Supernova

Wszystko zaczyna się tak zwyczajnie jak zwyczajny jest dzień. Szara, asfaltowa droga, trawa po bokach, krowa. Po drodze idzie kobieta z dziećmi, a za nimi mocno podpity mężczyzna – jak się okazuje mąż. Chyba jednak bardziej kocha alkohol od swojej żony, bo ona już ma tego dość i odchodzi. Nie jest jej w stanie zatrzymać, idącą dalej na skrzyżowaniu. Wtedy, jakby nie wiadomo skąd, przyjeżdża czarne Audi kierowane przez eleganckiego faceta. Potem słychać dźwięk uderzenia i krzyk, a mąż stacza się w krzaki. To dopiero początek łańcucha wydarzeń, który mocno dotknie mieszkańców wsi.

O debiucie Bartosza Kruhlika słyszałem tyle dobrego, że nawet planowałem się wybrać do kina. Tylko problem był taki, iż już go nie grali. ☹ Ale od czego jest VOD? Powiem krótko: ten facet pokazuje, że nawet z ogranego tematu da się wiele wycisnąć. „Supernova” to prosta historia, która z każdą sekundą zaczyna się nasilać. Jedno miejsce, jedno zdarzenie oraz masa postaci. Dosłownie mamy pokazany nasz kraj w miniaturze. Od sprawcy (świetny Marcin Hycnar), będącego ważnym politykiem z „brudną” przeszłością przez policjanta (bardzo mocny Marek Braun) powiązanego z ofiarą aż po mocno podchmielonego męża (wyrazisty Marek Zarzeczny). Pod zabezpieczone miejsce wypadku zaczynają zbierać się mieszkańcy i to pomaga reżyserowi w budowaniu napięcia. Bo co się wydarzy? Sprawa zostanie zamieciona pod dywan przez ludzi z Wielkiego Miasta? Może sprawiedliwości stanie się zadość? A może ktoś weźmie sprawy w swoje ręce? Im dalej w las, tym dylematy stają się coraz silniejsze, zaś krwisty finał wydaje się nieunikniony.

Choć miałem pewne skojarzenia z kinem Wojciecha Smarzowskiego, to jednak Kruhlik mówi swoim głosem. Narracja jest prowadzona konsekwentnie, dialogi brzmią bardzo naturalnie, nawet brak muzyki podczas seansu nie jest przypadkiem. Niby film trwa troszkę ponad godzinę, jednak tutaj nie miałem poczucia ani wydłużenia na siłę, ani poczucia zbyt małego czasu. A to jest naprawdę wielka sztuka, co nie jest częstym przypadkiem. Jedynym dla mnie problemem jest zakończenie, jakby wzięte z zupełnie innej bajki oraz urywające cała historię. To przypomina taką sytuację jak bokser przymierzający się do zadania mocnego ciosu i minimalnie chyba w twarz przeciwnika. Niesatysfakcjonujące doświadczenie.

Nie mniej muszę przyznać, że „Supernova” pokazuje jak można zrobić angażujący thriller aż do (niemal) samego końca. Zupełnie jakby to było dzieło dojrzałego twórcy, nie debiutanta. Jestem cholernie ciekawy, jaki następny zrobi Kruhlik i warto śledzić jego karierę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Letnie popołudnie

Sama historia rozgrywa się jednego dnia. Poznajemy Laurę – młodą dziewczynę, która mieszka ze swoją dziewczyną. Kiedy widzimy ją po raz pierwszy odkrywamy, że ma urodziny. Ale decyduje się przyjechać na rodzinny obiad sama. I to już powinien być ostrzegawczy sygnał, iż relacje między solenizantką a resztą rodziny nie należą do zbyt dobrych. To jednak dopiero początek dnia.

„Letnie popołudnie” jest niezależnym debiutem reżysera z Izraela, Youssefa Ouarraka. Fabuła ma pewien określony zarys, jednak dialogi są w całości improwizowane. Sam ten zamysł jest bardzo ryzykowny i rzadko się komu udaje. Czy to się udało? Efekt moim zdaniem jest połowiczny. Reżyser chce wykorzystać rodzinną uroczystość do pokazania jak ludzie reagują na osoby LGBT. Zwłaszcza jeśli dotyczy to członków rodziny. Można odnieść wrażenie, że reżyser sięga po ograny schemat oraz zbyt znajomą tematykę. Obiadek rodzinny jak w „Cichej nocy” jest polem do mocnego spięcia między dziewczyną a matką, coraz bardziej od siebie oddalające. Matka nie akceptuje nowego związku oraz faktu, że Laura rzuciła studia dla pracy jako kosmetyczka. Scena ta robi jeszcze większe wrażenie, bo jest nakręcona w jednym ujęciu.

