Alicja w Krainie Czarów

Pamiętacie Alicję, co jak była mała dziewczynką trafiła do krainy przypominającej sen? Powieść Lewisa Carrola była (i nadal jest) klasykiem literatury, nie tylko dziecięcej. Świat w niej wykreowany wydawał się idealnym materiałem filmowym, o czym wiedział wcześniej Walt Disney. Obecnie tylko dwóch reżyserów było w stanie przenieść na ekran wizję Carrolla – Terry Gilliam i Tim Burton. Dla Disneya swoją wersję w 2011 przedstawił ten drugi, ale jego film jest co najwyżej inspirowany literackim pierwowzorem.

alicja_1

Alicja tym razem jest 19-letnia dziewczyną, której ojciec zmarł wiele lat wcześniej. Gdy ją widzimy, jedzie na przyjecie, podczas którego ma się jej oświadczyć młody lord Hamish. Dziewczyna waha się i… wtedy dostrzega białego królika. Goniąc go wpada do dziury, za którą trafia do krainy terroryzowanej przez Czerwoną Królową. Jednak już nie pamięta, że była tu wcześniej znana jako „ta” Alicja, która pokonała Żaberzwłoka. I musi to zrobić jeszcze raz, ale potrzebuje do tego paru przedmiotów.

alicja_2

Brzmi troszkę jak gra komputerowa? Poniekąd ta wariacja opowieści o Alicji tym właśnie jest – grą z prosta fabułą na poziomie gry (zwłaszcza finałowe starcie, gdzie dochodzi do potyczki między dobrem z złem), gdzie Alicja musi odnaleźć się na nowo w starym miejscu. A to trzeba zdobyć klucz (gdy jest się mniejszym, to znalezienie go staje się trudne), znaleźć miecz do pokonania potwora itp., zaś Szalony Kapelusznik, Marcowy Zając i Kot z Cheeshire są spiskowcami planującymi pomóc Białej Królowej. Wędrówka Alicji staje się dla niej motorem do przewartościowania swojego życia oraz kierowania się swoimi potrzebami – problem w tym, że to nie jest absolutnie nic nowego i w dodatku jest to mało wciągające.

alicja_3

Plastycznie to jest film Burtona – widać tutaj barwną kolorystykę, uwielbienie groteski (nienaturalny wygład Królowej czy Kapelusznika) oraz imponującą scenografię. W obiektywie Dariusza Wolskiego Kraina Czarów prezentuje się z jednej strony bajkowo, z drugiej mrocznie i niepokojąco (siedziba Czerwonej Królowej), przez co film wygląda pięknie. Nawet charakteryzacja jest tutaj bez zarzutu, chociaż na granicy przerysowania. Burtonowi cała historia po prostu nie klei się, a sam reżyser gubi się w tym wszystkim i… nudzi. Prawie jak w „Planecie małp” z 2001 roku. I nawet komputerowo stworzone postacie Zająca, Kota czy straży Czerwonej Królowej nie są w stanie tego filmu uratować przed porażką.

alicja_4

Także poziom aktorski jest dość nierówny. Przyzwoicie radzi sobie Mia Wasikowska – zagubiona, trochę nieporadna Alicja, próbująca odnaleźć reguły gry panujących w tym pokręconym świecie, aczkolwiek granie niemal przez cały film dwiema minami nie jest do końca tym, czego oczekuję. Depp, choć w pstrokatych kolorach i postrzelonej charakteryzacji, ma w sobie obłęd Szalonego Kapelusznika. Podobnie najlepsza z całej obsady Helena Bohnam Carter – antypatyczna, wyglądająca na granicy karykatury oraz zabawna, gdy ciągle żąda ścięcia głowy. Natomiast najsłabsza była Anne Hathaway – Biała Królowa w jej wydaniu jest manieryczna, mdła i irytująca.

Niestety, ale „Alicją…” Burton wpadł w dołek tak głęboki jak królicza nora. Problem w tym, że poza dołem nie widać niczego więcej. Nawet głębia jest tutaj pozorowana i gdybym miał 10, może 12 lat pewnie chwyciłoby mnie za gardło. Ale już chyba wyrosłem z takich bajek.

