Dzieciak, który został królem

Ostatnimi czasy opowieści arturiańskie stały się znowu popularne w kinie. Zaś wątek ten pojawił się m.in. w „Mrocznej wieży” (nikt nie pamięta), ostatnich Transformersach czy „Królu Arturze: Legendzie miecza”. Ale tym razem ktoś ostro przyćpał i poszedł o jeden krok za daleko. Reżyser Joe Cornish, który wcześniej pokazał starcie osiedlowych ziomali z kosmitami, tym razem uwspółcześnia mit arturiański.

dzieciak, co zostal krolem1

Bohaterem „Dzieciaka…” jest Alex, zwykły uczeń brytyjskiej szkoły. Wychowuje go matka, ojciec zniknął, a jego jedynym przyjacielem jest troszkę niezdarny Beddies. Innymi słowy, dzień jak co dzień. Do tego jeszcze są gnębieni przez duet Lance/Kyra. Szału nie ma, a nadziei na zmianę losu brak. Ale pewnego wieczora znajduje… miecz wbity w kamień na placu budowy. Jak się domyślacie, jest to Excalibur, a to oznacza jedno. Że wybudziła się Morgana, którą uwięziono pod ziemią i to może doprowadzić do końca świata. W tym samym czasie pojawia się odmłodzony Merlin, by pomóc w walce.

dzieciak, co zostal krolem2

Brzmi jak coś szalonego? Reżyser dopiero się rozkręca, a po drodze dzieją się jeszcze bardziej dziwaczne rzeczy. Pościg konny, jazda kradzionym autem, ruchome drzewa, jeźdźcy w kształcie ognistych kościotrupów. No i oczywiście finałowa konfrontacja w szkole, gdzie uczniowie są szkoleni jako… rycerze. W zbroi oraz tarczą w kształcie znaku drogowego. To jest czysty fun, który nie do końca traktuje się poważnie, ale pachnący duchem Kina Nowej Przygody. Sytuację broni sporo humoru, brytyjski klimat oraz naprawdę przyzwoite efekty specjalne. I do tego jeszcze fajny morał o sile przyjaźni, walce przeciwko szeroko rozumianemu złu. A można nawet uczynić z wroga swojego sojusznika.

dzieciak, co zostal krolem3

Podobała mi się także obsada, w dużej części pełne młodych, kompletnie mało znanych aktorów. Z tego grona najbardziej podobał mi się Angus Imrie jako młodsze wcielenie Merlina. Lekko postrzelony, mówiący niedzisiejszą angielszczyzną i nieźle stosującym zaklęcia. A jednocześnie bardzo charyzmatyczny mentor, będący wsparciem dla naszych bohaterów. Sympatię budzi grający główną rolę Louis Serkis (syn Andy’ego Serkisa), który staje się naturalnym liderem drużyny, podobnie pełniący rolę wsparcia Dean Chaumoo. Równie przyjemnie było patrzeć na Patricka Stewarta w roli starszego Merlina (szkoda, że go tak mało) oraz ucharakteryzowaną Rebeccę Fergusson jako demonicznej Morgany.

dzieciak, co zostal krolem4

„Dzieciak, który został królem” w kinach kompletnie poległ, przez co do nas na ekrany nie trafił. Szkoda, bo jest to zaskakująco przyjemna, troszkę wariacka wersja mitu arturiańskiego. Myślę, ze młodzi widzowie będą się świetnie bawić i dostaną sporo frajdy. Mimo paru przegięć, seans był po prostu fajny. I czasami o to chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Mirai

Kun jest 5-letnim chłopcem, mieszkającym z matką, ojcem oraz piesełem. Cały świat wręcz kręci się wokół niego, a wszyscy wręcz tańczą jak on zagra. Wszystko jednak wywraca się do góry nogami, kiedy do domu pojawia się jego młodsza siostra, świeżo urodzony niemowlak. I to jest dla niego koszmar, bo wszyscy zwracają uwagę na nią, na Mirai, przez co chłopak czuje się odrzucony, niekochany. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, kiedy zaczyna przychodzić do ogrodu, gdzie dzieją się dość zaskakujące rzeczy.