Kamera przez cały film jest niemal przyklejona do naszej bohaterki, wywołując silne poczucie immersji. I ten efekt powoduje, że „Letnie popołudnie” wzbudza ciekawość. tak jak wykorzystana w tle muzyka (m.in. Mikromusic oraz Kari Amirian). Wszystko jednak wywraca się w mocnym, wziętym z zupełnie innego porządku. Staje się mroczny, brutalny, ale do mnie nie przemawia to. Tak jak ostatnia decyzja naszej bohaterki, będąca szczytem irracjonalności. Dialogi też czasami wydają się wymuszone oraz brakuje im jakieś płynności.

Aktorsko broni się dzięki angażowi mało znanych aktorów. Zwłaszcza Maria Pawłowska jako Laura wypada z całej obsady najlepiej, a sceny jej trudnej relacji z szorstką matką (Anna Moskal) potrafią uderzyć z całej siły. Nawet w tej pozornie ogranej scenie kłótni wybrzmiewa to z całej mocy, zaś dialogi tutaj nie gryzą. Filmowi jednak brakuje czegoś (poza warstwą formalną), co wzniosłoby całość na wyższy poziom. Czekam na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sukcesja – seria 1

Historia ta znana jest od czasów Williama Szekspira. Stary władca wielkiego imperium nie chce, ale musi wyznaczyć następcę. Ewentualnie podzielić swoje królestwo między liczne potomstwo. Zaczynają się intrygi, różne podchody oraz koalicje, bo ojciec nie podejmuje decyzji. Zupełnie jakby nie wierzył w ich talent i sam chciałby rządzić jak najdłużej. Brzmi jak przerobiona wersja “Króla Leara”? Poniekąd czymś takim jest “Sukcesja”, czyli kolejny, interesujący serial stacji HBO.

Lear nazywa się Logan Roy, zaś jego imperium to sieć mediów Waystar, będącą potężną korporacją. Tylko kto ma ją przejąć? Bardzo ambitny Kendall, trzymający się z daleka od miasta Connor, bardzo imprezowy i niedojrzały Roman czy skupiona na polityce Siobhan? Wybór wydaje się być oczywisty, a jest nim Kendall. Ale podczas urodzin Logan zmienia zdanie i chce dalej kierować firmą, mało tego chce dać decydujący głos w zarządzie swojej trzeciej żonie. To nie bardzo podoba się rodzeństwu, doprowadzając do walki.

Za “Sukcesję” odpowiada scenarzysta Jesse Armstrong, który w bardzo krzywym (choć czy na pewno?) zwierciadle pokazuje walkę o władzę zamożnego rodu. Familii, gdzie niemal od początku każde z dzieci było “tresowane” do walki. Dzieci otoczone w świecie, gdzie by wygrać, trzeba grać ostro, nieczysto oraz mieć bardzo twardy kręgosłup. I silną wolę walki, a każda sytuacja (podpisanie dokumentu, przeprowadzenie zakupu czy rozmowa o awansie) może być częścią poważnego sprawdzianu. Dlatego bohaterowie tak rzadko sobie pozwalają na pokazanie swoich prawdziwych emocji, bo może to zostać wykorzystane przeciwko nim. Rodzina – coś, co powinno cementować i budować silne więzy – tak naprawdę to potencjalni wrogowie, którzy mogą wykorzystać każdą szansę na poprawę swojej pozycji. A jeśli są jakieś próby załagodzenia sytuacji (terapia rodzinna), okazuje się tylko pozorem, grą dla poprawy medialnego wizerunku. Dlatego prawdziwych intencji trzeba szukać między wierszami, w mowie ciała, co zmusza do uważniejszego oglądania. Nawet jak pojawia się humor, jest on bardzo smolisty, złośliwy oraz pełen bluzgów.

“Sukcesja” może wydawać się czymś abstrakcyjnym, jakimś zmyślonym światem wyższych sfer. Problem jednak w tym, że są to ludzie odpowiedzialni za tworzenie wizji naszej rzeczywistości. Jak ktoś zalezie im za skórę, zostanie zgnojony i obsmarowany w mediach. Chociaż ten wątek wydaje się tylko zaznaczony i obecny gdzieś w tle (senator pragnący zniszczyć Roya), a władzę sprawują ludzie niekompetentni, z wybujałym ego oraz małostkowi. Dlatego czasem ten śmiech potrafi stanąć w gardle, pokazując ludzi zdegenerowanych, cynicznych, świetnie maskujących swoje prawdziwe ja. To potrafi czasem zaboleć, zaś finał brutalnie pokazuje, że w tej walce nie ma żadnych granic. Wszystko to podparte świetną realizacją, pozornie wyglądającą jak dokument. Kamera w ciągłym ruchu, gwałtowne zbliżenia czy mieszająca muzykę klasyczną z rapem ścieżka dźwiękowa.

