Biały, biały dzień

Islandia, zimny kraj pełen zimnych ludzi, tłumiących gorące namiętności. Tutaj przyszło żyć niejakiemu Ingimundurowi – policjantowi, który stracił żonę, remontuje dom, a jedyna osobą trzymającą go przy życiu jest wnuczka. Jeszcze też chodzi na terapię, choć nic mu nie daje. Odkrywając rzeczy zmarłej żony odkrywa, że nie wiedział o niej wszystkiego. I że przyprawiała mu rogi.

Kino skandynawskie znane jest z tego, że pozornie wydaje się chłodne, jednak jak się bliżej przyjrzeć, to aż się gotuje. Takie jest też dzieło Hlynura Palmassona, robiący kino gatunkowe w arthouse’owym stylu. Czuć to od pierwszej sceny wypadku we mgle, nakręconej w jednym ujęciu. Wiele będzie takich nietypowych kadrów czy mastershotów, co dodaje mu charakteru. Same zdjęcia, jeśli pokazują bohaterów to albo z bardzo bliska (pierwsza scena wizyty u terapeuty), albo przez szyby z daleka. I to wszystko służy pokazaniu portretu człowieka niepogodzonego ze stratą najbliższej osoby. Tylko jak sobie z tym poradzić? Z tym żalem, wściekłością oraz coraz bardziej wzbierającym gniewem. W końcu musi dojść do eksplozji i konfrontacji, jednak droga do niej jest bardzo powolna. Napięcie zaś jest podskórnie obecne przez cały czas, nie do końca dając jakiekolwiek wskazówki co dalej.

W zasadzie jest to dramat psychologiczny, miejscami polany gwałtownymi scenami agresji (wybuch podczas terapii prowadzonej online), zaś kulminacją jest konfrontacja z kochankiem na świeżo wykopanym dole. Wtedy reżyser pokazuje pewien moment przebudzenia Ingimundura (znakomity Ingvar Sigurdsson), który od wypadku wydaje się bardziej chłodny i wycofany niż Skandynawowie przyzwyczaili. Bo tak naprawdę przez cały czas odczuwa tylko ból oraz pustkę, którą chce w jakiś sposób zapełnić. A wspólne sceny z wnuczką (cudowna Ida Mekkin Hlynsdottir) wnoszą odrobinę światła do tego dość ponurego świata. I ta dynamika działa najmocniej.

Kto się spodziewał kina zemsty w stylu amerykańskich akcyjniaków lub przynajmniej „Trzech billboardów…”, to będzie rozczarowany. Dzieło Palmassona jest bardziej stonowane i pod koniec zaczyna eksplodować, czyniąc film satysfakcjonującym. Głębokie wejście w umysł człowieka niepogodzonego ze stratą oraz zemsta zrobiona w mniej oczywisty sposób. Wciągające, ale nieoczywiste kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Polot

Kolejny polski debiut, czyli dajemy szansę młodemu twórcy na przebicie się do szerszego grona odbiorców. Bohaterami jest trójka młodych chłopaków, którzy znają się od młodego, zaś jeden z nich jest utalentowanym w kwestiach technicznych. Karol jest synem pilota oraz instruktora lotnictwa, co przelało się na jego pasję. Jego życie wywraca się w momencie, kiedy dochodzi do śmiertelnego wypadku – ginie jego ojciec oraz pasażer. Mężczyzna zebrał masę długów, a jedyna pozostawiona rzecz to plany sterowca. Karol razem z kumplami decydują się założyć spółkę oraz podjąć budowy tego projektu.

Sam pomysł na swój debiut Michał Wnuk miał interesujący, czyli zrobić film o zderzeniu trójki przyjaciół z brutalną, biznesową rzeczywistością. Bo co innego zrobić plan, a co innego zrealizować. Przyjaźń zostaje wystawiona na próbę, pojawiają się zgrzyty i konflikty, a jedyną osobą znającą się na swoim planie jest Karol. Jednak oglądając film, czułem się mocno zdezorientowany i zagubiony. Dlaczego? Reżyser sam chyba nie do końca wie, co chce powiedzieć. Bo jest tutaj wiele otwartych wątków (groźba sprzedaży domu, potencjalna relacja miłosna, trudna przyjaźń, badanie wypadku przez komisję), które pojawiają się, są zaznaczone i… potem nic się z tego nie robi. Jakby wiele kluczowych scen zostało wycięty podczas montażu. Wszystko jest tutaj prowadzone za szybko, za krótko, nie dając bohaterom ani chwili na złapanie oddechu. Są tylko komplikacje, komplikacje oraz spore skoki czasowe.

