Mowa ptaków

Czy my lubimy reżyserów-wariatów? Takich, co grają wszystkim na nosie – krytykom, widzom, kolegom z branży. A po obejrzeniu ich dzieł ma się taki mętlik, że nie wiadomo, co z tym fantem zrobić? Możecie próbować to rozgryźć, tylko że to może być droga donikąd, bo nie wszystkie sensy są jasne i czytelne. Albo wskoczyć do tego rozpędzonego pociągu z nadzieją, że wrócicie w jednym kawałku. Już na samym plakacie jest ostrzeżenie: To nie jest film dla Ciebie. Prowokacja, prawda czy wyzwanie? Zostaliście ostrzeżeni.

mowa ptakow1

O fabule nie chce mówić, bo w zasadzie trudno ją opisać, a całość skupia się na czterech bohaterach. Marian jest nauczycielem języka polskiego i etyki, który zostaje zwolniony z pracy. Wszystko dlatego, że stanął w obronie kolegi Ludwika – historyka. Ten przez swoich uczniów, co wchodzą mu na głowę, dołącza do grupy kibolów. Jest jeszcze kompozytor Józef ze swoją dziewczyną, Anią. Ona sprząta u nowobogackiego prezesa banku, on chce napisać przebój i choruje na trąd. Jest jeszcze ktoś piąty: „szpiegówa” Ala, co filmuje wszystko na swoim telefonie i kocha kino. Wszystko się skupia na zderzeniach tych postaci z naszą rzeczywistością, a konstrukcją podzielone jest na segmenty.

mowa ptakow4

„Mowa ptaków” to takie problematyczne kino, które bardzo trudno jest opowiedzieć. To inna bajka, gdzie nie do końca wiadomo czego się spodziewać. Właściwie ciężko też rozgryźć (na początku) o co tu w ogóle chodzi. Bo tematów dotykanych przez reżysera jest multum. Bardzo krzywe spojrzenie na rzeczywistość, pełną bełkotu oraz pustej gadaniny, świadomych (lub nie) odniesień do (pop)kultury, estetyczne kolaże, dziwaczne jazdy kamery, tzw. inteligencja (choć nie wiem, czy pasuje do definicji) posługująca się swoim własnym, niezrozumiałym językiem, hołd skierowany ku Żuławskiemu oraz próba rozliczenia z nim, relacja ojciec-syn. To ja wyłapałem, ale na pewno jest tego o wiele więcej. I wiem jedno: jeden seans nie wystarczy, by posklejać to wszystko do kupy.

mowa ptakow2

Jak ogarnąć ten cały pierdolnik? Chaotyczne, wariackie, pokręcone, bełkotliwe, a może genialne? Ja wam tej odpowiedzi nie dam. A jeśli myślicie, że reżyser też jej udzieli. Najwyżej może pokazać wam środkowy palec i walnąć takimi słowami, iż nie będziecie wiedzieli co odpowiedzieć. Granie na nosie widać tu wielokrotnie: od konstrukcji narracji przez lekko surrealistyczną muzykę i gwałtowne cięcia montażowe aż po ostatnią scenę. A ona rozrywa głowę na strzępy, nie zostawiając nic. Czegoś takiego nie widziałem od dawna.

mowa ptakow3

Wszystko jest też świetnie zagrane. Po prostu. Zarówno młodzi z Erykiem Kulmem i Jaśminą Polak, jak i bardziej doświadczeni pokroju Andrzeja Chyry oraz Daniela Olbrychskiego. Jednak jest jeden aktor, który zawłaszcza ekran dla siebie i jest to… Sebastian Fabijański. Jego Marian to dziwaczna postać: niespełniony pisarz, inteligent pełnokrwisty, ale dialogi wypowiada jakby był dresiarzem. Magnetyzuje swoją obecnością, z czasem stając się kimś w rodzaju demiurga, zmieniającego rzeczywistość według własnych reguł. Ja chcę tego aktora oglądać częściej w takich rolach.

Nie jestem w stanie ogarnąć tej kosmicznej przestrzeni zwanej „Mową ptaków”. Bełkot, grafomania czy geniusz? Na pewno jest to unikatowe, niesamowite doświadczenie, mocno odbijające się od poziomu polskiego kina. Ale ostrzegam, to nie będzie łatwa przeprawa, lecz warta spróbowania.

7,5/10, może nawet 8/10

Radosław Ostrowski

Kosmos

Ugryzienie na ekran powieści Witolda Gombrowicza jest zadaniem karkołomnym. Do tej pory mierzyli się z nim Jerzy Skolimowski („Ferdydurke”) oraz Jan Jakub Kolski („Pornografia”), ale spotkały się one z bardzo chłodnym odbiorem. I kiedy wydawało się, że filmowcy polegli z tą trudną materią, jeden szaleniec wziął sprawy w swoje ręce. Ale że miał długą przerwę, to i obawy były spore. Tym gościem był Andrzej Żuławski, a na warsztat wziął „Kosmos”. Co z tego lotu wyszło?

