Mała doboszka

Jest rok 1979. Charlie Ross to młoda, aspirująca, brytyjska aktorka z małego teatru. I jak każda chce otrzymać rolę, która da jej szansę przebicia się. Wszystko się zmienia w momencie, gdy cała trupa dostaje zaproszenie do Grecji. Tam pojawia się tajemniczy mężczyzna, który zwraca na siebie uwagę dziewczyny. Kiedy zabiera ją na nocną przejażdżkę, nawet nie wie w jaką poważną kabałę się pakuje. Bo tajemniczy mężczyzna jest agentem Mossadu, zaś dziewczyna dostaje najtrudniejszą rolę w swojej karierze.

mala doboszka1

Ostatnio często pojawiają się adaptacje szpiegowskich thrillerów Johna le Carre. Tym razem znowu siły połączyło AMC i BBC, tworząc „Małą doboszkę”, a reżyserią zajął się Chan-wook Park. Już jest dziwnie, prawda? Ale sama opowieść do łatwych też nie należy, ponieważ – jak to w szpiegowskim dreszczowcu – mamy tutaj prowadzoną grę. Anglosasi nazywają to „smoke and mirrors”, gdzie wiele rzeczy zostaje ukrytych i stopniowo zaczynamy wszystko układać w jedną całość. A nasza bohaterka krąży wokół całej hecy i musi się w tym wszystkim odnaleźć, zachowując wiarygodność swojej roli. A cóż to za rola, spytacie. Ja odpowiem krótko: dziewczyny z zachodu, która dotrze do palestyńskiej komórki terrorystycznej pod wodzą niejakiego Khalila. Infiltracji musi dokonać dziewczyna z Zachodu, bo to one są przez nich werbowane i musi mieć odpowiednie poglądy. A że są to czasy bardzo intensywnej wojny Izraela z Palestyną, więc gra toczy się o wysoką stawkę.

mala doboszka5

Reżyser jeszcze opowiada to wszystko w bardzo swoim stylu. Czyli jest tutaj zabawa montażem w scenach, kiedy wypowiedzi różnych postaci (Michela oraz podszywającego się Gadiego) zaczyna się nakładać na siebie, jest pomieszana chronologia czy jak na początku odcinka trzeciego nagle cofamy się – dosłownie – do paru chwil przed. Także przeskoki z postaci na postać są pokazane w sposób bardzo płynny, dodając dynamiki całej opowieści. Opowieści toczącej się bardzo spokojnie, bez efekciarskiej akcji, gdzie napięcie wynika z pilnowania się. Żeby nie zdradzić się przed obcymi, bo błąd może kosztować życie. Czuć to w takich scenach jak spotkanie z niemieckim duetem Helga i Anton, przesłuchaniu Salima w zamkniętym pomieszczeniu. W tych momentach napięcie jest wręcz na granicy fotela, co wydawało się trudne do osiągnięcia.

mala doboszka2

Park nawet pozornie proste sceny rozmów inscenizuje w sposób bardzo kreatywny. Albo opierając całość na szybkich zbliżeniach, albo używając długich ujęć i pokazując cała akcję z daleka (porwanie Anny Witgen z auta), przez co nie ma miejsca na nudę. Ale też jesteśmy w różnych miejscach od Niemiec przez Grecję aż do Libanu (najbardziej intensywny fragment) oraz finału w Londynie. Wizualnie wygląda to pięknie, z bardzo nasyconymi kolorami oraz ciągłym wyczekiwaniem tego, co może nadejść. Nie brakuje mocnych dialogów, cierpkiego humoru, imponującej scenografii oraz niesamowicie wyglądających kostiumów.

