300 mil do nieba

Gdzieś w małej miejscowości pod Kielcami mieszka rodzina Kwiatkowskich. Ojciec, nie mogąc znaleźć pracy jako nauczyciel (dwa razy zwolniony), matka zajmuje się domem. Jest jeszcze dwóch synów, Jędrek i Grześ. Pierwszy chodzi z Elką, której ojciec często przebywa w więzieniu, drugi bardzo lubi grać na akordeonie. Szansy na porządnie życie nie ma, a Jędrek bardzo chce stąd uciec. Jak najszybciej, jak najdalej i kiedy pojawia się szansa w postaci ciężarówki, korzysta z niej. Tylko, że zamiast we trójkę, jedzie z bratem, choć to nie było takie proste.

300 mil do nieba1

Maciej Dejczer to reżyser obecnie kojarzony z serialami telewizyjnymi albo o zacięciu sensacyjnym (seria „Oficer”), albo w stylu TVN-owskiej, kolorowej telenoweli („Magda M.”). Jednak swoje najlepsze dzieła zrealizował na początku swojej kariery. Oparte na faktach „300 mil do nieba” to najbardziej nieoczywisty film, pokazujący nasz kraj jako miejsce pozbawione perspektyw. Tutaj masz szansę pod warunkiem, że dostosujesz się do tego represyjnego systemu, gdzie samodzielne myślenie i decydowanie o sobie jest niemożliwe. Raczej o tym dzisiejsze pokolenie młodych Polaków mało pamięta, gdzie narzucona była jedna słuszna wersja historii, zaś obywatele nie posiadali własnych praw. Nie było prywatnych firm, a wolność była tłumiona na wszelki możliwy sposób. Jednak reżyser nie rysuje tła tak mocno, ale to wystarczy do przedstawienia motywacji chłopców ku ucieczce (syn mówi do ojca Ciągle harujesz, a właściwie niczego nie mamy). Skupienie bardziej dokonuje się na tej wyprawie ku wolności, niepozbawionej napięcia jak podczas schwytania Jędrka przez milicyjny pojazd czy reakcji rodziców na zniknięcie. Wszystko w bardzo stonowanych, wręcz stłumionych barwach, by podkreślić marazm naszej rzeczywistości.

300 mil do nieba2

Jednak reżyser nie kończy historii wraz z momentem trafienia do Danii oraz happy endem, że się udało. To by było zbyt proste oraz ckliwe. Zaczynamy też obserwować jak bohaterowie próbują się odnaleźć w miejscu, które miało być rajem. Jednocześnie jest ciągłe ryzyko deportacji oraz próby ściągnięcia chłopaków z powrotem do kraju, co pokazuje postać konsula oraz odebranie przez sąd praw do opieki. To też buduje jedną z najbardziej poruszających scen w historii kina, pokazując jak trudną decyzję podjęli rodzice. A w tle gra jeszcze niesamowita muzyka Michała Lorenca, wspierająca całość. Są pewne drobne błędy (scena z nauczycielem historii mogła być lepiej poprowadzona), jednak nie są w stanie osłabić siły tego filmu.

300 mil do nieba3

Jest to też film, gdzie role dziecięce są absolutnie świetne, co u nas jest bardzo rzadkie. Zarówno Rafał Zimowski (Jędrek), jak i Wojciech Klata (Grześ) przykuwają uwagę aż do samego końca. Choć różnią się troszkę charakterami, nie zwątpiłem w ich silne więzi, zaś każde słowo w ich ustach nie brzmiało sztucznie. To samo mogę powiedzieć o Kamie Kowalewskiej, czyli Elce, którą mogę śmiało nazwać dziewczyną Jędrka. Z dorosłych aktorów największe wrażenie zrobił w drobnym epizodzie Krzysztof Stroiński jako zniszczony przez alkohol oraz więzienia ojciec Elki, a także Jadwiga Jankowska-Cieślak jako matka chłopców.

„300 mil do nieba” do dziś pozostaje najlepszym dokonaniem Macieja Dejczera. Do bólu szczery, przygnębiający, ale nie depresyjny oraz z cudnie poprowadzonymi aktorami dziecięcymi. Jedna z pereł polskiego kina przełomu transformacyjnego.

