Trzeba zabić tę miłość

Początek lat 70., czyli czas powoli wchodzącej „propagandy sukcesu”. Bohaterami jest dwójka młodych bohaterów. Magda próbowała złapać się na studia medyczne i niby zdała, ale zabrakło troszkę punktów. Żeby je zdobyć musi podjąć praktykę w szpitalu jako salowa. Mieszka z ojcem oraz jego dużą młodszą partnerką. Andrzej próbował załapać się do Politechniki Warszawskiej, lecz go nie przyjęli i próbuje jakoś znaleźć swoje miejsce. W końcu dostaje pracę jako mechanik w warsztacie samochodowym. Wydaje się, że oboje są na drodze do swojego własnego mieszkania oraz ku szczęściu. Problem jednak w tym, że to mężczyzna zawodzi, a wszystko zaczyna się od kradzieży i niewierności.

trzeba zabic te milosc1

Janusz Morgenstern kolejny raz przygląda się współczesności oraz młodym ludziom. Już sam tytuł zapowiada, że będziemy mieli do czynienia z rozpadem związku. Zderzenie młodości i oczekiwań z rzeczywistością skupioną ku konsumpcjonizmowi. Liczy się tutaj to, co masz oraz by się odpowiednio ustawić. Wręcz kombinatorstwo jest prawie czas obecne. Nieważne, czy mówimy o przybyciu telewizji i robieniu reportażu, ukrywaniu swojego wykształcenia, by jako niewykwalifikowany zarobić więcej czy postać Dzidzi, która jest „dziewczyną” ojca Magdy. Bo co się liczy dla młodego człowieka najbardziej? Mieszkanie, swoje auto i mieć dużo kasy. A miłość, związek i szczerość? Oto jest pytanie.

trzeba zabic te milosc3

Reżyser z dużą ironią przygląda się temu pędowi ku dobrom materialnym, co słychać w kąśliwych dialogach. To nie jest ten romantyczny reżyser z czasów „Do widzenia, do jutra”, bo jego miejsce zajmuje człowiek po przejściach. Uniesienie i miłość nie jest w stanie wytrzymać, bo nasi młodzi bohaterowie przyjmują reguły panującej gry. Ale miłość niekoniecznie musi być toksyczna czy oparta na „handlu” swoim ciałem. Najbardziej to widać w scenach, będących niejako ramą całej opowieści, czyli związku człowieka (dozorcy, handlującego na lewo materiałami budowlanymi) z psem, który raz oswojony nie opuszcza pana. A to doprowadza do tragicznego, wręcz eksplodującego finału.

trzeba zabic te milosc2

Wszystko to wygląda czasem jak film z nowej fali. Jest wiele scen pozbawionych dialogów, niemal reporterski styl fotografowania, zaś w tle przygrywa (rzadko obecna) muzyka eksperymentalna. Ale najbardziej moją uwagę przykuł montaż. Wiele razy pojawiają się w filmie parosekundowe przebitki, pokazujące albo to, co już się wydarzyło albo co się dopiero wydarzy. Początkowo może wydawać się to dezorientujące, ale nie przeszkadza tak bardzo.

Całość w swoich ryzach trzyma absolutnie zachwycająca debiutantka Jadwiga Jankowka-Cieślak. Jej Magda to dziewucha odpowiedzialna, dojrzała i wie, czego chce. Wydaje się twardo stąpać po ziemi i łatwo budzi sympatię. Ale w rzeczywistości jest bardzo niepewna tego, czego naprawdę chce, bywa naiwna oraz łatwowierna, słaba i jednocześnie silna. Przeciwieństwem jest dla niej Andrzej Malec mówiący głosem Piotra Fronczewskiego jako próbujący zdobyć kasę Andrzej. Bardzo śliski cwaniak, dążący do wszystkiego na skróty i okrężną drogą, niemal za wszelką cenę. Bardzo niedojrzały chłopak, niezdolny do wzięcia odpowiedzialności. Nie można nie wspomnieć o drobnej roli Jana Himilsbacha, czyli niemal niemej kreacji dozorcy czy mocnym epizodzie Tomasza Lengrena.

„Trzeba zabić tę miłość” to jeden z najbardziej brutalnych filmów o straconych złudzeniach. Młodzi ludzie nie mają szans, w świecie kierującym się tym by mieć niż być, zaś każde uczucie ma swoją cenę. Przerażająco aktualne.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Amator

Filip Mosz pracuje jako zaopatrzeniowiec w fabryce znajdującej się w podkrakowskiej miejscowości. Młody facet z żoną oczekująca dziecka prowadzi bardzo spokojne życie i wydaje się być zadowolony. Mężczyzna kupił małą kamerę, by móc filmować życie swojego dziecka. Ale wieść o kupnie sprzętu zwraca uwagę dyrektora fabryki, który czyni z Mosza filmowca. Powstaje klub filmowy, zaś pierwszym zadaniem jest nakręcenie filmu na temat jubileuszu fabryki.