No i decyzja o realizacji zostaje zrobiona bez zastanowienia się nad praktycznym wykorzystaniem sterowca. To świadczy raczej o pewnym idealizmie, a może jest to błąd scenariusza. Tak samo wątek romansowy jest tak z czapy i tak niewiarygodny, że nawet nie chce mi się o tym opowiadać. Jedynymi dobrymi rzeczami są ładne zdjęcia (zwłaszcza te podniebne), zaś z całej obsady broni się tylko Maciej Musiałowski (Karol) oraz Andrzej Konopka (Stan Pacak). Bo reszta aktorów – naprawdę zdolnych jak Tomasz Włosok, Eryk Kulm czy Iza Kuna – nie mają zbyt wiele do roboty przez chaotyczny scenariusz.

Niestety, ale debiutancki „Polot” jest prawdziwym niewypałem, gdzie prawie nic nie gra. Historia brzmi niewiarygodnie, pełna jest dziur oraz niedomówień, dobijając jakiekolwiek resztki na cokolwiek solidnego. Nie marnujcie czasu i omijajcie ten paździerz.

3/10

Radosław Ostrowski

Zgniłe uszy

Ile już było opowieści o tym, jak małżeństwo z niezbyt długim stażem przechodzi kryzys? Decydują się na pójście do terapeuty, bo jeszcze im na sobie zależy. Tak postąpili Janek z Marzeną – małżonkowie od dwóch lat, lecz zaczynają pojawiać się poważne zgrzyty. Jadą do terapeuty o wdzięcznym imieniu Henryk gdzieś na odludzie, gdzie odbywa się dość niekonwencjonalna terapia.

Debiut Piotra Dylewskiego to przykład skromnego, niezależnego kina. Kameralna opowiastka zaczyna się jak dramat obyczajowy. Nie wszystko jest powiedziane tutaj wprost, co jest źródłem kryzysu. Reżyser najpierw pozwala spędzić czas z bohaterami. A potem zaczyna się terapia i dzieją się rzeczy. bo sama terapia nie jest oparta tylko i wyłącznie na rozmowach. Nie brakuje tutaj elementów jakby zabawy (boks, przerywany serią pytań), ale najważniejszy moment to zastosowanie metody Hellingera, czyli metoda ustawień. Bo pojawia się druga para, a wtedy wszystko zaczyna gęstnieć. Pojawiają się poważniejsze iskry, spięcia oraz zaczynamy odkrywać przyczynę. Stopniowo budowane napięcie doprowadza do eksplozji, na który się czeka cały film. Krótki, bo ponad godzinny, ale więcej nie trzeba. A w drugiej połowie robi się dużo mroczniej, wręcz surrealistycznie. Bo nie do końca wiadomo, co się tak naprawdę dzieje, a co jest tylko manipulacją. Zaś zakończenie jest niemal jak z thrillera, co dla wielu może być zgrzytem. Dla mnie jednak to działa i daje pewną nadzieję.

Mimo kameralności film imponuje realizacyjnie, co w przypadku kina niezależnego jest rzadkością. Jeszcze rzadsze jest tutaj czysty dźwięk oraz naturalnie wypadające dialogi. O aktorstwie nawet nie wspominam, bo to jest świetne, a z tego skromnego grona wybijają się dwie role. Pierwszą jest Henryk w wykonaniu Michała Majnicza, czyli niekonwencjonalny, ale opanowany i wyczulony na fałsz terapeuta. Druga to Marzena od Magdaleny Celmer (także współautorka scenariusza), która z naszej pary wydaje się tą bardziej poważną, dojrzałą i odpowiedzialną. Bardziej szczera, choć ukrywa pewne wady (wręcz nadmierne poczucie kontroli oraz ukrywana zazdrość).