6/10

Radosław Ostrowski

Charlie i fabryka czekolady

Dawno, dawno temu działała fabryka czekolady, której właścicielem był ekscentryczny Willy Wonka – człowiek o nieskrępowanej wyobraźni, tworzącego niezwykłe słodycze. Jednego jednak fabryka wznowiła działalność i właściciel zaproponował grę. W pięciu opakowaniach czekolady, ukryte są złote bilety, które są „wejściówkami” do fabryki, za którą czeka nagroda.

willy_wonka1

Jeśli „Duża ryba” była przebudzeniem Tima Burtona, to adaptacja powieści dla dzieci Roalda Dahla wydaje się potwierdzeniem formy reżysera. Znów nakręcił film w bardzo charakterystycznym dla siebie stylu, mieszając surrealizm, bajkową oprawę plastyczną i specyficzny humor. Tak, jest to bajka opowiadająca o tym, że warto być dobrym dzieckiem. Historia jest prosta i droga, jaką się ona toczy jest bardzo przewidywalna, jednak niesamowity styl Burtona tutaj sprawdza się znakomicie. Nie przeszkadzał mi ani narrator z offu, ani moralizatorstwo, które jednak wprowadzono w dość niekonwencjonalny sposób (musicalowe wstawki wykonywane przez pracowników fabryki – Umpa-Lumpy, swoją drogą sama ich realizacja to mały majstersztyk). Każde pomieszczenie fabryki wygląda po prostu zjawiskowo – czy to obrabiarka orzechów, czekoladowy wodospad czy pokój, gdzie można czekoladę przenieść do telewizji – jest to wielka robota scenografów oraz specjalistów od efektów specjalnych. Całości towarzyszy szalona muzyka Danny’ego Elfmana oraz bardzo dobre, pełne kolorów zdjęcia Philippe’a Rousselota, tworzące baśniowy klimat.

willy_wonka2

Pochwalić też trzeba grę aktorska, która – jak to u Burtona – jest na naprawdę wysokim poziomie. Reżyser bardzo polubił Johnny’ego Deppa i znów go zatrudnił w głównej roli. Wonka w jego interpretacji to ekscentryczny jegomość o wrażliwości dziecka, który nie przepada za dorosłymi, co wynika z przeszłości naszego bohatera. Ale największą niespodzianką jest Freddie Highmore – młody aktor, który grał już u boku Deppa w „Marzycielu”. Tu potwierdza swój potencjał. Choć jego rola wydaje się mocno „kryształowa” (niemal idealne dziecko), jednak jest on w tym całkowicie naturalny i wiarygodny. Poza tym duetem na ekranie pojawia się także druga twarz kina Burtona – Helena Bohnam Carter. Tym razem bez charakteryzacji, a jej rola matki troszkę przypominała tą z „Jak zostać królem” – wspierająca, empatyczna i zachowująca pogodę ducha mimo okoliczności. Taką matkę chciałoby na pewno wiele dzieci. Najbardziej w pamięci utkwił mi energiczny David Kelly (dziadek Joe) oraz pojawiający się w epizodzie Christopher Lee (chłodny ojciec Wonki).

willy_wonka3

Burton potwierdza powrót do wysokiej formy, co dostrzegła też widownia, tłumnie idąc do kin. Bajka skierowana raczej dla młodszego odbiorcy, choć i starsi widzowie znajdą coś dla siebie (aluzja do „2001: Odysei kosmicznej”). Jednak następna produkcja Burtona miała być jego najlepszym dziełem XXI wieku, ale o tym jeszcze opowiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Duża ryba

Poznajcie Edwarda Blooma – faceta, będącego duszą towarzystwa w swojej okolicy. Jako młody chłopak opuścił swoją miejscowość  i wyruszył w wielką podróż, przeżywając wiele niezwykłych przygód. Jednak jego syn Will, który przyjeżdża, by zająć się swoim ojcem nie wierzy w jego opowieści. I próbuje ustalić, jak to było naprawdę.

duza_ryba1

Tim Burton na przełomie wieków próbował eksperymentować z gatunkami, co wychodziło mu dość średnio. Jednak tym razem adaptacja powieści Daniela Watersa jest powrotem do formy. W każdym razie mamy Burtona baśniowego, fantastę oraz opowiadacza historii. O czym tak naprawdę jest ten film? Próbą poznania prawdy o człowieku, który miał wielkie ambicje i opowiadał o swoich przeżyciach opowieści na granicy fikcji. Co jest prawdą, a co tylko wymysłem wyobraźni i czy da się oddzielić te dwa elementy? Opowieści Blooma przeplatają się z obecną rzeczywistością, co tylko uatrakcyjnia ten film i pozwala „pobawić się” w detektywa. A opowieść jest niezwykła – wiedźmy, olbrzym, wielka miłość, praca w cyrku, działalność wojskowa – wydarzenia coraz bardziej zaskakują, okraszone są dużą ilością humoru.