mirai1

Kolejna wyprawa do Kraju Kwitnącej Wiśni, ale tym razem z tematem bardziej uniwersalnym niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. „Mirai” to opowieść o dojrzewaniu, której konstrukcją najbliżej jest do „Boyhood” – epizodyczność wydarzeń, pozornie nie powiązanych ze sobą. Jest jednak rzecz bardzo japońska w duchu, czyli sceny mocno zabarwione fantastyką. To w nich nasz chłopak niejako trafia do przeszłości, a nawet przyszłości, gdzie spotyka m.in. ludzką wersję swojego psa czy dorosłą Mirai. Brzmi wariacko, wręcz surrealistycznie? Ale dla reżysera jest to klucz do pokazania drogi naszego dzieciaka do dojrzewania, choć osadzone jest w zasadzie w jednej przestrzeni domu. Może wydaje się dość przewidywalne i proste, lecz kontekst kulturowy dodaje pewnego specyficznego posmaku.

mirai2

Historia wydaje się prosta, lecz elementy fantastyczne mocno wybijają ją z grona innych opowieści o szybkim dojrzewaniu. Nie działa ona jednak w ten sposób, że dzieje się od razu, po jednym wydarzeniu. To proces, gdzie niemal wszyscy wydają się zdezorientowani oraz zagubieni: bardzo apatyczny ojciec, który stara się pomóc, pracująca matka wracająca do domu zmęczona, a także sam Kun. Cała ta trójka musi na nowo się odnaleźć, ale wszystko widzimy z perspektywy dziecka. Jego wyobraźnia jest miejscami bardzo szalona (chłopak po wyrwaniu oraz wsadzeniu sobie ogona staje się psem), a także pomaga mu łatwiej przejść przez ten dość trudny okres. A jednocześnie gdzieś zasłyszane zdarzenia z przeszłości rodziny stają się istotną częścią układanki (wizyta u pradziadka zakończona jazdą na koniu czy spotkanie z matką w jego wieku), co czyni całość bardziej dojrzałym oraz mądrym spojrzeniem na okres, gdy pojawia się nowy członek rodziny.

mirai3

Żeby jednak nie było słodko, nie brakuje tutaj bardzo mrocznych scen, zwłaszcza w finale dzieła. Mocne wrażenie robi cała sekwencja na dworcu, gdzie wszystko idzie wręcz w stronę rasowego horroru (te krzesła w pociągu na Samotną Wyspę) – dla bardzo młodych widzów może być to zbyt mocny obraz. Sama animacja jest zrobiona w sposób klasyczny, wręcz ręcznie rysowany styl. I wygląda przez to bardzo ładnie, ale pojawiają się pewne trójwymiarowe wstawki czy to podczas finału na dworcu, przeskakiwaniu z miejsca na miejsce (niemal widać takie paski) czy cała sekwencja w jakby akwarium. Nie jest to może aż tak widowiskowe jak poprzednie animacje z Japonii jakie widziałem oraz sporych efektów specjalnych, ale w przypadku tej opowieści działa to zdecydowanie na plus.

mirai4

Muszę przyznać, że „Mirai” po raz kolejny pokazuje, co ciekawego dzieje się w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nominacje do Oscara oraz Złotego Globu nie są dziełem przypadku, zaś dorośli i dzieci (bardziej w wieku 10+) znajdą tutaj coś dla siebie. Mądre, zabawne, a jednocześnie bardzo uniwersalne kino trafiające pod każdą szerokość geograficzną.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mary i kwiat czarownicy

Mary na pierwszy rzut oka wydaje się dość roztrzepaną, rudowłosą dziewczyną prowadzą dość spokojne, monotonne życie. Przyjechała do swojej ciotki przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale nie ma zbyt wiele do roboty, zaś wszelka próba zaangażowania się w cokolwiek kończy się dość nie najlepiej. Wszystko jednak zmienia się z powodu pewnych kotów, dzięki którym dziewczyna trafia do lasu. Tam znajduje pewien tajemniczy kwiat oraz zaplątaną wśród pnączy miotłę. Połączenie tych dwóch rzeczy sprawia, że Mary trafia do… szkoły czarownic Endor, co pakuje ją w poważne tarapaty.