Akcja została przeniesiona z Zakopanego do Francji i została umieszczona we współczesnych realiach. Bohaterem jest Witold – młody student prawa, który marzy o napisaniu powieści. Razem z poznanym kolegą Fuchsem wynajmują pokój w domu dość ekscentrycznej rodziny. Wśród domowników jest starsze małżeństwo, ich córka Lena związana z Ludwikiem oraz mająca lekko zdeformowane usta służąca Katasia. Podczas poszukiwania lokum uwagę chłopaka przykuwa pewien szczegół: powieszony wróbel na sznurku w lesie. Przypadkowe zdarzenie czy może jednak coś więcej? Witold razem z Fuchsem próbuje wyjaśnić sprawę, zaś kierunki śledztwa są dość zaskakujące.

kosmos1

Reżyser uwspółcześnia fabułę, jednak same pytania stawiane przez autora pozostają. A chodzi o obserwację rzeczywistości. Co jest w stanie wychwycić nasz umysł, jaki to ma sens i czy w ogóle on istnieje? Bo my, ludzie, mamy skłonność do szukania sensu w tym bezsensownym świecie. Ale czy tak naprawdę chodzi tu o „śledztwo”? Bo „Kosmos” nie jest stricte kryminałem, gdyż za dużo tu groteski, przerysowanych postaci (Leon i jego żona, tajemniczy Fuchs marzący o pracy w środowisku mody). Same „poszlaki” też wydają się dziwne: zalany sufit w kształcie strzałki, przeniesiona siekiera, znikający trup wróbla. O co tu w ogóle chodzi? Bo jest jeszcze fascynacja Witolda Leną, czuje coś do niej. Fascynację, pożądanie, pragnienie – ciężko to określić, gdyż nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi.

kosmos3

Jednocześnie Żuławski – nie mając nic do stracenia – bawi się tym wszystkim. Dialogi to wariacka mieszanka fascynacji kinem, filozofią, ale i zabawą słowami, zdrobnieniami (tak bardzo „gombrowiczowskie”). Reżyser dorzuca też swoją niemal wykrzywioną, choć wysmakowaną pracę kamery oraz nadekspresyjne aktorstwo czy krótkie przebitki montażowe. To wszystko jeszcze bardziej kluczy, mąci, ale i intryguje. Też szukałem, próbowałem zebrać wszystko do kupy, lecz samo dochodzenie rozczarowuje. Nie o to jednak tu chodzi, lecz o fascynację, tajemnicę i kilka niezapomnianych scen. Pani Wojtys rąbiąca siekierą po nocy, zbliżenia ust Leny i Katasii czy śpiewana w lesie aria przez Leona. Nie mówiąc już o fragmentach pisania powieści przez Witolda z nerwowym wzrokiem jakby w amoku.

kosmos2

I to jest naprawdę bardzo dobrze zagrane przez aktorów francuskich, których nie znam za dobrze. Nawet ta nadekspresja staje się prawdziwą siłą, co widać w kreacjach Sabine Azemy oraz Jean-Francois Balmera (państwo Wojtis). Równie intrygujący jest Jonathan Genet jako Witold, który mógłby być bratem… Adama Drivera, tylko bardziej nabuzowany oraz pociągająca Victoria Guerra robiąca niby za femme fatale.

Czy Żuławski przeczuwał, że „Kosmos” może być jego ostatnim filmem? Mogę się tylko domyślać, ale ta interpretacja Gombrowicza wydaje się zaskakująco stonowana na tle innych dokonań reżysera. Nie oznacza to, że nie jest szalony i pokręcony, jednocześnie potrafi przyciągnąć do siebie jak magnez. Cóż za paradoks.

7/10

Radosław Ostrowski

Aria dla atlety

Władysław Góralewicz nie był szarym człowiekiem, którego mija się w tłumie. Był atletą lub jakbyśmy dziś go określili – zapaśnikiem. Do tego trzeba było mieć krzepę, a taką posiadał. Kiedy go poznajemy jest już starcem i mamy rok 1937. Mężczyzna decyduje się przekazać swoją kolekcję rzeźb dla opery i  w obecności dziennikarza opowiada o swojej przeszłości. Jak zaczynał swoją karierę w cyrku, jak doszło do spięcia z braćmi Aps oraz jego miłości do muzyki operowej.