Nie wiem, jakie będą następne filmy Piotra Dylewskiego, ale jedno pozostaje pewne: to warty obserwacji młody talent. „Zgniłe uszy” mają wiele szczerości oraz zrealizowana jest bardzo pewną ręką, dając szansę błysnąć mniej znanym twarzom.

7/10

Radosław Ostrowski

Wszystko, co kocham

Czy w kraju naznaczonym tragediami oraz martyrologią tak wielką, że wszelkie słowa wydają się zbyteczne można nakręcić film o dawnych czasach bez popadania w przeszłość, bez wielkich słów czy tragedii? Co jakiś czas pojawiają się delikwenci podejmujący się tego wyzwania, jednak to bardzo rzadkie przypadki. Tak też było z pewnym niepozornym filmem z 2009 roku o młodych, wchodzących w życie dorosłe chłopakach.

Jest rok 1981, gdzieś koło Trójmiasta. Tam mieszka Janek, który z bratem oraz dwoma kumplami grają punk rocka. Kapela się zwie WCK (Wszystko, co kocham) i zdaje się, że chcą iść w tą stronę. Ojciec chłopaka służy w wojsku, a dokładnie w Marynarce Wojennej, co paru osobom może się nie podobać. Ale wkrótce życie chłopaka wywrócą dwie rzeczy. Pierwszą jest poznania dziewczyna Basia, której ojciec jest opozycjonistą. I co może coś z tego będzie. Ale kończy się lato, zaczyna zima, a wraz z nią przychodzi stan wojenny.

Jak widać, jest tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w kinie inicjacyjnym czy opowieści o dojrzewaniu. Nawet o dojrzewaniu w czasach, kiedy Historia bez zgody, bez pytania i pozwolenia wchodzi z butami, destabilizując spokojne życie. Ale jeśli spodziewacie się widoku pałujących milicjantów, rzucających bluzgami na prawo i lewo czy ordynarnych wojskowych, działających za pomocą terroru oraz zastraszania, lepiej sobie ten film odpuśćcie. Borcuch Historię osadza gdzieś w tle, na pierwszy plan wpuszczając postacie oraz zwykłe, codzienne życie. Z bardzo przyziemnymi problemami i zdarzeniami. Pierwsza miłość, bunt oraz niezrozumienie tego pojebanego świata, odcinającego skrzydła. Tak nagle, niespodziewanie. Jak w tym wszystkim żyć, marzyć, zakochiwać się? To jest trudne, a każda decyzja (jak koncert w szkole na maturze) może mieć konsekwencje tak poważne, że nie da się tego przewidzieć. Choć cały ten świat może wydawać się sielankowy czy wręcz w pastelowych barwach (przepiękne zdjęcia), a nawet czuć pewien nostalgiczny klimat potęgowany przez muzykę,  to gdzieś między słowami czuć pewne zagrożenie, niepokój. Przeplatane to jest drobiazgami jak wspólne palenie, podglądanie sąsiadki, wspólne próby czy wizyta u dziadków. Dla innych może być to dziwne, bo o takich wydarzeniach powinno się mówić tylko z wysokiego C.

I jest to rewelacyjnie zagrane, co dodaje tej młodzieńczej energii oraz świeżości. Odkryciem byli rewelacyjni jako kumple Mateusz Kościukiewicz (Janek) oraz Jakub Gierszał (Kazik), a chemia między nimi wydaje się naturalna jak powietrze, którym się oddycha. Do spółki z nimi jeszcze wchodzi cudowna Olga Frycz (Basia), której nie da się zapomnieć. I nie mówię tu tylko o scenie na plaży. Stara gwardia też robi radzi świetnie, ze szczególnym wskazaniem na Andrzeja Chyrę jako ojca. I to ta relacja nabiera silnej dynamiki, zmieniając się diametralnie oraz dodając wiele ciężaru.

