W ułamku sekundy

Zaczyna się dość sielankowo, bo od ślubu w miejscu, gdzie rzadko zawiera się małżeństwa – w więzieniu. Tam pojawia się Katja, śliczna Niemka oraz skazany za narkotyki Turek Nuri. Parę lat później ich życie wydaje się synonimem szczęścia, oboje prowadzą firmę, mają dziecko – wszystko idzie w dobrym kierunku. Ale w jednym wieczorze wszystko rozpada się niczym domek z kart. Wszystko z powodu eksplozji niszczącej cały budynek, zaś mąż i dziecko giną. I niestety, nie był to wypadek.

w_ulamku_sekundy1

Turecki Niemiec Fatih Akin po kilku latach wraca ze swoim nowym filmem i na pewno wkurwi parę osób. „W ułamku sekundy” jest podzielony na trzy części, a każda zaczyna się sfilmowanym fragmentem z życia rodziny, a po drodze reżyser serwuje wiele wątków oraz poszlak, zmieniając tempo oraz emocjonalną intensywność. Bo o czym będzie ten film? O zemście i próbie wymierzenia sprawiedliwości? Śledztwie na tle polityczno-religijnym? Próbie radzeniu sobie ze stratą najbliższych? Reżyser na początku miesza tropy i najbardziej akcentuje to ostatnie – wszystko widzimy z perspektywy Katji, próbującej ogarnąć ten bajzel. Niby ma wokół siebie ludzi, lecz nie wszyscy są w stanie pomóc (rodzice i teściowie, rzucający oskarżenia), zaś ból pozostaje jej, tylko jej. Pozornie drobnymi gestami buduje bardzo przekonujący portret owdowiałej kobiety, by w drugiej części zmienić historię w dramat sądowy z oskarżonymi. Bo okazuje się, że ten zamach to robota młodych, niemieckich neonazistów. I tutaj zaczyna robić się coraz gęściej: bardzo chłodni, niczym roboty sprawcy kontra rozedrgana, próbująca opanować emocje Katja.

w_ulamku_sekundy2

Mimo pozornej zero-jedynkowej wizji (zwłaszcza obrońca oskarżonych wydaje się prawdziwą mendą), Akin potrafi uderzyć, zwłaszcza podczas scen przesłuchań w sądzie. Chłodne opisy ran odniesionych przez ofiary, kolejne zeznania, wreszcie wyrok. A trzeci akt był pokłosiem wydarzeń z poprzedniego aktu, pokazującego jak niesprawiedliwość może doprowadzić do poczynań terrorystycznych, bez względu na pochodzenie, rasę czy płeć. Szkoda tylko, że to zakończenie jest tak szybko poprowadzone, wręcz za szybko (tak jak wyjaśnienie, kim są sprawcy). Ten akt mocno osłabia ten film, choć ostatnia scena jest bardzo mocna.

w_ulamku_sekundy3

Ale to wszystko trzyma w swoich barkach Diane Kruger, tworząc magnetyzującą, ale jednocześnie bardzo przyziemną postać. Z jednej strony pociągającą, charakterną kobietę, z drugiej zrozpaczoną, pełną gniewu, wściekłości, pragnącej sprawiedliwości. Kradnie film w każdym momencie i nieważne, czy mówimy o próbie samobójczej, scenach w sądzie czy w finale, tworząc bardzo skomplikowaną, wiarygodną psychologicznie postać. I to ona wznosi ten film na wyższy poziom.

Fatih Akin bardziej wskazuje i pokazuje, że w czasach fali imigrantów Europejczycy powinni bardziej spojrzeć na siebie niż na obcych. Wielu może się ten wniosek nie spodobać, zaś sam film potrafi sprowokować do dyskusji, dając troszkę satysfakcji.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Siedem minut po północy

Conor O’Malloy to młody, 12-latek, mieszkający z ciężko chorą matką. Ojciec dawno wyjechał do USA, zaś babcia delikatnie mówiąc odstrasza go. Jakby tego było mało, jest nękany w szkole, czyli ma bardzo pod górkę i nie zanosi się na zmianę. Ale siedem minut po północy odwiedza go Potwór – duże cisowe drzewo, które zamierza mu opowiedzieć trzy historie, a w zamian chłopiec ma powiedzieć czwartą.