amator1

Krzysztof Kieślowski kojarzony jest głównie z tym późnym okresem, gdy tworzył natchnione, metafizyczne kino. Troszkę w cieniu zostaje etap początków z lat 70. i połowę lat 80., gdzie wydawał się bardziej przyziemny. Taki też jest „Amator”, czyli historia człowieka zmieniającego się pod wpływem drobnego wydarzenia. Sam zakup kamery wydaje się drobnym, nieznaczącym epizodem. Powoli bohater niejako wbrew swojej woli staje się filmowcem. Początkowo jest stremowany, troszkę niepewny, mający wątpliwości. Z czasem jednak staje się uważnym obserwatorem rzeczywistości, którą pokazuje bez retuszu. Ale problem pojawia się w momencie, gdy odkrywa pewną gorzką refleksję. Że jego filmy wywołują poważne perturbacje, mogą nie tylko pomóc i poruszyć, ale też bardziej zaszkodzić. I ta świadomość jest wystawieniem rachunku, jaki musi zapłacić nasz domorosły reżyser, coraz bardziej zatracający się w swojej pasji. Stawiane pytania o cele oraz rolę artysty we współczesnym świecie, czynią „Amatora” filmem bardziej uniwersalnym od nurtu kina moralnego niepokoju.

amator2

Kieślowski pokazuje to wszystko w niemal dokumentalnym stylu. Z długimi ujęciami, bardzo rzadko wykorzystaną muzykę oraz pozornie nic nie znaczącymi scenkami. Wszystko toczy się powoli, spokojnie, bez fajerwerków. To wszystko służy, by pokazać jak zaczyna kształtować się artysta. Kiedy ten spokój oraz stabilizacja życiowa już nie wystarczą, co musi doprowadzić do perturbacji. I te emocje pokazuje absolutnie wybitny Jerzy Stuhr, który jest absolutnie bezbłędny. Bez niego ten film wydaje się pozbawiony swojej siły oraz mocy.

amator3

Dla mnie „Amator” to najlepszy film Kieślowskiego, który mimo lat zadaje bardzo aktualne pytania o kwestie moralne i etyczne. Pokazuje jak wielka jest odpowiedzialność przed artystą, który chce tworzyć w zgodzie z samym sobą. A nie jest to wcale takie proste, mimo zmiany systemu oraz braku cenzury.

8/10

Radosław Ostrowski

Undone – seria 1

Alma pozornie wydaje się młodą kobietą po 30-tce. Mieszka z chłopakiem pochodzącym z Indii, straciła słuch (korzysta z aparatu), nie przepada za nadopiekuńczą matką i nie chce stabilizacji. Jeszcze ma młodszą siostrę, która wychodzi za mąż za bogatego białasa. Czy wspomniałem, że Alma jest Meksykanką? Jakby tego było mało, jej ojciec zginął w wypadku samochodowym, gdy była jeszcze dzieckiem. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy kobieta ma wypadek samochodowy. Przed zderzeniem z ciężarówką na czerwonym, ukazał się przed oczami… jej ojciec i prosi ją o pomoc. Mężczyzna jest przekonany, że wypadek, w którym zginął, nie był tylko wypadkiem.

undone1-2

Jak to możliwe, że w Polsce Prime Video od Amazona nie jest tak popularne jak Netflix? Ich oryginalne produkcje nie są wcale gorsze od amerykańskiego potentata, też zdobywając nominacje do wielu prestiżowych nagród. Sam opis „Undune” sugeruje bardzo intrygującą historię, mieszającą wątek kryminalny z obyczajowym oraz… fantastyką. Bo jak inaczej potraktować możliwość zaginania czasu i przestrzeni? A jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia oraz mózg? Pod tym względem serial Raphaela Boba-Waksberga (tak, tego kolesia od „BoJacka Horsemana”) przypomina klimatem powieści Philipa K. Dicka. Jawa to czy sen? Naprawdę istniejemy w rzeczywistości, którą możemy zmieniać wolą umysłu czy mamy do czynienia z chorobą psychiczną? Ten pierwszy wariant brzmi zbyt pięknie, drugi jest przerażający. Co jest prawdą, a co jedynie wytworem zwichrowanego umysłu? Te pytania pojawiają się w głowie dopiero pod koniec oglądania, bo bardzo chciałem wierzyć Almie. Wszystko widzimy z jej perspektywy, więc musi mówić prawdę, no nie? Ciągle twórcy kombinują i do samego końca nie mamy jednoznacznej odpowiedzi.

undone1-1

Podróże w czasie, możliwość zmiany przestrzeni, kontakty z przodkami – niby wszystko tutaj ma swoje jakieś naukowe wytłumaczenie, ale nie brzmi to jak bełkot. Jest bardzo fascynujące i to wszystko podane jest w bardzo nietypowej formie. „Undone” to jest animacja, ale zrobione w technice rotoskopowej. Innymi słowy nakręcony materiał z żywymi aktorami zostaje ręcznie, klatka po klatce, kolorowane i wygląda jak rysowana kreska. To jeszcze bardziej wywołuje surrealistyczne doświadczenie na granicy jawy i snu. Stąd to skojarzenie z Dickiem czy zrobionymi w tej formie filmami Linklatera, pozwalając twórcom się pobawić. Najbardziej tą zabawę widać na początku, kiedy – tak jak bohaterka – jesteśmy zdezorientowani, chronologia jest zaburzona, zaś obraz powstaje tuż przed naszymi oczami. Ogarnięcie tego dla wielu osób może być barierą nie do przeskoczenia, ale poziom skomplikowania całej historii to tak naprawdę zasłona dymna. I nie bójcie się zaryzykować.