Wracając po latach, zaczynam bardziej doceniać szczerość i bezpretensjonalność dzieła Borcucha. Owszem, jak niemal każde wspomnienie po latach, bywa troszkę ugrzecznione, ale nie unika tła historycznego. Tylko, ze pozostaje ono tłem dodającym smaczku dla tej poruszającej historii, dotykającej uniwersalnych tematów i robiąc to bez napinania się. A to już jest coś.

8/10

Radosław Ostrowski

Co słonko widziało

Troje bohaterów, siedem dni i jedno miasto. Jesteśmy gdzieś na Śląsku, gdzie nasi bohaterowie walczą o swoje marzenia. Sebastian ma 12 lat i razem z ojcem sprzedają czosnek oraz żurek w butelkach. Matka chłopaka nie żyje, a podczas „rozmów” z nią przeszkadza drzewo zasłaniające widok na grób. Marta to 17-latka mieszkająca z matką oraz młodszym bratem. Ona ma świetny głos i chciałaby śpiewać na scenie zawodowej, a nie tylko w kościele czy małych scenach. Pojawia się okazja, ale by to zrobić musi wyjechać do Norwegii na festiwal wokalny. No i jest jeszcze Józef – mężczyzna w średnim wieku, mieszkający z żoną. Ona wskutek wypadku ma uszkodzone zęby, on został zwolniony z pracy w kopalni. Jego celem jest uszczęśliwienie żony, czyli proteza zębów.

Czyżbyśmy spodziewali się kolejnego smutnego filmu o życiu w smutnym jak pizda mieście? Michał Rosa wraca do korzeni z debiutu, czyli idzie na Śląsk. Ale jeśli spodziewacie się jakiegoś nowelowego kina, to reżyser nie rozbija historii, gdzie każda część jest skupiona na innej postaci. Ich wątki przeplatają się ze sobą, a nawet parokrotnie przecinają. Mimo tego każdy z bohaterów jest na tyle zarysowany, że ich los obchodzi. Nie wszystko jest powiedziane ani pokazane wprost, co zmusza do uważniejszego oglądania i intryguje. Widać ile ludzie balansujący na granicy ubóstwa są w stanie zrobić do realizacji swoich marzeń czy prostych potrzeb. Jak łatwo można im wiele obiecać, a potem niekoniecznie z tych obietnic się wywiązać. Nie brakuje kłamstw, oszustw, ale także pewnych małych rzeczy.

Jednak co najważniejsze Rosa nie przesadza w żadną ze stron. Ani nie pokazuje skrajnej patologii i wszystkiego w czarnych barwach, ani nie słodzi i wali prostymi rozwiązaniami czy szczęśliwym zakończeniem. Woli pozostawić cień nadziei, tak potrzebny naszym bohaterom. Że jeszcze los się odmieni, że nie wszystko stracone. Że jeszcze jest o co walczyć i ta nuta też wybrzmiewa w muzyce. Oraz w bardzo otwartym zakończeniu, które może wielu zirytować. Na mnie jednak działało jako pewna obietnica, choć nie rozstrzygająca niczego.

I jak to jest cudownie zagrane. Odkryciem filmu byli tutaj Damian Hryniewicz oraz Dominika Kluźniak, dla których były to pierwsze role. Oboje są bardzo przekonujący i nie widać w ich grze fałszu. Do tego jeszcze wchodzi Krzysztof Stroiński, zawsze trzymający wysoki poziom i potwierdzający swoją klasę. Bardzo skromny, zniuansowany i wyciszony, a jednocześnie mający wiele ciężaru. Także drugi plan tutaj nie zawodzi z Jadwigą Jankowską-Cieślak i zaskakującym Tomaszem Saprykiem na czele.

Niby mało znany, ale bardzo solidny film Michała Rosy, wchodzący na wyższy poziom niż zwykle. Idealnie balansujący między niepokojem a nadzieją, unikając popadania w skrajności. To nie jest łatwa sztuka, co pokazał też reżyser w swoim debiucie.