aria dla atletow1

Debiut Filipa Bajona z 1979 roku zaskoczył wszystkich. Inspirowana prawdziwą historią zapaśnika dla reżysera jest pretekstem do zderzenia dwóch światów. I nie chodzi tylko o przełom XIX i XX wieku, ale dwa rodzaje kultury. Z jednej strony jest kultura wysoka reprezentowana przez operę. Tam dochodzi do spotkania Góralewicza z muzyką podczas zapaśniczego pojedynku. Z drugiej mamy ten świat zapaśników, świat cyrku – sztuki jarmarcznej, dla prostych ludzi. I obydwa te światy łączy ze sobą Góralewicz. Człowiek bardzo silny niczym nadczłowiek z wizji Nietschego, ale jednocześnie wrażliwy na sztukę. Zupełnie jakby chciał się tam odnaleźć dzięki swojemu wysiłkowi i mógł być bohaterem pieśni. Powoli zaczynany odkrywać (skrótowo dość) karierę zapaśnika przez różne części Europy. Nie brakuje scen pojedynków, choć tutaj kamera jest blisko twarzy zawodników. Nie skupia się mocno na choreografii, ale bardziej na portrecie człowieka. Człowieka zafascynowanego kulturą wysoką, napędzanego przez zemstę i manipulowanego przez innych ludzi. Chociaż brakuje mi troszkę większego skupienia na Góralewiczu poza walką, jego prywatnym życiu.

aria dla atlety3

Bardzo imponująco prezentuje się strona wizualna filmu. Sama scenografia oraz wnętrza budynków odtworzono bardzo szczegółowo. Nawet miejsca, w których spędzamy mało czasu jak siedziba fabrykanta, namiot cyrkowy czy wnętrze opery są niesamowite. Jakbyśmy trafili na ten czas przełomu wieków. Tak samo barwna jest muzyka mieszająca operę z jarmarcznym cyrkiem, tworząc powalający miks. Ten świat jest żywy, co nie zdarza się zbyt często.

aria dla atletow2

I jest to fenomenalnie zagrane, a ekipie aktorów przewodzi absolutnie magnetyzujący Krzysztof Majchrzak jako Góralewicz. Samą posturą budzi przerażenie, ale w środku jest łagodny i ciepły, a także odkrywa zamiłowanie do sztuki. Te sprzeczności są pokazane drobnymi spojrzeniami oraz świetną mową ciała. Nawet w krótkich scenach walkach jest nie do zatrzymania. Na drugim planie najbardziej wybija się niemal pewny siebie Roman Wilhelmi (Bolcio) oraz twardy Bogusz Bilewski („Cyklop”). Dla mnie jednak film kradnie w drobnej roli Wojciech Pszoniak. Jako dyrektor cyrku Siedelmayer jest bardzo pewny siebie, gada niczym z karabinu maszynowego mając cudny akcent (scena, gdy opowiada o czterech barwnych postaciach – perła). Niesamowity, smakowity epizod.

Już sam tytuł zapowiada, że będziemy mieli zderzenia dwóch światów. Sztuka wysoka spotyka niską i z tej synergii mogą powstać ciekawe rzeczy. Bajon z pietyzmem odtwarza okres przełomu wieków, prowadząc znakomitych aktorów i tworząc pewien nostalgiczny klimat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przypadek

Sam początek jest intrygujący: mamy krzyczącego mężczyznę w samolocie oraz zbliżenie na otwarte usta. Następnie jest kilka pozornie nie powiązanych scenek z życia bohatera: narodziny, nauka pisania, pożegnanie przyjaciela w 1968 r., wreszcie wizyta u umierającego ojca oraz czas studiów medycznych. Ojciec przed śmiercią mówi mu trzy słowa: nic nie musisz, a potem bohater (Witek Długosz) decyduje się wziąć urlop dziekański, by przemyśleć co dalej. Punktem przełomowym jest próba dobiegnięcia do odjeżdżającego pociągu. Od tej chwili będziemy mieli trzy rozwidlenia oraz możliwe scenariusze.

przypadek1

Ten film Kieślowskiego wydaje się być zwieńczeniem nurtu kina moralnego niepokoju zanim stało się parodią samego siebie. Reżyser pokazywał też końcówkę lat 70. zwieńczoną powstaniem Solidarności, a premiera filmu miała nastąpić w grudniu 1981 roku. Ale wprowadzono stan wojenny, cenzura parę rzeczy wycięła, a i tak film trafił na półkę (wyrok: 6 lat). Stopniowo zaczynamy poznawać trzy ścieżki naszego bohatera, które wydają się bardzo różne w zależności do tego czy zdąży wskoczyć do pociągu czy nie. W pierwszej Witek poznaje starego komunistę i dzięki niemu poznaje działacza partyjnego, wstępuje do PZPR oraz spotyka swoją pierwszą miłość. W drugiej wpada na sokistę i zostaje skazany na prace społeczne. Tam poznaje opozycjonistę i zaczyna działać w konspirze kierowanej przez księdza, a także trafia na przyjaciela z 1968 r. oraz jego siostrę. Trzecia ścieżka to powrót na studia, małżeństwo oraz praca jako lekarz. Niby one różnią się szczegółami, ale tak naprawdę jest to ciągle ten sam człowiek. Początkowo zagubiony, zaczyna odnajdywać sens dzięki ludziom i podąża tą ścieżką do końca (do chwili zwątpienia lub… śmierci).