No i jak to jest absolutnie fantastycznie zagrane. Po prostu palce lizać. Każdy z aktorów wchodzi na wyższy poziom, tworząc bardzo złożone postacie. Nie ważne, czy jest to bardzo bezwzględny oraz ostry ojciec (cudownie “brudny” Brian Cox), będący dużym dzieckiem Roman (kradnący każdą scenę Kieran Culkin) czy pozornie będącą w cieniu Shiv (zjawiskowa Sarah Snook). Są tutaj dwie postacie, które potrafiły we mnie wzbudzić pozytywne emocje, co kompletnie mnie zaskoczyło. Pierwszą jest Kendall grany przez Jeremy’ego Stronga. Facet chce być jak ojciec i chce mu zaimponować, próbując grać ostro, korzystając także ze sprytu, jednak tak naprawdę skrywa się zakompleksiony, słaby mężczyzna. Każda próba rozmowy z ojcem zmienia go w osobę niepewną, przerażoną jakby pozbawioną troszkę jaj. Było mi go żal, a jednocześnie bardzo mu kibicowałem. Drugą postacią jest wrzuconą do tego świata kuzyn Greg, czyli Nicholas Braun. I jest to postać trudna do rozgryzienia: taki leniwy idiota, który przez wszystkich robi za popychadło. Jednocześnie chyba zaczyna stopniowo odkrywać reguły gry tego świata, mogąc w przyszłości odegrać jeszcze istotną rolę.

Jeśli lubicie “House of Cards” czy “Grę o tron”, skupiając się na odkrywaniu intryg oraz relacji między postaciami, to serial Jesse’ego Armstronga jest propozycją dla Was. Komediodramat z czarnym humorem, ciętymi dialogami, ostrym spojrzeniem na świat współczesnej arystokracji oraz rzadkimi chwilami poruszenia. Nie mogę się doczekać ciągu dalszego tej wojny.

8/10

Radosław Ostrowski

Nasza młodsza siostra

Były sobie trzy siostry, które mieszkały w domu matki. Każda zajmuje się czymś innym, a z rodzicami nie utrzymują zbyt dobrego kontaktu. Wtedy dowiadują się, że ich ojciec – nie utrzymują z nim kontaktu od 15 lat, bo je zostawił dla innej kobiety – zmarł. Wyruszają na pogrzeb i odkrywają, że mężczyzna zostawił ich przyrodnią siostrę. Kobiety postanawiają przygarnąć ją do siebie.

Japoński reżyser Hirokazu Koreeda tym razem przenosi na ekran mangę. I znowu jest to historia obyczajowa, która zaskakuje swoim spokojem oraz… zwyczajnością. Jeszcze bardziej zdziwiła mnie postawa kobiet wobec młodszej siostry. Zazwyczaj w takiej sytuacji należało się spodziewać, że będą jakieś ostre spięcia, konflikty oraz początkowe negatywne nastawienie wobec nowego członka rodziny. Tutaj jest zupełnie inaczej. Nie wiem czy to jest kwestia wychowania, mentalności czy innego kodu kulturowego w Japonii, ale przyjęcie obcej osoby z otwartymi ramionami wydawało mi się dziwne. Spodziewałem się jakiś konfliktów czy poważnych spięć, ale… nie doczekałem się. Idzie to wszystko zaskakująco gładko, wręcz spokojnie, lecz było mi to obojętne. Nawet jeśli pojawiały się momenty potencjalnego konfliktu (pojawienie się matki), Koreeda gasi je bardzo szybko. Choć muszę przyznać, że ma to swój urok, to dla mnie jest to bardzo przesłodzone, wręcz zbyt bajkowe.

Nawet nie chodzi o to, że nie lubię bajek czy filmów idących ku bajkowym klimatom. Tylko trzeba tutaj umieć zachować pewien balans, którego ewidentnie tu zabrakło. Co z tego, że jest to bardzo porządnie zagrane, a postacie mogą budzić sympatię, skoro ma się to wszystko gdzieś. W porównaniu do poprzedniego filmu Japończyka (“Jak ojciec i syn”), nie ma tutaj spięć, żadnego konfliktu, co dodałoby troszkę emocji, bardziej mnie zaangażowało. Odbiłem się jak od ściany, lecz innym może się spodobać.

6/10

Radosław Ostrowski

Unorthodox

Estera ma 19 lat, mieszka w Williamsburghu i należy do ultraordoksyjnej gminy żydowskiej. Więc jej los w zasadzie jest ograniczony do bycia żoną oraz maszynką do robienia dzieci. Po roku małżeństwa (zaaranżowanego) z właścicielem sklepu jubilerskiego decyduje się na jeden krok: ucieczkę. Dzięki pomocy nauczycielki muzyki trafia samolotem do Berlina, gdzie mieszka jej matka. Jednak społeczność nie jest w stanie jej tego darować I wysyła za nią męża oraz jego kuzyna, by ściągnęli ją z powrotem. Zaczyna się wyścig z czasem.

