Zabawa, zabawa

Były sobie trzy kobietki, które dzieli wszystko: wiek, pozycja społeczna, praca. Magda jest młodą dziewczyną, która łączy studia z pracą. Dorota to topowa pani prokurator, ma syna oraz męża polityka. Z kolei Teresa jest szanowany lekarzem dziecięcym. W końcu tytuł profesora zobowiązuje. A co wszystkie je łączy? Wszystkie od dłuższego czasu mają pewnego partnera, choć ma różne imiona: wino, szampan, wóda. W końcu dochodzi do momentu, kiedy musi zostać podjęta decyzja – dalej trwać w tym związku czy zerwać?

zabawa zabawa1

Mam bardzo silne wrażenie, że Kindze Dębskiej udał się tylko jeden film: „Moje córki krowy”. Następne próby opowieści o ludziach mierzących się z własnymi dramatami. Wydaje się, że „Zabawa, zabawa” jest kolejną próbą tego typu historii. Ale filmów o nałogowych alkoholikach było mnóstwo, zwłaszcza w naszym podwórku (filmografia Smarzowskiego pełna jest procentów). Ale kobieta pijąca? O tym jakoś się nie mówi, nie opowiada, nie pokazuje. Bo alkohol nie wybrzydza, nie osądza, nie krytykuje. Pociąga i przyciąga każdego bez wyjątku, a zanim się zorientujesz, nie możesz bez niego żyć. Reżyserka w jakimś sensie historie, które już znałem, słyszałem, oglądałem. Jak alkohol potrafi zadziałać w sposób destrukcyjny. Nie tylko wobec osoby pijącej, ale całego otoczenia. Bo im dłużej trwa ten taniec z butelką, tym coraz trudniej jest go przerwać. Każda wymówka wydaje się dobra, żeby dalej on trwał i trwał. Bo przecież nic się nie stało, bo ja nie piję (za dużo).

zabawa zabawa2

Ale to wszystko jakoś niespecjalnie angażuje. Same pierwsze sceny są mocnym uderzeniem i zapowiadają coś poważnego. Jednak sama konstrukcja jest problematyczna. Przeskoki z postaci na postać wybijały mnie z rytmu. Dębska pokazuje mikroscenki, ale bardziej skupia się na pokazywaniu skutków niż przyczyn. Nie ma odpowiedzi na pytanie dlaczego (może poza jednym zdaniem), co mnie troszkę zmartwiło. Nawet psychologia postaci wydaje się mocno uproszczona. Chciałoby się bliżej poznać każdą z tych bohaterek, co byłoby sporą wartością dodaną.

zabawa zabawa3

Jedynie broni się realizacja: długie ujęcia, płynny montaż oraz dość dołująca muzyka w tle. Ale tak naprawdę wszystko trzyma na barkach aktorskie trio. Wielką przyjemnością było dla mnie oglądanie Doroty Kolak (profesor Teresa), troszkę ironizującej Agaty Kuleszy (Dorota) oraz poruszającej Marii Dębskiej (Magda). I nawet najbardziej nie do końca trafne momenty nie wywołują fałszu. Ale postacie poboczne – poza granym przez Dorocińskiego męża pani prokurator – nie mają tutaj zbyt wiele do roboty. Są tylko pewnymi epizodami, pozbawionymi większego znaczenia, przez co troszkę szkoda aktorów. Nie można nie wspomnieć o rozładowujących napięcie duetu policjantów (Rafał Rutkowski i Sławomir).

„Zabawa, zabawa” to kolejny film Dębskiej, który jest lepiej zrealizowany, zagrany niż napisany. Strasznie przeszkadza szarpana narracja oraz słabnące zaangażowanie, a także poczucie zmarnowania potencjału na coś więcej. Czy jest szansa na zbliżenie się do poziomu „Dwóch córek krów”? Może następnym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Spokój

Kiedy poznajemy Antoniego Gralaka, przebywa w więzieniu. Za co siedział? Nie zostaje nam to powiedziane wprost, jednak powrót do dawnego życia jest niemożliwy. Przyszła żona go zostawia, w domu nikt na niego nie czeka, zaś perspektyw na przyszłość brak. Niemniej chce zacząć nowe, uczciwe życie – znaleźć pracę, mieszkanie i dom. Powoli zaczyna się na nowo odnajdywać w nowej rzeczywistości oraz mieć spokój. Pytanie tylko na jak długo?