mary_i_kwiat1

Kolejna japońska animacja, ale tym razem nie zrealizowana przez studio Ghibli, lecz dopiero raczkujące Ponic. Reżyser Hirosama Yonebayashi wcześniej pracował w studiu Miyazakiego i czuć tutaj wizualny styl legendarnego studia japońskiego. Sama opowieść już od początku przykuwa swoją uwagę od tajemniczego początku z jakąś eksplozją w tle oraz ucieczką z magicznymi kwiatami. Im dalej w las, tym bardziej historia zaczyna odkrywać kolejne tajemnice. Niby znamy te opowieści o dojrzewaniu do odpowiedzialności, osadzonej w estetyce baśni, wręcz fantasy.

mary_i_kwiat2

Ale tutaj magia jest nie tylko kwestią nadprzyrodzonych umiejętności, lecz także wykorzystania naukowych dokonań. I prawdziwa magia to kwestia wypadkowej obydwu umiejętności. Tylko, że jednocześnie trzeba tutaj uważać, bo pewnych mocy nie da się do końca kontrolować. Może i historia czasami kuleje (cała tajemnica wokół uczelni jest dość przewidywalna), jednak realizacja jest wręcz imponująca. Jest tu wiele wykorzystanych rodzajów animacji: od ręcznej kreski tak „japońskiej”, że już się nie da aż po kilka popisów grafiki komputerowej (niektóre „magiczne” efekty) i to się po prostu wchłania. Cieszy to oko, tak jak przywiązanie do wielu szczegółów, a sama szkoła wygląda wręcz rewelacyjnie, osadzona w lekko steampunkowym stylu.

mary_i_kwiat3

Mary jest na tyle sympatyczną postacią, że zwyczajnie chce się jej kibicować. Jej powolna przemiana w dojrzałą, odpowiedzialną dziewczyną, pokazana jest tutaj bez jakiegokolwiek fałszu. Nawet postacie pozornie negatywne jak dyrektorka szkoły oraz genialnego naukowca, dr Dee są pokazani z pewnym zrozumieniem, ale są też ostrzeżeniem przed igraniem z ogniem i próbami opanowania czegoś, co powinno zostać pozostawione naturze. I to ostrzeżenie pozostaje bardzo aktualne na każdej szerokości geograficznej.

„Mary i kwiat czarownicy” to kolejny przykład pięknej (nie tylko wizualnie) japońskiej animacji od studia, które może spokojnie konkurować ze studiem Ghibli. Może czasem fabuła dla bardziej wyrobionego widza wydaje się dość przewidywalna, ale mamy kapitalną wizję świata, sympatycznych bohaterów oraz coś w formie magii.

8/10

Radosław Ostrowski

Duża ryba i begonia

Czy zdarzało wam się obejrzeć animację z Dalekiego Wschodu, ale nie było to dzieło studia Ghibli? Tak mi się zdarzyło, bo film „Duża ryba i begonia” to produkcja z potężnych Chin i opiera się na ich mitologii. Dlatego dla takich osób jak ja, seans mógł być nieczytelny, co jednak nie stało się.

Wszystko toczy się w dwóch światach. Pierwszy świat to świat tzw. Innych – istot humanoidalnych, którzy posiadają moc od Matki Natury i jako dzieci przez siedem dni odwiedzają świat ludzi. Problem w tym, że nie można pozwolić sobie na bliższy kontakt ze światem ludzi, bo już się z niego nie wraca. Osobniki te są zamieniane w delfiny. Jedną z takich osób jest Chen – młoda dziewczyna, która wchodzi w ten nowy świat. Ale siódmego dnia nasza delfinica wpada z siatkę, a podczas ratunku mężczyzna wpada w wir. Po powrocie Chen czuje się bardzo winna, więc decyduje się zawrzeć targ ze strażnikiem dusz – dusza chłopaka (pod postacią ryby) w zamian za połowę jej życia. Konsekwencje tego interesu mogą mieć poważne perturbacje.

duza_ryba11

Muszę przyznać, że sama ta historia wydaje się bardziej uniwersalna niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Mamy tutaj miłość, odpowiedzialność za innych oraz poważne zaburzenie dwóch światów. Magia tutaj ma swoją istotną rolę. W ogóle nasi główni bohaterowie (Chin oraz chłopiec Qiu) wydają się zaledwie pionkami, próbującymi zawalczyć o swoje szczęście. Pojawiają się kolejne elementy układanki oraz komplikacje związane z naszą rybką. Natura zaczyna świrować (opady śniegu podczas lata czy bardzo gwałtowne ulewy), kolejne próby ukrywania ryby coraz bardziej wywołują się pętlę na jej szyi. Napięcie coraz bardziej ulega intensywności aż do bardzo smutnego finału.

