Córka trenera

Czy tenis do dobry sport do pokazywania na ekranie? Pozornie nie jest zbyt dynamiczny, choć odbijanie piłeczek można podrasować montażem. Ale w filmie sportowym tak naprawdę najważniejsze jest to, co się dzieje poza boiskiem/kortem/ringiem. I taki jest też najnowszy film Łukasza Grzegorzka. Bohaterami tutaj jest ojciec i córka. On jest zapalonym tenisistą, który chce zaszczepić swoją pasją córkę. Ona ma 17 lat i od lat razem z ojcem ruszają po małych turniejach w małych miasteczkach, miejscowościach. Ale do tej dwójki dołącza Igor – młody, uzdolniony chłopak.

corka trenera1

Sama historia wydaje się być bardzo prosta i zostajemy rzuceni w nią niejako z rozpędu. Grzegorzek bardziej niż na rozgrywkach czy scenach gry, próbuje skupić się na relacjach między postaciami. Na tych drobnych spojrzeniach, niewypowiedzianych słowach oraz gestach. Trudno mówić tutaj o nitce fabularnej, bo jest ona bardzo wątła. Ale nie o to tutaj chodzi. Cała ta sportowa sytuacja stawia pytania bardzo istotne: czy rodzic ma prawo próbować zaszczepić swoją własną pasję, by przejąć pałeczkę? Czy dziecko możne spełniać te pasje tylko po to, by uszczęśliwić swojego rodzica? A może powinno pójść swoją własną drogą? Te pytania przewijają się w tle i nie narzucają się w trakcie oglądania. Bo najważniejszy jest tutaj klimat. Z jednej strony bardzo wakacyjny, mamy pięknie filmowane lasy, jeziora oraz korty takie bardziej z małych miejscowości (Winbledon to to nie jest) i hoteliki jakby wzięte z PRL-u. Ale z drugiej mamy wszelkie sceny treningów oraz przygotowań wykorzystujące slow-motion oraz Paganiniego w tle. Takich metod nie powstydziłby się nawet Fletcher z „Whiplash” – ścisła dieta, sporo wymyślnych ćwiczeń. Ale nie ma tutaj demonizowania czy tworzenia jednowymiarowych postaci, reżyser jest na to za sprytny.

corka trenera2

Realizacyjnie „Córka trenera” przypomina filmy sundance’owe, gdzie humor i dramat przeplatają się ze sobą. kamera jest niemal skupiona na swoich bohaterach, a także na drobnych szczegółach. To wszystko wydaje się naprawdę przyziemne, utrzymane w ciepłych kolorach. Dialogi też wypadają bardzo dobrze, złego słowa nie mogę powiedzieć o dźwięku. Jednak najmocniejszą kartą w ręku reżysera pozostaje empatia wobec bohaterów. Bez osądzania, krytykowania czy walenia prosto w oczy.

corka trenera3

No i jeszcze jest fenomenalny Jacek Braciak w roli głównej. To na nim tak naprawdę skupia się cała opowieść, zaś aktor tworzy bardzo złożoną postać człowieka pełnego wielkiej pasji, ale jednocześnie surowego. Także wobec siebie samego (mocno „zużyta” łękotka), skrywając troszkę pewną wrażliwszą stronę. I to on powoli zaczyna dojrzewać oraz akceptować decyzję córki. Partnerująca aktorowi debiutantka Karolina Bruchnicka (debiutantka) tworzy świetną chemię z Braciakiem, przez co wierzy się im. Mam wrażenie, że jeszcze o niej usłyszymy. A poza nimi na drugim planie wybija się debiutujący Bartłomiej Kowalski (Igor) oraz magnetyzująca Agata Buzek (Kamila).

Powiem szczerze, że Grzegorzek coraz bardziej zaczyna zaznaczać swoją obecność w polskim kinie. Czuć tutaj ducha amerykańskiego kina niezależnego, zaś skupienie się na mniej znanych rejonach dodaje naturalności oraz świeżości. Do tego mamy Braciaka na pierwszym planie, co się nie zdarzyło nigdy przedtem. I to może być mocny haczyk.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Arktyka

Ostatnio pojawia się sporo filmów, gdzie bohater mierzy się z siłami natury wbrew swojej woli. Do tego grona dołącza Overgard. Kim on jest? Prawdopodobnie pilotem, który przeżył katastrofę lotniczą na Arktyce. Jest już od dłuższego czasu i ma pewien napięty grafik z góry określonych czynności. Łowienie ryb, sprawdzanie, by ciągle był widoczny wryty na śniegu SOS oraz nawiązać kontakt z krążącymi helikopterami czy samolotami. Nagle udaje mu się nawiązać kontakt, lecz helikopter wskutek burzy śnieżnej rozbija się. Mężczyźnie udaje się ocalić pasażerkę, ale to zdarzenie zmusza go do podjęcia decyzji: wyruszyć do stacji, licząc po drodze na ratunek czy zostać i czekać na cud?