Kolejny niemiecki serial od Netflixa inspirowany prawdziwą historią Deborah Feldman. Sama historia toczy się dwutorowo, a zaburzenie nie jest zasygnalizowane wizualnie. Pierwszy wątek dotyka okresu “amerykańskiego”, czyli kiedy Esty zostaje wtłoczona do procesu zamążpójścia. Drugi to ucieczka do Berlina oraz próba odnalezienia się w nowym otoczeniu. No i oczywiście pościg za dziewczyną. Sama historia toczy się powoli i pozwala wejść w ten hermetyczny świat. Świat z narzuconymi zasadami oraz regułami, gdzie pozycja społeczna utrwalona jest od zawsze. I albo to zaakceptujesz, albo zostaniesz wyklęty/a. Bardzo pieczołowicie pokazano wszelkie obyczaje i rytuały: od pierwszej “randki”, porady koleżanek, wizytę w mykwie oraz ceremonię ślubu. Wszystko w języku jidisz, co tylko dodaje realizmu. Ale to wszystko skrywa bardzo opresyjny system, gdzie wszystko oparte jest na tradycji – świętej oraz nienaruszalnej, a także manipulacji czy zastraszaniu. Wszystko po to, by w ryzach trzymać porządek tego świata. Świata, z którego ucieczka wydaje się niemożliwa albo bardzo trudna.

Dlatego w scenach z życia w swojej społeczności odczuwałem pewien lęk, niepokój oraz bardzo gęstą atmosferę. Zmiana pleneru tylko częściowo rozładowuje napięcie, bo Esty nie od razu trafia do domu matki. Ku mojemu zdumieniu, dziewczyna radzi sobie nieźle w nowym otoczeniu. Nikt nie próbuje jej oszukać, wszyscy są życzliwi i tolerancyjni (jak to w Berlinie), choć nie brakuje problemów w postaci braku lokum, braku pracy oraz pieniędzy. Część zostaje rozwiązana za pomocą zbiegów okoliczności, co troszkę dla mnie było pewnym problemem. Bo wtedy czułem, że kontrast między tymi światami był zbyt łatwy oraz niemal zero-jedynkowy. Ale najbardziej zaskoczyła mnie złożoność, z jaką pokazane jest życie w środowisku chasydzkim. Dodatkową perspektywę dają postacie Jakowa oraz Mojszego. Ten pierwszy stara się być posłusznym życiu w społeczeństwie, nie znając innego sposobu życia, ale jest zbyt uległy wobec matki. I to rzuca cień na życie małżeńskie, czyniąc z niego  także ofiarę, co kompletnie mnie zaskoczyło. Z kolei Mojsze to taki człowiek od brudnej roboty oraz bardzo posmakował życia poza środowiskiem, przez co żyje w zawieszeniu. Niby jest ortodoksem, ale jakoś niezbyt głęboko wierzącym oraz trzymającym się zasad (gry hazardowe, korzystanie ze smartfona), co pokazuje pewną hipokryzję.

Jeśli jednak coś może drażnić, to bardzo otwarte zakończenie, które niejako zawiesza historię. Przez co chciałoby się poznać dalsze losy naszej bohaterki już poza swoim środowiskiem. Czy w końcu daliby jej spokój, czy może jednak walczyliby o jej dziecko przed sądem. A może tutaj chodziło o to, że zawsze będzie musiała oglądać się za plecami I nigdy nie będzie czuć się bezpiecznie? Dla mnie jest zbyt dużo niedopowiedzeń, co do dalszych losów. Czy udało się jej zdobyć stypendium? Czy sama wychowuje dziecko? A może ktoś – oprócz jej matki – pomaga? To wywołuje we mnie silne poczucie niedosytu.

Wszystko to jest rekompensowane przez świetne aktorstwo. Ale z tego grona wybija się absolutnie rewelacyjna Shira Haas. Wierzę tej postaci – jej zagubieniu, niepewności czy silnej wierze, która zostaje poddana silnej weryfikacji przez życie oraz środowisko. Ale mimo naiwności, bardzo wiarygodnie pokazuje jej przemianę z młodej dziewczyny w silną, coraz bardziej odporną na manipulację swoich ziomków oraz powoli odkrywająca kolejne kolory życia. Od lęku po luz i radość, stając się paliwem napędowym tego serial.