duza_ryba2

Wizualnie jest to piękne kino, które zgrabnie pokazuje lata 60. (młodość Blooma), okraszona poruszającą muzyką Danny’ego Elfmana. Najbardziej urzekły mnie dwie sceny. Pierwsza to zakochanie się Eda w przyszłej żonie, kiedy nagle wszystko się zatrzymuje (dosłownie) i następuje potem gwałtowne przyspieszenie. Drugim była (w zasadzie były) dwie wizyty w Spectre (Widmo, nazwa chyba nieprzypadkowa) – miasteczku idealnym i czarującym, jednak druga wizyta pokazała destrukcyjną siłę czasu, nie omijającego nikogo. A na sam koniec dostajemy dość przewrotny finał (nie zdradzę co, by nie psuć niespodzianki).

duza_ryba3

Burton potwierdza tym filmem, że ma dobrą rękę do aktorów i pozwala wycisnąć z nich maksimum. „Duża ryba” to przede wszystkim popis Ewana McGregora, która gra Amerykanina z południa USA, który jest – no właśnie – fantastą, mitomanem, gawędziarzem czy oszustem? Na pewno jest czarującym, zdeterminowanym człowiekiem pragnącym osiągnąć wielki sukces. Przy okazji ma też nieprawdopodobne szczęście (akcja w Szanghaju czy napad na bank), co budzi wątpliwości co do wiarygodności jego opowieści. Jego starsze wcielenie ma twarz Alberta Finneya, który prezentuje się przyzwoicie, pokazując niezmienność jego charakteru nawet mimo choroby. Być może dlatego ta rola została dostrzeżona przez krytykę zdobywając nominacje m.in. do Złotego Globu.

duza_ryba4

Poza tym duetem nie brakuje równie wyrazistych i ciekawych ról. Taką na pewno gra Helena Bohnam Carter i to wcielając się w dwie postacie – najpierw jest wiedźmą, która potrafi przewidzieć śmierć, a potem nieszczęśliwie zakochaną w Bloomie Jennifer ze Spectre, ciągle tęskniącej i tłumiącej swoje uczucia. Nie sposób nie wspomnieć także niezawodnego Steve’a Buscemi (pisarz Norther Winslow, który zaszedł w kompletnie zaskakującą branżę), uroczego Danny’ego DeVito (właściciel cyrku Amos Calloway) i wiecznie piękną Jessikę Lange (żona Edwarda).

Nie jest to może najlepszy film Tima Burtona, jednak „Duża ryba” pozostaje czarującą, zabawną baśnią o sile naszej imaginacji. Owszem, było wiele filmów o tej tematyce (zwłaszcza produkcje Terry’ego Gilliama), jednak Burton nie jest ani infantylny, ani irytujący. Ma pewna magię, której siła nadal potrafi oddziaływać.

7/10

Radosław Ostrowski

Edward Nożycoręki

Przedmieścia gdzieś w USA. Są tam idealne domy, gdzie mieszkają szczęśliwi ludzie, znający się nawzajem. Co się stanie, jeśli w tej okolicy pojawi się ktoś obcy, kogo nie znacie? Sprawczynią tego całego zamieszania jest pani Boggs – akwizytorka sprzedająca kosmetyki Avon. Odwiedziła opuszczone domostwo i znalazłam tam chłopca, który zamiast palców miał nożyczki. Na imię miał Edward, a kobieta zdecydowała się przygarnąć do siebie.

edward_nozycoreki1

Historia opowiedziana w tym filmie przez Tima Burtona jest dość prosta i nieskomplikowana. Zaczyna się jak baśń – najpierw mamy przepiękną czołówkę (ciemny błękit, zbliżenia na detale jak klamki czy wzorki), a potem widzimy starszą panią opowiadającą swoje wnuczce opowieść o Edwardzie. Samej wyobraźni i estetyki charakterystycznej dla tego reżysera tym razem jest bardzo niewiele. Pokręcony styl najbardziej widać w scenach pokazujących mroczne domostwo Edwarda, którego stworzył już mocno zaawansowany wiekowo wynalazca (skojarzenia bardziej z Pinokiem niż Frankensteinem). Gotycka budowa, taśma produkcyjna, dziwaczny piec – to tworzy bardzo mroczny klimat, spotęgowany przez bardzo sugestywna prace kamery oraz scenografię. Jednak przez większość czasu akcja toczy się na przedmieściach jakiegoś miasta gdzieś w latach 60. (w radiu lecą przeboje Toma Jonesa – „Delilah” i „It’s Not Unusual”), co widać zarówno w strojach, wnętrzach domów oraz fryzurach. Jedynym elementem niepasującym do reszty jest Edward ze swoimi rękoma. Osadzenie go w tym „idealnym” świecie staje się testem na człowieczeństwo. Sam bohater początkowo traktowany jest jako sympatyczne dziwadło, które jest w stanie zrobić kilka usług, np. ostrzyć żywopłot czy jako fryzjer. Ale ta idylla nie będzie trwała długo. Wtedy zacznie się wrogość, nienawiść, nieufność.