undone1-3

Aktorsko jest tutaj więcej niż bardzo dobrze, ale najważniejsze są tutaj dwie postacie, czyli Alma i jej ojciec. Pierwszą gra Rosa Salazar, która jest absolutnie fenomenalna i bardzo trudna do rozgryzienia. Z jednej strony bardzo wrażliwa, delikatna, z drugiej bardzo zdeterminowana, sarkastyczna oraz ironiczna. Zderzenie tych sprzecznych emocji nie gryzie się ze sobą, nawet jeśli używa tylko mowy ciała czy spojrzeń. Bardziej stonowany jest jej ojciec, w którego wciela się Bob Odenkirk. Wydaje się mocno stąpającym po ziemi naukowcem, nawet jeśli jego teorie brzmią wariacko, nie pokazującym emocji, zaś jego motywacja owiana jest tajemnicą. Dynamika tego duetu to najmocniejszy punkt tego serialu, przez co ogląda się go z takim zainteresowaniem.

undone1-4

Amazon już wcześniej ogłosił, że będzie druga seria „Undone”. Ja się z tego powodu cieszę, bo to jedna z najbardziej frapujących produkcji zeszłego roku, przepięknie wyglądająca oraz bardzo poruszającą historią. Dla fanów „BoJacka” oraz poszukiwaczy treści pozycja zdecydowanie obowiązkowa.

8/10

Radosław Ostrowski

Hel

Piotr pozornie wydaje się typowym lekarzem szpitala psychiatrycznego. Stara się nawiązywać dobry kontakt ze swoimi pacjentami i porządnie wykonywać swoją robotę. Ale życie prywatne to bajzel: rozwiedziony, nie utrzymujący kontaktu z synem i związany jest z Czeszką Hanką. Mężczyzna prowadzi w miarę normalne życie, ale zaczyna się zmieniać. Pierwszy impulsem jest trafienie na oddział szpitala syna Piotra, lecz nie jedynym. Bo mężczyzna skrywa pewną nieprzyjemną tajemnicę.

hel1

Kingę Dębską dzisiaj wszyscy kojarzą dzięki świetnemu komediodramatowi „Moje córki krowy”. I wielu do tej pory uważa, że to był jej debiut reżyserski. Tylko, że… nie. Bo w 2009 roku pojawił się zapomniany już film „Hel”. Jest to opowieść o człowieku żyjącym w cieniu nałogu, zaś narracja toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy pracę w szpitalu, relacje z pacjentami oraz terapie. Choć nie wszyscy pacjenci są wyraźnie zarysowani i nie mają wiele czasu, wykorzystują go w pełni. Z drugiej mamy życie prywatne Piotra oraz chwile, gdy próbuje dogadać się z synem i żyć z nową kobietą. Ale dla mnie te wątki sprawiają wrażenie idących na skróty, niezbyt rozwinięte.

hel2

Dębska próbuje skupić się na samym bohaterze oraz jego dylematach, co samo w sobie nie jest najgorszym pomysłem. Nie brakuje wielu krytycznych momentów (samobójstwo pacjentki, wizyta u matki czy wizyta dawnego kumpla-dilera), przez co potrafi czasem poruszyć. Niestety, problem z tym filmem jest jeden – przewidywalność. Czułem, że bohater wróci do nałogu, że jego życie zacznie się coraz bardziej rozpadać, a wszystko zaczyna coraz bardziej dobijać go. Z tego powodu to wszystko przestało mnie angażować, zaś bardzo skrótowa narracja jeszcze bardziej mnie odrzuciła.

hel3

I w sumie byłby to średniak, gdyby nie jeden, bardzo mocny punkt – czyli główny bohater. W tej roli absolutnie rewelacyjny Paweł Królikowski. Nie ważne, czy jest zaangażowanym lekarzem, czy uzależniony, trafia zawsze w punkt. Bez niego cały ten „Hel” byłby bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem. Nawet jeśli na ekranie nie brakuje znanych twarzy (Lesław Żurek, Anna Geislerova, Bartek Topa, Janusz Chabior), to grany przez Królikowskiego Piotr jest majmocniejszą kartą tego filmu.

Nic dziwnego, że „Hel” został zapomniany jak każdy średniak. Bardzo uproszczony, przewidywalny oraz niezbyt angażujący, a także niewiele odkrywający w kwestii walki z uzależnieniem. Szkoda, ale następny film Dębskiej wszystkich zaskoczył in plus.

6/10

Radosław Ostrowski

Rok za rokiem

Rok 2019 w Wielkiej Brytanii zaczął się od brexitu, co było nieuniknione. Ale jednak to wszystko poznajemy z perspektywy paropokoleniowej rodziny Lyonsów. Najważniejsza w rodzinie jest babcia, którą reszta rodziny odwiedza przy okazji różnych uroczystości. Rodzinę tworzą dwaj bracia: starszy jest finansistą, ma piękną żonę oraz dwie córki, młodszy jest urzędnikiem ratusza i gejem oraz dwie siostry – samotnie wychowująca matka (drugie dziecko w drodze), poruszająca się na wózku inwalidzkim oraz aktywistka społeczna, walcząca z systemem. Powoli ich całe życie zostanie wywrócone do góry nogami, a wszystko przez polityków.