mala doboszka3

To wszystko jednak nie zadziałałoby, gdyby oprócz wspaniałej reżyserii nie byłoby znakomitej obsady. Wszystko na swoich barkach trzyma absolutnie genialna Florence Pugh jako Charlie. Aktorka musiała niemal non stop pokazywać różne emocje, przez które musi lawirować w zależności od okoliczności: wściekłość, gniew, smutek, siłę, spryt. Jednocześnie jest trzymana w nieświadomości, co jeszcze bardziej jej utrudnia zadanie, próbując zachować nerwy na wodzy. Łatwo było tą rolę schrzanić, ale wszystko zostało pokazane znakomicie. Równie wyborny jest Michael Shannon w roli Martina Kurtza, czyli szefa komórki wywiadowczej Mossadu. I choć wydaje się to rola nieciekawa, bo to koleś w prochowcu, znoszonym garniturze oraz dużych okularach, nie dajcie się podejść. Opanowany, skupiony, bardzo analityczny umysł godny szachisty, nie bojący się stosować manipulację czy kłamstwa. Troszkę przypominał mi George’a Smileya, a to jest dobre skojarzenie. No i trzeci wierzchołek trójkąta, czyli Alexander Skarsgard jako Gadi. Kiedy go poznajemy jest tajemniczy, czarujący, ale z czasem też próbuje się odnaleźć i jest w konflikcie. Bo z jednej strony musi być kimś w rodzaju przewodnika dla Charlie, a z drugiej zaczyna mu na niej zależeć. Nawet za bardzo, choć stara się to ukrywać, a gra jest trudniejsza. Reszta postaci także wypada bardzo dobrze, mimo nie zawsze dużego czasu.

mala doboszka4

Dla mnie „Mała doboszka” to najlepszy nie-bondowski tytuł szpiegowski ostatnich lat. Wszystkie klocki są tutaj na właściwym miejscu i nadal działają, a mimo spokojnego tempa napięcie jest bardzo intensywne, wręcz namacalne. Taki poziom osiągają tylko mistrzowie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Małe kobietki

Powieść Louisy May Alcott o siostrach March i ich wchodzeniu w dorosłe przenoszono na ekran tyle razy, że ja nie wiem, co jeszcze można wymyślić w tym temacie. Bo mamy cztery siostry, uzdolnione artystyczne, wychowywane głównie przez matkę. Wszystko poznajemy z perspektywy średniej siostry Jo, która ma predyspozycje do pisania. No i te same dylematy: wierność własnym zasadom czy dopasowanie się do społeczeństwa, gdzie traktowana jest jako ta gorsza i nie mająca zbyt wiele szans na karierę czy samodzielność. Więc co nowego ma do zaoferowania reżyserka Greta Gerwig?

male kobietki 2019-1

Niby wydaje się, że opowiada tą samą, znaną nam opowieść. Ale reżyserka postanowiła całość pokazać za pomocą dwóch linii czasowych: współczesnej, czyli lata 70. XIX wieku oraz 7 lat wstecz, gdy ojciec rodziny ruszył walczyć na wojnie secesyjnej. Zderzenie przeszłości (okresu pomiędzy dzieciństwem a dorosłością) z teraźniejszością, gdzie niemal każda z sióstr wyfrunęła ze swojego domu i zaczyna podejmować ważne decyzje. Nie ważne, czy jest to nieujarzmiony, wolny duch Jo, dostosowująca się do panujących reguł Amy, rozważnej i opanowanej Meg lub empatycznej Beth. Każda z pań niejako zostaje zmuszona do zweryfikowania swojej postawy, zaś łamana chronologia jest tutaj bronią obosieczną.

male kobietki 2019-2

Z jednej strony pozwala pokazać pewne głębiej każdą z bohaterek (nawet najbardziej znienawidzoną przez fanów książki Amy) i poznać jej racje. Z drugiej strony wywołuje to na początku chaos i zagubienie. Zwłaszcza kiedy chcemy ustalić co dzieje się kiedy. Dopiero po kilkudziesięciu minutach można odkryć różnicę (zwróćcie uwagę na kolory i ich nasycenie) i wejść w całą opowieść. Pełną ciepła (przepięknie wygląda ten film wizualnie), wzruszeń i humoru, z postaciami nie dającymi się nie lubić. Nawet jeśli zdarza im się podjąć decyzje pod wpływem negatywnych emocji (spalenie powieści Jo przez Amy) czy zbyt pochopnie, podcinając sobie skrzydła.