7/10

Radosław Ostrowski

Noc Walpurgi

Noc z 31 maja na 1 czerwca w mitologii germańskiej była nazywana nocą Walpurgi. Nocą, gdzie budzili się zmarli lub demony. Tej nocy w 1969 roku do Szwajcarii przybywa młody chłopak. Robert jest dziennikarzem, który ma przeprowadzić wywiad z divą operową. Kobieta początkowo ignoruje mężczyznę i odmawia, jednak po pewnym czasie zaprasza do siebie. Rozmowa zaczyna przebieg w dość nietypowym kierunku.

Debiutujący reżyser Marcin Bortkowski chyba naoglądał się psychologicznych dramatów Romana Polańskiego. Inspirując się monodramem Magdaleny Czaus opowiada historię dwojga ludzi oraz prowadzonej między nimi psychologicznej gry. Gry pachnącej erotyzmem, perwersją i tajemnicą. Przeszłość obudzi się w najmniej spodziewanym momencie, maski zaczną się zmieniać niczym rękawiczki i ciężko będzie rozgryźć tą zabawę. Co w niej jest prawdą, kto kogo udaje i jakie są prawdziwe intencje. Znudzona diva z obozową przeszłością oraz młody, blondwłosy chłopak, mogący być jej synem. I noc, gdzie coś wisi w powietrzu, coś erotycznego, perwersyjnego. Walka o dominację, kontrolę miesza się z przeszłością i potrafi to nawet wciągnąć. Tylko trzeba do tego wiele cierpliwości.

Najbardziej przyciągającą rzeczą do tego filmu jest jego realizacja. Od czarno-białych, bardzo stylowych zdjęć oraz szczegółowej scenografii po bardzo elegancką muzykę. Nawet dialogi, choć miejscami mogą wydawać się pretensjonalne, brzmią nie najgorzej. Reżyser potrafi się też pobawić formą (jedna scena stylizowana na kino nieme czy scena zbliżenia rozgrania w półmroku) i jest to świetnie zagrane przez duet Małgorzata Zajączkowska (to jej najlepsza kreacja w karierze)/Philippe Tłokiński. Choć muszę przyznać, że to Zajączkowska magnetyzuje całą siłą i fascynuje.

Ale czegoś mi tutaj zabrakło i nie porwało mnie. Niby jest tu wszystko na miejscu, jednak emocje wydają się być takie letnie i oglądałem na zimno. Niemniej Zajączkowska jest na tyle wyrazista, że dzięki niej nie da się zapomnieć tego debiutu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Rysa

Joanna i Jan to bardzo starzy oboje ludzie, żyjący ze sobą ponad 40 lat. Małżeństwo szczęśliwe, po wielu przejściach, wydaje się silne oraz zcementowane. Podczas urodzin kobiety pojawiają się znajomi są wręczane prezenty i w ogóle jest fajnie. Do pewnego czasu, kiedy goście wychodzą, a prezenty można spokojnie otworzyć. Jedną z nich jest kaseta, a w niej nagranie programu telewizyjnego i rozmowy z historykiem. Ten podaje (i podobno ma dowody), że ojciec Joanna – wpływowy polityk PRL-u był inwigilowany przez agenta SB, którym miał być… jej mąż. Oboje są oburzeni tym faktem, a ona nawet bardziej. Konfrontuje się z historykiem, który okazuje się być dawnym agentem SB, zaś jego dowody nie robią na niej wrażenia. Ale czy aby na pewno?

rysa1

Początek XXI wieku w polskim kinie, to – poza dramatami obyczajowymi o tym, jak się ch***wo żyje w naszym kraju oraz próbami przeszczepienia zachodnich wzorców kina gatunkowego – także czas próby spojrzenia na poważne problemy społeczno-politycznej natury. Takimi jak lustracja, czyli prześwietlanie teczek osób będących tajnymi współpracownikami komunistycznych służb specjalnych. I takich filmów pojawiło się kilka jak „Różyczka” Kidawy-Błońskiego, „Korowód” Stuhra czy właśnie „Rysa” od Michała Rosy. Reżyser ubiera tą całą historię w konwencji dramatu psychologicznego, niemal ograniczając się do jednego domu oraz małżeństwa. A żeby być jeszcze bardziej precyzyjnym, to do tej kobiety. Kobiety, której zachowanie dla mnie jest niezrozumiałe, a wątpliwości doprowadzają do rozpadu. I aż chce się postawić pytanie: czy te 40 lat wspólnego życia można wymazać z pamięci i uznać za nieważne z powodu pomówienia? W dodatku pozbawionego jednoznacznych dowodów?

