zatrzymaniem pojazdu bywają problemy. Wszystko w przepięknych krajobrazach, jakie mógłby sfilmować Emmanuel Lubezki czy Roger Deakins. Przyroda jest tutaj zachwycająca, jednak jej niemal pustynne otoczenie pogłębia poczucie samotności i alienacji. A prowadzone jest to niczym reportaż – przyglądamy się pozbawionej pudrów biedniejszej stronie Ameryki. Jest parę długich ujęć, zaś kamera niemal cały czas jest przyklejona do Fran (wyciszona i znakomita Frances McDormand). Dostajemy też czas na poznanie innych nomadów jak Dave’a, Lindę May czy Swankie, przez co ta perspektywa zaczyna się poszerzać.

Ale mam pewien problem z tym filmem: zachwycam się realizacją i wykonaniem, ale kompletnie się nie zaangażowałem w tą historię. Cały czas czułem barierę i nie wiem czy to wynika z tematyki, czy może w epizodycznej konstrukcji scenariusza? Chyba raczej to drugie, choć jest kilka niezapomnianych momentów jak wszystkie sceny z Dave’m czy spotkanie z kimś w rodzaju mentora grupy.  W tych momentach biło serce tego filmu. Na pewno miłośnicy kontemplacji znajdą dla siebie bardzo dużo, a reszta powinna zmierzyć się. Choćby ze względu na aktorstwo, które jest przednie.

7/10

Radosław Ostrowski

Moja kolacja z Hervem

Jest rok 1993, czyli czas wielkiej popularności „Jurassic Park”, ale dla dziennikarza Danny’ego Tate’a to czas ciężkiej pokuty. Kiedyś był dobrym dziennikarzem, miał żonę i dziecko. Jednak wszystko zmieniło się z jednego powodu: gorzała. Teraz jest już czysty i dostaje szansę powrotu: wywiad z Gorem Vidalem oraz notka na temat Herve’a Villechaize’a – aktora-karła, grającego w jednym z filmów o Bondzie. Jednak ta noc kompletnie zmieni życie dziennikarza.

herve1

„Moja kolacja z Hervem” to oparta na faktach opowieść, którą przedstawił reżyser Sacha Gervaise (pierwowzór dziennikarza Tate’a). Wszystko toczy się w jednej nocy, ale bardzo szybko zostaje przedstawiona historia człowieka niskiego wzrostu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to klasyczną historią wzlotu i upadku celebryty, któremu uderzyła woda sodowa i życie prywatne mocno się rozsypało. Ale wszystko zostało zrobione w bardzo powściągliwy sposób, poznając głównie perspektywę naszego Herve’a. Może wydaje się niepozorny, ale z bardzo bogatym życiem oraz ambicjami artystycznymi, by wybić się. Jednak sława ma swoje ciemniejsze strony: brak pracy, hedonistyczny styl życia, pieniądze i przekonanie o swojej wyższości. Woda sodowa każdego jest w stanie sięgnąć, a powoli odkrywane zostają kwestie przemilczane, przekłamane.

herve2

Reżyser powoli odkrywa kolejne karty z życia Herve’a: od prób „wyleczenia” z karłowatości przez początki malarskie, krótką karierę aktorską aż do stabilnego okresu z dala od sławy. Wiernie prezentuje okres od lat 60. do 80. (tasiemcowy serial „Fantasy Island”, praca na planie „Człowieka ze złotym pistoletem”), z imponującą scenografią oraz kostiumów z epoki. Ta przeplatanka działa w sposób uatrakcyjniający fabuły, mimo dość znanego finału. Wszystko polane jest takim lekko nostalgiczno-smutnym klimatem, pokazując jak bardzo łatwo można swoją karierę zniszczyć bezpowrotnie.

herve3

Swoją robotę wykonują też aktorzy. Absolutnie rewelacyjny jest Peter Dinklage w roli Herve’a – pewnego siebie twórcy, marzącego o spełnieniu swojego snu o sławie i potędze. Jednocześnie bywa bardzo porywczy, impulsywny, aż garściami próbujący czerpać z życia, a na twarzy dość często przewija się smutek, rozgoryczenie i poczucie niespełnienia. Równie dobry jest Jamie Dorman jako dziennikarz znajdujący się na rozstaju drogi. Zagubiony, bezradny, próbujący podejść fachowo do swojej roboty, prześladowany przez własne demony. Choć początkowo wydaje się, że dwóch tak różnych facetów nie może się zaprzyjaźnić. Ale powoli zaczyna się tworzyć więź między tymi bohaterami, czyniąc z nich troszkę krótką przyjaźń. Drugi plan też jest wyrazisty (David Strathairn jako agent, Andy Garcia w roli Ricardo Montalbano czy Michelle Enos – Kathy), dodając odrobinę smaczku.