7_minut1

Jak zrobić baśń dla dzieci, która nie byłaby zbyt naiwna? Reżyser Juan Antonio Bayona stanął przed bardzo trudnym zadaniem, a pomocna okazała się powieść Patricka Nessa, sięgająca po temat traumy, przedwczesnego dojrzewania oraz przygotowania się na śmierć najbliższych. Bo przecież powinno być tak, że dzieci powinny dobrze się bawić, poznawać przyjaciół, może nawet przeżywać pierwszą miłość. Jednak los drwi sobie z takich planów, a reżyser uważnie przygląda się młodemu chłopcu (kapitalny Lewis McDougall), nie pogodzonego z najgorszym, pełnym gniewu, agresji i wściekłości na cały ten popieprzony świat. Chłopak niemal do końca wierzy, że jest jeszcze szansa i nie przyjmuje do wiadomości innego wariantu, dlatego dopuszcza się demolki w domu babci, dlatego śni mu się ciągle koszmar, w którym trzyma za rękę matkę nad przepaścią i nie chce jej puścić. Bayona sugestywnie pokazuje te zwichrowane stany emocjonalne, symbolicznie wykorzystując Stwora oraz jego opowieści.

7_minut2

Muszę przyznać, że ten segment został świetnie zrobiony, a historie zaprezentowanie w formie prostej animacji, wyglądającej niczym ręcznie malowana, buduje bardzo specyficzny klimat. Zaś same historie są bardzo przewrotne, jak na kino familijne, przez co wielu młodych widzów, może poczuć się równie zszokowanych jak Conor. Bo niby bohaterowie źli (albo, których za takich uważamy) wygrywają, a dobrzy wcale tacy dobrzy nie są, zaś taki finał historii nie oznacza, ze jest zła. Dla takiego starszego widza może nie jest to zbyt odkrywcze, jednak ten element najbardziej wyróżnia tą baśń, niepozbawioną mroku oraz przerażających fragmentów (pierwsze przybycie Potwora – świetnie animowanego), zdecydowanie nie dla młodych widzów.

7_minut3

Reżyser też bardzo dobrze prowadzi aktorów. O McDougallu już wspominałem, ale Felicity Jones (wyciszona, dość spokojna matka) oraz Sigourney Weaver (sprawiająca wrażenie demonicznej babcia) też dają z siebie wszystko. Ale tak naprawdę liczy się tylko jedna postać, czyli Potwór mówiący bardzo głębokim głosem Liama Neesona, nadającym mu majestat, ale też pewną mądrość. Cisowe drzewo wydaje się mocno doświadczoną istotą, zaś w jego historiach jest więcej prawdy o ludziach i świecie niż w przesłodzonych bajeczkach Disneya, zakończonych happy endem.

„Siedem minut po północy” jest mroczną, ale bardzo niegłupią, chwytającą za serce historią o godzeniu się z ostatecznymi sprawami oraz wybaczeniu za winę niepopełnioną. O tym, że życie toczy się dalej i trzeba z niego korzystać, póki jeszcze jest.

8/10

Radosław Ostrowski

Thelma

Tytułowa Thelma to młoda studentka, którą wychowują rodzice bardzo głęboko wierzący, ale też kontrolujący jej ruch. Nawet w Internecie, a próba zaadaptowania się do nowego otoczenia idzie dość opornie. Podczas wizyty w bibliotece, Thelma dostaje ataku i w tym samym czasie ptaki zderzają się z oknem, a lekarze początkowo nie wiedzą, co jest grane. Jakby tego było mało, pojawia się w życiu dziewczyny Anja.