arktyka1

„Arktyka” to pozornie kolejny one man show, gdzie człowiek jest skonfrontowany z bezwzględną naturą i musi walczyć o przetrwanie. Historia nie wydaje się należeć do skomplikowanych, a o naszym protagoniście wiemy tyle, co nic. Dialogów praktycznie tu nie ma, a za to jest wielka przestrzeń pełna bieli, gór, wiatru oraz śniegu. Od groma śniegu. Zdjęcia pokazują majestat zimowego krajobrazu, wobec którego człowiek wydaje się tylko listkiem rzuconym na wietrze. No i tu pojawia się mocne pytanie o granice. I nie chodzi tu tylko o granicę między życiem a śmiercią, ale także między życiem a przeżyciem. Bo nasz bohater sprawia wrażenie troszkę pogodzonego już z sytuacją, wręcz wegetującego. Znalezienie kobiety staje się szansą na zmianę status quo. Ale droga łatwa nie będzie, bo natura ma swoje plany pomysły. I wtedy, mimo pewnej przewidywalności zdarzeń, reżyserowi udaje się utrzymać napięcie. Muzyka też ma tutaj sporo do roboty, choć najważniejsze są tutaj zdjęcia.

arktyka3

No i jest jeszcze jeden mocny punkt, bez którego ten film by się rozpadł. A imię jego Mads Mikkelsen. Ten aktor specjalizuje się w kreowaniu tajemniczych facetów, który za pomocą spojrzenia mówi o swojej postaci więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie inaczej jest w „Arktyce”, gdzie coraz widać tutaj wszelkie emocji: od wyciszenia, spokoju aż po determinację, walkę i rozpacz. Samą obecnością przekuwa uwagę i wyciska ze swojej postaci maksimum możliwości, co potwierdza klasę.

arktyka2

Czuć tutaj wręcz klimat klaustrofobii oraz izolacji, co w przypadku debiutu jest sporym osiągnięciem. Ci, co tęsknią za chłodem i chcą poczuć odrobinę chłodu w upalne lato, „Arktyka” jest idealnym miejscem. Pod warunkiem, że lubicie szkołę przetrwania.

7/10

Radosław Ostrowski

41 dni nadziei

Poznajcie Tami. To młoda dziewczyna, marząca tylko o jednym – podróżowaniu. Bez zatrzymywania się nigdzie na stałe. Jest rok 1983, a jesteśmy na Tahiti. I nasza dziewucha posiedziałaby sobie na tej wyspie jeszcze parę lat, ale pojawia się, a właściwie wpływa, On. Jest Anglikiem, samotnym żeglarzem, co przepłynął świat więcej razy niż ona. No i ma na imię Richard. Klasyczna miłość od pierwszego wejrzenia. I mogliby tak spokojnie siedzieć na tej wyspie, gdyby nie pewne zlecenie: dopłyniecie wynajętym okrętem do San Diego. Co może pójść nie tak? Pojawia się na drodze huragan, doprowadzając do poważnych zniszczeń.

adrift3

Kino z gatunku survival, gdzie mamy bohaterów w trudnej sytuacji pozornie wydaje się być łatwe i proste do realizacji. Ale najnowszy film Baltasara Kormakura pokazuje, że taśma zniesie wszystko, ale widz niekoniecznie. Oparte na faktach „Adrift” wydaje się bardzo znajome i oparte na sprawdzonych motywach: brak komunikacji, brak jedzenia, halucynacje. Do tego bardzo otwarta przestrzeń, czyli od groma wody oraz brak jakiegokolwiek kontaktu z resztą świata. Powinno się czuć zagrożenie oraz stawkę, tylko że to kompletnie mnie nie interesowało. Dlaczego? Scenarzyści popełnili jeden istotny błąd, przez który całe napięcie oraz dramat siadło. Sceny survivalowe, gdzie Tami z rannym Richardem próbują przeżyć są przeplatane ze scenami z przeszłości. Tego, jak się poznali, pierwsza randka, pierwszy taniec itd.

adrift1

I właśnie te przeskoki strasznie pozbawiały jakiegokolwiek klimatu. Ani to romantyczne (w założeniu), ani przerażające, ani trzymające w napięciu. Reżyser kompletnie nie jest w stanie przełamać tego stanu, zupełnie jakby mu związano ręce. Jest jeszcze jedna wolta, która na chwilę wybudziła mnie z tego znużenia, jednak zadziałało to tylko na dłuższą metę. Bronią się zdjęcia, za które odpowiada Robert Richardson, wyglądające pięknie. Także sam moment ataku huraganu robi spore wrażenie. Ale to wszystko za mało, by uznać ten film za udany.

adrift2

Sytuację próbuje ratować Shailene Woolley, budując pozornie typową rolę dla tego typu produkcji. To bardzo fizyczna rola, wymagająca siniaków, potłuczeń, wyczerpania oraz mieszanki uporu i zwątpienia. I to wszystko jest pokazane bez cienia fałszu, podnosząc troszkę ten film. Partnerujący jej Sam Claflin wypada całkiem przyzwoicie, chociaż kompletnie nie czułem chemii między nimi. Co też jest dość sporym problemem.