male kobietki 2019-4

Żeby jednak nie było, film ma drobne wady. Poza chaotyczną narracją (przynajmniej na początku) troszkę film zepsuło mi zakończenie. I nie chodzi mi tutaj o wydruk powieści, ale raczej tą sielankową wręcz atmosferę, gdzie robi się – przynajmniej dla mnie – już za słodko. No i jest jedna kreacja, która mnie troszkę rozczarowała, czyli Laurie. Sąsiad Marchów w wykonaniu Timthy’ego Chalamette’a jest całkiem ok, ale po tym aktorze liczyłem na coś więcej.

male kobietki 2019-3

Poza tym aktorsko byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Oczarowała mnie – w co nie wierzyłem do końca – Saorise Ronan jako najbardziej niezależna z całego rodzeństwa Jo, choć wydaje się niepozorna. Jak ją na początku zobaczyłem, miałem wątpliwości, ale kupiła mnie swoją energią, oczami i temperamentem, nawet jak puszczały jej nerwy, wylewając cała złość. Film kradnie świetna Florence Pugh, czyli Amy – najbardziej kapryśna z całej czwórki. Nie jest jednak w żaden sposób demonizowana czy budząca antypatię, zaś jej racje wygłasza w dość mocnym monologu. Przez tą scenę zacząłem inaczej patrzeć na tą postać. Reszta rodzeństwa wydaje się być tłem (Emma Watson i Eliza Scanlen), ale ma swoje bardziej poruszające momenty. To dotyczy najmłodszej, chorowitej Beth, której wątek dodaje sporo dramaturgii. Ale drugi plan jest bardzo bogaty, a z niego najbardziej wybija się Laura Dern jako matka, która – przez większość czasu – sama zajmuje się domem i wydaje się być niemal ideałem. Mimo przeciwności losu, jest niemal twardym monolitem i wsparciem dla rodziny, zaś jej rozmowy z Jo pokazują jak wiele mądrości ma ta kobieta. No i jest jeszcze drobny epizod Meryl Street, czyli bogatej ciotki March, która zapada w pamięć.

Mój sceptycyzm wobec tej wersji w trakcie seansu bardzo osłabł, ale Gerwig uwiodła mnie swoją wizją. Jest to ciepła, piękna plastycznie opowieść o kobiecości i wchodzeniu w dorosłe życie, pełna nieopisanej pasji. Chyba jestem pani Gerwig winien przeprosiny, czekając na kolejny film.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Na ringu z rodziną

Wrestling dla wielu może wydawać się pseudo-sportem. Dlaczego? Bo wszystko jest tutaj udawane, gdzie ciosy są markowane i to jest jeden wielki spektakl. Gdzie ludzie wierzą, że to się dzieje naprawdę. Jednak dla niektórych wrestling jest sensem życia, pasją i miłością jednocześnie. Taka jest brytyjska rodzina Knightów z Norwich w Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że Brytole za tą dyscypliną nie przepadają tak bardzo jak Amerykanie. Nie zraża to jednak familii do działania na lokalny podwórku. Szansą na zmianę tej sytuacji są eliminacje do federacji WWE, gdzie droga do kariery jest wielka. Do walki staje Saraya z bratem Zakiem, tylko że dalej (treningi i przygotowania do NXT – niższa liga) dostaje się dziewczyna.

na ringu z rodzina1

Tą prawdziwą historię postanowił przedstawić aktor Stephen Merchant i decyduje się tutaj skupić się na dwóch aspektach. Po pierwsze, pokazanie czym dla tej rodziny jest wrestling. Z jednej strony scala rodzinę i dla rodziców był wybawieniem przed bardzo niebezpieczną drogą (ojciec – kryminalista i alkoholik, matka – próbowała popełnić samobójstwo). Dla dzieci zaś bywa zarówno szansą na życie, jak i pewnego rodzaju przekleństwem. Najmocniej to widać na przykładzie Zaka, który po odrzuceniu nie potrafi się odnaleźć. Zaczyna zaniedbywać swoją własną rodzinę (nieplanowane dziecko, żona z bardziej sytuowanej rodziny) oraz rolę lokalnego trenera i mentora dla dzieciaków. Ale i nasza sama bohaterka oddalona od rodziny, zdana tylko na siebie, zaczyna się gubić, treningi stają się męczące. W końcu pojawiają się wątpliwości, czy naprawdę iść w tym kierunku, a może odpuścić i znaleźć sobie coś innego?