thelma1

Kino skandynawskie w naszym kraju cieszy się dość dużą estymą i szacunkiem. Jednym z bardziej wyrazistych twórców jest norweski reżyser Joachim Trier, który nie jest w żaden sposób spokrewniony z Larsem von Trierem. „Thelma” to kino dość dziwaczne, co już czuć na samym początku. Pierwsza scena to ojciec z córką idący na polowanie. Tylko, że zamiast na jelenia, ojciec celuje w dziewczynkę. Już tutaj zaczynają się rodzić pytania, a retrospekcje rzucają inne światło na kolejne sceny. Reżyser ciągle podpuszcza i mąci, mieszając kilka różnych tropów. Bo jest tu zarówno inicjacja, odkrywanie i tłumienie swojego ja (relacja Thelmy z Anją), klincz z religią oraz nadprzyrodzone elementy. Na pierwszy rzut oka jest dość dużo wątków oraz scen wręcz na ostrych dragach (wszystkie oniryczne momenty z atakami niby-padaczki czy stroboskopowym światłem), wywołując kompletną dezorientację, z bardzo pulsującą muzyką w tle.  Masa tajemnic, tropów, symboli, surrealizmu – innymi słowy, skandynawska wersja „Carrie”, która pozornie spokojna, potrafi zaintrygować, wciągnąć czy sprawić mętlik w głowie.

thelma2

Wszystko sfotografowano bardzo tradycyjnie, bez udziwnień, chociaż w bardziej niepokojących scenach dominuje mrok. Poczucie grozy i niepokoju budowane jest zarówno onirycznymi scenami, gdzie sami domyślić się, o co tu chodzi, jak też powoli odkrywaną tajemnicą. Niestety, ostatnie 25 minut w wykonaniu Triera to popisowe wykorzystywanie ulubionego narzędzia każdego reżysera – łopaty. Wyjaśnienie z jednej strony wywołuje mindfucka, ale z drugiej można się go było spodziewać i lekko rozczarowuje.

thelma3

Za to pozytywnie prezentuje się aktorstwo, które jest cholernie dobre. Najbardziej to widać w tytułowej bohaterce o aparycji Eili Harboe, gdzie miesza się zagubienie, poczucie inności ze zderzeniem między wychowaniem a otaczającym światem. Wszystko to zostało pokazane oszczędnie, niepokojąco, magnetyzując. Tak samo Anja, czyli śliczna Kaya Wilkins, przyciągając urodą i tworząc dość nieoczywisty duet z Harboe. Po drugiej stronie mamy próbującego kontrolować córkę ojca-lekarza (tajemniczy Henrik Rafaelsen), pozornie zachowującego spokój. Jednak pod tą twarzą kryje się silny lęk przed następnymi wydarzeniami.

„Thelma” mogłaby zostać nakręcona przez Davida Cronenberga, gdyby zrezygnował z makabrycznych scen przemocy i deformacji ludzkiego ciała. Intryguje, ma bardzo niepokojącą aurę oraz tajemnicę, pokazując troszkę inną stronę dojrzewania. Takiej twarzy kina skandynawskiego nie znałem.

7/10

Radosław Ostrowski

15:17 do Paryża

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Pociąg z Amsterdamu do Paryża jechał spokojnie, aż z toalety wyszedł terrorysta uzbrojony z karabinem. Ale atak został powstrzymany przez trzech facetów: Anthony’ego Sadlera, Aleka Sakratosa i Spencera Stone’a, którzy byli akurat na wakacjach. I o tym zdarzeniu postanowił opowiedzieć Clint Eastwood. Tylko, że niewiele z tego wynika.

15.17_paryz1

Reżyser postanowił wykorzystać prawdziwą historię do opowiedzenia losów naszej trójki bohaterów od czasów szkolnych (podstawówka), gdzie zaprzyjaźniają się aż po służbę w wojsku czy wakacje po Europie, w trakcie której doszło niemal do tragedii. Tylko, że cała ta otoczka kompletnie nie angażuje, a co gorsza zwyczajnie nudzi. Brakuje w tym wszystkim jakieś przewodniej myśli, emocji, a wszystko wydaje się takie zwyczajnie. Próba zdania do wybranej specjalizacji wojskowej, typowe czynności turystyczne (z robieniem sobie selfie) oraz gadki szmatki o niczym. Dawno, ale to naprawdę dawno się tak nie wynudziłem jak w trakcie oglądania „15:17 do Paryża”.

15.17_paryz2

Do tego te wszystkie retrospekcje są powrzucane bez ładu i składu, wprowadzając w stan zdziwienia, dezorientacji i chaosu. Kompletnie nie dzieje się nic, a nasi bohaterowie są kompletnie nijacy, pozbawieni jakiś bardziej wyrazistych cech, czegoś co czyniło by ich bardziej zapadających w pamięć. Trudno czepić się poziomu technicznego, bo zdjęcia są solidne, a scena ataku potrafi lekko zmrozić krew, tylko że cała reszta jest zwyczajnie mdła i rozmywa całość.