8/10

Radosław Ostrowski

Spirala

Wszystko zaczyna się banalnie prosto. Do schroniska w górach przybywa mężczyzna zbliżający się do wieku średniego. Wygląda troszkę niechlujnie (długa broda), zupełnie nieprzygotowany do żadnej górskiej wyprawy. Na miejscu zaczyna popadać w konflikty, zadaje bardzo bezpośrednie pytania wszystkim, nawet nie melduje się, a wieczorem pożycza śpiwór od studenta. Następnego dnia znika bez śladu, zaś przebywający w ośrodku wyruszają na poszukiwania. Znaleziony w stanie zamrożenia oraz braku przytomności, trafia do szpitala. A wtedy poznajemy kim ten mężczyzna jest.

spirala1

Krzysztof Zanussi dzisiaj kojarzy się z bardzo archaicznym kinem, nie do końca rozumiejącym obecną rzeczywistość. Zupełnie inaczej niż w czasach swojej młodości, co pokazał choćby w „Iluminacji”. Ale „Spirala” to film znacznie cięższego kalibru, bo i temat jest o wiele poważniejszy. W końcu mamy bohatera zderzonego ze śmiertelną chorobą, powolnie umierający. Na co? To nie ma znaczenia, bo reżyser przygląda się temu jak bohater (Tomasz Piątek) próbuje się z tym zmierzyć. Człowiek wykształcony, oczytany, na wysokim stanowisku, ateista. W dodatku choruje od roku i to na coś tak poważnego, że widzi dla siebie tylko jedno wyjście – samobójstwo. Stąd cała ta opryskliwość, cynizm, złośliwości, bunt, ale też rozgoryczenie, poczucie bezsensu i bezsilności. A były to czasy, kiedy dopiero zaczynały działać hospicja. Tylko, czy one są w stanie pomóc naszemu bohaterowi?

spirala2

Całość można niejako podzielić na dwie części, a kulminacją jest znalezienie Tomasza w górach. Pierwsza to niejako samo życie, czyli Piątek w schronisku oraz obserwujący całe otoczenie. Młodych ludzi goniących za pieniędzmi, starego prominenta ze sporymi znajomościami, co potrafi załatwić wszystko, jego mniej charakterny syn, wreszcie malarka Teresa – bardzo uduchowiona osoba. Ale druga część to pobyt w szpitalu. Czas się dłuży, miejsce jest bardzo chłodne, zaś lekarze trzymają pacjentów na dystans. Próbują im pomóc za pomocą lekarstw, tylko czy aby to wystarczy? Na wszystko nie ma przecież tabletek, więc co robić? Próbować żyć dalej, czerpać z pozostawionego czasu czy może zdecydować się na ostateczne wyjście? Zanussi prezentuje różne postawy i nie daje jednoznacznej odpowiedzi, bez wskazania palcem, że trzeba tak albo tak. Chociaż wyczuwam pewną sympatię reżysera do postawy wierzącej Teresy.

spirala3

„Spirala” byłaby jeszcze bardziej przygnębiającym i nieprzyjemnym filmem, gdyby nie fenomenalny Jan Nowicki. Piątek w jego wykonaniu to człowiek pełen sprzecznych emocji, które są pokazywane czasem bardzo drobnym spojrzeniem czy niewypowiedzianym słowem. Samą obecnością magnetyzuje i skupia uwagę, choć jego problemy są sygnalizowane od początku (wyrzucenie kluczy do auta czy odpowiedź na pytanie o linę), nawet głos ma jakiś inny. Poza Nowickim aktorsko wybijają się trzy postacie, które są absolutnie świetne: Teresa (niesamowita Maja Komorowska), prominent Henryk po przejściach (stonowany, mówiący spokojnym głosem Jan Świderski) oraz ordynator szpitala (pewny Aleksander Bardini).

spirala4

„Spirala” nie jest filmem łatwym, lekkim i przyjemnym, ale tego się po Zanussim należało spodziewać. Niemniej to bardzo intrygujące, refleksyjne kino z mocnymi dialogami oraz magnetyzującym aktorstwem. Wielu może zmęczyć ten ciężki klimat, jednak warto zrobić sobie taką odskocznię.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ból i blask

Salvador kiedyś był bardzo popularnym reżyserem, jednak niczego nie stworzył od lat. Głównie dlatego, że zdrowie mu nie dopisuje: strasznie boli go głównie głowa i operowany kręgosłup. Mieszka sam, jeśli nie liczyć gosposi, a miejscami zaczyna wracać do czasów dzieciństwa. Brak weny, zagubienie oraz zmęczenie zaczynają doskwierać, jednak dochodzi do przełomu. Wszystko zaczyna się zmieniać, kiedy filmowiec dostaje zaproszenie na pokaz swojego zrekonstruowanego filmu. Jednocześnie spotyka się z aktorem grającym główną rolę, którego nie widział od momentu premiery.