Czy warto w ogóle obejrzeć „Adrift”? To był film, po którym nie oczekiwałem zbyt wiele, a i tak byłem rozczarowany. Film pozbawiony własnego charakteru i tak nudny, że jakiekolwiek kadry z obrad sejmowych są przy tym thrillerem najwyższej próby.

4/10

Radosław Ostrowski

 

 

Na karuzeli życia

Coney Island, lata 50. To tutaj pracuje Ginny. Jest kelnerką u boku męża robiącego przy karuzeli w tutejszym parku rozrywki. I do tego miejsca przybywa Carolina – córka mężczyzny z pierwszego małżeństwa. Dziewczyna była związana z gangsterem, przed którym się ukrywa, bo powiedziała za dużo federalnym. Troszkę na złość żonie, mąż pozwala córce zostać. Ale by nie było zbyt nudno, jest jeszcze kolejny wierzchołek tej figury: Mickey, student literatury i ratownik na plaży.

na karuzeli zycia1

Woody Allen jest konsekwentny w realizacji swoich filmów. Zawsze co rok pojawia się nowy tytuł, nawet jeśli nie jest to popis jego pełnych umiejętności. Jednak zamiast komedii, reżyser próbuje jeszcze raz pokazać swoje poważniejsze oblicze jak w „Blue Jasmine”. Humoru jest tutaj jak na lekarstwo, za to wątków tyle, iż można z niego kilka filmów zrobić. Poza typowymi motywami mistrza (miłosne komplikacje) jest jeszcze: poczucie zmarnowanego życia oraz marzeń, które nigdy nie zostaną spełnione, tkwienie w bezsensownej egzystencji, walka z uzależnieniem czy „rywalizacja” rodziców o realizowanie potrzeb swoich dzieci. Dla mnie jednak problemem było to, że nie bardzo byłem w stanie się zaangażować w tą historię. Tylko wątek dotyczący Ginny oraz jej demonów wydaje się być najbardziej rozwiniętym, najciekawszym, zaś reszta (w tym zagrożenia gangsterów) sprawia wrażenie tła. Tła, z którego nie chce się tutaj nic połączyć ze sobą. Wątek romansowy wybijał mnie z rytmu swoimi dialogami, pozbawionymi tego błysku, z jakiego znany był Nowojorczyk.

na karuzeli zycia2

Nie mogę się przyczepić do kwestii formalnych, bo film wygląda bardzo stylowo. Klimat lat 50. Robi wrażenie, chociaż mam pewien problem ze zdjęciami. I nie chodzi mi o to, że Vittorio Storaro schrzanił robotę. Chodzi mi o to, że kolory w tym filmie, zwłaszcza podczas rozmów są wręcz przesycone, za bardzo odwracają uwagę od wszystkiego innego. To troszkę przeszkadza w seansie.

na karuzeli zycia3

Tak naprawdę jedynym mocnym punktem jest tutaj Kate Winslet, absolutnie magnetyzująca jako kobieta dusząca się w swoim związku, zakładająca kolejne maski. Tłumiąca swoje pragnienia, niby próbująca coś zmienić, ale chyba już się przyzwyczaiła do obecnego status quo. Równie świetny jest James Belushi jako jej mąż – troszkę prostak i raptus, ale bardziej trzyma się ziemi. Troszkę od tego duetu odstaje Juno Temple (zagubiona Carolina) oraz Justin Timberlake (pretensjonalny, początkujący dramaturg), chociaż radzą sobie naprawdę nieźle.

Allen kolejny raz próbuje być troszkę bardziej serio, idąc troszkę ku dziełom Tennessee Williamsa. Tylko, że zabrakło tej klasy, wnikliwości oraz trafnych obserwacji. Lepiej jeszcze raz obejrzeć „Blue Jasmine”, gdzie wszystko to było lepsze.

6/10

Radosław Ostrowski

Człowiek na torze

Rok 1950, gdzieś na Śląsku. Wszystko zaczęło się dość niewinnie, bo jedzie pociąg nocą. Jednak spokojna jazda zostaje przerwana z powodu człowieka na torze. Przejechanym mężczyzną był zwolniony wcześniej maszynista Orzechowski. Jednocześnie okazuje się, że na semaforze była zapalona tylko jedna lampa. Czyżby maszynista z zemsty dokonał sabotażu? Jeśli tak, to dlaczego stanął na torze? Specjalnie powołana komisja ma ustalić przebieg wydarzeń.

czlowiek na torze1

Andrzej Munk swoim debiutem z 1956 roku niejako rozpoczął nurt zwany polską szkołą filmową. Filmy te zaczęły dotykać tematów jakie wiele lat wcześniej były nietykalne. I nie chodzi tylko o czas wojenny (AK, Powstanie Warszawskie), ale też ówczesną rzeczywistość. „Człowiek na torze” ma tutaj formę tzw. produkcyjniaka. Czym były te produkcje? To były toczące się historie w środowisku robotniczym, skupione wokół kolektywu i realizacji jakiegoś planu. Postacie też wydają się wycięte z kartonu: młody idealista, kolektyw, wierny ideologii postępowiec, nie potrafiący się dostosować konserwatyści, sabotażyści czy wrogowie klasowi. Pierwsze minuty, kiedy komisja próbuje zebrać fakty, wydają się iść w tym kierunku. Lecz Munk jest bardziej cwany niż się wydaje i obnaża cała konwencję, pokazując jej pustkę oraz nijakość. Wszystko zaczyna nabierać więcej odcieni szarości.