15.17_paryz3

I może byłoby to lepsze dzieło, gdyby to było dobrze zagrane. Eastwood wpadł na pomysł, by w głównych rolach obsadzić prawdziwych bohaterów tych wydarzeń. Nie odmawiam im tego, że dokonali czegoś, na co niewielu ludzi by się odważyło, ale talentu aktorskiego nie byłem w stanie stwierdzić. Każdy ich słowo, brzmienie wypadało sztucznie, wręcz mechanicznie, a reżyser nie był w stanie z nich kompletnie nic wycisnąć. Cała reszta dorównuje poziomem Sadlerowi, Sakratosowi oraz Stone’owi, ale jest też zbyt słabo rozrysowana, żebyśmy mogli wejść głębiej.

Nie spodziewałem się, że Clint Eastwood po raz pierwszy potknął się z wielkim hukiem. Dawno nie widziałem filmu, gdzie miałem kompletnie w dupie wszystko i wszystkich. Może poza sceną ataku, gdzie przez chwilę pojawia się napięcie oraz emocje, ale to troszkę za mało i za krótko. Jedno z największych rozczarowań tego roku.

3/10

Radosław Ostrowski

Hazardzista

Dan Mahoney wydaje się na pierwszy rzut oka szarym człowiekiem, nie wyróżniającym się z grona innych szarych ludzi na świecie. Pracę też ma szarą – jest bankierem w Kanadzie. Niedawno awansował na stanowisko młodszego wspólnika i zajmuje się poważnym rachunkiem. Ale – jak każdy człowiek – ma też swoje sekretne życie. A tam dominuje jedna rzecz, czyli hazard. Od kiedy gra w kasynie, obstawia wyścigi i przegrywa kolejne pieniądze. Hazard plus dostęp do kont daje bardzo niebezpieczną mieszankę.

hazardzista1

Dla reżysera Richarda Kwietniowskiego, historia Mahoneya mogła być pretekstem do różnych konwencji. Mógł to być dramat sensacyjny, pokazujące finansowe przekręty bankiera, policyjnego śledztwa, ale tak naprawdę kryminalny wątek jest tak naprawdę tylko pretekstem. Reżyser bardziej skupia się na psychologicznym stanie bankiera, który już dawno przekroczył linię oddzielającej jego nałóg od życia. Kiedy nałóg przejął nad jego życiem kontrolę – tego nie wiemy, ale Mahoney wydaje się być tego świadomy. Doszedł do tego stopnia, ze hazard jest nierozerwalną częścią, wręcz sensem życia. Sama historia jest oparta na pewnej rutynie: praca, kontakty z bukmacherem (Frank Perlin), wyjazd do Atlantic City, powrót (już spłukany). I tak w kółko, w kółko aż do gry wkracza policja oraz szef kasyna, Victor Foss. Mimo tego spokoju, wręcz rutynowego rytmu, „Hazardzista” potrafi wciągnąć swoim klimatem, coraz większym poczuciem paranoi i pytaniem: czy tym razem się uda wyjść z wygraną? A może nie ma już wyjścia i Mahoney skończy bardzo brutalnie?

hazardzista2

Film ma w sobie pewien hipnotyzujący, w czym pomaga bardzo pulsująca muzyka (elektroniczno-jazzowy sznyt) oraz zgrabny montaż. Kwietniowski bardzo sugestywnie pokazuje coraz bardziej nakręcające się stadium uzależnienia, gdzie nasz bohater kompletnie nie dostrzega problemu i rani kolejne osoby, próbujące mu pomóc. Co takiego jest w tym stole, ze nasz bohater u psychiatry przyznaje, ze najbardziej ekscytujące przeżycie – poza hazardem w skali 1-100 dostaje 20, a hazard maksa?

hazardzista3

Ale film ma jeden mocny atut, którego nie waha się użyć – Philipa Seymoura Hoffmana. W jego wykonaniu Mahoney może i sprawia wrażenie niepozornego grubaska w okularach. Ale kiedy zacznie grać, staje się zupełnie kimś innym – te drobne ticki, rozpędzone i galopujące oczy oraz chłodna twarz tworzą bardzo niebezpieczną mieszankę. Aktor kradnie każdy ekran, tworząc bardzo skomplikowany portret nałogowca, znajdującego się w sytuacji już bez wyjścia. Poza nim trzeba docenić łasicowatego Johna Hurta (szef kasyna Victor Foss) oraz bardzo ciepłą Minnie Driver (Belinda).