rok za rokiem1

Kolejny serial (mini-serial) od HBO, ale tym razem jest to produkcja w pełni brytyjska. Russell T. Davies za pomocą historii rodzinnej opisuje to, co może wydarzyć się na świecie (oraz w UK) w ciągu kolejnych 15 lat. Czy jest to więc SF a’la „Black Mirror”, do którego był porównywany po premierze? Owszem, pojawiają się elementy związane z rozwijającą się technologią (wątek transhumanizmu związany z Bethany), ale nie ona i jej rozwój są tutaj najważniejsze. To historia obyczajowa, skupiająca się na rodzinie oraz zarysowaniu tła społeczno-politycznego. A nie jest to świat przyjazny, gdzie Unia Europejska zaczyna się rozpadać (dochodzi do wyjścia Grecji oraz bankructwa Węgier), Rosja wróciła do sowieckich korzeni, a USA idzie na konfrontację z Chinami. Jakby tego było mało, dochodzi do takich drobiazgów jak upadki banków czy zalew imigrantów. I to jest bardzo silna gleba dla wszelkiej maści populistów, którzy dostrzegają w tym szansę na zdobycie władzy, co przedstawia wątek Vivienne Rook (świetna Emma Thmpson). Pozornie wydaje się bardzo nieszablonowym politykiem, walącym prosto z mostu i nie idącą na kompromisy, a jednocześnie otwarta na kontakt z innymi ludźmi. Nie dajcie się jednak zwieść, bo to bardzo śliska polityk, a konsekwencje jej działań obserwujemy w ostatnim odcinku.

rok za rokiem3

Te całe reperkusje odbijają się na całej rodzinie. Czasem te więzi są osłabione, traci się pracę (czy to z powodu rozwoju technologicznego, czy bankructwa firmy), ale w momencie decydujący wszelkie waśnie oraz konflikty schodzą na dalszy plan. Klimat zmienia się w bardziej mroczny, nie brakuje dramatycznych momentów (wątek ukraińskiego imigranta – chłopaka jednego z Lyonsów), zaś sama droga z demokracji do niemal autorytaryzmu wygląda przerażająco. Pewne kontrowersje może wywołać finał, który idzie w zupełnie inne tory. Robi się troszkę patetycznie, nie brakuje akcji i dochodzi do obalenia władzy. Dla jednych ten moment kompletnie niszczy serial, ale dla mnie to przykład – być może naiwnej – wiary w człowieka. W to, że każdą władzę można obalić, o ile podejmie się działania, a nie będzie się biadolić jak jest źle. Wszystko jest tak naprawdę w naszych rękach i nie wmawiajmy sobie, że nic od nas nie zależy.

rok za rokiem2

Realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, a całe polityczne tło poznajemy za pomocą serwisów informacyjnych. W tle gra bardzo niepokojąca, wręcz nasilająca się muzyka, pod koniec odcinka montaż przyspiesza, a wiele scen potrafi uderzyć. I jest to świetnie zagrane przez w większości mniej znanych – z wyjątkiem w/w Emmy Thompson oraz Rory’ego Kinneara – aktorów. Każda osoba z rodziny Lyonsów ma swoje wyraziste momenty i intrygujące wątki, przez co nie można się nudzić.

rok za rokiem4

„Rok za rokiem” to opowiadana wielka historia w skali mikro, co dawno nie było wykorzystywane w produkcjach telewizyjnych. Mnie chwyciła bardzo prawdopodobną wizją przyszłości, wątkami społeczno-politycznymi, gdzie technologia jest raczej tłem dla bohaterów. Bardzo intrygujące, miejscami mroczne i przerażające, ale do samego końca angażująca oraz chwytająca za serducho. HBO potrafi w seriale, prawda?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sala samobójców. Hejter

„Hejter” niby wydaje się być kontynuacją debiutanckiego filmu Jana Komasy. Problem w tym, że poza jedną postacią nie ma ona nic wspólnego z poprzednikiem. Tutaj bohaterem jest niejaki Tomek Giemza – młody chłopak z małej miejscowości. Studiuje prawo w Warszawie, zaś finansowe wsparcie udziela zaprzyjaźniona rodzina Krasuckich. Tylko, że nasz bohater zostaje wyrzucony ze szkoły za plagiat i ukrywa ten fakt. Przełomem dla niego staje się praca dla firmy zajmującej się czarnym PR-em.

hejter1

Komasa znowu próbuje wejść w świat Internetu oraz nowych technologii, gdzie każdy jest anonimowy. Wracamy do szczucia, mowy nienawiści, by człowieka zniszczyć, osłabić, skompromitować. Czym zajmuje się farma trolli kierowana przez Beatę Santorską (świetna Agata Kulesza). W tych momentach reżyser wali mocno – tutaj wszystkie chwyty są dozwolone. Tworzenie fałszywych kont, manipulowanie informacjami, kłamstwa, trolling, podsłuchy – dla efektu można posunąć się do wszystkiego. A wszystko w świecie podzielonym niejako na dwa obozy – czy mówiąc troszkę kolokwialnie – dwa podzielone plemiona. Nie potrafią się ze sobą dogadać, a granicą jest ich status społeczny i majątkowy. Bogata, inteligencka elita oraz manipulowana przez populistów biedota, która nie osiągnęła nic. I dlatego są podatni na hasła nacjonalistyczno-populistyczne. Być może dla wielu ta rzeczywistość będzie zbyt zero-jedynkowa oraz mocno przerysowana, ale jednocześnie jest to bardzo dziwnie znajome. My w tym mrocznym świecie żyjemy, czy to się komuś podoba czy nie.