bol i blask1

Zbyt rzadko znam dorobek Pedro Almodovara, by odnosić się do niego w jakikolwiek sposób. Jego najnowszy film jest czymś w rodzaju spowiedzi. I historią człowieka zderzonego ze swoją przeszłością oraz demonami. Artysty, nie mogącego realizować swojej profesji z powodu fizycznych ograniczeń, bierze leki, cierpi i raczej odcina się od mroków przeszłości. Lecz jedno zdarzenie zaczyna wywoływać lawinę, doprowadzając do konfrontacji oraz kolejnych zmian. Reżyser przeplata retrospekcje z czasów dzieciństwa oraz współczesnymi momentami, gdzie widzimy kolejne ważne wydarzenia z życia Salvadora (fenomenalny, choć stonowany Antonio Banderas): jego relacja z matką, nauka w szkole kierowanej przez Kościół, pierwsze miłości i bóle. Wszystko z czegoś zaczyna wynikać i mówi nam o bohaterze więcej niż wypowiadane przez niego słowa. I zaczynamy dostrzegać jak powoli, bez hollywoodzkich sztuczek filmowiec zaczyna wracać do tego, co kocha najbardziej.

bol i blask2

„Ból i blask” może wydawać się bardzo w stylu zerowym, bez jakichś zabaw formalnych (oprócz retrospekcji oraz zrobionej komputerowo sekwencji nt. wiedzy z geografii i anatomii). Troszkę jakbyśmy podglądali bohatera w momentach, których nie bardzo by tego życzył. I nie chodzi tylko o branie leków czy zażywanie kokainy, choć to widzimy często. Ale reżyser jednocześnie próbuje opowiedzieć o swojej postaci ustami innych (scena wystawionego monodramu w teatrze, gdzie wśród widowni jest dawny znajomy), co uatrakcyjnia całość. Wszelkie emocje wydają się być bardzo oszczędnie pokazane, za pomocą gestów oraz spojrzeń. Dlatego Almodovar wymaga większego skupienia, by wyłuskać tą historię, aby mogła nas poruszyć. Albo może trzeba swoje przeżyć.

bol i blask3

„Ból i blask” oczarował mnie swoim spokojnym rytmem oraz bardziej kontemplacyjnym charakterem. Czy jest to pożegnanie 70-letnie Almodovara z kinem? Trudno powiedzieć, ale na pewno jest to rozliczenie z samym sobą. Film może zachęcić do bliższego znajomości z filmografią tego barwnego twórcy. W moim przypadku na pewno.

8/10

Radosław Ostrowski

Boże Ciało

Wszystko zaczyna się w zakładzie poprawczym. Tam przebywa Daniel – młody chłopak z przeszłością. Ale to właśnie tam poznaje kogoś, kto staje się dla niego wzorcem, czyli księdza Tomka. Nawet sam chciałby wstąpić do seminarium, ale z wyrokiem nie przyjmują. Ale dzięki duchownemu chłopak dostaje pracę gdzieś na drugim końcu Polski. Jako stolarz, tylko że na miejscu zmienia zdanie. A że akurat ze sobą wozi sutannę, reszty można się domyślić.

boze cialo1

Jan Komasa po pokazaniu swojej wizji Powstania Warszawskiego, skupia się na współczesności. „Boże Ciało” po takim wprowadzeniu może pójść w różne kierunki. Czy to jako komedia, gdzie podszywający się za księdza chłopak popełnia gafy, dramat człowieka szukającego swojego powołania, a może dreszczowiec z osobą ukrywającą się przed dawnymi wrogami. Tylko, że reżyser idzie w troszkę inną stronę, skupiając się na małej miejscowości. Doszło rok temu do tragedii, gdzie rany się nie zagoiły. Śmierć młodych ludzi, sprawca wypadku niepochowany, ksiądz proboszcz lekko choruje, a kościelna wydaje się trzymać mieszkańców w ryzach, zaś wójt niejako ma większą władzę od proboszcza. Jednak reżyser nie osądza mieszkańców, nie pokazuje nikogo palcami, tylko próbuje zrozumieć ludzi. Tak samo robi Daniel, choć początkowo można odnieść wrażenie, że nie pasuje. Zarówno jego msze (kazania pełne wręcz prostego języka, z „no”, „nie” oraz tym swoim flow – scena chrztu), spowiedzi (formułka sprawdzana w Google’u) bardzo nie pasują do typowego wizerunku duchownego. I nikt się nie zorientował, że coś jest nie tak. jednak jego proste słowa oraz postawa zaczynają docierać do innych.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że to wszystko wydaje się takie bardzo przyziemne, wręcz naturalne. Nawet dialogi brzmią wiarygodnie, bez nadmiernego korzystania z bluzgów. Ale jednocześnie Komasa pokazuje jak wielką siła może być Kościół. Pod warunkiem, że nie będzie skupiał się na ideologicznej wojnie, władzy czy zamiataniu brudów pod dywan. Ale i sami mieszkańcy, którzy są bardzo zagubieni, zaślepieni bólem oraz żałobą (tragedia) próbując odnaleźć się w tym wszystkim. I każdy z nich szuka sposobu na odnalezienie spokoju, odkupienia, choć to droga wyboista.

boze cialo2

Komasa opowiada tą opowieść w bardzo prosty sposób, bez jakichś wizualnych fajerwerków, do czego nas przyzwyczaił. Żadnego dubstepu oraz spowolnień kamery, ostrej muzyki w tle – dużo jest skupienia na twarze, kolory stonowane, niemal dokumentalne. I to zaskakująco pomaga tej historii. Jedynym problemem dla wielu może być otwarte zakończenie, jednak wszystko tutaj jest wygrane za pomocą scenariusza, montażu, bardzo oszczędnej muzyki oraz szczerości.