„Hazardzista” wydaje się pozornym, skromnym filmem, ale ma w sobie coś tak intrygującego, wręcz uzależniającego. Bardzo sugestywne, mroczne stadium, chociaż pozornie zakończone happy endem, który nie jest dany raz na zawsze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sama przeciw wszystkim

Waszyngton, czyli siedlisko uczciwości, gdzie politycy kierują się względami swoich wyborców, dbających jedynie o dobro swojego kraju. Oczywiście, że żartuję, bo każdy kto widział „House of Cards” wie, że jest zupełnie odwrotnie. I właśnie tutaj pracuje Elizabeth Sloane – lobbystka pracująca w potężnej korporacji. Ale pewnego dnia pojawia się senator w sprawie zniszczenia ustawy dotyczącej kontroli nad dostępem do broni. I wtedy pani Sloane wykonuje woltę, opuszczając swoich szefów oraz sprzymierzając się z małą firmą lobbystyczną, walczącą o ustawę.

panna_sloane1

Przyznam się szczerze, że nie do końca wiedziałem, czego spodziewać się po filmie Johna Maddena. „Miss Sloane” (polskie tłumaczenie jest do dupy) to thriller z zabarwieniem politycznym w duchu „House of Cards” czy scenariuszy od Aarona Sorkina. Innymi słowy, gadanina, gadanina, dynamiczny montaż oraz próba nadgonienia całej intrygi. Chodzi o przekonanie kongresmenów do glosowania za ustawą, a metody nacisku od lobbystów są bardzo szerokie: kłamstwo, manipulacja, łapówki, szantaże. Niby to wszystko widziałem i znałem z tysięcy tytułów („House of Cards”, „Idy marcowe” czy „Układy”), jednak reżyser nie gubi się tak bardzo w tym słowotoku. Udaje się zachować ciągłe tempo, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwile postoju.

panna_sloane3

Cała intryga zaczyna się w momencie, gdy Sloane zostaje postawiona przed komisją senacką pod zarzutem naruszenia etyki. A potem zaczynamy się cofać, by odkryć o co tu tak naprawdę chodzi. Tutaj niemal wszyscy bohaterowie są albo umoczeni i sumienia od dawna mają do sprzedania na Allegro czy innym Amazonie lub są wykorzystywani do konkretnych celów (jedna z pracownic nowej firmy naszej bohaterki). A po drodze różne podchody, wiele nieczystych zagrywek, które dzieją się głównie poza kamerą. I kiedy wydawało mi się, że jest już po wszystkim, przeciwnicy jak i nasza bohaterka zaczęli wyciągać kolejne asy z rękawa. Można się w tym bardzo łatwo pogubić, jednak Madden ciągle trzyma rękę na pulsie, a poczucie podskórnego napięcie potęgowała minimalistyczno-elektroniczna muzyka Maxa Richtera.

panna_sloane2

I w zasadzie można byłby to jeden z tysiąca filmów o tematyce polityczno-biznesowej, gdyby nie grająca główną rolę Jessica Chastain. W jej wykonaniu pani Sloane pozornie wydaje się kolejnym korporacyjnym szczurem, z zabójczą skutecznością oraz diabelnie inteligentną, podporządkowująca karierze całe swoje życie, za co pewną ceną są bezsenność i brak rodziny (to drugie wydaje się nie być problemem). Ale oglądając film, cały czas próbowałem rozgryźć tą cyniczną i bezwzględną sukę. Dlaczego decyduje się wystąpić przeciw swoim szefom oraz czemu jest przeciwna broni? Skąd nagle te przekonania? Wyrzuty sumienia, zdarzenie z przeszłości, jakaś trauma? Te pytanie pozostaje kompletnie bez odpowiedzi, co z jednej strony pozostaje problemem (bo w czasach, gdzie wiele rzeczy jest zazwyczaj wykładanych kawa na ławę), z drugiej zaś sprawiło, że nie jest w stanie wymazać tej zimnej, pozbawionej skrupułów harpii.

panna_sloane4

Cała reszta postaci, granych m.in. przez Marka Stronga (Rudolfo Schmidt), Michaela Stuhlbarga (Pat Connors) czy Gugu Mbathy-Raw (Esme) stanowią czasami bardzo mocne albo solidne, ale tylko tło, dodające wiele smaczku.