na ringu z rodzina2

Te pytania i dylematy są podane w formie komediodramatu, co na pewno czyni seans przyjemnym. Elementy humorystyczne (obiad z przyszłymi teściami czy rozmowa telefoniczna z The Rockiem), jak i dramatyczne wątki są odpowiednio wyważone, a sama opowieść naprawdę angażuje. O dziwo, najbardziej podobały mi się sceny na ringu oraz przygotowania. Jasne, jest to uproszczone, a miejscami pojawia się odrobinka patosu. Na szczęście, jest to przekłuwane humorem, zaś sama choreografia walk potrafi dostarczyć masę satysfakcji. A finałowa konfrontacja to małe cudeńko.

na ringu z rodzina3

Może troszkę czuć troszkę chwiejną rękę reżysera, zaś kilka scen wydaje się niepotrzebnych, jednak sytuację ratuje aktorstwo. Obecny na plakatach Dwayne Johnson pełni rolę epizodyczną (poza tym jest producentem filmu) i w roli samego siebie sprawdza się naprawdę cool, ale tak naprawdę liczy się Florence Pugh. Dziewczyna jest fenomenalna w roli troszkę introwertycznej Sarayi vel Paige. Może i wydaje się wycofaną laską o wyglądzie typowej fanki metalu, ale kiedy jest na ringu, żarty się kończą, a energia dosłownie ją rozsadza. Absolutnie przekonująca w każdej scenie i coraz bardziej jestem ciekaw jej kolejnych kreacji. Warto też wspomnieć o świetnym Jacku Lowdenie, czyli Zaku. Ten chłopak ma na punkcie wrestlingu kompletnego fioła, jednak to nie wystarcza na przebicie się dalej. I świetnie pokazuje jego żółć, rozgoryczenie oraz ból niespełnienia, zaś jego dojrzewanie do roli wsparcia pokazane jest bez fałszu. Swoje robi także cudny Vince Vaughn (trener Hutch), choć troszkę przypomina swoją rolę z „Przełęczy ocalonych” oraz fajny duet Lena Hadey/Nick Frost.

na ringu z rodzina4

„Na ringu z rodziną” może nie podbije i nie zdobędzie szerokiej rozpoznawalności, ale to absolutnie bezpretensjonalna i klasyczna opowieść „od zera do bohatera” w brytyjskim wydaniu. Z humorem, lekkością, ale i odrobiną powagi pokazuje do czego może zaprowadzić pasja oraz determinacja. Plus rodzina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Król Lear

William Szekspir jest tak ważną postacią dla kultury, że jego wpływ jest nie do przecenienia. A ilości adaptacje jego sztuk na ekranie liczy się w tysiącach (najpopularniejsze są „Hamlet”, „Makbet” oraz „Romeo i Julia”), głównie dokonywanych przez telewizję BBC. Tym razem jednak do gry wszedł Amazon Prime Video, który zatrudnił Richarda Eyre’a do zmierzenia się z „Królem Learem”.

Fabuła tej opowieści wydaje się prosta. Podstarzały król decyduje się podzielić między swoje córki całe królestwo: najstarszą Gonerylę, Regan oraz najmłodszą Kordelię. Kiedy ta ostatnia nie chce wymawiać pochlebstw, zostaje wygnana z domu oraz bierze za męża króla Francji. Jednak dwie siostrzyczki delikatnie mówiąc, kochają swojego ojca, lecz tylko swoimi słowami, nie czynami. Jednocześnie nieślubny syn lorda Gloucester, Edmund planuje intrygę w celu zniszczenia swojego ojca oraz zdobycia jego włości.