To wszystko by nie podziałało, gdyby nie absolutnie wybitny Bartosz Bielenia. Ten młody chłopak jako fałszywy ksiądz ma niesamowitą charyzmę, niejako improwizując każde swoje kazanie, mszę i wydaje się dość ekscentryczny. Ale w tym wszystkim jest niesamowita pasja, energia, a jednocześnie jest uważnym obserwatorem, podejmując się roli mediatora. Skupia swoją uwagę do samego końca, a w jego oczach maluje się wszystko. Nie oznacza to jednak, że drugi plan nie ma tu do roboty. Film kradnie samą obecnością Aleksandra Konieczna w roli kościelnej, gdzie wszelkie emocje pokazane są bardzo drobnymi, wręcz niezauważalnymi spojrzeniami. Bardzo mocna postać, którą dość łatwo można osądzić, ale jest bardziej złożona niż się wydaje. Tak samo cudowna jest Eliza Rycembel (Eliza), której relacja z księdzem nabiera dynamiki. Nie można też zapomnieć drobnych ról Leszka Lichoty (wójt) oraz Łukasza Simlata (ksiądz Tomek).

boze cialo3

Film widziałem wczoraj, a do tej pory jestem oszołomiony tym, co obejrzałem. Komasa w „Bożym Ciele” zaskakuje dojrzałością, zdyscyplinowaniem oraz subtelnością. Aż boję się myśleć, co reżyser zaserwuje następnym razem, bo warto będzie czekać.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Irlandczyk

Martin Scorsese to jeden z tych filmowców, na którego filmy – jakiekolwiek by nie były – zawsze się czeka. Ten człowiek wyrobił sobie reputację jednego z największych reżyserów kina amerykańskiego, chociaż ostatnio mówi się o jego wypowiedzi na temat filmów z gośćmi w lateksach. Zostawmy tą dyskusję i skupmy się na najnowszym dziele mistrza zrobionym dla Netflixa. Filmie gangsterskim. Trwającym ponad trzy i pół godziny. Zainteresowani?

Głównym bohaterem „Irlandczyka” jest Frank Sheeran. Kiedy go poznajemy, przebywa w domu starców i jest już w mocno zaawansowanym wieku. Zaczyna nam opowiadać o sobie, a cała historia pokazana jest nam na trzech planach czasowych: współcześnie, w okresie od lat 50. do połowy 70. oraz podczas podróży samochodem na ślub w 1975 roku. Swoją karierę zaczynał jako kierowca ciężarówek, potem został związkowcem, a następnie malarzem domów. I nie chodzi o to, że wziął pędzle, robił tapety, ale zabijał ludzi. Dla mafijnej rodziny Bufalino. Ale jego kariera poszła dalej, gdy na swojej drodze spotkał Jimmy’ego Hoffę – szefa amerykańskich związków zawodowych.

irlandczyk3

Jeśli jednak ktoś spodziewa się gangsterskiej rozwałki, efektownych strzelanin oraz rozbryzgującej krwi wszędzie, „Irlandczyk” będzie wielkim rozczarowaniem. Sceny przemocy są tutaj bardzo krótkie, gwałtowne i niespodziewane, ale jest ich bardzo mało. Historia płynie bardzo powoli, skupiając się tylko na dialogach, rozmowach oraz narracji z offu. Brzmi jak powtórka z rozrywki? Bo już widzieliśmy wiele filmów o mafii, gangsterach, więc co można nowego opowiedzieć?

Dla Scorsese najważniejsza jest tutaj opowieść o wyborach, które rzutują na całe nasze życie. Szkoda tylko, że konsekwencje tych decyzji są odczuwalne dopiero po pewnym czasie. Co jest ważniejsze: lojalność wobec przyjaciół (mafii) czy wobec rodziny? Bo to, co nam się wydaje najważniejsze, z upływem czasu może być zwykłą, nieistotną duperelą bez znaczenia. A to, co ważne, mieliśmy cały czas pod nosem. Tylko, co tak naprawdę jest ważne, gdy pod koniec swojego żywota dokonujesz bilansu? I jesteś sam, a zdrowie już jest nie te, trzeba codziennie brać leki, czekając tylko na śmierć. Ten lekko melancholijny klimat budził we mnie skojarzenia z „Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone (tylko pół godziny dłuższy od „Irlandczyka”), z którego Scorsese czerpie mocno. Zarówno pod względem tematyki (przemijanie, przyjaźń vs lojalność), jak i konstrukcji (przeplatane linie czasowe).