duza_ryba31

Sama animacja to połączenie klasycznej kreski z komputerowymi efektami, przy różnych niesamowitych obrazach. Wiele z tych scen wygląda zwyczajnie imponująco: żółwie płynące z chmur, gwałtowna ulewa czy wszelkie „efekty specjalne”. I co najciekawsze, to połączenie tworzy bardzo spójną wizję. Zwykła kreska, kojarzona z japońskich animacji, też wygląda pięknie, pełna kolorów oraz pomysłowo wyglądających postaci nadprzyrodzonych (tajemniczy handlarz dusz) i czarów. Niektóre z tych kadrów w pamięci zostaną na bardzo długo.

duza_ryba21

„Duża ryba i begonia” dla fanów animacji azjatyckich jest pozycją obowiązkową. Choć może samo funkcjonowanie tego świata wydaje się dość uproszczone i nie zawsze jasne. Nie mniej bardzo silne wrażenia wizualne, całkiem niezły polski dubbing (z mniej znanymi aktorami) oraz klimatyczna muzyka tworzy bardzo intrygujące doświadczenie. Raczej dla bardziej dojrzałych kinomanów.

7/10

Radosław Ostrowski

Errementari: kowal i diabeł

Wierzycie w diabła? Taki paskudny gość z rogami, długim ogonem, co chętnie weźmie twoją duszę w zamian za wszystko, czego pragniesz? Tacy osobnicy gdzieś krążyli po świecie, lecz teraz nikt o nich nie pamięta i straszy nimi kościół. Przypomnijmy jednak sobie czasy, gdy Kościół miał bardzo silne wpływy, zaś diabeł istniał naprawdę. I o tym przypomni nowy film Netflixa.

errementari1

Jesteśmy w Hiszpanii lat 30 wieku XIX., czyli czas burzliwej wojny między karlistami a liberałami. W małym miasteczku w kraju Basków zaginęło złoto, które miało trafić do dowódcy karlistów. Gdzieś w jego okolicy przybywa kowal, o którym krążą nieprawdopodobne opowieści. Drugą istotną postacią jest Ursa – młoda dziewczynka wychowywana przez tutejszego proboszcza oraz gospodynię. Osóbka ta czuje się obco, odrzucona przez wszystkich, nie odnajdując się w tym świecie. Los tych dwojga się zetnie, a istotną postacią był demon pragnący o jednej rzeczy: duszy kowala.

errementari2

„Errementari” oparty na opowiadaniu reklamowany był jako horror. Bardziej jednak pasowałoby określenie baśń z elementami nadprzyrodzonymi. Miejsce akcji, czyli wiek XIX wydaje się troszkę nie pasować do konwencji, ale reżyser Paul Alijo skupia się na budowaniu aury tajemnicy. Samo miasteczko, gdzie religia, surowe wychowanie jest na porządku dziennym. Krytycznie tutaj odnosi się do władzy świeckiej, traktowanej jako zagrożenie, jednak ludzie mieszkający tutaj są prości. Surowa scenografia (siedziba kowala i pułapki dookoła) robi miejscami wrażenie, tak jak kostiumy z epoki budują miejscami mroczny klimat. Także sam wygląd diabła, troszkę przypominający demona z filmu „Legenda” wygląda odpowiednio niepokojąco. Jest też pięknie wyglądające retrospekcje z życia kowala, dodające mroku.

errementari3

Problem w tym, że „Errementari” nie wywołuje przerażenia jako horror. Sama intryga wydaje się bardzo prościutko poprowadzona, zaś kolejne elementy układanki utrzymują przewidywalny tor. O dziwo jest to bardziej kameralne niż mogło by się tego spodziewać. Napięcie coraz bardziej słabnie, bohaterowie wykonują drugi raz te same błędy (rozumiem, że zmieniły się okoliczności), nastrój gaśnie, a same postacie – poza kowalek, dziewczynką oraz demonem – nie są zbyt głęboko zarysowane. Ok, to jest baśń, ale przydałoby się coś więcej.