przypadek3

Kieślowski jest bardzo skupiony na szczegółach, lubi długie kadry i raczej nie bawi się formą. Ścieżki te nie przeplatają się ze sobą, tylko przechodzą jedna po drugiej zaczynając się niemal tak samo. Ale za każdym razem moment pościgu z muzyką Kilara w tle chwyta za serce. Ale każda z postaci (nawet nie zbyt często obecna na ekranie) jest bardzo wyraziście zarysowana. Nie ważne czy to komunista-kombatant, jego aktywny kolega Adam czy pierwsza miłość. Dialogi – choć dla wielu mogą być długie – nie wywoływały we mnie znudzenia, a tylko przybliżały bohaterów. Czy to w dramatycznych momentach jak interwencja w ośrodku dla narkomanów czy bardziej kameralnych rozmowach. Niejako przy okazji i między słowami zadaje pytanie o rolę przypadku w naszym życiu. Oraz ile tak naprawdę zależy od nas, a na co nie mamy wpływu.

Dzięki rekonstrukcji cyfrowej „Przypadek” wygląda i brzmi znakomicie. Co równie ważne, przywrócono niemal wszystkie sceny wycięte przez cenzurę. Nie ma tego zbyt wiele i nie zmienia sensu filmu, ale i tak dobrze, że są jak występ Jacka Kaczmarskiego podczas „latającego uniwersytetu”. Nie ma też poważnych problemów z dźwiękiem i oglądałem to wręcz zahipnotyzowany.

przypadek2

Jeszcze bardziej byłem zdumiony grą Bogusława Lindy w roli głównej. Nawet nie chodzi o to, że nie przeklina, nie nosi spluwy i nie jest twardzielem. To zagubiony młody człowiek, który po prostu szuka swojego miejsca na ziemi. W zależności od spotkanych osób jego droga wydaje się inna, ale jest wiele cech wspólnych. Nie będę się jednak dokładniej wypowiadał, lecz tutaj aktor jest bardzo naturalny, szczery i zaskakuje, niemal dominując całkowicie. A drugi plan jest tu przebogaty: od zawsze trzymających wysoki poziom Tadeusza Łomnickiego (Werner) i Zbigniewa Zapasiewicza (Adam) przez solidnego Adama Ferencego (ksiądz Stefan) po drobny epizod Jerzego Stuhra (działacz partyjny). Jeśli chodzi o panie dla mnie najlepiej wypadła Marzena Trybała (Werka), tworząc bardzo niespełniony związek z Witkiem i czułem tutaj najwięcej chemii między tą dwójką.

„Przypadek” bardzo zaskoczył mnie tym, ile ma w sobie energii i stawia pytania bez dawania odpowiedzi. Bo od czego tak naprawdę zależy, co się wydarzy w naszym życiu: tylko od nas samych, Boga czy przypadku? Sami spróbujcie odpowiedzieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Blizna

Pod miejscowością Olecko w miejscu wielkiego lasu zostanie zbudowany kombinat. Problem jednak w tym, że Rada Narodowa podjęła tą decyzję wbrew woli mieszkańców. Poza tym była lepsza lokalizacja do budowy, ale znajdująca się w innym województwie i nie dało rady tego załatwić. Zadanie nadzoru tej budowy dostaje dyrektor Stefan Bednarz ze Śląska.

blizna2

Pierwszy kinowy film Krzysztofa Kieślowskiego jest przykładem kina bardzo przyziemnego. Niby wydaje się na pierwszy rzut oka produkcyjniakiem o powstawaniu fabryki z perspektywy dyrektora. Czyli jest sporo spotkań, rozmów z pracownikami, przełożonymi i dziennikarzami. A w to wszystko zostaje wrzucony dyrektor spoza tej okolicy. Próbuje jakoś odnaleźć się w tym młynie, ale pojawiają się kolejne konflikty, spięcia oraz niezadowolenie. Bo ktoś z góry za ich plecami podjął decyzję o zniszczeniu ich domów i zburzył ich spokój. Sam dyrektor wydaje się być osobą, która nie boi się z nikim rozmawiać oraz dobrze żyć z każdym. jednak sytuacja zaczyna się zaogniać, a finał może być tylko jeden.

blizna1

Reżyser opowiada to wszystko w niemal dokumentalny sposób oraz bez fajerwerków. Wszystko niemal jest prowadzone dialogami i surowymi zdjęciami, a w tle przygrywa oszczędna, niepokojąca muzyka. Pozornie wydaje się to zbiorem luźno powiązanych scenek, które pozwalają bliżej poznać Bednarza (fantastyczny Franciszek Pieczka). Człowieka rozdartego, pełnego wątpliwości i starającego się postąpić dobrze. Ma niełatwe relacje z córką oraz żoną, która nie chciała z nim przybyć do Olecka. Jest pewna sprawa z przeszłości, która nad nim ciąży, a czasami bywa wręcz bezsilny wobec nacisków i presji zwierzchników.

blizna3

Oprócz niego bardzo blisko poznajemy dwie kluczowe postacie. Pierwszą jest jego asystent (zaskakujący Jerzy Stuhr), który jest wyjątkowo śliski, cyniczny oraz bardzo skupiony na karierze. Drugą jest dziennikarz-idealista (świetny Michał Tarkowski), który przygotowuje reportaż o Bednarzu. I wydaje się jedyną osobą z otoczenia, która próbuje go zrozumieć, bez atakowania czy zakładania z góry jakiejś tezy. One stanowią bardzo wyrazisty drugi plan i zmuszając do spojrzenia na mechanizmy decyzyjne tamtych czasów.