czlowiek na torze2

Reżyser wykorzystuje te elementy do stworzenia kryminału. Wszystko skupia się wokół śledztwa, gdzie poznajemy relację trzech osób: członka komisji – zawiadowcę Tuszkę, mechanika Zaporę oraz dróżnika Sałatę. Każda z tych retrospekcji zaczyna rzucać nowe światło nie tylko na wydarzenia, ale i na samego Orzechowskiego. Niby kolejarz starej daty (jeszcze z czasów I wojny światowej), nie dostosowujący się do socrealistycznych norm, ale jest to profesjonalista, dla którego praca jest sensem życia. Bo gdzieś w realizacji tych wszystkich planów narzucanych przez system, człowiek wydaje się praktycznie nikim. Dla naszego maszynisty pójście na kompromisy (palenie gorszym węglem, wyrabianie się z czasem) wydaje się być niemal równoznaczne ze zdradą. Zdradą etosu pracy, etyki. Prawdę tą pokazuje tak naprawdę tylko zderzenie wszystkich relacji ze sobą, gdzie pewne rzeczy zaczynają nabierać nowego znaczenia.

czlowiek na torze3

Nadal wrażenie robi fantastyczny montaż oraz dialogi, do których ucho ma Jerzy Stefan Stawiński. Do tego najbardziej zaskakujący jest tutaj brak muzyki. Jej role pełnią tutaj dźwięki wydawane w tle przez pociągi oraz maszynerię. To nadaje rytmu całości, a nawet potrafi zbudować napięcie (scena przesłuchania dróżnika), co nadal robi wrażenie. Tak samo jak kapitalne aktorstwo, które za nic nie chce przejść do lamusa. Wielkie wrażenie robi Kazimierz Opaliński jako pozornie ostry Orzechowski oraz Zygmunt Maciejewski w roli wprowadzającego nowe porządki Tuszkę, a także Zygmunt Listkiewicz jako Zapała, powoli znoszący zachowania Orzechowskiego. Nawet drobne epizody zapadają w pamięć, co nawet dzisiaj wydaje się rzadkością.

Dla wielu problemem może być dość spokojne tempo oraz propagandowa nowomowa będąca gdzieś w tle. Ale „Człowiek na torze” trzyma w napięciu niczym rasowy dreszczowiec. Munk wymierza cios socrealizmu, burząc panujące filmowe normy, a za nim poszli kolejni reżyserzy.

8/10

Radosław Ostrowski

Tam i z powrotem

Łódź, rok 1965. PRL-owski system nie jest dobry dla wszystkich, zwłaszcza jeśli nie jest w zgodzie z nim. Jedną z takich postaci jest dr Andrzej Hoffman – chirurg z przeszłością AK-owską. Zostawił w Anglii żonę w ciąży, zaś wszelkie próby zdobycia paszportu są skazane na porażkę. Do tego jeszcze strasznie „przykleił” się do niego pewien ubek, pragnący zmusić go do szantażu. W szpitalu poznaje Piotra Jurka – dawnego kolegę z oddziału. Niespełniony malarz, będący na utrzymaniu kasjerki. Też ma problemy z powodu przeszłości. By móc żyć w zgodzie z samym sobą, Jurek postanawia dokonać napadu na konwój bankowy, lecz nie jest w stanie tego zrobić sam.

tam i z powrotem1

Wojciech Wójcik był jednym ze speców kina sensacyjnego przed pojawieniem się Władysława Pasikowskiego. Tym razem postanowił wykorzystać prawdziwą historię napadu na bank, by odtworzyć świat uznany za dawny. Świat, gdzie w cenie było łapówkarstwo, kłamstwa, oszustwa. Ludzie starający się funkcjonować przyzwoicie byli wykluczeni albo upokarzani za swoją przeszłość. Wtedy niewygodną, a dzisiaj chlubną. Wójcik samą intrygę prowadzi bardzo powoli, mimo korzystania z konwencji heist movie. Sam napad pokazany jest w bardzo krótki sposób, lecz ważniejsze jest tutaj całe tło. Udaje się bardzo dokładnie odtworzyć mentalność oraz realia lat 60. Bardzo szczegółowa scenografia (mieszkanie Hoffmana, pani Krysi czy sale szpitalne), z masą charakterystycznych rekwizytów pokroju telewizora, płyty z pocztówkami robi piorunujące wrażenie. Sama historia, choć prezentowana bardzo powoli, potrafi wciągnąć i zaangażować. Sam napad to popis pracy montażysty (zmarłego przed premierą Marka Denysa), tak samo robotę robią zdjęcia oraz dialogi.