Niemniej te trzy role są absolutnie świetnie zagrane. Uma Bracaglia (przeurocza Ursa), Kandido Uranga (kowal Paxti) oraz Eneko Sakardoy (śmieszno-straszny Sartael) są najsilniejszym kośćcem emocjonalnym tego filmu, tworząc bardzo zniuansowane postacie. Reszta postaci prezentuje się bardzo solidnie, bez poczucia żenady czy wstydu.

„Errementari” mogło być naprawdę świetnym filmem grozy, tylko że jest to bardziej baśniowy film i zwyczajnie nie straszy. Niemniej ma to swój urok, początek jest świetny, a finał nawet daje pewną satysfakcję. Szkoda tylko, że środek zawodzi i mógł być lepszy.

6/10

Radosław Ostrowski

Ostrza zemsty

Wracamy do czasów nordyckich, pełnych okrucieństwa, przemocy i krwi. W tym świecie ukrywa się kobieta z dzieckiem. Oboje pochodzą z królewskiego rodu, prześladowani przez demonicznego Hagena. Mężczyzna chce zmusić kobietę do ślubu, by objąć tron. I wtedy na jej drodze pojawia się – niczym z klasycznego westernu – przybysz znikąd, sprawnie posługujący się nożem.

Tym razem Mario Bava wraca do historycznego fantasy, okraszonego przygodowym duchem. Sam początek z przepowiednią na plaży, robi mocne wrażenie. Jednak im dalej w las, tym akcji jest coraz mniej, za to pojawia się więcej scen, gdzie nasz tajemniczy przybysz staje się figurą ojca dla młodego chłopca. Wspólne polowanie, nauka posługiwania się bronią – wszystko idzie to dość szybko, chociaż sam bohater skrywa pewną mroczną tajemnicę. Niby są to spowalniacze, ale dzięki nim troszkę bliżej poznajemy naszych bohaterów, ich motywacje, losy. Wszystko to prowadzone jest bardzo spokojnie, a realizacja broni się przyzwoicie.

ostrza_zemsty1

Podobać się może scenografia oraz kostiumy, nie przypominająca żadnej taniochy, bliżej nieokreślonych realiów fantasy. Także całkiem nieźle sprawdzają się sceny akcji, mimo teatralności scen śmierci. Sposób realizacji kilku scen (konfrontacja w tawernie) przypomina nawet western. Zbliżenia na twarze, ujęcia z kąta na broń, nerwowe budowanie napięcia – ta scena potrafi wessać i zaangażować. Ale klasycznego Bavę czuć dopiero w finałowej potyczce w jaskini. Tu mamy tą grę światłocieniem, wyraziste kolory, choć sama lokalizacja troszkę przypomina Hades z wcześniejszego filmu o Herkulesie.

ostrza_zemsty2

Zagrane jest to naprawdę porządnie, choć pozornie materiału nie było zbyt wielkiego. Cameron Mitchell bardzo płynnie przechodzi od tajemniczego „przybysza znikąd”, z dobrym sercem po żądnego zemsty mściciela z celnością godną prawdziwych twardzieli. Równie wyrazisty jest Fausto Tozzi w roli czarnego charakteru – demonicznego, sprytnego, lecz nie przerysowanego, szarżującego. A między panami jest ładna, długowłosa Elissa Plichelli (Karin), próbująca być niezależną, silną kobietą.

„Ostrza zemsty” to całkiem zgrabne przejście Bavy do nordyckiego peplum. Solidnie poprowadzone i zagrane, z paroma scenami trzymającymi w napięciu oraz klasycznym motywem zemsty. Może dałoby się troszkę wydłużyć i pogłębić niektóre postacie, jednak jako czysto rozrywkowy film dostarcza. Przyjemne, lekkie kino.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Herkules we wnętrzu ziemi

Herkules to wdzięczna postać dla filmowców, o czym przekonywali się widzowie wielokrotnie. Nic dziwnego, bo wiele przygód można było zaserwować z bogatego źródła, jakim jest mitologia. Swoje też postanowił zrobić Mario Bava na początku swojej kariery. W tej wersji Herkules razem z przyjacielem Tezeuszem wyruszają do domu. Na miejscu okazuje się, że wybranka naszego herosa wpadła w obłęd, zaś władzę przejął jej wuj. By jednak przywrócić swojej ukochanej władzę na umyśle, Hercules musi wyruszyć do Hadesu i zdobyć Kamień Życia.