edward_nozycoreki2

Cały problem z „Edwardem” jest taki, że cała ta historia jest nie tylko przewidywalna (przesłanie też jest dość oczywiste), ale przez większość czasu mało angażująca. Pierwsze próby „adaptacji” Edwarda do świata ludzi są nawet zabawne (próba ubrania się), lecz dopiero pod koniec cała historia zaczyna działać na strunach wrażliwości i ma wiele niezwykłych ujęć (taniec Kim wśród płatków śniegu to magiczny moment, który zapamiętam na długo). Klimat tworzy też bardzo piękna muzyka Danny’ego Elfmana z niezapomnianym tematem przewodnim przypominającym kołysankę.

edward_nozycoreki3

Poziom podnoszą świetnie poprowadzeni aktorzy, z czego jeden z nich otrzymał „etat” u Burtona. Tym aktorem jest Johnny Depp, który jest po prostu uroczy w roli Edwarda. Aktor bardzo wiarygodnie zbudował postać „dużego dziecka” – zafascynowanego i odkrywającego nowy świat, ale jednocześnie łatwo podatnego na manipulację. Wszystko dla niego jest nowe, także miłość, a wszelkie emocje łatwo można odczytać w jego oczach. Równie czarująca jest Winona Ryder jako córka państwa Boggs, Kim. I jak to nastolatka jest wrażliwą dziewczyną, choć początkowo nieufną wobec Edwarda. Potem ta relacja zmienia się w poważniejszą zażyłość. Jest też kilka dobrych ról na drugim planie. Nie sposób nie docenić empatycznej Dianne Wiest (pani Boggs), traktującą Edwarda niemal jak swoje dziecko, antypatycznego Anthony’ego Michaela Halla (psychopatyczny Jake) oraz – ostatni raz na ekranie – legendarnego aktora kina grozy Vincenta Price’a (Wynalazca).

edward_nozycoreki4

„Edward” był ważnym filmem przede wszystkim dla Johnny’ego Deppa, który stał się stałym współpracownikiem Burtona oraz dzięki niemu stał się docenionym aktorem swojego pokolenia. Poza tym jest to dość przewidywalna baśń, która momentami przypomina to, za co kocha się Amerykanina. To jednak za mało, by wznieść się nieco ponad przeciętność.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sok z żuka

Państwo Maitlandowie to dość spokojna rodzinka mieszkająca w dużym domu, są szczęśliwi, ale dziecka brakuje im do szczęścia. Spędzają właśnie urlop w swoim domu, ale podczas zakupów wpadają do rzeki i giną. Dowcip polega jednak na tym, że jako duchy wracają do swojego domu i nie mogą go opuścić, bo… powiedzmy ze nie będzie zbyt fajnie. Tylko, że do ich domu wprowadzają się nieprzyjemni żywi ludzie, zmieniający ich przyjemny domek w totalne dziwadło. Więc trzeba ich wypędzić. Ale jak?

sok_z_zuka1

Po swoim pełnometrażowym debiucie, Tim Burton dostał spory kredyt zaufania od Warner Bros., którzy pozwolili mu nakręcić, kolejny wariacki film, który można – nawet trzeba – nazwać czarną komedią, będącą odwróceniem „Egzorcysty”, gdyż to duchy chcą wypędzić żywych. Sprawa jest o tyle trudna, że nikt ich nie widzi, a umiejętność opanowania poradnika dla nieboszczyków idzie im pod górkę. Dodatkowym problemem jest fakt, ze nowi lokatorzy są chciwi i będą próbowali na straszeniu zbić kapitał, a to już nietajne. Reżyser jak zawsze ma pokręcone i surrealistyczne wizje, które jest w stanie pokazać bardzo sugestywnie. Wystarczy wspomnieć słynną poczekalnię w zaświatach, gdzie zmarli czekają na rozmowę z kuratorem czy kompletnie przemeblowany dom Maitlandów z dziwacznymi i zagadkowymi rzeźbami budzącymi grozę. Jednak Amerykanin nie byłby sobą, gdyby nie pozwolił na odrobinę czarnego i smolistego humoru (m.in. próby straszenia), tworząc naprawdę przyjemną rozrywkę, która dość szybko się rozkręca z bardzo przewrotnym finałem.