spokoj1

Wszyscy znamy Krzysztofa Kieślowskiego jako twórcy idącemu ku metafizyce. Jednak początki jego kariery to dokumenty oraz przyglądanie się ówczesnej rzeczywistości. Pierwsze fabuły nadal miały jeszcze ten dokumentalny sznyt, tak jak telewizyjny „Spokój”. Trudno mówić o fabule stricte, bo jest to dość luźny ciąg scenek, które łączy ze sobą osoba Gralaka. Zwykły szaraczek, starający się żyć w porządku wobec wszystkich. A jednocześnie ma on dość proste, wręcz zwyczajne marzenia. Czyli własny kąt, żona, dzieci, praca. Bo innego jest potrzebne do szczęścia? Problem jednak w tym, że w pracy dochodzi do coraz większych spięć między kolegami a kierownikiem budowy. A to materiał pojawia się coraz mniejszy, a to cement zostaje okradziony. Widmo strajku wisi w powietrzu. Zaś koledzy są troszkę nieufni. Jakiego wyboru dokona Gralak? O ile jakiegoś dokona.

spokoj2

Pachnie to kinem moralnego niepokoju, a ze względu na tematykę film czekał 4 lata na półce. Reżyser niemal trzyma się i przygląda wszystkiemu. Nawet podczas rozmowy w knajpie jest w stanie skupić się niekoniecznie na rozmówcach, tylko kimś gdzie w tle. Kamera czasami sprawia wrażenie kręcącej z ręki, co dodaje tego paradokumentalnego stylu. Podobnie jest z bardziej stonowanymi kolorami oraz raczej niezbyt wyrafinowaną formą (nie oznacza to, że jest niechlujnie). Dialogi też wydają się naturalne, przez co film wydaje się zapisem epoki. A najbardziej zapada w pamięć bardzo otwarte zakończenie, zaś dalsze losy bohatera stoją pod znakiem zapytania.

spokoj3

Ale Kieślowski miał szczęście, że spotkał na swojej drodze Jerzego Stuhra. Tutaj aktor nie tylko współtworzy dialogi, lecz wciela się w Gralaka. I jest niesamowity. Jednocześnie pełen energii, pasji, lecz także wyciszony. Pozornie prosta postać, aczkolwiek bardzo łatwo można się z nią identyfikować. Bardzo niewiele brakuje, by w którymś momencie eksplodował. Takie kreacje zostają w pamięci na długo. Z drugiego planu najbardziej wybijają się dwie postacie: kierownik Zenek oraz Mietek. Ten pierwszy w wykonaniu Jerzego Treli sprawia wrażenie surowego, ale sprawiedliwego. Jak sam mówi: „wypruwam żyły”, jednak ma trochę za uszami. Za to Michał Sulkiewicz jako Mietek wydaje się być przyjacielem oraz wsparciem dla bohatera i też jest prostym gościem, co nie daje sobie w kaszę dmuchać.

„Spokój” to bardziej przystępny, trzymający się ziemi Kieślowski w prawie reporterskim stylu. Wielu może przeszkadzać ten paradokumentalny styl oraz bardziej luźna konstrukcja scenariusza, za to jednak zaskakuje autentyzm realiów oraz fantastyczna kreacja Jerzego Stuhra. Czy dziś łatwiej jest znaleźć spokój?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bez znieczulenia

Jerzy Michałowski – reporter, dziennikarz, człowiek szanowany. Wręcz autorytet. Można powiedzieć, że żyje w luksusie, dobrobycie. Ma żonę, dwójkę dzieci (starsza studiuje w Moskwie), wpływowego przyjaciela. Żyć nie umierać. Ale całe to udane zaczyna się sypać. Najpierw był wywiad w programie telewizyjnym, wydana zostaje jego książka, a żona chce się rozwieść. To dopiero jednak początek.

bez znieczulenia1

Kiedy myśli się o Andrzeju Wajdzie, raczej nie łączy się go z kinem moralnego niepokoju. Owszem, był szefem Zespołu Filmowego X, gdzie kręcili najważniejsi twórcy tego nurtu (Feliks Falk, Agnieszka Holland, Janusz Zaorski, Radosław Piwowarski, Jerzy Domaradzki). Ale raczej nie nakręcił żadnego filmu w tym nurcie, prawda? Nie do końca. Był najpierw „Człowiek z marmuru”, a następnie w 1978 roku pojawił się ten tytuł. Scenariusz napisany wspólnie z Agnieszką Holland pokazuje powolną, ale stopniową agonię. Jak jedno zdarzenie, niczym kostki domina, doprowadza do upadku. Człowiek uważany za autorytet staje się kompletnie nikim. I niczym. Przyjaciele mają związane ręce, nagle wykłady zostają odwołane, a ważny wyjazd przemyka. Każde zdanie, każde słowo, każda decyzja może zostać wykorzystana przeciwko nam. Bo dla systemu jesteśmy bezwartościowi i do zastąpienia. Życie zawodowe i prywatne stanowi niebezpieczny zespół naczyń połączonych. Jak mówi adwokat: „Każdemu można wszystko udowodnić. A wina to pojęcie elastyczne”. Wszystko widzimy w tej mikroskali, bez podpinania do jakiegoś szerszego kontekstu, co jest dość zaskakujące. Szczególnie jak się oglądało ostatnie dokonania Mistrza.