„Sama przeciw wszystkim” to całkiem zgrabna imitacja filmów w stylu Aarona Sorkina, gdzie dialogi są wystrzeliwane z prędkością karabinu maszynowego, coraz bardziej komplikującą się intrygą i przypominając starą prawdę, że cel uświęca środki. Ale czy aby jest on tego wart?

7/10

Radosław Ostrowski

Anioł w szafie

Jan jest dźwiękowcem. Gdy go poznajemy pracuje na planie filmu, gdzieś na warszawskiej kamienicy. Ale podczas pracy zaczyna słyszeć szumy i trzeba scenę powtórzyć. Poza tym Jan ma żonę, córkę mieszkającą w Szwecji. Jednocześnie coraz bardziej widać, że coraz bardziej coś go męczy, pewna tajemnica z przeszłości.

aniol_w_szafie1

Dla wielu kinomanów Stanisław Różewicz pozostaje młodszym bratem poety i dramaturga – Tadeusza Różewicza. Nakręcony w 1987 roku „Anioł w szafie” to jeden z ostatnich filmów reżysera, który w konwencji dramatu psychologicznego, próbuje opowiedzieć o walce człowieka z tłumionymi wspomnieniami. Wszystko jest tutaj opowiadane w sposób bardzo chłodny, wręcz zdystansowany i hermetyczny, co dla wielu będzie bardzo dużą barierą. Nie pomaga też fakt bardzo szczątkowej fabuły, gdzie najważniejszy jest Jan oraz jego interakcje z otoczeniem. Dodatkowo jeszcze (niejako bez ładu i składu) są porozrzucane retrospekcje utrzymane w sepiowej kolorystyce, pozbawione w sporej części dźwięku. To wywołuje jeszcze większą dezorientację, a jednocześnie tworzy aurę tajemnicy, zagadki. Reżysera bardzo interesuje pokazanie stanu wewnętrznych przeżyć bohatera, przez co może odrzucić swoją bardzo luźną konstrukcją, momentami symbolicznymi (rozmowa z emigrantem z USA na żydowskim cmentarzu czy tajemniczy finał), jednak emocjonalny chłód oraz dystans Różewicza nie pozwala mocniej i bardziej zanurzyć się w tej poruszającej historii.

aniol_w_szafie2

Trudno mi się przyczepić do realizacji, zwłaszcza do kwestii dźwięków, bez których ten film nie byłby taki wyrazisty w swoich momentach. Tak samo jak fantastyczna kreacja Jerzego Treli, czyli bardzo wycofanego mężczyzny dręczonego przez demony przeszłości. Trudna i wymagająca kreacja, pełna skupienia, gdzie wszelkie emocje można odczuć jedynie drobnymi spojrzeniami oraz ledwo widocznymi gestami. Cała reszta postaci jest ograniczona do drugiego planu, z którego wybija się mocna Grażyna Barszczewska (żona Jana) oraz Edward Żentera (reżyser).

aniol_w_szafie3

„Anioł w szafie” to jeden z bardziej wymagających polskich filmów, jednak nie sprawia wrażenia bełkotu czy bałaganu realizacyjnego. Bardzo trudne, wymagające skupienia kino psychologiczne, miejscami potrafiące magnetyzować.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pewnego razu w listopadzie

Warszawa 2013. Państwo Przyłęccy, czyli matka z synem zostali wyrzuceni z domu wskutek decyzji sądu. Obecnie próbują znaleźć swoje lokum zarówno w ośrodkach dla bezdomnych, chatkach na dawnych działkach albo na sqatach. Tylko, ze problem polega na tym, że  nigdzie nie można wprowadzić psa.