herkules_19611

Jak widać sama fabuła przypomina przygodową grę: dotrzeć z punktu A do punktu B, znaleźć przedmiot i po drodze pokonać różne przeszkody. Klasyka gatunku, a całość ubrana w konwencję fantasy. Całość balansuje między akcją, przygodą a komedią (postać Telemacha), bardzo swobodnie czerpiąc z opowieści mitologicznych. Trzeba pokonać nieprzyjemne tereny, paskudne monstra czy posłużyć się podstępem. Tylko, że intryga jest bardziej skomplikowana, chociaż od samego początku wiemy kto jest złym, zaś akcenty komediowe już nie bawią tak mocno. Pochwalić za to trzeba – jak to u Bavy – stronę plastyczną, chociaż niektóre trickowe zdjęcia (przeskok do palącego morza) wydają się mocno przestarzałe. Niemniej sam Hades, pełen mgły oraz jaskiń, ma swój klimat. Scenografia i kostiumy też prezentują się całkiem nieźle (pałac, siedziba wyroczni). Sceny akcji (walka z kamiennym stworem) bardziej śmieszą niż angażują, niemniej ogląda się to bezboleśnie, ale też bez żadnego zaangażowania.

herkules_19612

Sytuację próbują ratować aktorzy, chociaż najbardziej wybija się tutaj Christopher Lee jako król Liko. Typowy czarny charakter, pragnący władzy, jednak posiada najwięcej charyzmy. Złego słowa też nie powiem o Regu Parku, który jest odpowiednio przypakowany, prostolinijny oraz całkiem przekonujący w roli Herkulesa. I czuć też chemię miedzy nim a bardziej wyluzowanym George’m Ardissonem (Tezeusz), będącym mieszanką lojalnego przyjaciela i bawidamka. Jeśli chodzi o panie, najbardziej wybija się George Ruffo (Dejanira), zgrabnie pokazując swój obłęd.

herkules_19613

„Herkules” od Mario Bavy to z dzisiejszej perspektywy bardzo pachnące naftaliną kino przygodowe, mocno zdradzające wiek. Niezbyt angażujące, z kilkoma niezłymi pomysłami operatorskimi, lekkim humorem oraz pewną skromnością budżetową.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Najeźdźcy

Wikingowie – naród znany z okrucieństwa i przemocy, podbijał kraje w okresie średniowiecznym, siejąc spustoszenie po całej Europie. W roku 786, doszło do opanowania części Brytanii, o czym opowiada ten film. Lud pod wodzą króla Haralda zajmuje Dorset, lecz wskutek podstępu barona Ruthforda, monarcha zostaje zamordowany. Podczas ucieczki jego dwaj synowie zostają rozdzieleni – jeden wraca do ojczyzny, drugi zostaje wychowywany przez królową. Paręnaście lat później wybucha wojna, w której bracia są zmuszeni do walki.

najezdzcy1

Mario Bava kojarzy się wielu widzom głównie z krwawych kryminałów zwanych giallo oraz horrorów, ale to tylko procent jego szerokich zainteresowań. „Najeźdźcy” (albo jak wolą Amerykanie „Eric the Conqueror”) to już historyczny film akcji, który dość umownie traktuje realia historyczne. Fabuła jest niemal żywcem skopiowana z filmu „Wikingowie” z Kirkiem Douglasem w roli głównej (kiedyś sobie ten film odświeżę), lecz to kompletnie nie przeszkadza. Może i reżyser nie miał tak dużego budżetu jak ziomki z Ju Es Ej, jednak udało się zrobić, wciągający, widowiskowy tytuł. Nie zabrakło w nim scen pojedynków (starcie Erona z Garianem o dowodzenie wojsk, morski abordaż czy finałowe oblężenie zamku z dość ciekawym wdrapaniem się na szczyt), solidnie wykonanych kostiumów, ciekawej intrygi pełnej zdrady oraz skomplikowanych losów czy epickiej – jak na lata 60. – muzyki, budującej klimat. Historia potrafi miejscami poruszyć, a bohaterów nie da się nie lubić. Może zbyt łatwo rozpoznać czarne charaktery, a i parę dialogów jest lekko patetycznych, to jednak „Najeźdźcy” potrafią dostarczyć sporo rozrywki.