„Blizna” tak jak zrealizowany w tym samym roku telewizyjny „Spokój” jest bardzo stonowanym filmem w dorobku Kieślowskiego. Już tutaj czuć zadatki na uważnego obserwatora rzeczywistości, stawiającego ważne pytania o odpowiedzialność oraz co jest ważniejsze: dobrze żyć ze wszystkimi czy skupić się bardziej na sobie i rodzinie.

7/10

Radosław Ostrowski

Monument

Zaczyna się dość banalnie. Grupa młodych ludzi jedzie autobusem w nocy. To studenci hotelarstwa, przybywający na praktyki do hotelu w celu zdobycia zaliczenia. Tam kierowniczka niemal wszystkich trzyma za pysk i daje im wejść na głowę. Wszyscy mają jednakowy uniform, a nawet plakietki mają takie same imiona oraz mają określone zadania do wykonania. Sprzątanie, usuwanie szczurów, wymiana pościeli i czyszczenie pewnego pomnika na zewnątrz. Z czasem jednak coraz bardziej zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

monument3

Jagoda Szelc już w swoim debiucie pokazała, że zamierza iść własną drogą i tworzyć kino absolutnie nie dla każdego. „Monument” był filmem dyplomowym dla studentów IV roku Wydziału Aktorskiego łódzkiej Filmówki, która dała na produkcję… 200 tysięcy złotych. Za takie pieniądze jednak nie można za bardzo zaszaleć, a do tego trzeba każdemu studentowi dać szansę zabłysnąć. Takie ograniczenia raczej przeszkadzają, ale dla reżyserki nie jest to żaden problem. Film wygląda bardzo zawodowo oraz na droższy, a jednocześnie kompletnie olewa klasyczną konstrukcję i narrację. Historia zaczyna rozpadać się na zbiór scenek, gdzie przenosimy się do każdej grupki na różne miejsca. Od hotelowego pokoju, kuchnię, pływalnię, piwnicę oraz tego cokołu/monumentu, który mimo czyszczenia ciągle jest brudny.

monument1

Lawirujemy między psychodramą, horrorem a… no właśnie, czym. Kolejne minuty zaczną wywoływać mętlik w głowie. Normalność zaczyna być przełamywana jakimiś pokręconymi sytuacjami. Czas wydaje się jakby zakrzywiony, ciągle panująca noc, zaś zachowania studentów coraz bardziej wymykają się sensowi. Trzy dziewuchy w hotelowym pokoju palące papierosy, dziewczyna jedząca szczury, lekko chorowity chłopak jakby zombiak czy czyszczenie cokołu.

monument2

To dopiero początek tego wariackiego snu jakby wziętego z kina Davida Lyncha, obecny równie w debiucie. Świetnie opanowany światłocień, niemal chropowata kolorystyka, a w tle jeszcze słyszymy przemielone dźwięki oraz… wiadomości z telefonów. Nie brakuje repetycji, pewnej monotonii zdarzeń, co wywołuje dezorientację i próbę znalezienia odpowiedzi na jedno pytanie: co ja tu obejrzałem? Czy to jest opowieść o dehumanizacji, buncie, zachowaniu własnego charakteru, dewiacjach? A może to jakiś senny koszmar, stworzony przez jakieś majaki? Zakończenie częściowo daje odpowiedź i potrafi mocno uderzyć swoim oniryczno-szamańskim klimatem.

Od dawna nie miałem takiej sytuacji, że nie potrafię opisać wrażenia, jaki wywołuje film. „Monument” na pewno będzie we mnie siedział, stanowiąc poważną układankę do rozwiązania. Widzę klocki, ale jeszcze nie wiem jak je dopasować. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że jeszcze do niego wrócę.

?/10

Radosław Ostrowski

Bez końca

Wrzesień 1982, nadal trwa stan wojenny. W tym miejscu będą przeplatały się dwie historie. Pierwsza dotyczy wdowy po mecenasie Zyro, który nagle zmarł na zawał serca. Małżeństwo ostatnio zaczęło się oddalać, jednak kobieta nie jest w stanie wytrzymać straty męża. Drugi wątek dotyczy ostatniego klienta mecenasa, organizującego strajk Darka Stacha. Mężczyzna siedzi w więzieniu, zostawiając żonę i córkę, a jego sprawę przejmuje doświadczony prawnik (choć nie w sprawach politycznych) mecenas Labrador. Ale czy on powinien prowadzić tą sprawę, wybierając inne metody niż jego dawny student?