HBO po raz kolejny pokazuje, że swoje produkcje telewizyjne zawsze trzymają poziom. „Moja kolacja z Hervem” to solidne biograficzne kino o dość krótkiej karierze może niskiego, ale pamiętnego człowieka.

7/10 

Radosław Ostrowski

Amerykańska sielanka

Każdy z nas chyba wie, czym jest „amerykański sen”. Spełnienie i zdobycie wszystko, co najlepsze – piękna żona, idealny dom na przedmieściu, wreszcie dzieci odnoszące sukcesy. Sielanka? Dla Seymoura „Szweda” Levova to było spełnienie marzeń. Przystojny, atletyczny mężczyzna, zakochany w pięknej kobiecie, Dawn (co z tego, że gojka), była miss stanu. Do tego pojawia się ona, córeczka Meredith. Brzmi to jak spełnienie marzeń? Do pewnego czasu tak jest, bo dziewczyna się jąka, zaczyna się wycofywać (i pod wpływem otoczenia) skręca w stronę radykałów spod znaku kontrkultury. Aż pewnego dnia dochodzi do ataku terrorystycznego, w którym ginie właściciel sklepu, a dziewczyna znika bez śladu.

amerykanska_sielanka1

Kolejne spotkanie kina z Philipem Rothem, który nigdy nie był łatwy do sfilmowania. Tym razem jednak realizacji kinowej wersji pierwszej części trylogii amerykańskiej podjął się Ewan McGregor – bardzo popularny i ceniony aktor szkocki. Ale, jak to w przypadku debiutanta, wziął na siebie zadanie ponad swój ciężar. Klamrą dla opowieści o śnie, który zmienił się w koszmar jest zjazd absolwentów, na który przebywa ceniony pisarz Nathan Zuckerberg (w tej roli David Strathairn). Dzięki poznanemu na zjeździe bratu Szweda, poznaje on jego historię. McGregor miał szansę, by wykorzystać losy rodziny Levov do zderzenia się z okresem lat 60., gdy Ameryka prowadziła najtrudniejszą ze wszystkich wojen – wojnę domową. Częściowo się to nawet udaje, gdyż początek obiecuje wiele: jest świetnie wykonana robota scenografów i kostiumologów, zgrabnie wplecione materiały archiwalne. Jednak cały czas stawiane jest pytanie: dlaczego dziewczyna z dobrego domu staje się terrorystką i morderczynią? Tak jak ojciec cały czas próbujemy to rozgryźć i odnaleźć przyczynę.

amerykanska_sielanka2

Pojawiają się pewne drobne sygnały (widok podpalonego mnicha, jąkanie się, jej prośba, by Szwed pocałował ją jak mamę), które coraz bardziej zaczyna się radykalizować. Dziewczyna zaczyna niszczyć to, w co wierzy jej ojciec, czyli pracowitość i wierność tradycji. Bunt przeradza się w gniew, sympatyzowanie z kontrkulturą – jest wiele poszlak, ale brakuje tutaj kropki nad i. Tylko, że powieść Rotha miała bardziej rozbudowaną psychologię, wspartą bardzo nielinearną konstrukcją (masa retrospekcji), łącząc wszystko w spójną całość. Tutaj zabrakło spoiwa, bo wiele scen sprawia wrażenie niepowiązanych ze sobą. To, że żona zaczyna oskarżać męża, iż pojawił się w jej życiu (i że mogła mieć zupełnie inne życie), pojawienie się tajemniczej Rity Cohen (intrygująca Valerie Curry), mogącej znać miejsce pobytu Merry. Wiem, o co chodziło twórcom: pokazanie jak jedno wydarzenie wywraca i niszczy życie zwykłej rodziny. Problem w tym, że to wszystko sprawia wrażenie bardzo sztucznego tworu.

amerykanska_sielanka3

Nawet aktorstwo (przyznaje, że bardzo solidne) jest bardzo teatralne i miejscami aż nadekspresyjne (dotyczy to mocno samego McGregora). Intrygują panie – Jennifer Connelly oraz Dakota Fanning – jednak nawet ich próby stworzenia psychologicznych portretów mogą budzić poważne wątpliwości pod względem wiarygodności. Dlatego, jeśli chcecie bliżej poznać tragedię rodziny Levov, zdecydowanie sięgnijcie po literacki pierwowzór, lecz nie spodziewajcie się łatwej i przyjemnej lektury.