bez znieczulenia2

Wajda nie korzysta tutaj z symboli, patosu też unika jak ognia, a wszystko ogląda się troszkę jak reportaż. Dialogi (czy nawet monologi) może wydają się troszkę rozbudowane oraz pełne intelektualnych kwestii, ale jest też bardzo przyziemnie. I nie czuć tutaj żadnych zgrzytów, a aura fatalizmu coraz bardziej zaczyna być odczuwalna. Zaś finał jest jak cios obuchem, chociaż nie jest on zaskoczeniem. Czy może jest? Kompletnie zaskakuje tutaj brak muzyki, co jeszcze bardziej kłuje i drażni uszy. Tym bardziej tutaj czuć pewien pazur, bezwzględność sytuacji.

bez znieczulenia3

Jeśli jest coś, co może przeszkadzać, to miejscami zbyt szybkie cięcia montażowe. No i jeszcze dość tajemnicza rola Krystyny Jandy, której za cholerę nie umiem rozgryźć. Studentka (chyba?), praktycznie milczy cały film – poza zakończeniem – i wprowadza się do mieszkania profesora jakby nigdy nic. Dlaczego? Jaka jest jej motywacja? Nie mam tego pojęcia, a jej obecność nie wydaje się aż tak istotna.

bez znieczulenia4

Za to strzałem w dziesiątkę było obsadzenie Zbigniewa Zapasiewicza w roli głównej. Aktor często pojawiał się w rolach intelektualistów i ta rola nie jest wyjątkiem. Ale ten bohater wydaje się troszkę bierny, jakby pozbawiony własnej woli. Każda jego próba wyjścia z sytuacji kończy się zderzeniem, klęską, porażką – tym, czego obawiał się najbardziej. Ale jednocześnie kibicowałem mu do końca. Nie tylko on błyszczy najbardziej. Równie mocny jest Andrzej Seweryn jako adwersarz naszego bohatera (Jacek), który bardzo chce się przebić i sprawia wrażenie zbuntowanego wobec establishmentu. Jednak pod tym wszystkim kryje się zakompleksiony chłopaczek. Tak samo wyrazisty epizod ma Jerzy Stuhr (adwokat żony Jerzego), będący prawdziwie śliską kanalią, grający bardzo nieczysto. No i jeszcze jest ona: Ewa Dałkowska, czyli Ewa. Żona, która ma dość męża, chce zacząć nowe życie i – ostatecznie – pociąga go na dno. Wydaje się być jedyną ważną osobą w życiu naszego bohatera, chociaż jej motywacja wydawała mi się nie jasna. Ale nie jest to postać demonizowana, że to „zła kobieta była” (scena rozprawy).

„Bez znieczulenia” to Wajda bardziej kręcący z pazurem i bez chodzenia na kompromisy pokazuje cenę za bycie sobą. Że za każdą podjętą decyzję tamten ustrój bardzo brutalnie wystawiał rachunek. Bez względu na cokolwiek. Strasznie depresyjny seans.

8/10

Radosław Ostrowski

Autsajder

Końcówka roku 1981. Wolnymi krokami zbliża się stan wojenny. Ale dla naszego Franka cała ta sytuacja nie robi wrażenia. To młody student malarstwa, który woli skupić się na sztuce. Albo na swojej dziewczynie. Wszystko się zmienia dzięki przyjacielowi Beno. Chłopak prosi go o przechowanie pewnej teczki. W maju 1982 Franek wraca podczas godziny milicyjnej do domu i zostaje zatrzymany przez patrol. Na swoje nieszczęście próbuje uciec i zostaje złapany. Potem okazuje się, że w teczce były ulotki, a Franek zostaje oskarżony o działalność antysystemową.

autsajder1

Bardzo cenie i szanuje Adama Sikorę. To jeden z najciekawszych polskich operatorów, choć ostatnio nie był w najlepszej formie. Teraz postanowił spróbować swoich sił jako reżyser, ale… cóż, efekt jest średnio satysfakcjonujący. Sama koncepcja pokazania stanu wojennego z perspektywy skazańców była czymś świeżym. Problem jednak w sposobie opowieści. Nie brakuje (w zamierzeniu) mocnych i brutalnych scen, pokazujących bezwzględność poprzedniego systemu: tortury, wyrywanie zębów, bicie, a także psychiczne znęcanie. I tak od więzienia do więzienia. To mogłoby być ciekawe i interesujące, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze, gdybym nie widział filmów o więzieniu w ogóle. Na naszym podwórku było kilka produkcji o czasach stalinowskich („Przesłuchanie”, „Generał Nil” czy spektakle Teatru Tv) z perspektywy osadzonych. Tam bohaterowie byli mieleni przez aparat władzy, ale ich sprzeciw czy bunt bardziej angażował. Po drugie, gdyby był bohater był bardziej wyrazisty. Przez cały film pozostaje bierny, wycofany, właściwie niedostępny. Niby lekkoduch, niedojrzały, niby zachodzi w nim przemiana, ale kompletnie jej nie widać. Jest taka bardziej na wiarę.