bez konca2

Ten film był dla Krzysztofa Kieślowskiego rozpoczęciem nowego etapu w karierze. Tutaj poznał dwóch nowych współpracowników – mecenasa Krzysztofa Piesiewicza oraz kompozytora Zbigniewa Preisnera, którzy będą mu towarzyszyć do końca. Dwa wątki przeplatają się ze sobą, by stanowić jedno spojrzenie na kraj oraz dwie grupy, które nie potrafią znaleźć punktu stycznego. Opozycję próbującą jakoś zmienić i zawalczyć o zmianę tego kraju oraz resztę społeczeństwa: obojętną, samotną, wręcz pozbawioną jakichś większych emocji. Jakby zupełnie byli martwi w środku. Poczucie beznadziei jest wręcz bardzo namacalny – stonowana kolorystyka, niemal ponura muzyka oraz niemal zmęczone, smutne twarze. Zupełnie jakby wtedy wszyscy się postarzeli o jakieś kilka lat.

bez konca1

Rozumiem zamysł reżysera, który unika jednoznacznego opowiedzenia się po jakiejkolwiek ze stron. Nie ma tutaj oskarżeń systemu o doprowadzenie do podziału, ale nie ma też gloryfikowania opozycji. Jej przedstawiciele są ludźmi z krwi i kości, mający swoje problemy. Ale dla mnie bardziej interesujący był wątek sądowy. Tutaj reżyser bardzo oszczędnie prowadzi kamerę, a bardzo wyrazistymi dialogami, niemal do końca trzymając w niepewności. Kwestia metafizyczna niby też jest oparta na tajemnicy, na niewiedzy tego, co wiemy o zmarłej osobie albo ona o nas. I jak z czasem zaczynamy odkrywać jak ta więź była głęboka. Ale nie do końca kupuję te wątek, oglądałem go na zimno, z kompletną obojętnością. Obecność „ducha” wydaje się w zasadzie nie mieć aż tak wielkiego wpływu jak by się mogło wydawać. Nawet jeśli był to celowy zabieg Kieślowskiego, nie wnosił on absolutnie nic.

bez konca3

Aktorsko jest tutaj porządnie, ale jedna osoba najbardziej wybija się z tłumu. Jest to znakomity Aleksander Bardini jako mecenas Labrador – najbardziej niejednoznaczna postać w filmie. Z jednej strony to bardzo doświadczony adwokat, ale specjalizuje się w sprawach kryminalnych, nie politycznych. Wykorzystujący wszelkie sztuczki czy próby kompromisu do wyciągnięcia człowieka z więzienia. Jednak dla niego ta – jak się wkrótce okaże – ostatnia sprawa może stać się szansą na pokazanie, że nie stracił swoich umiejętności i, być może, do refleksji na dotychczasowym przebiegiem kariery. absolutnie powalająca kreacja, choć pozornie drugoplanowa.

Jak ocenić tą przemianę Kieślowskiego dokonaną w tym filmie? Czuć tutaj jeszcze ten dokumentalny sznyt oraz klimat czasów stanu wojennego, a skręty metafizyczne dzisiaj już nie robią takiego wrażenia. Niemniej ciężko nie wejść w tą historię, pochłaniając niemal do końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Barwy ochronne

Jestem na letnim obozie naukowym dla językoznawców. Tutaj ma zostać przeprowadzone konkurs na najlepszą pracę naukową dokonany przez jury. Wśród członków tego grona jest opiekun obozu, docent Szelestowski oraz sekretarz obozu, magister Kruszyński. Całą lawinę wydarzeń prowokuje przyjęcie do konkursu spóźnionej pracy studenta z Torunia. Problem w tym, że prorektor, który ma przybyć skreślić z obozu wszystkich studentów z tego miasta.  I to doprowadza do sporu między panami, a obrady jury kończą się przyznaniem pierwszego miejsca pracy słabej, przeciętnej.

barwy ochronne1

Trudno dziś w to uwierzyć, ale Krzysztof Zanussi potrafił zrobić intrygujące kino bez moralizatorstwa, kazań oraz religijnych motywów. Takie były choćby nakręcone w 1976 roku „Barwy ochronne”, gdzie reżyser uważnie przygląda się środowisku akademickiemu. Niby to inteligencja i ludzie, a bardziej zachowują się jak zwierzęta. Takie bardziej stadne. Nie liczy się tutaj coś takiego jak dorobek, wysiłek czy jakakolwiek praca. Bardziej liczą się znajomości, układy i koneksje, co doprowadza do psucia całego środowiska. I tutaj dochodzi do zderzenia dwóch postaw: młodego idealisty oraz cynicznego docenta. Ten pierwszy może i ma słuszność za sobą, ale nic ponadto. Pełen gniewu, twardego kręgosłupa moralnego, ale jednocześnie pozbawiony przebicia i próbujący zachować się przyzwoicie. Tylko, że w tej konfrontacji wydaje się być absolutnie bezsilny, ciągle wystawiany na próbę. A jego adwersarz to zaprawiony w boju facet, który kiedyś może był taki jak magister, lecz to było dawno. Teraz tylko dostosowuje się do sytuacji jak kameleon, cyniczny i rozczarowany światem, którego staje się częścią. Konfrontacja tej dwójki jest paliwem napędowym tego filmu, podkręcając powoli temperaturę do niemal brutalnego finału.