najezdzcy2

Jednak najbardziej mnie w tym filmie urzekła strona plastyczna, zrealizowana w Technikolorze. Bava potrafi bardzo pomysłowo pokazać zarówno jaskinie Wikingów (bardzo mroczną, chociaż pełną mocnych kolorów), scenę przeprawy przez bardzo cienki most (sfilmowane z daleka niczym w dawnych grach video) czy dynamiczne sfilmowane pojedynki jeden na jeden. Nawet sceny zbiorowe potrafią zaprezentować się imponująco, mimo wieku, co też jest sporym plusem.

najezdzcy3

Równie dobrze prezentują się aktorzy. Zwłaszcza wybijają się Cameron Mitchell (Eron), jak i George Ardisson bardzo dobrze poradzili sobie w rolach dorosłych braci. Pierwszy jest dość pewnym siebie, odważnym wojownikiem, drugi bardziej posługuje się inteligencją, choć nie jest pozbawionym honoru człowiekiem. Solidnie prezentuje się tutaj Andrea Checchi w roli czarnego charakteru, zaś panie stanowią tutaj ładny dodatek, na którym można zawiesić oko.

„Najeźdźcy” to jeden z ładniejszych filmów Bavy, który nawet w kinie akcji osadzonym w realiach historycznych odnajduje się pewnie. Może i jest to troszkę skrótowo przedstawione, jednak dostarcza wiele rozrywki, zachwyca pięknym wyglądem, pomysłową realizacją oraz dobrym aktorstwem. Europejski fresk, nie gorszy od filmów zza Wielkiej Wody.

7/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Czy są tu jacyś fani świata Harry’ego Pottera? Mugole, Hogwart, magia, niezwykłe stwory, zaklęcia, ale też i mroczniejsza strona magii. Jednak nowy film Davida Yatesa toczy się w czasach, kiedy rodzice Pottera jeszcze się nie znali. Jest rok 1926, a świat jest terroryzowany przez ataki zbiegłego Gellerta Grindenwalda, próbującego doprowadzić do konfrontacji między czarodziejami a nie-magami. W tym samym czasie do Nowego Jorku przybywa Newt Scamander – brytyjski mag, badający niezwykłe stworzenia i przechowujący je w swojej małej walizce. Tylko, ze ten przyjazd to nie jest dobry pomysł, bo obowiązuje zakaz sprzedawania magicznych zwierząt, a miasto jest niszczone przez tajemnicze monstrum. Dodatkowo po przybyciu, wskutek nieprzyjemnego zbiegu okoliczności, kilka stworzeń uciekło z walizki.

fantastyczne_zwierzeta11

Jak można wywnioskować, dzieje się tu wiele, ale reżyser wsparty przez samą J.K. Rowling (producentka i scenarzystka w jednej osobie) daje sobie radę w tworzeniu tego spin-offa. Przeniesienie akcji z Anglii do purytańskiej Ameryki lat 20., dodaje wiele świeżości. Dodatkowo bardzo trafnie podaje tło epoki, gdzie wszelkie relacje z nie-magami są wręcz zabronione, a każdy świadek działań czarodziejów musi zostać pozbawiony pamięci. Dodatkowo wyczuwalna jest pewna wrogość wobec magii, a w powietrzu wisi wielkie niebezpieczeństwo, wynikające z ryzyka zdemaskowania. I to daje „Fantastycznym zwierzętom…” bardziej poważny ton. Wrażenie robi nadal strona wizualna, a zwłaszcza odtworzenie klimatu lat 20.: od strojów, samochodów aż po fryzury i budynki. Nawet efekty specjalne prezentują bardzo przyzwoity poziom, co widać w wyglądzie każdej z bestii.

fantastyczne_zwierzeta13

Ale miałem jeden, bardzo poważny problem – Yates chce dużo upchnąć do tej historii, przez co parę wątków jest ledwo liźniętych. Bardzo podoba mi się bardziej mugolska perspektywa na magiczny świat (postać Jacoba Kowalskiego, wplątanego w całą intrygę), z drugiej strony jest stowarzyszenie walczące z magami i przedstawiające ich w najgorszym świetle, z trzeciej jest Magiczny Kongres USA, którego funkcjonowanie pokazano bardzo pobieżnie. Do tego mamy kilka scen z humorem bardziej slapstikowym, który bardziej pasuje do filmu dla dzieci (ściganie Niuchacza – stworka lubiącego błyskotki – w sklepie jubilerskim) i spowalnia tempo, wybijając z rytmu. Niemniej całość ma wiele uroku, angażuje, zaś sama intryga wsysa, mimo pewnych ogranych chwytów.