rysa2

Oto pytanie, które stawia reżyser, ale odpowiedzi nie daje żadnej. Wszystko jest stawiane na niedopowiedzeniu, ale tutaj to kompletnie nie działa. Rosa ogranicza się tutaj do roli obserwatora, przyglądającego się bakteriom pod mikroskopem. Tylko, że z tej obserwacji nic nie wynika, bo dla pozostały dla mnie osobami obcymi, nieznanymi. Niby mamy tutaj skupienie się na kobiecie, ale nie wchodzimy do jej głowy, nie rozumiemy jej zachowania, dlaczego ma obsesję na punkcie wątpliwych poszlak. I dlaczego z tego powodu zaczyna męża traktować jak osobę, z którą nie chce mieć nic wspólnego? Zaczyna wycierać rzeczy, które dotykał, śpią osobno, w końcu się od niego wyprowadza. Z tego powodu nie byłem w stanie się zaangażować w historię, bo żadnej nie było. I nie pomaga nawet duet Jankowska-Cieślak/Stroiński w rolach głównych, wyciskający z tego scenariusza ile się da.

rysa3

„Rysa” to przeciętny dramat psychologiczny, gdzie psychologii postaci niemal w ogóle nie ma. Kwestia lustracji oraz rozliczenia z przeszłością zostają w tle. Tutaj relacja między bohaterami zachwiana przez psychozę nie przekonuje, wywołując tylko rozczarowanie i znużenie. Za dużo jest rys w „Rysie”.

5/10

Radosław Ostrowski

Ostatni prom

Grudzień 1981 roku dla naszego kraju był momentem zaiste przełomowym. Wprowadzenie stanu wojennego wywróciło życie wielu osób do góry nogami. O tym też powstało wiele filmów, ale dopiero pod koniec lat 80. Z tego grona chyba najbardziej znany jest „Ostatni prom”.

Drugi film w dorobku Waldemara Krzystka nie skupia się na ludziach przebywających w kraju podczas tego zamieszania, lecz na statku płynącym do Hamburga. Pasażerowie chcą dotrzeć tam, by zacząć po prostu nowe życie, zostawić kraj pozbawiony perspektyw i duszący wolność. Poczucie bezsilności, opresyjności, brak jakichkolwiek towarów w sklepie – jak tu żyć? Jednym z pasażerów statku jest Marek Ziarno, nauczyciel języka polskiego. Jednak nie wyjeżdża z kraju z powodów ekonomicznych, lecz ma zadanie: działa w opozycji i musi przekazać pewną ważną przesyłkę. Ale nie tylko on płynie, bo wśród pasażerów jest staruszka z nielegalnie obecnym psem, stare małżeństwo, była żona Marka, była uczennica, młodzi małżonkowie spodziewający się dziecka (mąż działa w Solidarności), mężczyzna z żoną i dzieckiem porzucający swoją kochankę itd. Dopiero w trakcie rejsu kapitan dostaje informację radiową o wprowadzeniu stanu wojennego i rozkazie powrotu do kraju. Wieść nie może przejść do pasażerów, co może skończyć się paniką oraz ucieczką.

ostatni prom3

Dla Krzystka ta historia mogąca iść w stronę thrillera jest tak naprawdę pretekstem do pokazania zwykłych ludzi w ekstremalnej sytuacji. Podróż promem miała być szansą na początek nowego życia w lepszym świecie. Lepszym, czyli niekomunistycznym. Ale wszystko wisi w powietrzu i nie wiadomo jak uda się ta cała maskarada. To dodaje iskier, choć sama historia toczy się bardzo spokojnie, ze świetnymi dialogami w tle oraz powoli odkrywając losy kolejnych pasażerów. Co zaskakujące nawet drobne epizody (m.in. pijaka) są bardzo wyraziste, a to wcale nie jest takie proste. No i trudno wymazać z pamięci ostatnie sceny, dodające coś więcej do tego dramatu z zabarwieniem politycznym.