tam i z powrotem3

Jednocześnie reżyser niejako przy okazji stawia jedno ważne pytanie: ile można w stanie zrobić, by poczuć się wolnym? I do czego można się posunąć? Do zbrodni? Czy może warto zawsze pozostać przyzwoitym, mimo niesprzyjających okoliczności? Widać to bardzo mocno w postawach naszych bohaterów: bardzo wycofanego i antysystemowego (choć nie czyniącego tego wprost) lekarza oraz mocno cynicznego, egoistycznego Piotra.

tam i z powrotem2

Mam tylko jeden, poważny problem: nasz bohater. A w zasadzie jego nadmierna kryształowość, przez którą miałem wrażenie, że obserwuje wręcz świętego, nie człowieka. Jedynym przełamaniem tego charakteru jest udział w napadzie oraz finałowa scena (wymuszona przez producentów). Niemniej zaskoczyła mnie kameralność i precyzyjna praca scenarzystów oraz Wójcika.

tam i z powrotem4

Film na wyższy poziom wznoszą aktorzy. Kolejny raz klasę potwierdza Janusz Gajos, ale w jego przypadku to jest standard, gdzie drobnymi spojrzeniami buduje bardzo wyrazistą postać troszkę niezłomnego profesjonalisty w swoim fachu. Ale ciekawszy jest Jan Frycz jako Piotr. Troszkę egoista, który – dosłownie – dusi się w kraju, lubi troszkę wypić. Jednak jego moralność jest w odcieniach szarości, tworząc dość intrygujący duet z Gajosem. Za to na drugim planie najbardziej błyszczy śliski Olaf Lubaszenko (kulejący porucznik Niewczas) oraz wygadany i obrotny Mirosław Baka (waluciarz Król).

Moim skromnym zdaniem „Tam i z powrotem” to najbardziej dojrzały film w dorobku Wojciecha Wójcika. Fantastyczny scenariusz, bardzo pewna reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo daje wiele satysfakcji. Bardziej ambitny film sensacyjny ze złożoną psychologią postaci.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jak nas widzą

Rok 1989 dla Nowego Jorku był dość ciężki, bo przestępczość szybowała w górę. Ale w kwietniu w Central Parku doszło do masy wybryków: zaczepki, bijatyki oraz chuligańskie wybryki dokonane przez młodych ludzi. Jednak doszło też do najgorszego – gwałtu oraz pobicia kobiety. Białej kobiety. Zaś poszukiwania zawężono się do czarnoskórych chłopaków. Ostatecznie wytypowano pięć osób (czterech czarnoskórych i jednego Latynosa), których maglowano i zmuszono do przyznania się do zbrodni, nie popełnionej przez żadnego z nich. Nazwani później Piątką z Central Parku zostali skazani, co mocno naznaczyło ich.

Jak Netflix robi serial, to czasem potrafi uderzyć. Tym razem reżyserka Ava DuVernay uderza w wymiar sprawiedliwości, dla którego liczy się jak najszybsze rozwiązanie sprawy. Prawda nie jest tutaj najważniejsza, a zeznania wyciąga się w bezwzględny sposób: manipulacja, sugerowanie, brak obecności rodziców/opiekunów, brak snu, brak jedzenia, bicie, wyzwiska. Do tego jeszcze mocno naciągane dowody, problemy z chronologią. A to dopiero początek dramatu oraz tragedii. Każdy odcinek (a jest ich cztery) zrobiony jest w innej konwencji, co tylko uatrakcyjnia seans. Najpierw mamy śledztwo (odcinek 1), następnie proces (odcinek 2), by przyjrzeć się naszym bohaterom w trakcie oraz po odsiadce (odcinek 3 i 4). Im bardziej ogląda się kolejne sceny oraz sytuacje, tym trudniej było mi uwierzyć, ze mogło dojść do takiej sytuacji. Pierwsze dwa odcinki mają siłę ciosu obuchem. Policyjna niekompetencja oraz proces, gdzie obrona punkt po punkcie obala kolejne punkty oskarżenia. A sam koniec tego odcinka gra na emocjach w sposób godny thrillera. Tutaj też nie brakuje eksperymentów w postaci montażowych przebitek, zmian kątów czy dużej ilości zbliżeń.

Pozornie odcinek 3 wydaje się być mniej intensywny, ale w żadnym wypadku nudny. Bo powrót do społeczeństwa jest bardzo trudny – ciężko znaleźć uczciwą pracą, ludzie reagują wrogością i nienawiścią. Nawet ci, którzy powinni wspierać (macocha Raya Santany Jra.) mogą stać się obcymi. Same rodziny też pośrednio obrywają za rzekome zbrodnie, zaś społeczeństwo wydało wyrok na samym początku sprawy. Za to najmocniejsza jest historia Koreya, który jako jedyny trafił do więzienia dla dorosłych. Chłopak przeżywa momenty załamania, zwątpienia, bicia, gnębienia w różnych aresztach. Tutaj znów wraca ten klimat oraz poczucie bezsilności z początku. Aż dochodzi do przewrotki, która zmienia wszystko. Tutaj emocje i napięcie są budowane w sposób precyzyjny, zaś każdy odcinek ma masę niezapomnianych momentów. Aż nie mogłem uwierzyć, że to się mogło wydarzyć. A w czasach, kiedy nienawiść oraz uprzedzenia znowu zaczynają nabierać na sile, może się to powtórzyć. I to ostrzeżenie potrafi uderzyć.