sok_z_zuka2

Poza scenografią (u Bartona zawsze zrobioną z fasonem i klasą), „Sok z żuka” posiada znakomitą muzykę Danny’ego Elfmana, a także bardzo pewnie dobrane piosenki (z „Jump In the Line” Harry’ego Bellfaonte na czele), co jest uczta dla ucha.

sok_z_zuka4

Także pod względem aktorskim film trzyma dobry poziom. Zarówno Alec Baldwin jak i Geena Davis w rolach nieboszczyków bezskutecznie próbujących wykurzyć nowych lokatorów są naprawdę dobrzy i zabawni w swojej nieporadności, co też jest sporym źródłem humoru. Tak naprawdę szoł ukradła im dwójka aktorów. Po pierwsze, urocza Winona Ryder, czyli Lydia Deetz, córka nowych lokatorów. Zawsze ubrana na czarno, ponura i niekochana przez swoich rodziców, jest też jedyną widzącą Maitlandów, nawiązując z nimi silna więź. No i on – brawurowy Michael Keaton w roli tytułowej. Choć pojawia się dość krótko (może z 15 minut), rozsadzał ekran swoją szaloną osobowością jako niekonwencjonalny bioegzorcysta, który nie tylko serwuje najlepsze teksty (pełne dwuznaczności), ale tez jest cwanym manipulatorem z własnym celem. Jednak nie można odmówić mu skuteczności, co tylko potwierdza, że moralność i etyka nie idą ze sobą ręka w rękę.

sok_z_zuka3

„Sok z żuka” to Burton dowcipny, czasami nieobliczalny, z dziką wyobraźnią, która czasami jest w stanie odwrócić uwagę od fabuły. Jednak tak naprawdę następny film miał uczynić z reżysera wizjonera.

7/10

Radosław Ostrowski

Tajemnice lasu

Musicale to gatunek trudny i niełatwy do realizacji – jak zresztą każdy gatunek filmowy. Jednak tym razem reżyser Rob Marshall, który miał dość spore doświadczenie przy realizacji musicali („Chicago”, „Nine”) zrobił kolejny projekt, tym razem dla Disneya. A początek jest taki: dawno, dawno temu żył sobie piekarz razem z żoną. Żyli sobie szczęśliwie, ale brakowało im tylko dziecka. Nie mogą go mieć nie z powodu różnych medycznych przypadłości (lekarz wtedy nie istniał raczej), tylko spowodowane jest klątwą czarownicy i tylko ona może ją zdjąć. By to zrobić potrzebne są pewne przedmioty: krowę, złoty pantofelek, czerwony kaptur i złote włosy.

tajemnice_lasu1

Brzmi znajomo? Marshall miesza baśniowe postacie i motywy (Kopciuszek, Roszpunka, Jaś i magiczna fasola itp.), gdzie przeplatają się te postacie oraz wątki ze sobą. Pytanie tylko – po co to wszystko? I jeszcze tu wszyscy śpiewają – w wiadomym stylu, gdzie wszyscy rywalizują o to, kto mocniej wyje. Owszem, reżyser próbuje zrobić pewne cudeńka (zwłaszcza wizualna strona robi naprawdę dobre wrażenie), a odniesienia do klasycznych baśni sprawiają wrażenie pewnego mechanicznego działania (poza Czerwonym Kapturkiem i akcji z Wilkiem – to było zabawne czy ironiczny śpiew obu Książąt z bajki) czy niektórych dwuznacznych scen, jednak nawet one nie są w stanie przykuć uwagi na dłużej, choć przesłanie (uważajcie, czego życzycie, bo to się spełni) może się podobać.

tajemnice_lasu2

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to część śpiewana jest taka sobie (broniła się tylko Anna Kendrick i – czasami – Meryl Streep), jednak gdy nie trzeba śpiewać, to wtedy jest całkiem nieźle. Najlepiej zaprezentowała – moim skromnym zdaniem – urocza Emily Blunt jako żona piekarza (James Corden), która sprawia wrażenie bardziej zaradnej i niepozbawionej sprytu. A sama Meryl S., która dostała kolejną nominację do Oscara? Wygląda tak, jak czarownica wygląda powinna – jest ohydna, raczej antypatyczna i działająca w zgodzie ze swoim interesem. To po prostu solidna rola, bez jakiegoś zaskoczenia czy niespodzianki. A reszta, dla mnie poprawna i tyle.