hejter2

Ale jednocześnie widzę pewne pęknięcia w tym tytule. Zbiegi okoliczności czy wizja świata nie jest tak poważnym problemem, ile sam główny bohater. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to słabo zagrane, bo Maciej Musiałowski magnetyzuje swoją obecnością, a kamienna twarz czyni z niego tajemnicę. Ale pewne dwie rzeczy troszkę mi przeszkadzały. Po pierwsze, dlaczego po kolacji u Krasuckich zostawia telefon i podsłuchuje ich rozmowę? Czemu to robi? By odkryć ich dwulicowość, jak obgadują go za plecami? To rzutuje na jego charakter, ale wydaje się niedorzeczne. Tak samo jak przemiana Tomka w niebezpiecznego masterminda. Chłopaka przyłapano na plagiacie, a potem zaczyna manipulować ludźmi, przewidywać kilka ruchów do przodu, organizować wydarzenia, a nawet planować zamach. Ale do tego trzeba coś więcej niż tylko przeczytania „Sztuki wojny”, prawda? A może się mylę i to jest takie proste? Mam wątpliwości co do tego.

hejter3

„Hejter”, choć ma swoje wady i uproszczenia, potrafi zaintrygować i uderzyć. Zwłaszcza, gdy dochodzi do brutalnego, wręcz krwawego finału. Wtedy widać do czego może doprowadzić bezpardonowa walka, a sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli. Mocna rzecz, lepsza od poprzedniej „części”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Na cały głos

Ostatnio o Rogerze Ailesie (a dokładniej o aferze związanej z molestowaniem seksualnym pracownic) powstał film „Gorący temat”. Ale parę miesięcy wcześniej stacja Showtime postanowił zrobić serial o karierze tego kontrowersyjnego człowieka mediów. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy ten bogobojny konserwatysta dostaje propozycję pracy dla Ruperta Murdocha, szefa News Corporations. Jest rok 1995 i powstaje Fox News – tuba bardziej prawicowej strony Ameryki, wierzących w Boga, rodzinę oraz prawo do bycia równiejszych od równych.

na caly glos1

Ekipa pod wodzą scenarzystów Alexa Metcalfa i Thomasa McCarthy’ego w ciągu siedmiu odcinków próbuje opisać tą 20-letnią pracę Ailesa w Fox News. Jeśli spodziewacie się uczciwego, obiektywne spojrzenie na USA, tego człowieka – bardzo świadomego jaką moc mają media – to nie interesuje. Zamiast informacji, slogany i wrażenia, rzucane hasła, ostre i bezpardonowe ataki na bardziej lewą stronę. Bo rację mamy my, którzy dzięki swoim wartościom tworzymy prawdziwą Amerykę. I dzięki temu udaje się dotrzeć do ludzi spoza establishmentu, uważający się za wykluczonych, odrzuconych, zapomnianych. Są to prości ludzie, do których trzeba dotrzeć nieskomplikowanym językiem oraz przekazem, stąd ten sposób formy. Dlatego oglądalność śrubuje wysoki poziom, ludzie są zadowoleni, zaś Ailes staje się coraz potężniejszy. I udaje się pokazać jak większą kontrolę zaczyna mieć ten człowiek, coraz bardziej pozbawiony kontroli oraz jakiejkolwiek smyczy.

na caly glos2

I to wszystko pokazane jest w sposób przystępny, mimo masy nazwisk oraz postaci. Jednocześnie pokazuje się to bardziej prywatne życie, gdzie bohatera cały czas wspiera żona. Co troszkę mnie dziwi, bo mąż bardzo mocno ją ogranicza. Kiedy ma szansę pracy w dawnej firmie, decyduje się i… zostaje potem zwolniona. Ostatecznie staje się wręcz zaślepioną fanką, wspierającą jego działania w pracy. Ale jednocześnie do samego końca pozostaje nieświadoma relacji męża z innymi kobietami. Bo wątku molestowania oraz zmuszania kobiet do seksu nie da się uniknąć. Choć początkowo wydaje się ledwo naznaczonym tłem (oprócz wątku Laurie Luhn), to nawet w tych momentach czuć obrzydzenie, wstręt wobec tego zachowania. I dopiero ten wątek pod koniec uderza ze zdwojoną siłą, nadal potrafiąc uderzyć mocnymi scenami (rozmowy z kobietami przeprowadzane przez prawników najpierw w firmie, a potem w biurze).

na caly glos3

Nie ma tutaj jakichś formalnych zabaw – może poza krótkimi przebitkami montażowymi – niemniej ta historia fascynuje i angażuje. Akcja skupia się na przełomowych wydarzeniach: od odpalenia Fox News przez 11 września i kadencje Baraka Husseina Obamy (to drugie imię oczywiści przypisał mu Ailes) aż do upadku oraz odejścia Ailesa z Fox News. Mimo tych paroletnich skoków, udaje się twórcom zachować spójną narrację, bez poczucia dezorientacji czy przeoczenia czegokolwiek. A to nie jest takie proste. Niemniej mam pewne poczucie niedosytu, jakbym troszkę za mało czasu spędził z Ailesem. Albo inaczej: nie poznałem go zbyt dobrze i nie znalazłem odpowiedzi na pytanie, co go uczyniło takim, jakim był. Nie, żebyśmy nie poznali przeszłości, bo nasz bohater troszkę o niej opowiada, niemniej było to dla mnie za mało.

na caly glos4

Choć udało się zebrać świetnych aktorów, powiedzmy to sobie wprost: „Na cały głos” to wielki show Russella Crowe’a. Aktor postanowił pójść drogą Christiana Bale’a i mocno przybrał na wadzę, by wcielić się w Ailesa, będącego tutaj niemal niepowstrzymaną siłą. Z jednej strony człowiek świadomy wielkiej siły mediów oraz dotarcia do innych ludzi. Nie można mu odmówić charyzmy oraz determinacji w przekazywaniu swojej wizji Ameryki, ale z drugiej jest bigotem, egotykiem, przekonanym o swojej nieomylności. Kiedy wybucha, balansuje na granicy groteski, ale nigdy nie przekracza granicy przerysowania. Drugi plan też ma wiele do zaoferowania, choć największe pole do popisu dostaje zaskakująca Sienna Miller (bardzo wyciszona, ale równie konserwatywna żona Elizabeth), dawno nie widziana przeze mnie Naomi Watts (dziennikarka Gretchen Carlson), poruszająca Annabelle Wallis (Laurie Luhn) oraz ostry jak brzytwa Seth MacFarlane (bezwzględny Peter Lewis).