irlandczyk1

Bo formalnie nie ma tutaj jakiś popisów czy eksperymentów. Owszem, nie brakuje kilku mastershotów, slow-motion czy najazdów na daną postać, ale nie ma czego nowatorskiego. Niemniej wygląda to wszystko bardzo dobrze i jest dopięte do najdrobniejszego detalu. Scenografia, kostiumy, samochody, muzyka – to wszystko pomaga w odtworzeniu realiów epoki. Najwięcej jednak szumu wywołało komputerowe odmłodzenie trójki głównych bohaterów, przez co budżet był bardzo wysoki. I chociaż na początku może to wywołać mocno surrealistyczne, z czasem jednak nie kłuje aż tak bardzo w oczy. Ale im starsza retrospekcja, tym słabiej się to prezentuje.

irlandczyk2

Aktorstwo jednak trzyma bardzo wysoki poziom, a reżyserowi udało się zebrać stara gwardię oraz kilku młodzików. Główną rolę dostał Robert De Niro i tworzy jedną ze swoich lepszych ról ostatnich lat, choć jego bohater jest bardzo wycofany. Ale pod koniec udaje mu się wygrać jego nieudolność, mocno tłumione emocje oraz wyrzuty sumienia. Bardzo zaskakuje Joe Pesci jako Russell Bufalino – bardzo opanowany, spokojny mafiozo, choć budzący sympatię od samego początku. Ale prawdziwy huragan następuje, gdy pojawia się Al Pacino jako Hoffa. Wtedy film nabiera kopa, a aktor szarżuje jak miło, tworząc swoją najlepszą kreację od lat. W jego wykonaniu Hoffa pokazany jest jako charyzmatyczny frontman, pozbawiony cierpliwości, z niewyparzoną gębą oraz wielką pewnością siebie. Przekonany o swojej nietykalności wydaje się człowiekiem nie do złamania, ale tylko do czasu. I ta trójka robi ten film, choć na drugim planie mamy takich gości jak Ray Romano (William Bufalino), Jesse Plemons (Chuckie O’Brien), Bobby Cannavale (Felix DiTulio), Stephen Graham (Anthony Provenzano) czy Harvey Keitel (Angelo Bruno).

irlandczyk4

„Irlandczyk” tylko potwierdza talent Martina Scorsese do opowiadania wciągających historii. Potrafi trzymać w napięciu, świetnie prowadzi aktorów, zaś czas mija bardzo szybko. Ale takiej dawki melancholii w mafijnej opowieści się nie spodziewałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Na ringu z rodziną

Wrestling dla wielu może wydawać się pseudo-sportem. Dlaczego? Bo wszystko jest tutaj udawane, gdzie ciosy są markowane i to jest jeden wielki spektakl. Gdzie ludzie wierzą, że to się dzieje naprawdę. Jednak dla niektórych wrestling jest sensem życia, pasją i miłością jednocześnie. Taka jest brytyjska rodzina Knightów z Norwich w Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że Brytole za tą dyscypliną nie przepadają tak bardzo jak Amerykanie. Nie zraża to jednak familii do działania na lokalny podwórku. Szansą na zmianę tej sytuacji są eliminacje do federacji WWE, gdzie droga do kariery jest wielka. Do walki staje Saraya z bratem Zakiem, tylko że dalej (treningi i przygotowania do NXT – niższa liga) dostaje się dziewczyna.

na ringu z rodzina1

Tą prawdziwą historię postanowił przedstawić aktor Stephen Merchant i decyduje się tutaj skupić się na dwóch aspektach. Po pierwsze, pokazanie czym dla tej rodziny jest wrestling. Z jednej strony scala rodzinę i dla rodziców był wybawieniem przed bardzo niebezpieczną drogą (ojciec – kryminalista i alkoholik, matka – próbowała popełnić samobójstwo). Dla dzieci zaś bywa zarówno szansą na życie, jak i pewnego rodzaju przekleństwem. Najmocniej to widać na przykładzie Zaka, który po odrzuceniu nie potrafi się odnaleźć. Zaczyna zaniedbywać swoją własną rodzinę (nieplanowane dziecko, żona z bardziej sytuowanej rodziny) oraz rolę lokalnego trenera i mentora dla dzieciaków. Ale i nasza sama bohaterka oddalona od rodziny, zdana tylko na siebie, zaczyna się gubić, treningi stają się męczące. W końcu pojawiają się wątpliwości, czy naprawdę iść w tym kierunku, a może odpuścić i znaleźć sobie coś innego?