tajemnice_lasu3

Cóż, po tym filmie, musicali raczej nie polubię. Nudny, niekonsekwentny, pozbawiony czegoś, co przykułoby moją uwagę na dłużej. A szkoda, bo wydawałoby się to bardzo intrygujące.

tajemnice_lasu4

5,5/10

Radosław Ostrowski


Medium

Wierzycie w zaświaty czy życie pozagrobowe? Ta historia bazuje na trójce bohaterów, którzy bardziej lub mniej zetknęli się ze śmiercią. Francuzka dziennikarka Marie podczas urlopu przeżywa atak tsunami i przez chwilę znajduje się w stanie chwilowego zgonu. George wydaje się zwykłym robotnikiem, ale naznaczony jest darem widzenia zmarłych, wcześniej działał jako medium. Wreszcie jest dwóch braci bliźniaków – Jason i Marcus, opiekujący się matką-alkoholiczką. Podczas pójścia po leki, starszy zostaje zaatakowany przez gnojków i uciekając przed nimi wpada pod auto.

medium1

Clint Eastwood mięknie z wiekiem i stara się poruszać ważkie tematy. Razem z uznanym scenarzystą Peterem Morganem („Królowa”, „Ostatni król Szkocji”, „Frost/Nixon”) próbuje opowiedzieć o życiu po śmierci. Nie jest to jednak żaden horror, ale pełnokrwisty dramat obyczajowy, gdzie losy całej trójki przeplatają się ze sobą. O ile początek jest intrygujący (scena tsunami jest naprawdę świetna), o tyle dalej cała historia zwyczajnie nuży. Szukanie kontaktu ze zmarłymi jest tutaj próba pogodzenia się i pożegnania się z innymi. Ale tez przy okazji widzimy jak żyją osoby, które mają „kontakt” z zaświatami.

medium2

Ciekawszy był dla mnie watek George’a (Matt Damon pozytywnie zaskoczył) –  medium, który traktuje swój dar bardziej jako klątwę, nie pozwalającą mu prowadzić normalnego życia. Dlatego chce się od tego odciąć, niemal desperacko. Podobnie Marie (świetna Cecile De France), która o mało nie umarła i próbuje przetrawić to. Szuka informacji i chce napisać o tym książkę, a bracia bliźniacy (George i Frankie McLaren) byli po prostu świetni. Więc aktorsko nie mam żadnych zastrzeżeń, także kameralna forma nie przeszkadzała – to był zawsze znak rozpoznawczy Clinta.

medium3

Ale dla mnie to wszystko trochę za łagodne, za bajkowe i tylko ślizgające się po problemie. Zaświaty i życie po śmierci to jedna ze spraw prześladująca każdego człowieka. Ale tutaj jest to takie naiwne i bajkowe, że głowa mała. A zakończenie to dla mnie czysty kicz (więcej nie powiem). „Medium” może śmiało rywalizować o miano jednego z najgorszych filmów Eastwood. Nudny, powolny i poruszający tylko momentami. A mogło być tak fajnie.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda


Narzeczona dla księcia

Do chorego wnuczka przybywa dziadek, który czyta mu książkę, która była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Choć wnuczek bardziej woli gry komputerowe, dziadek bardzo go namawia, serwując masę atrakcji. O czym jest ta opowieść? Dawno temu, było sobie dwoje ludzi – oboje z nizin społecznych. Ona zwała się Buttercup i lubiła rozkazywać parobkowi, czyli Westleyowi. Kiedy uświadamia sobie, ze go kocha, młodzian wyrusza w wędrówkę, ale zostaje zabity przez pirata Robertsa. Dziewczyna z rozpaczy decyduje się zostać narzeczoną księcia Humpertinga i wtedy odkrywa, że…

narzeczona1

Więcej wam nie zdradzę, bo sama historia jest jednym z najmocniejszych atutów filmu Roba Reinera. Pozornie mamy typowa produkcje fantasy z lat 80-tych, gdzie mamy piękne plenery, imponującą scenografią (ogniste piaski nadal robią wrażenie), w dodatku okraszoną naprawdę nastrojową muzyką Marka Knopflera. Jednocześnie reżyser mocno trzyma się konwencji kina przygodowego/fantasy, a z drugiej całość wyśmiewa tworząc świetny pastisz tego gatunku. Obśmiana jest cała konwencja, gdzie nie brakuje odrobiny czarów (największym jest jednak miłość), pojedynków na śmierć i życie (starcie Inigo Montoyi z piratem Robertsem), gdzie choreografia i powaga miesza się z humorem (panowie nawzajem chwalą się swoimi umiejętnościami), a czasami humor mocno idzie w stronę absurdu (wizyta u Cudotwórcy Maxa). Cała ta kombinacja i postmodernistyczna zabawa może (i powinna) budzić skojarzenia ze „Shrekiem”, gdzie w podobny sposób konstruowano całą zabawę.