Wydawałoby się, że już po „Newsroom” czy fragmentach „House of Cards” nie da się już niczego powiedzieć o mediach. Ale „Na cały głos” pokazuje, że nawet ograny temat można przedstawić w ciekawy, fascynujący sposób. A siłę tych mediów pokazały wyniki wyborów prezydenckich z 2016 roku, stanowiąc gorzki finał tego dzieła.

8/10

Radosław Ostrowski

Cóż za piękny dzień

Fred Rogers to postać w USA wręcz ikoniczna. Dzięki swojemu programowi telewizyjnemu („Mister Rogers’ Neighborhood”) uczył dzieci jak radzić sobie z bardzo trudnymi kwestiami: rozwód rodziców, wojna, śmierć, rasizm, nietolerancja. Robił to jednak w sposób delikatny, nienachalny, stając się niejako wychowawcom wielu pokoleń dzieci. Powstał już o nim film dokumentalny w 2018 roku, ale rok później postanowiono zrobić film fabularny.

Punktem wyjścia dla dzieła Marienne Heller jest artykuł prasowy z 1998 roku. Jego autorem był dziennikarz Esquire, Tom Junod, który miał reputację człowieka bardzo ostrego, budzącego strach wśród rozmówców. Poza tym miał bardzo trudne, wręcz szorstkie relacje z ojcem, unikając go jak ognia. Ale to właśnie ten dziennikarz śledczy dostaje za zadanie napisać artykuł o panie Rogersie. Nie mogąc wycofać się z tego, wyrusza do Pittsburga, gdzie przygotowywany jest program. I ten wywiad będzie miał spory wpływ na jego życie.

pan rogers1

Reżyserka ubiera całą historię w formę odcinka programu Freda Rogersa, co rzuca się przez trzy czynniki. Po pierwsze, dość ciasny ekran ze sporymi czarnymi paskami. Po drugie, bardziej „podniszczona”, przypominająca programy sprzed lat kolorystyka. No i trzecia istotna rzecz, sceny poza „mieszkaniem” Rogersa, a bez udziału dziennikarza (tutaj nazywającego się Lionel Vogel) pokazane są w formie miniaturowych makiet, co buduje klimat retro. Nie to jednak jest najważniejsze, jednak powoli budowana relacja między otwartym, serdecznym, ciepłym Rogersem a cynicznym, rozgoryczonym, szorstkim Vogelem. Rozmowy między nimi stawiały jedno pytanie: kto tu tak naprawdę prowadzi wywiad z kim? Bo to Rogers zaczyna przejmować inicjatywę i powoli wchodzić do umysłu dziennikarza, odkrywając przyczyny trudnej relacji z ojcem. A wszystko robi bardzo spokojnie, wręcz delikatnie, bez zmiany głosu czy gwałtownych momentów.

pan rogers2

Obawiałem się troszkę, że postać pana Rogersa (całkowicie prawdziwa, a większość wypowiadanych przez niego dialogów naprawdę miało miejsce) zostanie bardzo przesłodzona jako mędrzec, który zna odpowiedzi na wszystkie pytania oraz niemal idealny rodzic znany z telewizyjnego wizerunku. Ale na szczęście, dzięki znakomitej roli Toma Hanksa, udaje się pokazać człowieka, a nie tworzyć pomnik. Najbardziej czułem to w chwili, kiedy opowiada o problemach z wychowaniem dzieci w wieku nastoletnim czy kiedy podczas programu próbuje rozłożyć namiot, co się nie udaje. Nie brakuje prostych, ale wzruszających scen jak choćby ta, gdy podczas jazdy metrem pasażerowie śpiewają piosenkę z programu na widok Rogersa czy minuta ciszy w trakcie posiłku w restauracji. Na mnie wrażenie zrobiła oniryczno-groteskowa scena, gdy dziennikarz rusza za Rogersem, by… zostać uczestnikiem jego programu. Ale to dopiero początek, bo dalej jest jeszcze dziwniej i poznajemy demony naszego dziennikarza.

pan rogers3

A propos niego, postać grana przez Matthew Rhysa, z którego perspektywy poznajemy najsympatyczniejszą osobowość telewizyjną jest bardzo trudna do polubienia. To prawdziwy buc, skupiony na sobie, swojej pracy (a właściwie wkurzanie swoich rozmówców), gniewie wobec ojca (trzymający fason Chris Cooper), olewając żonę i dziecko. Bardzo szorstki, skryty, pełen gniewu zaczyna powoli się zmieniać, a jest to pokazane – tak jak reszta filmu – bardzo powoli i delikatnie. Zaś sama postać zaczyna mieć ciekawszą barwę.