na ringu z rodzina2

Te pytania i dylematy są podane w formie komediodramatu, co na pewno czyni seans przyjemnym. Elementy humorystyczne (obiad z przyszłymi teściami czy rozmowa telefoniczna z The Rockiem), jak i dramatyczne wątki są odpowiednio wyważone, a sama opowieść naprawdę angażuje. O dziwo, najbardziej podobały mi się sceny na ringu oraz przygotowania. Jasne, jest to uproszczone, a miejscami pojawia się odrobinka patosu. Na szczęście, jest to przekłuwane humorem, zaś sama choreografia walk potrafi dostarczyć masę satysfakcji. A finałowa konfrontacja to małe cudeńko.

na ringu z rodzina3

Może troszkę czuć troszkę chwiejną rękę reżysera, zaś kilka scen wydaje się niepotrzebnych, jednak sytuację ratuje aktorstwo. Obecny na plakatach Dwayne Johnson pełni rolę epizodyczną (poza tym jest producentem filmu) i w roli samego siebie sprawdza się naprawdę cool, ale tak naprawdę liczy się Florence Pugh. Dziewczyna jest fenomenalna w roli troszkę introwertycznej Sarayi vel Paige. Może i wydaje się wycofaną laską o wyglądzie typowej fanki metalu, ale kiedy jest na ringu, żarty się kończą, a energia dosłownie ją rozsadza. Absolutnie przekonująca w każdej scenie i coraz bardziej jestem ciekaw jej kolejnych kreacji. Warto też wspomnieć o świetnym Jacku Lowdenie, czyli Zaku. Ten chłopak ma na punkcie wrestlingu kompletnego fioła, jednak to nie wystarcza na przebicie się dalej. I świetnie pokazuje jego żółć, rozgoryczenie oraz ból niespełnienia, zaś jego dojrzewanie do roli wsparcia pokazane jest bez fałszu. Swoje robi także cudny Vince Vaughn (trener Hutch), choć troszkę przypomina swoją rolę z „Przełęczy ocalonych” oraz fajny duet Lena Hadey/Nick Frost.

na ringu z rodzina4

„Na ringu z rodziną” może nie podbije i nie zdobędzie szerokiej rozpoznawalności, ale to absolutnie bezpretensjonalna i klasyczna opowieść „od zera do bohatera” w brytyjskim wydaniu. Z humorem, lekkością, ale i odrobiną powagi pokazuje do czego może zaprowadzić pasja oraz determinacja. Plus rodzina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nieznajoma

Cała sytuacja wydaje się dość dziwaczna, bo spotykamy bardzo nietypową kobietę. Kobieta, która znajduje się w różnych miejscach, wygląda troszkę inaczej, choć twarz jest niebezpiecznie znajoma. Imion ma kilka, profesji też wiele: od pielęgniarki przez asystentkę iluzjonisty aż do badaczki żab. Obecnie posługuje się imieniem Alice. Pewnego wieczora trafia na przyjęcie urodzinowe niejakiego Toma – pracownika agencji rządowej. Jak się później, oboje znali się wcześniej.

nieznajoma1

Joshua Marston jest filmowcem, który wydaje się opowiadać przyziemne historie. Ale „Nieznajoma” to kino bardzo dziwaczne. Punktem wyjścia jest historia kobieta, która ciągle zmienia tożsamości, profesje, wygląd. Dlaczego to robi? Czyżby to miała być jej droga do szczęścia bez kompletnego zakotwiczenia, zapuszczania korzeni? A może chodzi o przeżywanie kilku żyć? Poczucie adrenaliny czy chęć odczuwania czegokolwiek? Pytania wydają się ciekawe, tylko wykonanie w niemal paradokumentalnej formie zwyczajnie nudzi. Sporo jest tutaj zarysowanych postaci, o których nie dowiadujemy się zbyt wiele, zaś akcja praktycznie nie istnieje. Nawet nie o to chodzi, bo można zrobić wciągający film, w którym nic się nie dzieje. Cały czas mam wrażenie, że zderzenie Toma z Alice/Jenny powinno wywołać większe emocje. W końcu jego dawna dziewczyna pojawia się po bardzo długiej przerwie. A tutaj wszystko jest strasznie nudne, nieangażujące, zaś dialogi wydają się nijakie oraz prowadzące donikąd. Nawet nie pomaga zaangażowanie do głównych ról Rachel Weisz oraz Michaela Shannona, którzy nie są w stanie ożywić tych postaci. Sprawiają wrażenie duszących się na planie, choć ich obecność wydaje się sporą zaletą.

„Nieznajoma” wydaje się być film z intrygującym pomysłem, który nie zostaje wykorzystany do końca. Chciałbym powiedzieć coś więcej, ale zdążyłem wymazać ten film z pamięci. Nawet nie musicie tego czytać.