autsajder2

A i sam koledzy z celi wydają się bardzo papierowi, nudni i nieciekawi. Niby mamy politycznych, morderców, ale interakcja między nimi jest tutaj żadna. Tak samo jest ze strażnikami, oficerami przesłuchującymi czy naczelnikiem więzienia. To wydaje się takie bardzo niedzisiejsze w treści, że ma się to kompletnie gdzieś.

autsajder3

I nie pomaga ani udana praca kamery (wiele kadrów jest z oczu bohatera), ani solidnie wykonana robota na poziomie scenografii, kostiumów czy rekwizytów. To wszystko próbuje być żywą tkanką, tylko że to kompletnie nie działa. Sikora zwyczajnie mówiąc przestrzelił na każdym poziomie. Nawet dialogi wydają się średnie, a całkiem nieźle obsadzeni aktorzy (Marek Kalita, Mariusz Bonaszewski, Tomasz Sapryk i najlepszy z grona Robert Guralczyk) nie mają za wiele do roboty. A jak sobie radzi w głównej roli syn reżysera, Łukasz Sikora? No ładnie wygląda, ale jest strasznie nieobecny. Niby zachodzi w nim przemiana, ale cały czas pozostaje bierny, pozbawiony własnego charakteru.

Film, który miał ambicje, tylko że nic z tego nie wynika. „Autsajder” powstał jakieś 20 lat za późno, a portret głównego bohatera brzmi fałszywie i sztucznie. Jeden z większych zawodów z naszego podwórka.

5/10

Radosław Ostrowski

Dżungla

Byliście kiedyś w dżungli? Gdzie nie ma cywilizacji, ludzi, telefonów czy wygody. Tak w 1981 roku zrobił Yossi Ghinsberg, który przybywa do Boliwii. Chce przeżyć przygodę, a nie być mężem i ojcem (a wcześniej studentem oraz przebyciem służby wojskowej). Dlatego podróżuje po całym świecie. W Boliwii poznaje dwóch Amerykanów, z którymi się dość szybko zaprzyjaźnia. Ale pewnego dnia zaczepia go tajemniczy Karl. Mężczyzna proponuje wyprawę przez dżunglę, gdzie można odnaleźć nieznane plemię Indian. Jednak podróż nie idzie zgodnie z planem, a Yossi zostaje zmuszony do walki o przetrwanie.

dzungla1

„Dżungla” to jest oparty na faktach film, będący mieszanką dramatu z thrillerem. Reżyser Greg McLean zaczyna swoją opowieść niczym bezpretensjonalny film o szorstkiej przyjaźni. Są ładne krajobrazy, nie brakuje odrobiny humoru oraz pewnej aury tajemnicy. A dalej zaczyna się dość oczywista trasa – polowania, konflikty, jeden z towarzyszy zostaje ranny w nogę. Sytuacja zaczyna się robić coraz bardziej nerwowo, ale i – niestety – bardzo przewidywalnie. Przez spory początek troszkę mnie to usypiało. W drugiej połowie, gdy Yossi zostaje zdany na siebie, całość staje się soczystsza. Obcy teren, węże, zniszczony dom, mrówki, halucynacje. Dzieje się tutaj wiele, a teatr jednego aktora jest w stanie przykuć uwagę. Montażysta z operatorem starają się wyczyniać cuda, ale już wtedy czułem się zmęczony. Dlaczego? Bo reżyser wrzuca jeszcze retrospekcje, próbujące pokazać troszkę głębiej naszego bohatera. Ale bywa to czasami sentymentalne, wręcz kiczowate (scena w Las Vegas), przez co czułem się wybity z rytmu. Zupełnie jakby reżyser nie do końca wie, co chce osiągnąć.

dzungla2

Najmocniejszym punktem całego filmu jest Daniel Radcliffe, który wręcz fizycznie buduje swoją rolę. Troszkę taki wolny ptak, który nie chce się ustatkować, żądny przygody i starający się zachować w miarę rozsądnie. Jego ból, cierpienie oraz zmęczenie są bardzo namacalne, bez poczucia fałszu. Nie można go zlekceważyć, po raz kolejny pokazując się z dobrej strony. Jedyny wybijający się z drugiego planu jest Thomas Kretschmann, czyli Karl. Doświadczony w kwestiach przetrwania, wydaje się urodzonym liderem. Zawsze opanowany i spokojny, ale jednocześnie ma w sobie pewną tajemnicę.

dzungla3

„Dżungla” wydaje się takim jednorazowym filmem o przetrwaniu, jakich było już tysiące. Bo człowiek jest w stanie wytrzymać więcej niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić. Ale ja to już wiem, to znam zbyt dobrze.