ostatni prom1

Wszystko to jeszcze z fantastyczną obsadą, gdzie każdy ma swoją szansę na wykazanie się. Są tutaj już bardzo znane twarze (Leon Niemczyk jako kapitan, mocny epizod Jana Tesarza czy Mirosław Konarowski w roli oficera rozrywkowego), osoby dopiero mające się przebić (Dorota Segda, Artur Barciś, Andrzej Mastalerz), a nad wszystkim przewodzi Krzysztof Kolberger (nauczyciel Ziarno) oraz kradnąca każdą scenę Agnieszka Kowalska (była żona Marka). Trudno mi się do kogokolwiek przyczepić, co pokazuje zarówno umiejętności aktorów, jak i potrafiącego ich prowadzić reżysera.

ostatni prom2

Sam film pozostaje kroniką pokazującą reakcje ludzi pragnących wyrwać się z kraju na stan wojenny. Krzystek nie boi się pokazać poczucia paranoi oraz tego, co ludzie mogliby zrobić dla szeroko pojętej wolności. Zaskakująco trafne i z kilkoma zapadającymi w pamięć, cholernie aktualnymi dialogami.

8/10

Radosław Ostrowski

25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

O tej sprawie słyszał każdy, kto oglądał telewizję czy przeglądał Internet. Jakim cudem skazano młodego chłopaka za zbrodnię, której nie popełnił? Mało tego, odsiedział w więzieniu 18 lat zanim został uniewinniony. Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Nic dziwnego, że historią Tomka Komendy zainteresowali się filmowcy. Zaskakująco szybko, więc czy to nie jest skok na kasę? Jak z tym materiałem poradził sobie reżyser Jan Holoubek i scenarzysta Andrzej Gołda?

Powiem od razu, że mam mieszane uczucia. Bo sama historia toczy się bardzo skokowo i rozbija się niejako na dwa, a nawet trzy różne tytuły. Pierwszy wątek skupia się na samym bohaterze, który – z powodów niezrozumiałych dla siebie – trafia w tryby wymiaru sprawiedliwości. Sam proces oraz oskarżenie są bardzo ograniczone, nawet nie ma scen sądowych (poza ogłaszaniem wyroków). Także sceny przesłuchań są niewielkie, przez co troszkę traci całość na mocy. Drugi wątek to walka matki o syna i jego uwolnienie. Wręcz czuć tutaj bezsilność, a bardzo silna więź między tymi postaciami są bardzo przekonujące. I to jest wielka zasługą fantastycznych ról Piotra Trojana (Tomek) oraz Agaty Kuleszy (matka). Kiedy oboje pojawiają się na ekranie, ekran jest wręcz rozsadzany i nie da się przejść obojętnie. Jest jeszcze niejako trzeci wątek, pojawiający się najpóźniej w całym filmie. I to jest historia prowadzonego po wielu latach śledztwa przez nowego mieszkańca miejscowości (Remigiusz Korejwo świetnie zagrany przez Dariusza Chojnackiego), gdzie doszło do zbrodni, za którą skazano Komendę. A pretekstem do podjęcia dochodzenia jest kolejna ofiara (tym razem żywa) i odkrywane nieprawidłowości przy poprzednim śledztwie.

Jeśli ktoś spodziewa się, że reżyser wykorzysta historię niewinnie skazanego człowieka do oskarżenia systemu sprawiedliwości, to nie ten adres. Twórcy bardziej interesuje pokazanie człowieka w ekstremalnej sytuacji. Człowieka prostego, troszkę naiwnego zderzonego z brutalnym światem, gdzie najgorzej są traktowani pedofile i dzieciobójcy. Nie brakuje tu znajomych klisz: starszy więzień-mentor, fizyczne znęcanie się, bicie oraz wrogość wszystkich współwięźniów. Zaś strażnicy przymykają na to oko – brzmi znajomo? W tych scenach troszkę brakuje mi napięcia, choć jest kilka zapadających momentów jak pierwsze wejście do aresztu czy komunikowanie się więźniów przez okna po rozmowie Komendy z telewizją. Jednocześnie jest śledztwo, gdzie udaje się wykazać błędy oraz naginanie zasad prawa. Manipulacja dowodami, wymuszenia zeznań, brak przesłuchania kluczowych świadków i jeszcze presja środowiska, by szybko zamknąć sprawę.