5/10

Radosław Ostrowski

Szermierz

Rok 1953, mała estońska miejscowość Haapsalu. Do tego wygwizdowa trafia niejaki Endel Neils – bardzo utalentowany szermierz, by podjąć pracę nauczyciela w tamtejszej szkole. I jak na sportowca przystało, uczy wychowania fizycznego. W ramach słusznej ideologii, ma zorganizować kółko sportowe. Z powodu niezbyt dużego sprzętu, decyduje się na szermierkę, co nie za bardzo odpowiada dyrektorowi. Ale co zaskakujące, dobrze odnajdują się w niej dzieci. Jednak przeszłość nie zamierza odpuścić.

szermierz1

Dzieło Klausa Haro to tak naprawdę wypadkowa kilku gatunków oraz wątków. Z jednej jest to historyczny dramat o człowieku, ukrywającym się przed systemem. Człowieka pełnego pasji, który nie może się ujawnić, a zwrócenie uwagi może oznaczać kłopoty. Z drugiej strony jest to kino sportowe, dające szansę dla dzieciaków. Dzieci naznaczone przez system, który pozbawia ich najbliższych, przez co czują się samotne i bardzo potrzebują wsparcia. Dla nich nauka szermierki staje się szansą na podniesienie swojej wartości oraz kształtowaniem charakteru. Takich filmów o relacji nauczyciel-uczeń było multum, ale to ta relacja wydaje się najmocniej poprowadzona. No i jeszcze relacja z koleżanką z pracy, idąca ku romansowi. Problem w tym, że zespolenie tych wszystkich wątków czyni „Szermierza” kompletnie niezbyt angażuje. Sam romans jest ledwo liźnięty, całe to zagrożenie wydaje się tylko umowne i pozbawione ciężaru, no i w scenach sportowych najbardziej trzyma za gardło finałowe pojedynki w turnieju. Ta historia wydaje się być o wiele ciekawsza na papierze niż na taśmie, jakby w trakcie realizacji zabrakło jakiegoś mocnego kleju, scalającego wszystkie wątki w spójną całość.

szermierz2

Najciekawiej prezentuje się oprawa audio-wizualne, czyli bardzo stonowane zdjęcia oraz niemal klasyczna muzyka w tle. Niby nie ma tutaj zbyt wiele lokacji, ale sposób stosowania oświetlenia w ciemnych pomieszczeniach. Sceny finałowego turnieju wybijają się bardzo płynnym montażem. A i aktorsko też się trudno do kogokolwiek przyczepić.

„Szermierz” miał zadatki na mocny dramat sportowy z wyrazistym tłem politycznym. Ale sklejenie oraz płytkie potraktowanie wątków osłabia emocjonalną siłę dzieła. Wielka szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Gold

Złoto – surowiec najbardziej pożądany na świecie, który gwarantuje bogactwo, dobrobyt oraz szczęście. Tylko, że nie dla wszystkich, lecz dla tych, co wiedzą gdzie i jak szukać. Robią to zarówno amatorzy, jak i firmy zajmujące się wydobywaniem surowców. Taką firmę prowadził Kenny Wells, a dokładniej jego ojciec. Lecz kiedy on umarł w 1981 roku, przedsiębiorstwo wpadło w tarapaty przez kilka lat. Wszystko się zmieniło w 1988 roku, gdy mężczyzna postanowił zaryzykować i pójść w układ z legendarnym poszukiwaczem, Michael Acostą w poszukiwaniu złota do Indonezji. Nie jest łatwo, ale w końcu udaje się znaleźć złoto.

gold1

Stephen Gaghan to bardzo ceniony scenarzysta („Traffic”), który czasami próbuje swoich sił jako reżyser. I w swoich produkcjach próbuje połączyć kino gatunkowe z ważnym społecznie czy politycznie tematem. Tym razem znowu próbuje chwycić kwestie finansowych przekrętów i oszustw, opierając się na prawdziwych wydarzeniach. Nie mógł jednak wykorzystać prawdziwych imion, nazwisk oraz sytuacji (z powodów prawnych), więc ubiera wszystko w szaty fikcji. Fabułę można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza, troszkę w duchu kina łotrzykowsko-przygodowym opisuje odkrywanie surowców oraz determinację Wellsa w poszukiwaniu złota. Próba spełnienia amerykańskiego snu za pomocą sprytu, determinacji oraz szczęściu. Wiadomo, że za sukcesem zaczną pojawiać się konkurenci, chcący przejąć zyski z eksploatacji złóż. I tu pojawiają się komplikacje – gracze z Wall Street, mający szerokie wpływy, a tacy nie odpuszczają.

gold2

Wtedy zaczyna się druga część filmu, pokazująca walkę o swój sen. Co oznacza bezpardonową walkę oraz działanie z planem, by wszystkich wykiwać. Poznawanie kto jest przyjacielem, kto wrogiem oraz jak zawalczyć o swoje. Tylko, że ta walka zostaje spuentowana tak ironicznym oraz dramatycznym twistem, że powinniśmy się go domyślić wcześniej, prawda?