“Unorthodox” jest zaskakująco spokojnym serialem na poważny temat. Ale na szczęście bez popadania w publicystykę oraz zabawę w propagandową agitkę, o co byłoby bardzo łatwo. Troszkę szkoda, że zakończenie troszkę rozczarowuje i nie daje satysfakcji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Fantastyczna kobieta

Zaczyna się banalnie, by nie rzec zwykle. Mężczyzna w średnim wieku idzie na randkę z młodszą od siebie kobietą. Od razu widać, że są ze sobą od dłuższego czasu i nie jest to tylko zauroczenie czy przygodny seks. Kolacja, dyskoteka, noc w domu. I to w tym ostatnim momencie dochodzi do najgorszego: mężczyzna słabnie i upada. Mimo natychmiastowej reakcji kobiety oraz szybkiego dojazdu do szpitala, starszy pan umiera. Od tej pory życie dziewczyny o pięknym imieniu Marina zaczyna się zmieniać na gorsze, a rodzina nieboszczyka traktuje ją jak trędowatą. Dlaczego?

fantastyczna kobieta1

Film Sebastiana Lelio zaskoczył wszystkich, kiedy otrzymał dwa lata temu Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Zwłaszcza, że najczęściej obstawiano skandynawski “The Square” oraz rosyjską “Niemiłość”. Sama historia wydaje się prosta i skupia się na tytułowej kobiecie. Tylko, że Marina nie zawsze była kobietą, co dla rodziny jest jeszcze cięższe do przetrawienia. I wywołuje w nich wrogość, nienawiść, a nawet niechęć. Familia musiała wiedzieć, że ich (były) mąż oraz ojciec ma kogoś, co już wywołałoby animozje. Ale w tym przypadku atak jest mocniejszy z powodu poprzedniej płci dziewczyny, zaś uprzedzenia dają o sobie znać jeszcze bardziej. Reżyser jednak nie idzie na łatwiznę w budowaniu postaci, nie robiąc z Mariny tylko bezbronnej ofiary. Chociaż musi walczyć o to, by być traktowana jak człowiek (sceny, gdy jest badana u lekarza czy w obecności policjantki), jak kobieta czy móc pożegnać się ze swoim ukochanym. Ta opresyjność ma charakter słowny (rozmowa z byłą żoną i przede wszystkim synem) czy wręcz fizyczny (porwanie – troszkę przesadzone) oraz reakcji służb czy to medycznych, czy mundurowych. Jakby chcąc wymazać ją z obecności jakby nigdy nie istniała.

fantastyczna kobieta2

I to miejscami naprawdę potrafi zaboleć. Ale ja nie mogłem od Mariny (zjawiskowa Daniela Vega) oderwać oczu. Nie chodzi tylko o fizyczną urodę, ale też o silny charakter, wyhartowany z reakcji innych. Potrafi pokazać swoje opanowanie jak też zaatakować (moment, gdy kobieta wchodzi na samochód rodziny zmarłego), lecz także mocno czuć jej klincz z członkami rodziny (oprócz Gabo, który jako jedyny traktuje ją jako normalną osobę). A wszystko za pomocą drobnych spojrzeń oraz mowy ciała. Ale reżyser czasem “udziwnia” historię wprowadzając sceny oniryczne, niepozbawione zbyt czytelnej symboliki (Marina idąca pod silny wiatr), przez co “Fantastyczna kobieta” traci wiele ze swojej mocy. Chociaż nie brakuje poruszających i zachwycających momentów jak “odlatująca” scena tańca w dyskotece czy pożegnania ze zmarłym przed kremacją. Wiele w tym zasługi wyczucia reżysera, jak i przepięknej muzyki Matthew Herberta jakby wziętej z filmu Almodovara.

fantastyczna kobieta3

Nie brakuje tutaj scen troszkę chybionych, ale od filmu Lelio nie można oderwać oczu. Zjawiskowa, szczera, naturalna, chociaż czasami odlatuje w dziwaczne rejony. Jednak ostatecznie wychodzi z tego taki ludzki, bez epatowania jakąkolwiek ideologią historia o byciu sobą oraz walce o własną godność.

7/10

Radosław Ostrowski

Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

Wiele było już prób opowieści o tym jak legendarny bandyta Jesse James został zabity przez członka swojego gangu. Jednak reżyser Andrew Dominik w 2007 roku podszedł do tematu z zupełnie innej strony. Jeśli spodziewacie się klasycznego westernu, gdzie cała ta historia będzie miała dynamiczno-sensacyjną otoczkę, lepiej sobie odpuśćcie. Ale po kolei.

Cała historia zaczyna się w momencie, kiedy banda braci Jamesa dokonuje ostatniego napadu na pociąg w 1881 roku. Tam dołącza drugi z braci Fordów, zafascynowany szefem gangu Robert. Po skoku, który nie przyniósł zbyt wielkiego profitu, bracia James rozdzielają się. Od tej pory w ferajnie dochodzi do zniknięć, aresztowań, zaś Jesse coraz bardziej czuje oddech ścigających go władz. Ford razem z bratem zostają przy Jesse’m, ale banda zaczyna się rozpadać. I dochodzi do pewnego niepokojącego wydarzenia, rzucającego cień na relację między Jesse a Robertem.