„25 lat niewinności” to na pewno film, który nie powstał po to, by „zgarnąć hajs” na głośnej sprawie. Twórcy chcą oddać sprawiedliwość Komendzie oraz pokazać jakie piekło przeżył i jak ciężko było go wyplątać z całej sytuacji. Nawet jeśli nie wszystkie decyzje obsadowe i scenariuszowe mi się podobają (całkowicie zmarnowano talenty Frycza i Bieleni, zaś najciekawsze wątki dotyczące dowodów i procesu zredukowano), trudno przejść wobec tego obojętnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Interior

Filmowcy z naszego podwórka najchętniej obserwują młodych ludzi po 30-tce w kapitalistycznej Polsce. Oboje pochodzą z różnych światów, ale mają więcej wspólnego niż się wydaje. Maciej jest ze Śląska i pracował wykopując węgiel, jednak szef jest mu winien za nadgodzin. Kiedy próba odzyskania kasy kończy się niewypałem, kradnie szefowi jego auto. Z kolei Magda pracuje w urzędzie miasta nadzorując przygotowania do ważnej rocznicy. Jednak zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym zaczyna się wszystko sypać.

Marek Lechki stał się znany jako specjalista od obyczajowych dramatów i psychologicznych portretów młodych ludzi. Tak było z debiutanckim „Moim miastem” oraz „Erratum”. Po 10 latach od tego drugiego filmu powraca. Ale nie jestem przekonany do tego filmu. Nawet nie o to chodzi, że wraca do znajomych tematów. Bo to jest kolejny portret młodych ludzi zderzonych z brutalną rzeczywistością. Korupcja, nieuczciwość oraz bezsensowny upór – z tym mierzy się każde z nich, próbując się odnaleźć w tym całym bałaganie. Dla mnie jednak problem w tym, że scenariusz też jest jednym wielkim bajzlem. Każda z historii toczy się osobno, nie są ze sobą przeplatane i mają różny ciężar. Wszystko to zawiera tyle scen oraz próbuje zarysować tło swoich bohaterów, a także ich znajomych. One jednak wydają się tylko i wyłącznie zapychaczami przez co sens rozmywa się. Scena snu Maćka, o której wcześniej a potem zostaje zobrazowana czy jego rozmowa z dzieciakiem ukrywającym się w kościele – to wszystko wydaje się niepotrzebne. Tak samo jak scena uroczystości odbywająca się we mgle. Czyżby to miało symbolizować zagubienie naszego kraju? A może zagubienie reżysera w trakcie pisania scenariusza? Wszystko nagle się urywa i nawet scena spotkania naszych bohaterów wydaje się pozbawiona mocy, po prostu się dzieje.

Tak naprawdę nie chce mi się pisać o „Interiorze”, choć strasznie żal mi aktorów. Zarówno Piotr Żurawski, jak i Magdalena Popławska w rolach głównych robią, co mogą. Ale Marek Lechki swoim scenariuszem oraz reżyserią podcina im skrzydła, nie daje szansy na pokazanie czegoś więcej. Drugi plan, mimo znajomych twarzy (m.in. pozytywnie zaskakujący Tomasz Sapryk), w zasadzie rozmywa się. Wielka szkoda.

Tytuł sugeruje pokazanie wnętrza głównym bohaterom. Ale okazuje się ono wypchane czymś tak pustym, że po wyjęciu nie byłoby żadnej różnicy. Sztuczny, przeciętny snuj nie wiadomo dokąd zmierzający. 10 lat przerwy nie przysłużyło się reżyserowi, przez co stracił wiele sił.

5/10

Radosław Ostrowski