5/10

Radosław Ostrowski

Żywot Mateusza

Co jakiś czas pojawia się taki skromny, niepozorny film. Akcji w nim praktycznie nie ma, ale przykuwa uwagę. Tak mam z debiutem filmowym nakręconym w 1967 roku. jego bohaterem jest rodzeństwo: Mateusz i Olga. Mieszkają sobie gdzieś na poboczu wsi i prują wiązać koniec z końcem. On czuje silną więź z przyrodą i przewozi ludzi przez rzekę, ona robi swetry. Jakoś tak sobie żyją, ale wszystko się zmieniać, co natura niejako przekazuje.

zywot mateusza1

Debiutujący tym filmem Witold Leszczyński zaskoczył wszystkich. „Żywot Mateusza” klimatem przypomina kino skandynawskie – bardzo stonowane, wręcz ascetyczne w formie. Ale jednocześnie to wszystko wydaje się takie piękne, poetyckie, poruszające. Wszystko tutaj skupia się na małych rzeczach, pięknych krajobrazach oraz zwykłych, codziennych czynnościach. Ale opowieść poznajemy z perspektywy Matisa. To człowiek, który jak dziecko patrzy na świat: na drzewa, rośliny, ptaki. Jakby były dla niego częścią samego siebie. Jednak coraz bardziej docierają sygnały niszczące naturę: wielki ptak zostaje zastrzelony, drzewo zostaje rażone piorunem, nad głową lecą samoloty. Brat z siostrą coraz bardziej zaczynają się oddalać od siebie. Przestają się rozumieć, a dla Mateusza świat staje się coraz ciaśniejszy. Dla bohatera finał może być tylko jeden i to jest jedno z najbardziej poruszających zakończeń w polskim kinie.

zywot mateusza3

Jeszcze bardziej uderza tutaj forma: ascetyczna, a jednocześnie bardzo bogata kompozycja kadrów. Niby zdjęcia są czarno-białe, ale przyroda wygląda tutaj zachwycająco. Nadal jest tutaj wiele symboli (ptak, drzewo), dodających drugiego dna, lecz i bez nich film jest bardzo ciekawy. Z każdą minutą coraz bardziej poznajemy więź Mateusza z naturą, co wywołuje konflikt z siostrą. Zderzenie coraz bardziej obecnej cywilizacji z przyrodą staje się coraz bardziej bolesne. I nawet fantastyczna muzyka nie jest w stanie pozbyć wrażenia fatalizmu.

zywot mateusza2

Ten film nie działałby tak wspaniale, gdyby nie Franciszek Pieczka w roli tytułowej. Pełen entuzjazmu dziecka dorosły mężczyzna, nie potrafiący się dostosować do reguł współczesnego świata. Traktowany jako pocieszny idiota, to nadwrażliwiec z inną perspektywą na świat. Nie potrafi go zrozumieć Olga (zjawiskowa Anna Milewska), która darzy go miłością, ale bardziej stąpa po ziemi. Łatwiej się dostosowuje się do świata, choć nie jest to dla niej łatwe. Niemniej czuć harmonię w tym wszystkim.

zywot mateusza4

Zabrzmi to może dziwnie, ale debiut Leszczyńskiego to najbardziej skandynawski film produkcji polskiej. Bardziej skupione na budowaniu atmosfery i klimatu niż klasycznie rozumianej fabule, co dla wielu może być problemem. Ale nie dajcie się zwieść wiekowi produkcji ani czarno-białym zdjęciom. Zanurzcie się w tym doświadczeniu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Film jest (jeszcze) dostępny na VOD na stronie Studia Filmowego Zebra, które ma prawa do tego tytułu. Został on cyfrowo zrekonstruowany pod nadzorem autora zdjęć Andrzeja Kostenki. Link znajdziecie tutaj. Zobaczcie, póki jeszcze jest.