amerykanska_sielanka4

5/10

Radosław Ostrowski

Ultimatum Bourne’a

Po sześciu tygodniach od wydarzeń z Moskwy, Jason Bourne znów musi wrócić do gry, by ustalić raz na zawsze swoją przeszłość. Tym razem musi wrócić przez artykuł dziennikarza „The Guardian” Simona Rossa, który odnalazł informacje, że Treadstone jest nadal kontynuowany jako Blackblair. A to oznacza, że dziennikarz jest na celowniku, a Bourne razem z nim idzie do odstrzału.

bourne31

Jason Bourne musiał wrócić, co stwierdził każdy kto oglądał „Krucjatę”, która była słabszą częścią historii agenta z amnezją. Wszystko przez paradokumentalną realizacje, która mocno kłuła w oczy podczas scen akcji. Czy Paul Greengrass wyciągnął wnioski i poprawił babole? Nie, nadal panuje chaos w scenach akcji, chociaż nie jest to aż tak dokuczliwe (akcja w Targanie, gdzie mamy m.in. pościg motocyklowy i bieganie na dachach). Niemniej nadal może przeszkadzać (finał w Nowym Jorku) przy znakomitej historii, która dopełnia całości, ostatecznie wyjaśniając przeszłość Jasona Bourne’a. Wyruszymy do Londynu, Hiszpanii, a ostateczna konfrontacja odbędzie się w Nowym Jorku, gdzie wszystko się zaczęło (powtórzona scena finałowa z „Krucjaty…” nabiera tutaj nowego znaczenia). Intryga się znakomicie zazębia, wplecione flashbacki z życia Bourne’a/Webba dodają animuszu i ogląda się to fantastycznie, w kilku miejscach mocno podnosząc ciśnienie (obława na dworcu Waterloo) czy miejsce szkolenia Treadstone. Wszystko to oczywiście podkreślone przez fantastyczną muzykę Johna Powella oraz troszkę płynniejszy montaż. Ale kamera nadal ma ADHD, co w paru miejscach nadal irytuje (walka z Deshem w Tangenie toczy się tak szybko, ze nie widać kto kogo wali).

bourne32

Znowu nie mam zarzutów do aktorów, zwłaszcza do Matta Damona, który jest po prostu Bourne’m. Ale Damonowi ten film ukradł świetny David Strathairn w roli bezwzględnego i upartego Noah Vosena, który za wszelką cenę chce dopaść Bourne’a, nawet jeśli jest to niezgodne z prawem. Powracają także Julia Stiles (Nicky odgrywa tutaj kluczową role) i Joan Allen (Pamela Landy – jedyna wierząca w intencje Bourne’a). Poza nimi trudno też nie dostrzec mocnych kreacji Paddy’ego Considine’a (dziennikarz Simon Ross) oraz Alberta Finneya (dr Albert Hirsch).

bourne33

„Ultimatum…” mimo wad technicznych pozostaje najlepszą częścią serii. Choć zakończenie pozostaje kwestią otwartą, dla mnie ta historia jest już skończona. I niech już Jason Bourne aka David Webb zyska spokój, z dala od CIA i tym podobnych akcji.

8/10

Radosław Ostrowski

Dolores Claiborne

Tytułowa bohaterka pracuje jako gospodyni u starszej i zniedołężniałej kobiety – Very Donovan, która niezbyt przepadała za swoją służbą. Starsza pani zostaje zamordowana, a Dolores – z wałkiem gotowym do uderzenia nad kobietą – zostaje oskarżona o jej zabicie. Wtedy do miasteczka trafia jej córka, dziennikarka Selena, która nie utrzymuje z matką zbyt dobrych relacji. Powoli jednak zaczyna dochodzić do prawdy.

dolores1

O tym, że książki Stephena Kinga są dobrym materiałem na film, wiadomo nie od dzisiaj. Adaptacji kolejnej jego powieści podjął się wszechstronny Taylor Hackford, którego kinomani znają głównie dzięki „Adwokatowi diabła” oraz „Ray”. Jednak film – tak jak powieść – nie jest stricte horrorem, tylko thrillerem psychologicznym, z bardzo ponurą atmosferą. Sama intryga dotyczy przeszłości głównej bohaterki, która nie jest usłana różami – mąż gardzący nią, pracodawczyni wymagająca i nieprzyjemna, praca od rana do wieczora i jeszcze detektyw, który jest wyjątkowo nieznośny. A w tle morderstwo (niejedno) i bardzo mroczna tajemnica, która rzutuje na przeszłość kobiety i być może uda się poprawić z samotną córka, skupionej na swojej karierze. Reżyser bardzo zgrabnie przeplata teraźniejszość z przeszłością, wykorzystując do tego prostą sztuczkę kolorystyczną. Rzeczywistość jest ponura, utrzymana w błękitnej tonacji, a przeszłość w jaśniejszych kolorach czerwieni, tworząc pozornie sielankowy charakter. A co najważniejsze, jest to opowiedziane pewną ręką, z dobrymi dialogami oraz bardzo ponurą muzyką Danny’ego Elfmana.