Realizacyjnie ciężko mi się przyczepić do czegokolwiek. Znakomita reżyseria, fantastyczny scenariusz oraz montaż, a także kostiumy i scenografia. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu i gra, zaś aktorstwo jest także z najwyższej półki. I nie mówię tutaj tylko o doświadczonych wyjadaczach pokroju Felicity Huffman (śliska karierowiczka Linda Fairstein), Very Farmiga (zmuszona do ostrej gry prokurator Lederer), Michaela Kennetha Williamsa (ojciec Antona z kryminalną przeszłością) czy ostatnio troszkę bardziej obecnego Johna Leguizamo (Ray Santana Sr., ojciec jednego z oskarżonych), ale przede wszystkim młodych aktorów. Chciałbym powiedzieć dziecięcych, ale bardziej pasuje określenie naturszczycy. Każdy z nich jest świetny, wiarygodny, jednak z tego grona najbardziej wybija się dwóch aktorów. Pierwszym jest Assante Blackk, czyli młodsze wcielenie Kevina – najmłodszego oskarżonego w tym gronie, pokazując jego kompletne zagubienie i przerażenie sytuacją. Ale dla mnie tak naprawdę liczył się Jharrel Jerome, absolutnie kradnący każdą scenę jako Korey. Jako jedyny grał zarówno młodsze, jak i dorosłe wcielenie swojego bohatera. Sceny jego pobytu w więzieniu pozwalają bliżej poznać sama postać oraz jego reakcję na piekło. Absolutnie powalająca kreacja.

„Jak nas widzą” pokazuje, że Netflix potrafi być godnym konkurentem stacji telewizyjnych pokroju HBO czy innych sieci streamingowych. Niby historia wydawała się przewidywalna (przynajmniej dla mnie), ale twórcy wycisnęli z niej wszystko, tworząc bardzo mocne oskarżenie wobec niesprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości. Obok „Czarnobyla” to najlepszy mini-serial tego roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabawa, zabawa

Były sobie trzy kobietki, które dzieli wszystko: wiek, pozycja społeczna, praca. Magda jest młodą dziewczyną, która łączy studia z pracą. Dorota to topowa pani prokurator, ma syna oraz męża polityka. Z kolei Teresa jest szanowany lekarzem dziecięcym. W końcu tytuł profesora zobowiązuje. A co wszystkie je łączy? Wszystkie od dłuższego czasu mają pewnego partnera, choć ma różne imiona: wino, szampan, wóda. W końcu dochodzi do momentu, kiedy musi zostać podjęta decyzja – dalej trwać w tym związku czy zerwać?

zabawa zabawa1

Mam bardzo silne wrażenie, że Kindze Dębskiej udał się tylko jeden film: „Moje córki krowy”. Następne próby opowieści o ludziach mierzących się z własnymi dramatami. Wydaje się, że „Zabawa, zabawa” jest kolejną próbą tego typu historii. Ale filmów o nałogowych alkoholikach było mnóstwo, zwłaszcza w naszym podwórku (filmografia Smarzowskiego pełna jest procentów). Ale kobieta pijąca? O tym jakoś się nie mówi, nie opowiada, nie pokazuje. Bo alkohol nie wybrzydza, nie osądza, nie krytykuje. Pociąga i przyciąga każdego bez wyjątku, a zanim się zorientujesz, nie możesz bez niego żyć. Reżyserka w jakimś sensie historie, które już znałem, słyszałem, oglądałem. Jak alkohol potrafi zadziałać w sposób destrukcyjny. Nie tylko wobec osoby pijącej, ale całego otoczenia. Bo im dłużej trwa ten taniec z butelką, tym coraz trudniej jest go przerwać. Każda wymówka wydaje się dobra, żeby dalej on trwał i trwał. Bo przecież nic się nie stało, bo ja nie piję (za dużo).

zabawa zabawa2

Ale to wszystko jakoś niespecjalnie angażuje. Same pierwsze sceny są mocnym uderzeniem i zapowiadają coś poważnego. Jednak sama konstrukcja jest problematyczna. Przeskoki z postaci na postać wybijały mnie z rytmu. Dębska pokazuje mikroscenki, ale bardziej skupia się na pokazywaniu skutków niż przyczyn. Nie ma odpowiedzi na pytanie dlaczego (może poza jednym zdaniem), co mnie troszkę zmartwiło. Nawet psychologia postaci wydaje się mocno uproszczona. Chciałoby się bliżej poznać każdą z tych bohaterek, co byłoby sporą wartością dodaną.