Mniejsze niebo

Dworzec kolejowy. Miejsce, gdzie ludzie stoją, czytają, piją, czekając na pociąg. Ale czy można na dworcu zamieszkać? I nie chodzi mi tutaj o kloszardów czy meneli, ale zwykłego szarego człowieka. Takim człowiekiem jest Artur – 45-letni mężczyzna, mikrobiolog. Zostawił pracę, żonę i dwójkę dzieci. Na dworcu praktycznie mieszka od 9 dni. Tam odnajduje go przyjaciel Filip i nie jest w stanie zrozumieć tej postawy. Decyduje się zadzwonić do doktora Barcza, by ten z nim porozmawiał.

mniejsze niebo1

To jeden z mniej znanych filmów bardzo znanego reżysera, Janusza Morgensterna. Reżyser próbuje zmierzyć się z jednym bohaterem w nietypowej sytuacji. Artur może sprawiać wrażenie wariata, zaś jego decyzja o opuszczeniu domu i pracy brzmi absurdalnie. Dodatkowo jego wyjaśnienia wydają się mętne. Troszkę jakby mu zupełnie nie zależało na akceptacji albo sam nie umiał wyjaśnić. Narracja jest tutaj dwutorowa. Z jednej strony mamy tutaj Artura na dworcu, który obserwuje życie na dworcu. Z drugiej mamy najbliższych, którzy próbują go zrozumieć. Rodzina, przyjaciel, jeszcze lekarz (dr Barcz) oraz Marek Weber – dziennikarz tv, próbujący wrócić na szczyt. Same informacje na temat bohatera są dawkowane, czasami enigmatyczne, zaś motywacja jest niejasna. Kryzys wieku średniego? Jakaś niejasna sprawa w pracy? Rodzaj buntu? Poczucie pustki? A może jest to próba życia po swojemu? Wbrew narzuconym regułom przez społeczeństwo. Te pytania pozostają bardzo głęboko po obejrzeniu, zaś częściowo odpowiedź dają fragmenty esejów Camusa.

mniejsze niebo2

Sama realizacja filmu przypomina troszkę dokument. Kolorystyka jest bardzo stonowana, zdjęcia bardzo oszczędne, bez fajerwerków. Wszystko to wydaje się przez to takie bardziej przyziemne, codzienne. A poczucie zagrożenia potęguje bardzo niepokojąca muzyka aż do dramatycznego finału. Finału, którego się nie spodziewałem, a uderzył z mocną siłą.

mniejsze niebo3

Spokojna narracja oraz delikatna ręka reżysera działa nadal, zaś najmocniejszą kartą jest znakomita rola Romana Wilhelmiego. Aktor tutaj tworzy bardzo stonowaną, wyciszoną kreację zmęczonego życiem, melancholijnego człowieka. Bardzo sugestywnie pokazuje człowieka szukającego swojego własnego azylu. Kontrastem dla niego jest wybijający się najbardziej Jan Englert jako dziennikarz-cwaniaczek. Emanuje pewnością siebie i sprytem, szukającym powrotu do sławy. Jest jeszcze trzecia wybijająca się postać, czyli doktor Barcz w zaskakującej roli Janusza Zaorskiego (i głosem Krzysztofa Kołbasiuka). Bardzo spokojny, dociekliwy, próbujący wejść i zrozumieć Artura, ale nie jest w tym nachalny. Takiej roli się nie spodziewałem.

„Mniejsze niebo” wydaje się jednym z mniej znanych filmów Morgensterna, który nie trafił w swój czas. Bardzo stonowane oraz wyciszone studium samotności w społeczeństwie, nie potrafiące zrozumieć innej postawy. Jeden ze smutniejszych polskich filmów, jakie widziałem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Terror – seria 1

Był rok 1846, kiedy to wyruszyła ekspedycja naukowa brytyjskiej Marynarki. Okręty Erebus oraz Terror miały znaleźć Przejście Północno-Zachodnie, które miało być drogą do Azji przez Arktykę. Wyprawą dowodzili sir John Franklin, Francis Crozier oraz James Fitzjames. Jednak od początku coś idzie nie tak: załoga zaczyna chorować, lód nie słabnie. Jakby tego mało, w okolicy krąży tajemnicze monstrum.

terror1-1

Stacja AMC tym razem bierze się za powieść Dana Simmonsa, próbującej zrekonstruować prawdziwą wyprawę. Bo była taka ekspedycja, lecz nikt z niej nie wrócił, zaś wraki statków odkryto dopiero kilka lat temu. Twórcy próbują ustalić, co mogło się wydarzyć podczas wyprawy. Czy należy to traktować jako rekonstrukcję czy jedyną interpretację? Nie, ale udaje się wciągnąć w tę podróż. Sama historia to mieszanka kina historycznego, przygodowego z… horrorem. I nie chodzi tutaj tylko o walkę, by przetrwać i przeżyć. Bo warunki kompletnie nie sprzyjają. Ostra zima, coraz bardziej kończąca się żywność (ulegająca psuciu), wahająca się załoga oraz tajemnicza bestia. No i jeszcze zbyt pewny siebie dowódca, który widzi wszystko w jasnych barwach. Taka kombinacja jest bardzo niebezpieczna, ale twórcy bardzo oszczędnie dawkują informacje. Nie wszystko jest też pokazywane przez kamerę, co na początku może wywoływać dezorientację. Do tego przeskoki między postaciami na początku też nie działają na plus.