narzeczona2

Jednak ta cała zabawa konwencją nie udałaby się, gdyby nie świetny scenariusz napisany przez Williama Goldmana (który był też autorem literackiego pierwowzoru), okraszony błyskotliwymi dialogami oraz bardzo pewna ręka reżysera. Dodatkowo aktorzy wspierają reżysera w tej walce. Tutaj pierwsze skrzypce trzyma Cary Elwes, czyli Westley – czarujący i urodziwy mężczyzna, który okazuje się być dzielnym wojownikiem. Patrzenie na pojedynki z tym aktorem to po prostu poezja. Tak samo można powiedzieć o stawiającej swoje pierwsze kroki Robin Wright (jeszcze nie Penn) w roli tytułowej. Piękna, trochę naiwna, ale posiadająca pewien urok. Za to drugi plan jest przepełniony wyrazistymi postaciami, które nawet mając kilka minut zapadają w pamięć. Tak można powiedzieć o mocno ucharakteryzowanym Billym Crystalu (Cudotwórca Max), Melu Smithie (albinos, sługa hrabiego Rugena) czy Wallace Shawnie (przebiegły Vizzini). Ale i tak wybija się z tego grona świetny Mandy Patinkin w ikonicznej już roli Inigo Montoyi – hiszpańskiego mistrza szpady, który poprzysiągł zemstę zabójcy swojego ojca. No i obowiązkowo jeszcze trzeba wspomnieć o Peterze Falku i Fredzie Savage’u, czyli dziadka z wnukiem.

narzeczona3

Pastisz Reinera zadziałał mocno, tworząc jeden z pamiętnych filmów mojego dzieciństwa. I mimo upływu lat, „Narzeczona” pozostaje świetną rozrywką zarówno dla młodego jak i troszkę starszego kinomana. A to jak widać potrafi niewielu.

8/10

Radosław Ostrowski

Czarownica

Wszyscy znamy baśń o Śpiącej Królewnie? Panowie z Disneya też ją znają, ale postanowili pójść zgodnie z trendami i zrobili znacznie mroczniejszą i „stuningowaną” opowieść. Ale po kolei. Czarownicą jest tutaj niejaka Maleficent, która była wróżką pilnującą Wrzosowiska – krainy zamieszkiwanej przez magiczne istoty. Wróżka zaprzyjaźnia się ze Stefanem – młodym chłopcem, z którym łączy więź. W tym czasie Wrzosowisko chce podbić król Henry. Wtedy Maleficent zostaje zdradzona przez Stefana, który zostaje królem. A gdy rodzi mu się córka, tytułowa czarownica planuje zemstę.

czarownica1

Debiutujący na stanowisku reżysera scenograf Robert Stromberg na pewno ma oko do spraw wizualnych. I to widać, bo zarówno scenografia, kostiumy, zdjęcia oraz efekty specjalne robią naprawdę duże wrażenie. Samo Wrzosowisko wygląda bardzo bajkowo i nie jest to wada. Ale na szczęście także sama opowieść trzyma swój poziom. Niby znamy całość i wiemy co się stanie, ale nie brakuje tu niespodzianek oraz rozmachu godnego widowiska. Widać to w niewielu scenach akcji (atak na Wrzosowisko czy finałowa konfrontacja), ale mroczny klimat przykuwa uwagę. Problem w tym, że to produkcja raczej dla młodszego widza (pozbawiona krwi i brutalności), opowiadająca o braku tolerancji i ostrzeżeniem do czego doprowadza egoizm. Nie brakuje odrobiny humoru (trzy niezdarne wróżki), ale są one jakby przy okazji tej całej historii.