barwy ochronne2

Realizacyjnie film przypomina troszkę dokument, gdzie kamera niemal pełni rolę podglądacza. Wszystko w bardzo stonowanej, wręcz naturalnej kolorystyce oraz bardzo oszczędnej muzyce Kilara. Trudno tutaj wyróżnić jakąś konkretną scenę pod względem technicznym, bo jakby nie o to tu chodzi. Ale bardzo zaskakuje pewna ręka reżysera oraz bardzo cięte, ale niepozbawione refleksji dialogi. Spór o moralność oraz zderzenie idealizmu z konformizmem jeszcze nie był tak intensywny.

barwy ochronne3

Ale to nie zadziałałoby, gdyby nie fantastycznie dobrani aktorzy w głównych rolach. Piotr Garlicki w roli magistra Kruszyńskiego jest świetny w swojej naiwności, ale tak naprawdę całość kradnie absolutnie kapitalny Zbigniew Zapasiewicz. Jest odpowiednio cyniczny, magnetyzujący, niemal przypomina diabolicznego kusiciela skupia uwagę wszystkich, odnajdując się w niemal każdej sytuacji. Z drugiego planu najbardziej wybija się drobna rola Mariusza Dmochowskiego jako prorektora. Dziwnie wygląda w tym garniturze, jakby go sobie gdzieś kupił i wydaje się pozornie spokojnym gościem. Jednak w bardziej nerwowych sytuacji okazuje się prostakiem, skupionym na sobie z niejasną przeszłością.

„Barwy ochronne” po larach działają jako obserwacja psującej się moralności w pewnych okolicznościach. Zderzenie idealizmu z cynizmu zawsze potrafi być interesujące, ale spór nie zostaje rozstrzygnięty. Ciągle poraża jego aktualność wynikająca z niezmiennej natury człowieka bez względu na ustrój.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Powrót

Witajcie w małomiasteczkowej polskiej prowincji z Bogiem na ustach. Tutaj wraca do domu młoda dziewczyna, która kiedyś brała udział w programie typu talent show. Potem zniknęła i wraca, choć tak naprawdę nikt na nią nie czeka. Siedzi dziewucha zamknięta w domu jakby była duchem. Co się tak naprawdę stało? Jak jej najbliżsi zareagują na tajemnicę?

powrot(2018)2

Magdalena Łazarkiewicz to reżyserka, która zawsze będzie w cieniu swojej znanej siostry. Niemniej co jakiś czas próbuje o sobie przypomnieć, że jeszcze tworzy. „Powrót” jest inspirowany prawdziwą historią dziewczyny, która została oszukana i przeszła piekło. Powrót do rodzinnych stron miał przynieść ukojenie oraz odzyskanie sił, ale okazało się to pułapką. Rodzina okazała się mieć Boga tylko w słowach, bo przyzwyczaili się żyć bez Uli. Wydaje się kimś w rodzaju balastu, jest bardzo wycofana, jakby nieobecna. Bardzo powoli jest odkrywana jej tajemnica, jednak to wszystko służy pokazaniu znanego obrazka Polski B. Zacofanej, bałwochwalczej, gdzie dominuje religijna hipokryzja oraz obłuda. To, co ludzie mogą o tobie pomyśleć staje się ważniejsze od więzi rodzinnych. Bo to może zaszkodzić reputacji, interesom i wywołuje większy ból dziewczynie niż można to sobie wyobrazić. Dom pełen dewocjonaliów, które albo są tylko czymś, co trzeba powiesić albo skrytką na papierosy.

powrot(2018)1

Niby wydaje się prawdziwe i poruszające, ale nie mogę pozbyć się wrażenia pewnego przejaskrawienia. Bo jest tylko chlanie, bicie i w sumie nie ma ani jednego pozytywnego bohatera. Poza Ulą, która znosi to wszystko i nie robi z siebie ofiary. Pokazanie całego dramatu w skali mikro, bardzo kameralnej jest samo w sobie niezłym pomysłem. Niemniej jest kilka momentów, gdy całość zaczyna trzymać się na ślinę jak wątek byłego chłopaka Uli. Od samego początku ma wyglądać groźnie i jest zły do tego stopnia, że rodzina nie dzwoni na policję. Niby można to tłumaczyć poczuciem wstydu, ale po wyjawieniu tajemnicy Uli nie powinno być decydującym czynnikiem. Ani razu nawet taki pomysł nie zostaje wspomniany i to jest ewidentnie podporządkowane z góry narzuconej tezie. Takie szczególiki psują wiarygodność tego świata, chociaż może się mylę.

powrot(2018)3

Trudno mi się przyczepić realizacji, bo ona miejscami bardzo pomaga. Klimat budują świetne zdjęcia, niemal skupione na detalach oraz twarzach. Dziwnie w tle wypada muzyka, bardziej pasująca pod thriller, co wywołuje miejscami dysonans. Ale jest kilka momentów mocno łapiących za gardło jak scena przymierzania ubrań czy wyznania Uli przed księdzem, co nie czyni tego filmu obojętnym.