zabojstwo jesse'ego1

Reżyser opowiada swoją opowieść powoli, baaaaaaaaaaaaaaardzo powoli. Można odnieść czasem wrażenie, że akcja zostaje tutaj zepchnięta na dalszy plan. Wszystko jest tutaj podporządkowane budowaniu lekko melancholijnego klimatu oraz psychologicznego portretu dwójki bohaterów: idola oraz jego fana. Człowieka zmęczonego sławą oraz bardzo tej sławy pragnącego. Inteligentnego, opanowanego twardziela oraz niedojrzałego, skrępowanego, rozgadanego chłopaczka. Każdy dialog, każda scena może wydawać się rozciągnięta. Jakby twórca z niemal kronikarską precyzją chce odtworzyć tą historię. Bez pomijania żadnego detalu, co jeszcze bardziej podkreśla obecność narratora. I o dziwo, ten element – zazwyczaj zbędny i dopowiadający to, co nie zawsze wymaga dopowiedzenia oraz jest pójściem na łatwiznę – pasuje tutaj idealnie. Swoim ciepłym głosem dodaje charakteru temu dziełu, a także sprawia wrażenie, jakbyśmy czytali na głos powieść. I ona na naszych oczach się materializuje.

zabojstwo jesse'ego2

„Zabójstwo Jesse’ego…” może nie imponuje akcją (w ponad 2,5-godzinnym filmie jest jeden napad na pociąg, jedna strzelanina – pozbawiona patosu oraz celowo żenująca), a monotonne tempo powoduje, że lepiej przed seansem należy być wypoczętym. Wtedy można się rozsmakować w spokojnie budowanym świecie, z przepięknymi zdjęciami Rogera Deakinsa oraz bardzo klimatyczną (nie do końca westernową) muzyką duetu Nick Cave/Warren Ellis. To rozsmakowanie poszczególnych scen pozwala wejść w tą grę między Jamesem a Fordem. I każe się zastanowić, czy to zabójstwo było zabójstwem, czy może jednak zaplanowaną zbrodnią w celu utrzymania mitu Jamesa. Człowieka mającego opinię takiego amerykańskiego Janosika, ale tak naprawdę zmęczonego, bardziej wycofanego, ciągle ukrywającego się pod innym nazwiskiem. Ale wraz ze śmiercią Jamesa nie kończy film, tylko dostajemy epilog o tym, co stało się z jego zabójcą. I nie to zbyt radosna opowieść, ale o tym przekonajcie się sami.

zabojstwo jesse'ego4

Całość na swoich plecach noszą dwaj aktorzy, którzy tutaj przeszli samych siebie. Kapitalny jest tutaj Brad Pitt w roli Jamesa. Wydaje się wręcz nieobecny, ale jakby wiedział wszystko i nie daje po sobie tego znać. Jest to bohater będący ofiarą swojego mitu, zmęczony oraz patrzący niemal przed siebie. Bardzo zniuansowana, delikatna, niepozorna i nieoczywista kreacja, której się nie spodziewałem. Na tym samym poziomie grywa tylko Casey Affleck jako Robert Ford, będący totalnym kontrastem. Niepewny, zagubiony, czasem rozgadany oraz pragnący tylko jednego – uznania i szacunku. Również złożona postać, której relacja z Jessem pozostaje najmocniejszym punktem tego filmu. Reszta aktorów może wydaje się robić za tło, chociaż swoje zadanie wykonują bez zarzutu (głównie Sam Rockwell jako brat Roberta oraz Jeremy Renner, będący kuzynem Jamesa).

zabojstwo jesse'ego3

Film z 2007 powstawał w czasach, kiedy westerny swoje najlepsze lata miały już dawno za sobą. Film Dominika bardziej przypomina rewizjonistyczne dzieła Roberta Altmana czy Sama Peckinpaha, niejako dekonstruując gatunek. Powolny, ale bardzo klimatyczny i pięknie wyglądający tytuł, chociaż wymagający masę cierpliwości.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jak ojciec i syn

Państwo Nonomiya to relatywnie młode małżeństwo. On pracuje w dużej korporacji, ona już nie i zajmuje się domem, a także 6-letnim synem Keitą. Wszystko wydaje się być w porządku oraz trudno odmówić szczęścia familii. Ale – jak wszyscy wiemy – czasem może pojawić się niespodzianka. Jeden telefon oraz porażająca wiadomość: Keita nie jest synem państwa Nonomiya. Bo w szpitalu doszło do zamiany dzieci. Dochodzi do spotkania z drugą rodziną, gdzie przebywa biologiczny syn Nonomiyów i pojawia się pytanie: co dalej?