listopad1

Dziwny to film Andrzeja Jakimowskiego, który tym razem postanowił pójść w stronę kina bardziej zaangażowanego społecznie. Reżyser rezygnuje z mieszania zwykłego w niezwykły świat, tylko brutalnie zderza rzeczywistość bezdomnych na parę dni przed 11 listopada. Stąd wiele jest ujęć z ręki, bardzo stonowana, wręcz chropowata kolorystyka oraz – co najgorsze – brak spójnej konstrukcji scenariuszowej. Bo sama historia jest prowadzona troszkę bez ładu i składu. Z jednej strony mamy kwestie związane ze znalezieniem lokum, z drugiej próba „pozbycia” się psa, z trzeciej studia Marka (studia prawnicze), gdzie słyszymy teorię funkcjonowania skontrastowaną z praktyką prawa. Do tego jeszcze masa zbędnych wątków pobocznych w postaci: pracy w warsztacie, włamywania się do dawnego mieszkania, skarga na policję. Tego wszystkiego jest po prostu za dużo, a poszczególne sceny (niektóre mocne jak ta na policji) potrafią czasem uderzyć. Tylko, że niewiele z tego wynika, bo cała historia rozmywa się, pozbawiona jest głębszego zamysłu oraz jakiegokolwiek celu.

listopad2

A żeby jeszcze bardziej zaatakować, zostają wplecione ataki narodowców podczas Marszu Niepodległości, gdzie dochodzi do próby ataku na squat. Jeśli miało to pokazać bezsilność ludzi wykluczonych wobec agresji tzw. „prawdziwych patriotów”, dało to efekt na poziomie publicystycznego artykułu. Niby miało to być drapieżne i ostre, lecz tak naprawdę jest tylko zbędnym balastem i tak gmatwającym całą historię, która nagle się urywa. Dlaczego tak jest?

listopad3

Aktorsko też nie ma tu zbyt wiele do pokazania. Drażni (i to bardzo) Grzegorz Palkowski swoim bardzo sztucznym głosem, pozbawionym jakichkolwiek emocji, zwłaszcza w scenach bardziej poważnych. Kontrastem dla niego jest wycofana Agata Kulesza (matka), chociaż też nie ma tu zbyt wiele do pokazania – zmęczenie i cierpienie. Za to zaskakuje Jacek Borusiński („Klucznik”), pilnujący drzwi do squatu i zachowując wiarygodność.

„Pewnego razu w listopadzie” chce bardzo być filmem w stylu Kena Loacha, lecz największa wada Jakimowskiego – bardzo luźny scenariusz, oparty na improwizacji nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Kompletnie nie angażuje, pozbawiony jest ciągu przyczynowo-skutkowego, stawiając pytanie po co to wszystko.

3/10

Radosław Ostrowski

Gorący czwartek

Gdzieś na Śląsku żyje sobie trzech młodych chłopaków, którzy żyją sobie bez jakichś większych perspektyw. Żyje im mija od kradzieży do kradzieży, rodzice w zasadzie nie istnieją, są zdani tylko na siebie. Aż trafia im się szansa, czyli wypasiona furka i chłopaki kradną torbę, a także radio i portfel.

goracy_czwartek1

Telewizyjny debiut Michała Rosy to kolejny przykład kina turpistycznego, próbującego pokazać spojrzenie na świat bez retuszu, ale jednocześnie jest w tym coś poetyckiego jak biedaszyby nocą. Historii jako takiej tutaj nie ma, wszystko sprawia wrażenie dokumentu, gdzie przyglądamy się naszym bohaterom, choć ich motywacja nie jest powiedziana wprost. Reżyser prowadzi dziwną taktykę i wodzi ciągle za nos (niczym ostatnio we „Florida Project”), przez co nie wiadomo, co jest grane. Włóczęga przy zachodzie słońca, bardzo skoczna muzyka z dziecięcymi wokalizami, pierwsza miłość – tych wątków jest sporo, a Rosa próbuje zgrabnie lawirować. Ale mimo dość krótkiego czasu trwania (niecała godzina), reżyser troszkę potrafi zmęczyć, bo ile można oglądać o beznadziei oraz marazmie. Każda próba wyrwania się i zdobycia pieniędzy (sprzedaż radia u pasera, „znaleźne”) kończy się porażką. Wiele scen jest tylko po to, żeby ładnie wyglądało w obrazku (pochód chłopaków przez drogę), montaż jest bardzo surowy, postacie są ledwie zarysowane, za to pochwalić należy słodko-gorzkie zakończenie, dające pewną nadzieję.