fantastyczne_zwierzeta14

A jak sobie radzą nowi bohaterowie? Zaskakująco dobrze. Eddie Redmayne świetnie odnajduje się w postaci młodego Newta, który jest bardzo wycofany, a same zwierzęta traktuje z sympatią, empatią, bez przemocy i agresji. Uroczy chłopak, tak jak panna Tina Goldstein w wykonaniu Katherine Waterson. Niby służbistka, ale nie zawsze działająca zgodnie z prawem. Film jednak kradnie Dan Fogler, czyli wspomniany Kowalski – mugol, który wplątał się w sprawy czarodziejów. Niby prosty facet, ale jak się okazuje, bywa pomocnym kompanem, tak samo jak flirtująca i czytająca w myślach Queenie Goldstein (przeurocza Alison Sudol). Po drugiej strony jest bardzo mroczny i tajemniczy Graves (trafnie dobrany Colin Farrell), którego motywacja długo pozostaje niejasna, a prawdziwa tożsamość może wprawić w szok. Z drugiej strony kilka postaci robi tutaj tylko za tło, nie mając zbyt wiele do zagrania jak Jon Voight (wydawca Henry Shaw) czy Carmen Ejogo (prezydent Kongresu, Seraphina Picquery).

Jedno można wywnioskować od razu: „Fantastyczne zwierzęta…” to wstęp do większej całości, która bardzo mnie ciekawi i interesuje. Polubiłem tych nowych bohaterów, mimo drobnych potknięć scenariusza, wszedłem w ten świat i chciałbym poznać kolejne przygody Scamandera i spółki. Może w końcu poznamy też samego Dumbledore’a.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lustrzana maska

Kim jest Helena? To młoda dziewczyna, wychowana przez rodziców-cyrkowców, ale nie bardzo jej ten świat odpowiada. Przed jednym z występów kłóci się z matką, a ta przed kluczowym występem traci przytomność. Dzień przed operacją dziewczyna trafia do dziwnej krainy, gdzie równowaga między dobrem a złem jest zagrożona.

lustrzana_maska1

Film Dave McKeana jest oparty na scenariuszu Neila Gaimana – jednego z najpopularniejszych pisarzy fantasy. I ta pokręcona historia jest opowieścią o przyspieszonym dojrzewaniu oraz godzeniu się ze swoim miejscem na ziemi. Czuć, że to ten autor odpowiada, a wykreowany przez niego świat jest dość… specyficzny. Bo mamy tam noszącego maskę Valentine’a, który pokłócił się z… wieżą, uśpioną Białą Królową, złą Czarną Królową, Sfinksa, Gigantów. Wszystko jest tu polane animowanym sosem, tworząc bardzo surrealistyczną wizję, prowadząc do dość oczywistego finału.

lustrzana_maska2

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to animacja. Jest ona mocno koślawa, z naklejonymi twarzami do sylwetek postaci (koty, Sfinks) i jest, prawdę mówiąc, bardzo brzydka, pełna szaroburych kolorów, wykrzywionych postaci oraz dużej ilości mroku. Z jednej strony to buduje klimat, pełen tajemnicy czy niesamowitych scen (wieża pełna zamków czy siedziba Czarnej Królowej), ale z drugiej wygląda to dość odpychająco, strasznie i wręcz przerażająco. Miałem jednak wrażenie, że forma – miejscami intrygująca – jest ważniejsza od treści, dość prostej do odczytania.

lustrzana_maska3

Aktorsko jest zagrane całkiem nieźle, choć najbardziej wybija się wystraszony oraz niezdecydowany Valentine (świetny Jason Barry), a także Rob Brydon (ojciec Heleny i Premier z baśniowego świata). A jak sobie poradziła Stephanie Leonidas jako Helena? Całkiem przyzwoicie, balansując między lękiem, odwagą, a samotnością i bezradnością.

To trudny, wymagający film, który młodych widzów może odstraszyć, a wielu zmęczyć swoją oniryczno-surrealistyczną formą. Na pewno intryguje, wybija się z tłumu innych tego typu produkcji, ale to dość nierówne kino.

6/10

Radosław Ostrowski