zabawa zabawa3

Jedynie broni się realizacja: długie ujęcia, płynny montaż oraz dość dołująca muzyka w tle. Ale tak naprawdę wszystko trzyma na barkach aktorskie trio. Wielką przyjemnością było dla mnie oglądanie Doroty Kolak (profesor Teresa), troszkę ironizującej Agaty Kuleszy (Dorota) oraz poruszającej Marii Dębskiej (Magda). I nawet najbardziej nie do końca trafne momenty nie wywołują fałszu. Ale postacie poboczne – poza granym przez Dorocińskiego męża pani prokurator – nie mają tutaj zbyt wiele do roboty. Są tylko pewnymi epizodami, pozbawionymi większego znaczenia, przez co troszkę szkoda aktorów. Nie można nie wspomnieć o rozładowujących napięcie duetu policjantów (Rafał Rutkowski i Sławomir).

„Zabawa, zabawa” to kolejny film Dębskiej, który jest lepiej zrealizowany, zagrany niż napisany. Strasznie przeszkadza szarpana narracja oraz słabnące zaangażowanie, a także poczucie zmarnowania potencjału na coś więcej. Czy jest szansa na zbliżenie się do poziomu „Dwóch córek krów”? Może następnym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Spokój

Kiedy poznajemy Antoniego Gralaka, przebywa w więzieniu. Za co siedział? Nie zostaje nam to powiedziane wprost, jednak powrót do dawnego życia jest niemożliwy. Przyszła żona go zostawia, w domu nikt na niego nie czeka, zaś perspektyw na przyszłość brak. Niemniej chce zacząć nowe, uczciwe życie – znaleźć pracę, mieszkanie i dom. Powoli zaczyna się na nowo odnajdywać w nowej rzeczywistości oraz mieć spokój. Pytanie tylko na jak długo?

spokoj1

Wszyscy znamy Krzysztofa Kieślowskiego jako twórcy idącemu ku metafizyce. Jednak początki jego kariery to dokumenty oraz przyglądanie się ówczesnej rzeczywistości. Pierwsze fabuły nadal miały jeszcze ten dokumentalny sznyt, tak jak telewizyjny „Spokój”. Trudno mówić o fabule stricte, bo jest to dość luźny ciąg scenek, które łączy ze sobą osoba Gralaka. Zwykły szaraczek, starający się żyć w porządku wobec wszystkich. A jednocześnie ma on dość proste, wręcz zwyczajne marzenia. Czyli własny kąt, żona, dzieci, praca. Bo innego jest potrzebne do szczęścia? Problem jednak w tym, że w pracy dochodzi do coraz większych spięć między kolegami a kierownikiem budowy. A to materiał pojawia się coraz mniejszy, a to cement zostaje okradziony. Widmo strajku wisi w powietrzu. Zaś koledzy są troszkę nieufni. Jakiego wyboru dokona Gralak? O ile jakiegoś dokona.

spokoj2

Pachnie to kinem moralnego niepokoju, a ze względu na tematykę film czekał 4 lata na półce. Reżyser niemal trzyma się i przygląda wszystkiemu. Nawet podczas rozmowy w knajpie jest w stanie skupić się niekoniecznie na rozmówcach, tylko kimś gdzie w tle. Kamera czasami sprawia wrażenie kręcącej z ręki, co dodaje tego paradokumentalnego stylu. Podobnie jest z bardziej stonowanymi kolorami oraz raczej niezbyt wyrafinowaną formą (nie oznacza to, że jest niechlujnie). Dialogi też wydają się naturalne, przez co film wydaje się zapisem epoki. A najbardziej zapada w pamięć bardzo otwarte zakończenie, zaś dalsze losy bohatera stoją pod znakiem zapytania.

spokoj3

Ale Kieślowski miał szczęście, że spotkał na swojej drodze Jerzego Stuhra. Tutaj aktor nie tylko współtworzy dialogi, lecz wciela się w Gralaka. I jest niesamowity. Jednocześnie pełen energii, pasji, lecz także wyciszony. Pozornie prosta postać, aczkolwiek bardzo łatwo można się z nią identyfikować. Bardzo niewiele brakuje, by w którymś momencie eksplodował. Takie kreacje zostają w pamięci na długo. Z drugiego planu najbardziej wybijają się dwie postacie: kierownik Zenek oraz Mietek. Ten pierwszy w wykonaniu Jerzego Treli sprawia wrażenie surowego, ale sprawiedliwego. Jak sam mówi: „wypruwam żyły”, jednak ma trochę za uszami. Za to Michał Sulkiewicz jako Mietek wydaje się być przyjacielem oraz wsparciem dla bohatera i też jest prostym gościem, co nie daje sobie w kaszę dmuchać.