Heller jako reżyserka potwierdza swoje predyspozycje do realizacji kameralnych dramatów i obserwowania ludzkich charakterów. „Cóż za piękny dzień” to na razie jej najlepsze dzieło z dobrymi dialogami, świetnym aktorstwem oraz słodko-gorzkim klimatem. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie jedna, mocno przesłodzona scena, która jest dla mnie zbędna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

1917

Podobno jak ktoś był na jednej wojnie, to widział już wszystkie. Zmienia się narzędzia mordu, uzbrojenie i technologia, ale emocje towarzyszące żołnierzom podczas tej odysei pozostają niezmienne. Odwaga, strach, poświęcenie, determinacja, wola walki, tchórzostwo – do wyboru, do koloru. Ale czy można pokazać wojnę w taki sposób, żeby móc ją poczuć?

Jesteśmy 6 kwietnia roku 1917 gdzieś we Francji. Tam stacjonuje wojsko brytyjskie, gdzie wśród żołnierzy przebywają starsi szeregowi Blake i Schofield. Przyjaźnią się ze sobą, ale teraz dostają bardzo trudne zadanie. Muszą się przedrzeć za linię wroga do 2. Dywizji, by wstrzymać rozkaz ataku na oddziały niemieckie. Wykonywany przez nich odwrót ma charakter pozorny i ma wprowadzić wojska brytyjskie kierowane przez pułkownika MacKenziego. Rozkaz nie może zostać wykonany, bo inaczej zginie 1600 żołnierzy. W tym brat Blake’a, noszący stopień porucznika, a czas jest do następnego ranka.

1917-2

Jak można wywnioskować z opisu, fabuła nowego filmu Sama Mendesa jest bardzo prosta. Jak konstrukcja cepa. W zasadzie jest pretekstem do pokazania wojny. Wojny brudnej, okrutnej, pełnej trupów, okopów, brudu, błota, dziur oraz destrukcji. Ludzie giną na niej nagle i niespodziewanie, zaś największym wrogiem nie są obcy żołnierze. Jest nim tutaj nieubłagany czas oraz los, stawiający kolejne przeszkody do pokonania: niepozbawione pułapek bunkier, pozostawione po sobie zniszczone działa, mosty i domostwa. Wróg może pojawić się dosłownie znikąd i pokazać się (w przeciwieństwie do „Dunkierki”, gdzie żołnierze wroga byli nieobecni), przez co napięcie jest podnoszone bardzo gwałtownie. Nie ma też tutaj momentów patosu czy kiczowatych klisz, przez co film nie boli.

1917-1

Ale powiedzmy sobie jedną rzecz: ten film nie byłby taki powalający, gdyby nie FENOMENALNE zdjęcia Rogera Deakinsa. Kamera niemal cały jest przyklejona do bohaterów i wręcz krąży wokół nich. Zupełnie tak, jakbym był w samy środku tego rozgardiaszu. Nieważne, czy mówimy o pasie ziemi niczyjej, opuszczonym bunkrze pełnym szczurów czy kapitalnym momencie przechodzenia przez miasto nocą. A za światło są tylko flary oraz spalony kościół – tutaj adrenalina oraz poczucie zagrożenia jest tak intensywne i trzyma w napięciu jak rasowy thriller. Film rzadko pozwala sobie na chwile oddechu, przez co niemal byłem cały czas na krawędzi fotela.

1917-3

Drugim istotnym zabiegiem było obsadzenie w głównych rolach mało znanych aktorów. I choć tak jak u Nolana, nie wiemy o nich zbyt wiele, to jednak ich los obchodził. Czuć też było tą przyjacielską więź, choć nie pada zbyt wiele dialogów między nimi. George McKay oraz Dean-Charles Chapman poradzili sobie bardzo dobrze z zadaniem, skupiając się na gestach oraz emocjach malujących się na twarzach. Znane twarze pojawiają się tutaj w rolach epizodycznych i nawet tutaj wypadają co najmniej dobrze. Choć z tego grona najbardziej zapadł mi w pamięć Andrew Scott jako porucznik Leslie ze swoim rytuałem poświęcenia.

Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć o „1917”, ale dla mnie to było niesamowite przeżycie, które może dostarczyć tylko kino. Bardzo intensywne, mroczne, trzymające w napięciu oraz zapierające dech w piersiach zdjęciami i reżyserią. Tutaj wojna wydaje się czymś namacalnym, lepkim, nieprzyjemnym miejscem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gorący temat

Słyszeliście o stacji Fox News? To bastion konserwatywnej Ameryki, co kocha Boga, ojczyznę oraz prezydenta, kierowana przez Rogera Ailesa, namaszczonego przez magnata prasowego Ruperta Murdocha. Ale nie wszystko trwa wiecznie. Punktem zwrotnym dla stacji jest debata polityczna z 2016 roku, gdzie doszło do zderzenia między (wówczas) kandydatem Donaldem Trumpem, a dziennikarką stacji Fox Megyn Kelly. Tam gwiazda mediów oskarżyła biznesmena o seksizm i przedmiotowe traktowanie kobiet. To jednak tylko fragment do prawdziwej petardy, którą potem odpaliła inna dziennikarka ze stacji, Gretchen Carlson. Najpierw została przesunięta poza prime time (czas najwyższej oglądalności), a następnie zwolniona. Po tym zdarzeniu złożyła pozew przeciw Ailesowi, wcześniej dyskutując kwestie z prawnikami, oskarżając go o molestowanie seksualne. W całym tym zamieszaniu znajduje się Kayla – młoda dziennikarka, pragnąca przebić się w branży oraz zrobić karierę.