jak ojciec i syn1

Japoński reżyser Hirokazu Koreeda ostatnimi czasy wywołał bardzo duże zamieszanie. Jednak nie miałem wcześniej okazji oglądać filmów tego twórcy. Ale od czego jest Ninateka oraz ich specjalna letnia akcja. Nakręcony w 2013 roku film „Jak ojciec i syn” to pełnokrwisty dramat z uniwersalnym tematem. Jak sobie poradzić z sytuacją, gdy wychowujesz nieswoje (w sensie nie biologicznym) dziecko. Czy te parę lat z życia będzie ważniejsze od więzów krwi? Czy może dojdzie do zamiany? I czy możliwe jest funkcjonowanie w takim układzie? I to wszystko niby dla zadbania o przyszłości dzieci. Całość widzimy z perspektywy ojca rodziny, Ryoty Nonomiyi. Wydaje się typowym japiszonem, bardziej skupionym na karierze niż rodzinie, zaś dla syna jest bardzo surowy i szorstki. Zupełnie jakby reżyser troszkę go nastawiał przeciwko nam. Prawda jednak jest taka, że cały film to jest droga tej postaci do dojrzewania w spełnianiu swojej roli ojca.

jak ojciec i syn2

Zderzenie dwóch rodzin, które dzieli wszystko –  pozycja społeczna, stan posiadania oraz relacje wewnątrz każdej z nich – nie jest dla reżysera pretekstem do stosowania emocjonalnego szantażu czy prostego podziału na dobrych i złych. Narracja jest tutaj prowadzona bardzo powoli, wręcz ascetycznie, skupiając się na kluczowych momentach z długimi kadrami. Jeszcze bardziej zaskakuje inna mentalność – nie ma tutaj eksplozji, nadekspresji czy krzyków. Emocje bardziej negatywne są wręcz tutaj wycofane, wyciszone, niedopowiedziane. Dla wielu ten celowy chłód może być barierą nie do przeskoczenia, zaś wolne tempo wręcz wynudzi. Choć jest parę mocnych scen jak zeznanie pielęgniarki w sądzie czy propozycja przyjęcia obu chłopców przez Ryotę.

jak ojciec i syn3

Dla mnie jednak „Jak ojciec i syn” to bardzo delikatne spojrzenie na dojrzewanie do roli ojcostwa w absurdalnej sytuacji. Bez względu na szerokość geograficznego jest to bardzo uniwersalna, choć w specyficznym kraju.

7/10

Radosław Ostrowski

Togo

Pewnie nie słyszeliście o Togo. Nic dziwnego, bo niewielu o nim pamięta. Wielu zapewne słyszało o poważnym wyścigu po szczepionkę do miasteczka Nome. W 1925 roku wybuchła epidemia błoniaka, zarażając niemal wszystkie dzieci. Lek znajduje się w Nenanie, ale problemem jest dotarcie do miejscowości. Wszystko z powodu burzy śnieżnej, która nie pozwala na użycie samolotu. Jedyną możliwą drogą transportu pozostaje psi zaprzęg. Zadania tego podejmuje się norweski maszer (treser i trener psów zaprzęgowych) Leonard Seppala razem ze swoim 12-letnim psem Togo, będący liderem stada.

togo1

Disney+ jakimś cudem nadal nie chce trafić do naszego kraju. Niemniej, dzięki pewnym sposobom (nie mówię tu o piraceniu), można sprawdzić ich dość skromną – na razie – bibliotekę z nowym kontentem. „Togo” od Ericsona Core’a wydaje się być na straconej pozycji, zaś porównania do nowej wersji „Zewu krwi” wydają się nieuniknione. Znowu Alaska, znowu psy i obietnica przygody. Ale wiecie co? Tańszy i skromniejszy „Togo” zjada produkcję Foxa (ostatnią przed przejęciem przez Disneya). I nie chodzi tylko o to, że cały świat nie został stworzony komputerowo (podobnie jak zwierzęta). Co samo w sobie jest naprawdę dużym plusem i pokazuje, że da się pokazać to wiarygodnie bez nadużywania efektów specjalnych. Może i historia wydaje się prosta, ale angażuje i wręcz łapie za gardło.

togo2

Sama narracja jest prowadzona dwutorowo, co też jest zaletą. Z jednej strony mamy ten wyścig Seppali z czasem, by zdobyć szczepionkę i wrócić. Trzyma to w napięciu jak rasowy thriller, zaś kilka momentów (druga przeprawa przez zamarznięte jezioro i pękającą krą) wygląda świetnie. Mimo tego, że większość scen jest kręcona w nocy, ale zachwycające, surowe krajobrazy wyglądają imponująco.

togo3

Ale druga historia dotyczy samego Togo oraz jego początków u surowego niczym skandynawska zima maszera. Jakim cudem ten pies, który w młodości był nieujarzmionym rozrabiaką, stał się chlubą całej paczki i psem prowadzącym? Ten fragment nie jest pozbawiony humoru, ale też pokazuje budującą się więź między twardym psem a jeszcze twardszym panem. Ten drugi zaczyna pokazywać troszkę inną twarz, co jest pokazane wiarygodnie. Do tego „Togo” ma świetnie zmontowane sceny gonitw czy scen z psimi zaprzęgami, podnosząc adrenalinę i kibicując naszym bohaterom.