Tak samo najmocniejszym punktem są tutaj dwie świetne kreacje aktorskie: matki i córki. Pierwszą gra dawno nie widziana Agnieszka Warchulska, gdzie widać w niej konflikt między religijnym fanatyzmem, a trudną do wyrażenia miłością. Pokazane jest to bardzo delikatnie, choć scenariusz nie zawsze pozwala. Ale odkryciem była dla mnie Sandra Korzeniak jako Ula. Bardzo wycofana, wręcz subtelnie poprowadzona postać dziewczyny naznaczonej piekłem i odrzucona przez bliskich magnetyzuje. Nawet kiedy nie robi nic, co jest nieprawdopodobne.

„Powrót” nie odkrywa niczego nowego  temacie hipokryzji małego zaścianka i jest to kolejne ostre (w założeniu) spojrzenie na Kościół. Nie zawsze subtelne, czasami przypomina to wyważanie otwartych drzwi, ale ciągle potrafi parę razy uderzyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Syberiada polska

Dla mieszkających bliżej wschodniej granicy Polaków wrzesień 1939 roku zaczął się względnie spokojnie. Nie było jakiś gwałtownych ataków – poza ulotkami propagandowymi – zaś sami Sowieci sprawiali wrażenie bardziej sprzymierzeńców. Wszystko zmieniło się zimą, kiedy to Polacy zostali wyrzuceni ze swoich domów i wywiezieni w głąb kraju, na Syberię. By pracować do wyczerpania sił.

syberiada polska1

Janusz Zaorski zdecydował się wrócić po latach do kręcenia filmu, zaś materiałem była powieść Zbigniewa Domino. Sam punkt wyjścia był świetny, bo tematyka zesłańców na Syberię nie jest zbyt często poruszana. O czasach, gdzie najważniejsze było przeżycie niemal za wszelką cenę. A jednocześnie wszystko miało miejsce w bardzo nieprzyjaznych okolicznościach przyrody. Niby pięknie wyglądającej, ale brutalnej i nieprzyjaznej. Takie wydawałoby się założenie na mocny i poruszający dramat. Problem w tym, że „Syberiada polska” to absolutny niewypał. Tu praktycznie nic nie gra, a uczynienie  bohaterem zbiorowości okazuje się chybionym pomysłem. Niby historia skupia się na rodzinie Jana Doliny, ale po drodze jeszcze pojawiają się inni: profesor z córką, matka z trójką dzieci czy młoda żydowska dziewczyna. Oczywiście są też źli Sowieci, co nienawidzą Polaków (przerysowany komendant obozu), ale nie wszyscy. Niby próbuje się nadać odcieni szarości, jednak z powodu braku głębszego zarysowania postaci, wywołuje to kompletną obojętność. Mało tego, historia jest wręcz poszatkowana, pozbawiona ciągu przyczynowo-skutkowego i trudno stwierdzić kierunek tej niby historii.

syberiada polska3

Obojętność to najgorsza rzecz jaką popełnia Zaorski, ale nie jedyna. Kompletnie nie czułem żadnego zagrożenia w tym obozie. Jasne, niby jest zima i bardzo daleko od cywilizacji, ale nie widać, by rezydujący w obozie wyglądali gorzej niż przed pojawieniem się. Żadnego brudu, zmęczenia, zużytych ubrań, wychudzonych ciał. Pojawia się troszkę trumien i momentów umierania, ale to troszeczkę za mało. Nawet nie da się zorientować w jakim okresie się znajdujemy. Takie chaosu w polskim kinie nie widziałem od czasu „Historii Roja”. Zrealizowane jest to poprawnie i miejscami ładnie wygląda, a w tle gra wręcz sielska muzyka.

syberiada polska2

Aktorsko problem jest taki, że nie bardzo jest tu co grać, zaś skokowa narracja jeszcze bardziej przeszkadza. Bo tu nie ma postać, a jedyny wyraźny dylemat ma postać grana przez Sonię Bohosiewicz. I jest tutaj zamysł, by kobieta dla ratowania życia dzieci zostaje kochanką ważnej persony w obozie. Adam Woronowicz jako protagonista (niby) próbuje pokazać więź ze swoimi synami, jednak mocno ograniczony zestaw nie daje pola manewru. Młoda ekipa radzi sobie poprawnie (Krucz, Rybicka, Więdłocha), stanowiąc tło.

Polskie kino historyczne o wydarzeniach z życia Polski w XX wieku ostatnio ma mocno pod górkę. Niestety, dzieło Zaorskiego to bardzo pokraczny niewypał, którego spodziewałbym się po jakimś debiutancie. Pozbawiony sensu, fabuły oraz czegokolwiek wartego uwagi.

4/10

Radosław Ostrowski