terror1-2

Sama realizacja to najwyższa półka telewizyjna. Bezkresna biała przestrzeń wywołuje poczucie beznadziei, które będzie nam towarzyszyć przez cały czas. Również wrażenie robi szczegółowa scenografia. Same statki wyglądają imponująco, tak jak kolejne pomieszczenia (kuchnia w odcinku pierwszym, kajuty kapitanów) czy przedmioty. Wszystko zgodnie z duchem epoki i bez słodzenia. Ale napięcie jest tutaj budowane bardzo precyzyjnie, w czym pomaga spokojny montaż oraz zdjęcia. Przez większość czasu nie widać monstrum, a człowieczeństwo zostaje wystawione na bardzo ciężką próbę. Nie brakuje brutalnych, krwawych scen (nie tylko z potworem), a groza jest tutaj konsekwentnie budowana. Nawet Eskimosi są tutaj kluczowym elementem całości, zaś finałowy odcinek łapie za gardło.

terror1-3

I jeszcze mamy do tego absolutnie fenomenalną obsadę. Kolejny raz klasę potwierdza Jared Harris jako kapitan Crozier. Jest to bardzo melancholijny, bardziej stojący po ziemi oficer, który staje się dowódcą załogi. Początkowo sprawia wrażenie nieobecnego, lubiącego wypić, ale to on z czasem staje się odpowiedzialnym, szanowanym kapitanem.  Kontrastem dla niego jest Ciaran Hinds w roli sir Franklina – bogobojnego, ambitnego wodza z bardzo podniosłym sposobem wypowiadania się. Zbyt pyszna postać, ale skupiająca uwagę. I jeszcze ten trzeci oficer, czyli Fitzjames w wykonaniu Tobiasa Menziesa, który próbuje być odpowiedzialnym, zachowawczym dowódcą. Z drugiego planu warto wspomnieć empatycznego doktora Goodsira (świetny Paul Ready), doświadocznego lodołamacza pana Blanky’ego (mocny Ian Hart) oraz bardzo tajemniczy i śliski Hickey (zaskakujący Adam Nagaitis). Mocny skład zebrano.

terror1-4

„Terror” w założeniach ma być antologią, czyli każda seria będzie osobną opowieścią. Wyprawa Erebusa i Terroru jest odpowiednio mroczna, mocna, niepokojąca oraz trzymająca w napięciu. Ale ostrzegam – nie jest to lekkie, rozrywkowe dzieło. Dla wielu ten rejs może być ciężkim i nieprzyjemnym doświadczeniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Pod wulkanem

1 listopada 1938 roku. Wojna domowa w Hiszpanii powoli zaczyna wygasać, czuć powoli zbliżającą się wojnę. Ale w Meksyku obchodzone jest Święto Zmarłych – jest festyn, korrida, zabawa. To tutaj przybywa Geoffrey Fermin. Kiedyś był brytyjskim konsulem, ale opuścił tą pracę. Tak samo jak jego zostawiła żona, a od tej pory towarzyszy mu jedyna towarzyszka: butelka. No i jego brat Hugh, ale nic nie jest w stanie go uratować. Teraz przyjeżdża jego była już żona.

pod wulkanem1

John Huston w latach 70. przeprowadził się do Meksyku, zafascynowany kulturą tego kraju. Być może to zachęciło go do zekranizowania powieści Malcolma Lowry’ego. Opowieść o alkoholiku w ostatni dzień jego żywota. Choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, fatalistyczny klimat jest tutaj mocno odczuwalny. Już w czołówce widzimy czaszki, kościotrupy (jako marionetki) czy nawet diabły, ale to dopiero rozgrzewka. Dalej będzie picie, dużo picia. Gdzieś się pojawi się jeszcze trup, dziwki, bandyci. Cały czas coś wisi w powietrzu, choć sami jesteśmy rzuceni w sam koniec tej podróży. Nie wiemy, co się tak naprawdę stało ani kiedy zaczął się ten taniec z alkoholem. Fabuły jako takiej tu nie ma, jest tylko ciąg scenek, pokazujących ostateczny upadek konsula. Huston uwodzi nas za nos, ale kilka scen oraz monologów konsula zostaje w pamięci na długo. Może nie jest to aż tak depresyjny film jak „Zostawić Las Vegas”, ale uderza w podobne tony.