togo4

I jest to bardzo dobrze zagrane, choć – poza psami – całość napędza dwójka aktorów. Surowego Sappalę gra Willem Dafoe, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Ten bohater zna się na swoim fachu, jest pragmatyczny, szorstki i – jak na Wikinga przystało – wyrażanie emocji nie jest jego najmocniejszą stroną. Jednak budowanie więzi z Togo, miłość do psów (świetny moment, kiedy Sapp motywuje swoje zwierzęta podczas przechodzenia przez lód – złoto) oraz determinacja tworzą świetną mieszankę, dając spore pole do popisu. Panią Sappalę z kolei gra równie cudowna Julianne Nicholson, tworząc piękny duet. Pozornie wydaje się osobą wspierającą, kochającą swojego męża, ale także jest charakterna, co pokazuje już w pierwszej scenie. Chciałbym spędzić z tą postacią więcej czasu, ale to, co dostajemy zostaje wykorzystane w pełni.

„Togo” to jedno z większych niespodzianek, która pojawiła się pod koniec zeszłego roku. nie jestem w stanie zrozumieć, czemu wokół niej takiego rozgłosu na jaki potrzebuje. Świetne, zaskakująco mocno trzymające się faktów, kino przygodowe w starym stylu. Nie wiedziałem – do tego seansu – jak bardzo tego mi brakowało.

8/10

Radosław Ostrowski

Ava

Wakacje gdzieś na plaży francuskiej. Tutaj przebywa 13-letnia Ava razem z matką oraz młodszą siostrą. Dziewczyna nie ma zbyt dobrych relacji z matką i chce żyć swoim życiem. Jednak jej życie zostanie wywrócone z dwóch rzeczy. Po pierwsze, jej wzrok zaczyna się coraz bardziej pogarszać i wkrótce przestanie widzieć. A po drugie, pojawia się pewien chłopak z dużym czarnym psem. Outsider o imieniu Juan coraz bardziej zaczyna ją pociągać, a trudno przewidzieć finał tej relacji.

ava1

Na pierwszy rzut oka „Ava” wydaje się kolejnym filmem inicjacyjnym z miłością w tle. Ale Lea Mysius troszkę idzie w innym kierunku. Niejako historia rozbija się na dwie części. W pierwszej bliżej poznajemy naszą bohaterkę, którą nie jest łatwo polubić. Samolubna, wręcz egoistyczna wydaje się twarda niczym skała. Próbuje się zaadaptować do nowej sytuacji, ale się boi. I to trwa mniej więcej do połowy filmu, gdzie pojawia się Juan. Chłopak jest obecny od początku filmu, lecz jest gdzieś tam w tle. Od pewnego, dramatycznego momentu zaczyna być powoli budowana relacja tej dwójki. Można powiedzieć, że w tym momencie film idzie ku historii miłosnej. Takie młodzieżowe Bonnie i Clyde z planowaną ucieczką w tle. To potrafi złapać za serducho, zaś kilka momentów (napady na plażowiczów z bronią, gdzie nasza dwójka wygląda jak jacyś ludzie pierwotni) wygląda niesamowicie. Z tego powodu druga połowa filmu była dla mnie o wiele ciekawsza od wolno idącej pierwszej połowy.

ava3

Nie oznacza to, że nie brakuje tutaj momentów eksperymentowania. Trudno wymazać bardzo oniryczną scenę koszmaru, gdzie dzieją się pokręcone rzeczy (m.in. w ustach bohaterki pojawia się oko) czy próbę nauki chodzenia na ślepo na dachu. Takich fragmentów nie da się wymazać i dodają charakteru całości. Jednak dla mnie problemem „Avy” jest dość nierówne tempo historii oraz pewną rozlazłość. Także wątek utraty wzroku nie zostaje rozwinięty, niejako porzucony.

ava5

Warto jednak obejrzeć całość dla świetnej kreacji Noee Abity w roli tytułowej, która skupia uwagę od samego początku. Zbuntowana egoistka, w której zaczyna budzić się młoda kobieta. Bardzo przekonująca, mimo niezbyt dużej ilości dialogów. Równie mocna jest Laure Calamy jako matka, próbująca sobie poradzić z nastolatką i jednocześnie chcąca prowadzić własne życie, a także troszkę tajemniczy Juan Cano. Bardzo szorstki outsider, mający bardzo silną chemię z naszą bohaterką.

„Ava”, choć z wieloma potknięciami, ma w sobie pewien specyficzny klimat wakacyjnej przygody. Potrafi skupić uwagę dzięki bardzo wyrazistej bohaterce oraz unikaniu szablonów, jednak wymaga wiele cierpliwości.

6,5/10

Radosław Ostrowski