goracy_czwartek2

Spokojne, powolne i gorzkie kino z fantastycznie zagranymi dzieciakami, co u nas praktycznie nie istnieje. Naturszczycy (Damian Lubas, Daniel Nowak, Grzegorz Lempa) zachwycają swoją naturalnością, wręcz lekkością i swobodą w tworzeniu młodych, naiwnych chłopaków. Mimo tego, że czasem działają na granicy prawa, to budzą sympatię i kibicuje się im aż do końca. Z drugiego planu najbardziej wybija się Ewa Dałkowska (Godyszowa) oraz Adam Bauman (paser), kradnąc film na kilka minut.

goracy_czwartek3

Film przepadł i raz na jakiś czas telewizja sobie o nim przypomni. Ale debiut Rosy pokazuje ogromny potencjał tego twórcy, trafnie opisującego obecną rzeczywistość. Nawet jeśli okazuje się niezbyt przyjazna – ciekawe spojrzenie na przyjaźń.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Film można obejrzeć na stronie cyfrowa.tvp.pl po rekonstrukcji cyfrowej.

Czarna suknia

Joanna jest bardzo młoda, a gdy ją poznajemy nosi czarną suknię. I powoli zaczyna opowiadać swoją historię. W czasie wojny razem z mężem trafiła do Francji, jednak kraj został zajęty przez Niemców. Podczas ucieczki Jerzy zostaje zastrzelony, a Joanna aresztowana i trafia do obozu. Tylko jak powiedzieć o tym jego matce, która wojnę przeżyła? Młoda kobieta decyduje się na mistyfikację.

czarna_suknia1

Na początku swojej artystycznej drogi Janusz Majewski nakręcił wiele filmów krótkometrażowych, przeznaczonych dla stawiającej pierwsze poważne kroki telewizji. „Czarna suknia” według opowiadania Stanisława Wygodzkiego już raz była adaptowana dla Teatru Telewizji przez… Janusza Majewskiego z niemal tą samą obsadą. Czy jest drugi raz wskakiwać do tej samej rzeki? Jak najbardziej tak. Ta kameralna psychodrama pokazuje bardzo trudną relację matki z synową. Coraz bardziej buduje kolejne kłamstwa, fałszywe informacje i zdarzenia, ale to wszystko nie sprawia wrażenie wydumanego problemu czy nieprawdopodobnej bzdury. Zaczynamy odkrywać kolejne nieprawdziwe wersje (rozstanie, żona, dzieci, praca, brak adresu, telefonu), które muszą doprowadzić do bardzo dramatycznego i oczywistego finału. Wrażenie niepokoju potęgują krótkie momenty, gdzie odzywa się muzyka.

czarna_suknia2

Reżyser nie próbuje ukryć faktów czy na siłę komplikować całą układankę – my wiemy, co się naprawdę wydarzyło, tylko próby dojścia matki (świetna Ida Kamińska) do prawdy – kobiety zaniepokojonej, nierozumiejącej i nabierającej podejrzeń. Ale Joanna (fantastyczna Aleksandra Śląska) coraz bardzo kluczy, mataczy i pilnuje, by się to nie wymknęło spod kontroli. Jednocześnie chce mieć ulgę, a coraz bardziej brnie w drogę kłamstwa. I te sprzeczności są wygrywane drobnymi gestami oraz spojrzeniami – absolutnie intrygująca postać.

Ta kameralna opowieść potrafi wciągnąć, nie jest przeciągnięta na siłę (a się troszkę o to prosiło) i mimo dość krótkiego czasu trwania (niecałe 45 minut) nie wywołuje znużenia ani niedosytu. Wszystko poukładane, bardzo delikatnie przedstawione oraz kapitalnie zagrane. A to była dla reżysera dopiero przygrywka do kolejnych tytułów.

8/10

Radosław Ostrowski