„Spokój” to bardziej przystępny, trzymający się ziemi Kieślowski w prawie reporterskim stylu. Wielu może przeszkadzać ten paradokumentalny styl oraz bardziej luźna konstrukcja scenariusza, za to jednak zaskakuje autentyzm realiów oraz fantastyczna kreacja Jerzego Stuhra. Czy dziś łatwiej jest znaleźć spokój?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bez znieczulenia

Jerzy Michałowski – reporter, dziennikarz, człowiek szanowany. Wręcz autorytet. Można powiedzieć, że żyje w luksusie, dobrobycie. Ma żonę, dwójkę dzieci (starsza studiuje w Moskwie), wpływowego przyjaciela. Żyć nie umierać. Ale całe to udane zaczyna się sypać. Najpierw był wywiad w programie telewizyjnym, wydana zostaje jego książka, a żona chce się rozwieść. To dopiero jednak początek.

bez znieczulenia1

Kiedy myśli się o Andrzeju Wajdzie, raczej nie łączy się go z kinem moralnego niepokoju. Owszem, był szefem Zespołu Filmowego X, gdzie kręcili najważniejsi twórcy tego nurtu (Feliks Falk, Agnieszka Holland, Janusz Zaorski, Radosław Piwowarski, Jerzy Domaradzki). Ale raczej nie nakręcił żadnego filmu w tym nurcie, prawda? Nie do końca. Był najpierw „Człowiek z marmuru”, a następnie w 1978 roku pojawił się ten tytuł. Scenariusz napisany wspólnie z Agnieszką Holland pokazuje powolną, ale stopniową agonię. Jak jedno zdarzenie, niczym kostki domina, doprowadza do upadku. Człowiek uważany za autorytet staje się kompletnie nikim. I niczym. Przyjaciele mają związane ręce, nagle wykłady zostają odwołane, a ważny wyjazd przemyka. Każde zdanie, każde słowo, każda decyzja może zostać wykorzystana przeciwko nam. Bo dla systemu jesteśmy bezwartościowi i do zastąpienia. Życie zawodowe i prywatne stanowi niebezpieczny zespół naczyń połączonych. Jak mówi adwokat: „Każdemu można wszystko udowodnić. A wina to pojęcie elastyczne”. Wszystko widzimy w tej mikroskali, bez podpinania do jakiegoś szerszego kontekstu, co jest dość zaskakujące. Szczególnie jak się oglądało ostatnie dokonania Mistrza.

bez znieczulenia2

Wajda nie korzysta tutaj z symboli, patosu też unika jak ognia, a wszystko ogląda się troszkę jak reportaż. Dialogi (czy nawet monologi) może wydają się troszkę rozbudowane oraz pełne intelektualnych kwestii, ale jest też bardzo przyziemnie. I nie czuć tutaj żadnych zgrzytów, a aura fatalizmu coraz bardziej zaczyna być odczuwalna. Zaś finał jest jak cios obuchem, chociaż nie jest on zaskoczeniem. Czy może jest? Kompletnie zaskakuje tutaj brak muzyki, co jeszcze bardziej kłuje i drażni uszy. Tym bardziej tutaj czuć pewien pazur, bezwzględność sytuacji.

bez znieczulenia3

Jeśli jest coś, co może przeszkadzać, to miejscami zbyt szybkie cięcia montażowe. No i jeszcze dość tajemnicza rola Krystyny Jandy, której za cholerę nie umiem rozgryźć. Studentka (chyba?), praktycznie milczy cały film – poza zakończeniem – i wprowadza się do mieszkania profesora jakby nigdy nic. Dlaczego? Jaka jest jej motywacja? Nie mam tego pojęcia, a jej obecność nie wydaje się aż tak istotna.

bez znieczulenia4

Za to strzałem w dziesiątkę było obsadzenie Zbigniewa Zapasiewicza w roli głównej. Aktor często pojawiał się w rolach intelektualistów i ta rola nie jest wyjątkiem. Ale ten bohater wydaje się troszkę bierny, jakby pozbawiony własnej woli. Każda jego próba wyjścia z sytuacji kończy się zderzeniem, klęską, porażką – tym, czego obawiał się najbardziej. Ale jednocześnie kibicowałem mu do końca. Nie tylko on błyszczy najbardziej. Równie mocny jest Andrzej Seweryn jako adwersarz naszego bohatera (Jacek), który bardzo chce się przebić i sprawia wrażenie zbuntowanego wobec establishmentu. Jednak pod tym wszystkim kryje się zakompleksiony chłopaczek. Tak samo wyrazisty epizod ma Jerzy Stuhr (adwokat żony Jerzego), będący prawdziwie śliską kanalią, grający bardzo nieczysto. No i jeszcze jest ona: Ewa Dałkowska, czyli Ewa. Żona, która ma dość męża, chce zacząć nowe życie i – ostatecznie – pociąga go na dno. Wydaje się być jedyną ważną osobą w życiu naszego bohatera, chociaż jej motywacja wydawała mi się nie jasna. Ale nie jest to postać demonizowana, że to „zła kobieta była” (scena rozprawy).

„Bez znieczulenia” to Wajda bardziej kręcący z pazurem i bez chodzenia na kompromisy pokazuje cenę za bycie sobą. Że za każdą podjętą decyzję tamten ustrój bardzo brutalnie wystawiał rachunek. Bez względu na cokolwiek. Strasznie depresyjny seans.

8/10

Radosław Ostrowski