Problem jednak w tym, że reżyser nie jest w stanie zdecydować się, co ma być na pierwszym planie i w jakim tonie opowiedzieć całość. Czy to ma być satyryczne spojrzenie na świat wielkiej finansjery, wielka przygoda między dwoma poszukiwaczami, sensacyjna opowieść o przekręcie? Gaghan miesza tutaj wszystko do jednego kotła, przez co wychodzi film zaledwie letni. Brakuje tutaj wyczucia oraz zespolenia tego wszystko w jedną, spójną całość. Wrażenie robią zdjęcia dżungli i realia lat 80., z bardzo taneczną muzyką w tle (m.in. Iggy Pop, New Order czy Pixies).

gold3

Ale najwięcej wyciska tutaj Matthew „Allright, Allright, Allright” McConaughey w roli Kenny’ego. Facet ma wręcz ADHD, mimo sporego brzuszka i łysiny na głowie. Wizjoner, krętacz, oszust, pijak, który dla osiągnięcia celu rzuci obietnice bez pokrycia i jest w stanie nawet wejść do klatki z tygrysem. Aktor zawłaszcza ekran wszystkim, nie dając nikomu w zasadzie manewru do działania. Oprócz Edgara Ramizera w roli Acosty, którzy tworzy postać o wyglądzie i stylu dawnych poszukiwaczy przygód, gdzie czuć tą silną więź w trakcie wyprawy.

„Gold” nie ma w sobie blasku złota, nie powala i nie świeci. Zabrakło tutaj pewniejszej ręki, która stworzyła z tego prawdziwą petardę. Kolejna, tym razem nieangażująca ballada o chciwości.

6/10

Radosław Ostrowski

Małżowina

Zdarzają się takie filmy, które znają tylko najbardziej zatwardziali fani konkretnego reżysera. Może wynikać z faktu, że dany tytuł powstał zanim filmowiec osiągnął rozpoznawalność i sukces. Albo miał tak wąską, ograniczoną dystrybucję, że nikt o nim kompletnie nie słyszał. Ciężko to sobie wyobrazić, ale taki film ma w swoim dorobku Wojciech Smarzowski. Ale jak to, o czym opowiadasz? A słyszeliście o „Małżowinie”? Nie? Była to produkcja telewizyjna, która nie jest zbyt często pokazywana.

malzowina1

Bohaterem film jest mężczyzna, który parę lat temu napisał powieść. Odniosła ona wielki sukces, ale w tej chwili próbuje stworzyć nowe dzieło. Dlatego właśnie przenosi się na warszawską Pragę i nowego mieszkania. Ale każda jego próba jest dość problematyczna z powodu sąsiadów. Chce o nich pisać, ale są strasznie hałaśliwi. Kłótnie, awantury, wrzaski, chlanie – jak pracować przy czymś takim. A to nie jedyny problem dla bohatera.

malzowina2

„Małżowina” jest bardzo skromna, wręcz kameralna, przez co czuć telewizyjny sznyt. Całość toczy się niemal w jednym pomieszczeniu, które jest w stanie znaleźć się w ujęciu kamery. Historii w zasadzie trudno tu znaleźć, bo widzimy niemal cały czas bohatera w mieszkaniu. Niby chce pisać, ale jakoś mu się nie chce, co troszkę przypomina sytuację z „Bartona Finka”. Samo mieszkanie ze zlewem, ciągle otwierającą się szafą wygląda jakby jeszcze było w trakcie remontu. Brudne, lepkie, ciasne, zaś w tle mamy miejscami punkową muzę, jakieś rozmowy o niczym, a świat spoza mieszkania widzimy tylko przez judasza. I to wywołuje pewne wrażenie nierzeczywistości, gdzie nie wiadomo co jest prawdą, a co tylko zmyślone przez autora. Pod koniec pojawiają się pewne montażowe przebitki, doprowadzając do spustoszenia w głowie. Problem w tym, że ta eksperymentalna forma zwyczajnie męczy. Dialogi, mimo przebłysków, wydają się prowadzić donikąd.

malzowina3

Wygląda to amatorsko, a grający główną rolę zagrał Marcin Świetlicki i prezentuje się bardzo dobrze ze swoim zachrypniętym głosem. Z drugiego planu wybija się Marian Dziędziel, choć głównie słychać go za ścianę oraz Maciej Maleńczuk jako lubiący wypić Nowy.

„Małżowina” to najbardziej eksperymentalny film w dorobku Smarzowskiego, gdzie zaczyna się powoli kształtować jego styl. Skupienie się na polskich przywarach, chlaniu i chropowatej rzeczywistości już jest obecne, choć następne filmy są bardziej przystępne.

6/10

Radosław Ostrowski