pod wulkanem2

Wizualnie „Pod wulkanem” jest wręcz ciepły, pełen słońca, wręcz upalny. To tylko podkreśla duszną atmosferę, która może zakończyć się tylko w jeden sposób. Nawet dźwięki sjesty nie przynoszą ukojenia. Odwiedzamy kolejne bary, knajpy, speluny, gdzie znajdują się barmani oraz inni ludzie, którzy zaczęli swój taniec. I próbujemy znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego konsul zaczął pić? Dlaczego odrzuca miłość swojej kobiety? I dlaczego idzie na samo dno? „Piekło… to moje naturalne siedlisko” – mówi sam zainteresowany, ale to może nie wystarczyć. Ciężko wejść jest w umysł tego bohatera, co dla wielu może być ciężką barierą.

pod wulkanem4

Sytuację częściowo wynagradza jedna kreacja, która trzyma ten film za pysk. Jest to Albert Finney w roli głównej – wypalony, próbujący nieudolnie ukrywać swoje picie. Mocne wrażenie robi scena, gdy bohater gra w klasy, monolog o Piekle, podchmielone słowa o śmierci podczas imprezy czy finałowa konfrontacja. Każde spojrzenie, wypowiadane słowo i gest ma tutaj prawdziwą siłę rażenia. Nic nie pozwala zapomnieć o tej postaci. Nawet partnerująca mu śliczna Jacqueline Bisset (żona Yvonne) oraz Anthony Andrews (Hugh) stanowią tylko tło dla Finneya.

pod wulkanem3

To najbardziej – obok „W zwierciadle złotego oka” oraz „Mądrości krwi” – wymagający film w dorobku Hustona. Bardzo chłodny, wręcz męczący i nieprzyjemny niczym najostrzejszy alkohol, ale jednocześnie intrygujący. Trudna mieszanka, która na pewno wielu kinomanów podzieli.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Kursk

Kursk – rosyjski atomowy okręt podwodny, który był niewykrywalny i miał pokazać, że Rosja nadal potrafi być potęgą marynistyczną. Ale w roku 200 na Morzu Barentsa podczas manewrów doszło do katastrofy. Najpierw eksplodowały torpedy, okręt poszedł na dno, zaś cała załoga zginęła. Nie tylko z powodu eksplozji, ale także poparzeń oraz brak tlenu. Rosjanie sami chcieli uratować załogę Kurska, bo nie chcieli, by świat poznał ich tajemnice. W końcu tą historię postanowili opowiedzieć filmowcy, pod wodzą reżysera Thomasa Vinterberga.

kursk1

Sama historia skupia się na kilku wątkach. Z jednej strony mamy załogę Kurska kierowana przez Michaiła Averina (najlepszy z obsady Matthias Schoenaerts), która próbuje przetrwać. Z drugiej strony mamy żony próbujące poznać jakiekolwiek informacje na temat mężów. I jest jeszcze trzecia strona, reprezentowana przez brytyjskiego admirała Davida Russella. Ten szybko orientuje się, co się wydarzyło na morzu i od razu proponuje pomoc. Ale w Rosji nadal panuje mentalność homo sovieticusa oraz ciągle śnią o potędze. Duma nadal nie pozwala przyznać się do słabości oraz posiadania chujowego sprzętu. Reżyser tasuje oraz przeskakuje z tych wątków, by pokazać to wszystko z jak najszerszej perspektywy. Jak ognia unika patosu, zaś sceny w okręcie tworzą klaustrofobiczny klimat. Każda decyzja może doprowadzić do śmierci, a poczucie bezsilności jest wręcz namacalne.

kursk2

Problem dla mnie jest jednak w tym, że te przeskoki osłabiają całość. Sceny w okręcie, gdy załoga walczy o przetrwanie potrafią chwycić za gardło. Ale wszystko inne dookoła (może poza sytuacjami z żonami) nie potrafi zaangażować i wydaje się takie nieciekawe. Sceny z Russellem – jak zawsze dobry Colin Firth – czy reakcje oficerów rosyjskiej marynarki nie jako są potrzebne. Mają one pokazać całe tło oraz poczucie, że zostało bardzo niewiele czasu. A także pokazać zakłamanie rosyjskiej marynarki, symbolizowanej przez admirała Petrenkę (Max von Sydow). Tylko, że to wszystko nie angażuje tak bardzo jak sytuacja załogi okrętu. Drugim poważnym problemem jest w zasadzie brak wyraźnie napisach postaci. Wszystko jest tu szablonowe: wyrazisty lider w postaci Michaiła, oślepiony dumą rosyjski admirał, brytyjski admirał pełen szczerych intencji, wojownicza i uparta żona. Gdyby nie charyzma aktorów, te postacie nie były w stanie być czymś więcej niż tylko świstkiem papieru.

kursk3

„Kursk” wydaje się pewnym kompromisem między ambicjami reżysera a pomysłami producentów. I jak każdy kompromis nie jest w pełni satysfakcjonujący dla nikogo. Mimo paru wad, reżyserowi udało się pokazać dramat marynarzy skazanych na śmierć jeszcze przed wypłynięciem.

6,5/10

Radosław Ostrowski