czarownica2

Jednak największym atutem jest baśni jest znakomita Angelina Jolie, która bardzo wiarygodnie prezentuje się zarówno jako anielska i niewinna wróżka, jak też będąc demoniczną i złą czarownicą. Jak grozi, to wierzymy jej na słowo, jednak jej wielowymiarowość potrafi oczarować. W środku nadal jest tą samą anielicą, którą okoliczności zmusiły do takiego a nie innego wyboru. Nie gorszy jest Sharlto Copley jako król Stefan, który jako dorosły pokazuje najgorsze cechy człowieka – chciwość, obłęd, żądzę władzy. Przy tej dwójce grającą księżniczkę Aurorę Elle Fanning wypada bardzo blado. Intryguje za to trio wróżek (uroczo wyglądają jako małe istotki Lesley Manville, Imelda Staunton i Juno Temple), które rozładowuje napięcie humorem. I jest jeszcze Sam Riley, czyli Diaval (kruk, który przybiera ludzką postać).

czarownica3

Wbrew pozorom, to bardzo spokojna, wręcz kameralna baśń, którą można było podkręcić. Jednak solidna realizacja i naprawdę wyborna Angelina w roli głównej potrafią przykuć uwagę na dłużej. I potwierdza, że Disney zaczyna wracać do formy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Noe: Wybrany przez Boga

Inspiracja Starym i Nowym Testamentem jest dla reżyserów bardzo ogromna i wielka. Jeśli bierze się za biblijną opowieść bardzo nieszablonowy reżyser, może powstać wszystko. Czegoś takiego podjął się Darren Aronofsky, który sięgnął po Noego – wiecie, tego kolesia co zbudował Arkę.

Reżyser po swojemu interpretuje biblijna opowieść dodając do nich upadłe anioły, które wyglądają jak kamienne golemy i pomagają ludziom (czytaj: Noemu i jego rodzinie), potomków Kaina, którzy podporządkowali sobie ziemię (są źli, tak źli, że za mięso oddają swoje żony i dzieci) oraz Noego, który ma wizję. Widzi w niej zagładę ludzkości i by do niej nie dopuścić, decyduje się zbudować Arkę i przenieść tam niewinne zwierzęta do nowego Edenu.

Noe1

I w zasadzie to tyle, ale Aronofsky nie byłby sobą, gdyby nie próbował przemycić poważniejszych treści. Bo tutaj Noe jako ślepo posłuszny Stwórcy (Bóg nie istnieje) powoli zaczyna się zmieniać w fanatyka, który uważa, że ludzkość skazana jest na zagładę. Tylko w ten sposób nie dojdzie do zbezczeszczenia Ziemi. Tylko czy do tego wszystkiego potrzeba było 120 mln dolców? Jak najbardziej. Bo jest tu kilka scen wizualnie zapierających dech (stworzenie świata, upadek aniołów czy wizje Noego), mimo surowej i stonowanej kolorystyki (znowu Matthew Libatique pokazuje klasę jako operator). Ale pytania o wiarę i jej sens przewijają się dość mocno, nie dając do końca jednoznacznej odpowiedzi. I w tym momencie „Noe” jest najciekawszy. Owszem, nie brakuje tutaj akcji (obrona Arki przez Noego i anioły), jednak one są dodatkiem do całości, nadając epickiego rozmachu – także sam potop wygląda imponująco. Aronofsky nie do końca jednak to wykorzystuje, co może wywołać pewne znużenie, parę scen można śmiało wyciąć (zbieranie jagód przez Matuzalema – panie Hopkins, wstydu oszczędź!), a miejscami wizualny przepych może doprowadzić do bólu oczu (inwazja ptaków), niemniej jest to interesująca propozycja.

Noe2

Ale najmocniejszym elementem nowego filmu Aronofsky’ego jest kapitalny Russell Crowe. Jeśli myślicie, że Noe to prawy i sprawiedliwy facet – jesteście w błędzie. Ma wizje (i twierdzi, że Stwórca coś do niego mówi), które stają się dla niego obsesją i czynią z niego fanatyka religijnego – ludzkość musi umrzeć, a jego synowie mają pozostać ostatnimi ludźmi na Ziemi. I to budzi w nim wewnętrzną wojnę miedzy posłuszeństwem wobec Boga (który wydaje się tutaj okrutnikiem) a szczęściem rodu swojego. Poza Russellem warto wyróżnić Raya Winstona jako bezwzględnego i twardego króla. Cała reszta, niestety robi tutaj za dekorację, a najbardziej szkoda tutaj Jennifer Connelly, czyli rozważnej żony Noego, która jest tutaj nadekspresyjna.

Noe3

Aronofsky postawił sobie trudne zadanie, ale wyszedł z niego z obronną ręką i pokazał, że nie ma dla niego zadań niewykonalnych. Ciekawe jak wypadnie jego kolejne przedsięwzięcie, które określono jako „Fargo” w kosmosie.

7/10

Radosław Ostrowski