goracy temat1

Losy tej trójki postanowił opowiedzieć Jay Roach w swoim najnowszym filmie „Gorący temat”. Opierając się na prawdziwych wydarzeniach oraz materiałach archiwalnych rekonstruuje jeden z najgłośniejszych skandali obyczajowych ostatnich lat. I nie chodzi tu o sprawę Harveya Weinsteina, ale medialnego potentata Ailesa. Mężczyzna związany ze stacją od samego początku, czyli od 1996 roku, wykorzystywał seksualnie dziennikarki, producentki oraz realizatorki programów telewizyjnych. Jednocześnie utrzymując dobre relacje z prawicowymi politykami, których poglądy prezentowała stacja. Nic dziwnego, że ten człowiek dokonywał swoich czynów od dekad, ale to nie jest jego biografia. Reżyser skupia się na trójce bohaterek, przeskakując z wątku na wątek. Przy okazji poznajemy mechanizmy, pozwalające funkcjonować Ailesowi w realizacji swoich zachcianek: krótkie spódniczki dziennikarek na wizji, szklane biurka, tajemniczy „drugi pokój” czy rozmowy Rogera z dziennikarkami, gdzie mają krążyć dookoła.

Wszystko to zostaje ubrane w formę, jaką znamy choćby z „Big Short”, czyli bardzo reporterski styl (nerwowa praca kamery, szybki montaż), łamanie czwartej ściany oraz chronologii. Co wyjaśnia choćby udział operatora Barry’ego Aykroyda. Dla mnie jednak problemem jest to, że cała ta historia z powodu formy zostaje rozcieńczona oraz mało angażująca. Ponad półtorej godziny na historię kobiet molestowanych seksualnie, jednocześnie pokazując różne techniki manipulacyjne, mające rozbić żeńską solidarność. Szantaże, wbijanie noży w plecy, szczucie na siebie kobiet oraz silne poczucie władzy. Bo jest jedna niepisana reguła w świecie korporacji: nie możne oskarżyć swojego szefa, bo nie tylko przegrasz, ale też szansa na pracę w innym miejscu jest niemożliwa. Bo kto zatrudni kogoś, kto nie jest zbyt lojalny wobec swojego przełożonego?

goracy temat2

Nie brakuje tutaj kilku naprawdę mocnych scen. Takie było pierwsza rozmowa Kayli z Ailesem, wyznanie koleżance przez telefon o całym zajściu czy wyznania innych kobiet, gdzie na ekranie widzimy tylko zdjęcia wyznających osób z wpisanymi imionami. Wtedy czuć pazur i ból ofiar, a te momenty potrafią dotknąć. Problemem jest dla mnie wątek Gretchen, gdzie dialogi wręcz ocierają się o publicystykę, idąc na totalne skróty i pozbawiając emocjonalnego zaangażowania. Zupełnie inaczej niż w przypadku początkującej Kayli oraz bardziej doświadczonej Megyn, próbującej na własną rękę ustalić fakty. Drugim problemem jest nadmiar postaci przewijających się przez ekran. Rozumiem, że chodziło o pokazanie innych osób zamieszanych w sprawę, ale wywołało to we mnie dezorientację.

goracy temat3

A jednak zaskakująco przyjemnie się to ogląda, co jest przede wszystkim zasługą świetnego aktorstwa. Na mnie największe wrażenie zrobiła kompletnie nie do poznania Charlize Theron jako Megyn Kelly. Dziennikarka kompetentna, troszkę cyniczna, ale kompletnie pozbawiona wyrachowania. Sprawia wrażenie twardej, nieulegającej presji, aczkolwiek próbuje zachować spokój w tej nienormalnej, konfliktowej sytuacji, mając bardzo dużo do stracenia. No i jeszcze ten głos, gdzie przelewają się wszelkie emocje. Dobrze wypada także Margot Robbie jako młoda, naiwna, zaczynająca swoją pracę Kayla, dla której praca w stacji będzie bardzo ważnym doświadczeniem. Mocna kreacja, potrafiąca złapać za gardło. Najsłabiej z tego grona wypada Nicole Kidman, która zamiast bycia postacią staje się symbolem kobiety walczącej o godność, przypominając o tym zbyt nachalnie. A jeszcze bardziej przeszkadzała mi w tym wszystkim bardzo plastikowa twarz po zbyt wielu operacjach plastycznych. Nie można też zapomnieć o dawno nie widzianym przeze nie Johnie Lithgowie jako Ailesie. Może wygląda jak stary dziad, jednak jest bardzo bezwzględnym paranoikiem, czerpiącym w pełni ze swojej władzy. Samą obecnością potrafi przerazić, kiedy odkrywamy kolejne brudy i ofiary. Choć na drugim planie pojawia się masa znajomych twarzy, m.in. Mark Duplass, Malcolm McDowell, Brigette Lundy-Paine, Alice Eve czy Allison Janney, film kradnie mała rólka Kate McKinnon. I troszkę szkoda, że grana przez nią Jess pojawia się tak rzadko.

Mam problem z „Gorącym tematem”. Z jednej strony dotyka ważnego tematu i jest świetnie zagrany, ale z drugiej Roachowi bardzo dużo brakuje do Adama McKaya, na którym się bardzo wzoruje. Nie angażuje tak bardzo jak powinien, choć bardzo przekonująco pokazuje mechanizmy działania seksualnego predatora w korporacyjnym światku. Tylko, że to jest troszkę zbyt płytkie i sprawia wrażenie na siłę wpychającego nadmiar informacji.

6/10

Radosław Ostrowski