dolores2

Jednak cała ta intryga, nie miałaby tej siły ognia, gdyby nie wyborne aktorstwo. O tym, że Kathy Bates potrafi zagrać złożone postacie, pokazała choćby w „Misery”. Dolores sprawia tutaj wrażenie wyciszonej, trochę pyskatej kobiety, która ma niewyparzony język. Ale pod tą maską kryje się kobieta mocno skrzywdzona przez los, ale nie narzekająca, znosząca wszystko z godnością. Jednak i ona ma swoją cierpliwość. I widać to wszystko w każdym spojrzeniu, geście, każdym niewypowiedzianym słowie. Równie złożoną i ciekawą postać stworzyła Jennifer Jason Leigh jako Selena. Karierowiczka, zapatrzona w siebie i niezbyt dobrze pamiętająca swoje młode lata. Powoli jednak zaczyna przebijać się do prawdy, wyciągając przysłowiowego trupa w szafie i staje w obronie matki. Swoje też robią tutaj dwaj panowie, będący w swojej mocnej formie – czyli David Strathairn i Christopher Plummer. Ten pierwszy jest prymitywnym pijusem oraz damskim bokserem, który znęcał się nad żoną i oszukiwał ją, córkę też. Ten drugi to nieustępliwy śledczy, żywcem pałający nienawiścią do Dolores, próbując za wszelką cenę ją dopaść – wyjątkowo antypatyczny facet.

Hackford zrobił jeden ze swoich najlepszych filmów, gdzie wolno budowana atmosfera i wiarygodne postacie tworzą mocną mieszankę. Bardzo mroczne i nieprzyjemne kino, które ogląda się z pełnym zaangażowaniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Hemingway i Gellhorn

Biografie mają to do siebie, że powinny pokazywać niezwykłych ludzi, którzy wyróżniają się z tłumu. Na pewno kimś takim był Ernest Hemingway – pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, uważany za najbardziej męskiego faceta. Jednak tak naprawdę ten film nie skupia się na jego dorobku, ale na jego relacji z Marthą Gellhorn – początkującą dziennikarką, która zresztą opowiada całą historię. Oboje poznali się w barze w latach 30. i potem ruszyli do Hiszpanii, w której trwała wojna domowa.

hemingway1

Reżyser Philip Kaufman nakręcił dla telewizji HBO wręcz epicki film (dwie i pół godziny), w którym materiały archiwalne przeplatają się z filmowanymi wydarzeniami (taśma czarno-biała wtedy przechodzi na kolorową i odwrotnie) – nie brakuje scen batalistycznych, pokazania okrucieństwa wojny i to na wielu obszarach (Hiszpania, Finlandia, Chiny, Niemcy), a jednocześnie pokazał też starcie dwóch osobowości, z których jedno było zależne od drugiej i gdzie fascynacja została zastąpiona wojną wewnętrzną i zazdrością. A wszystko to zrobione w sposób naprawdę wnikliwy, z bogatym drugim planem oraz bardzo sprawnie opowiedziane. Robi to naprawdę wielkie wrażenie.

hemingway2

Jednak tak naprawdę ten film nie byłby jeszcze tak bardzo udany, gdyby nie znakomita gra aktorska. Na pierwszym planie błyszczą Clive Owen i Nicole Kidman. On jest przede wszystkim macho, który bez alkoholu i adrenaliny nie jest w stanie żyć, ale jednocześnie jest egoistą, skupiający uwagę na sobie. Ona z młodej i naiwnej idealistki zmienia się w silną osobowość, nie pozostającą obojętną na losy świata. Te dwie postacie przykuwają uwagę najbardziej, choć drugi plan jest tutaj tak przebogaty, że nie jestem w stanie wszystkich wymienić. Mi najbardziej w pamięci zapadli David Strathairn (John Dos Passos – przyjaciel), Tony Shalhoub (śliski Kolcow), Santiago Cabrera (fotograf Robert Capa) oraz epizody Roberta Duvalla (generał Własow) i perkusisty Metalliki Larsa Ulricha (reżyser Ivens).

hemingway3

HBO po raz kolejny pokazało klasę, tworząc znakomity film dla telewizji, który jest pasjonujący i wciągający jak diabli. Chyba nie muszę mówić, że powinniście go obejrzeć?

8/10

Radosław Ostrowski