krol_lear1

Pierwsze, co robi reżyser to trzyma się mocno tekstu pierwowzoru, jednocześnie uwspółcześniając całe miejsce akcji. Więc zamiast koni i rycerzy, mamy samochody, żołnierzy z karabinami, zaś jedna z potyczek toczy się na gołe pięści i przypomina walki MMA. I choć początkowo taki zabieg wydaje się wywoływać pewien zgrzyt, bo archaiczny tekst zmieszany ze współczesną rzeczywistością wywołuje pewną sztuczność. Ale można się do tego łatwo przyzwyczaić. Mimo, że nie znałem tekstu Szekspira oraz bardzo specyficznego stylu, pełnego ozdobników, nie czułem się zdezorientowany i wydaje mi się, że zrozumiałem przebieg fabuły. Choć całość wygląda niczym teatralny spektakl, to jednak dość dynamiczna praca kamery (pełna zbliżeń oraz niemal w ciągłym ruchu) oraz montaż czynią ten seans o wiele bardziej przystępnym. Nawet sceny monologów zyskują głównie, dzięki realizacji jak choćby przełamując czwartą ścianę (pierwsza wypowiedź Edmunda) czy niemal skupiając się na samych twarzach. I to pozwala wybrzmiewać wielu kwestiom, dotyczącym posłuszeństwa, ciągłemu popadaniu w obłęd, przeznaczeniu czy poczuciu osamotnienia. Wiem, że dla wielu ten język może wydawać się niezrozumiały, nieczytelny, wręcz archaiczny. Niemniej warto dać szansę temu tytułowi.

krol_lear2

Zwłaszcza, że zachętą jest tu naprawdę wspaniałe aktorstwo. Najbardziej zaskakuje tutaj Anthony Hopkins, który jest w kapitalnej dyspozycji, balansując między majestatem, zgrywą, bólem a obłędem. Wszelki rodzaj emocji jest tutaj poprowadzony bezbłędnie, z niesamowitą mową ciała oraz błyskiem w oczu, jakiego nie widziałem u tego aktora od dawna. Równie wyraziste są tutaj te „dobre” siostry poprowadzone przez Emmę Thompson (zimna Goneryla) oraz Emily Watson (bardziej spokojniejsza Regan), tworząc bardzo mroczny duet, symbolizujący wyrachowanie, intryganctwo oraz działanie na własnej korzyści, a także John Macmillan jako żądny zemsty Edmund. Takiego koncertu dawno nie widziałem, zaś nawet postacie poboczne (królewski błazen) mają swoje przysłowiowe pięć minut.

krol_lear3

„Król Lear” kolejny raz przypomina, że Szekspir byłby najlepszym scenarzystą, gdyby żył w dzisiejszych czasach. Może intryga może wydawać się mętna, zaś język jest mocno niedzisiejszy, niemniej pierwszorzędne aktorstwo oraz bardzo mocna realizacja są w stanie zrekompensować te drobne wady.

8/10 

Radosław Ostrowski

Król wyjęty spod prawa

Szkocja kojarzy się głównie z górzystym terenem, facetami w kiltach oraz bardzo dziwacznym, niezrozumiałym akcentem. I jak każdy kraj, ma swoich narodowych bohaterów. Najbardziej znani i rozsławieni przez popkulturę są William Wallace oraz Rob Roy, a teraz do tego grona wkracza znany w kraju (choć poza nim niekoniecznie) Robert I Bruce – król Szkocji, który zjednoczył naród przeciwko Anglikom. O nim próbuje przypomnieć Netflix pod wodzą reżysera Davida Mackenzie.

Początek to rok 1307, kiedy to szkoccy lordowie składają lenno królowi Anglii, Edwardowi I. Powstanie Wallace’a dogorywa, a sam bohater ukrywa się nie wiadomo gdzie. Jednym z tych lordów jest Robert Bruce, który w zamian za lojalność otrzymuje za żonę córkę earla Ulsteru – Elżbietę de Burgh. Jednak szanse na pokój w kraju coraz bardziej słabną – najpierw umiera ojciec Bruce’a, następnie zostaje schwytany i zamordowany Wallace, doprowadzając do wściekłości ludzi. I to zmusza Bruce’a do bardzo trudnej decyzji, czyli złamania przysięgi oraz wystąpieniu przeciw władcy Anglii. Tylko czy udaje się samozwańczemu królowi zjednoczyć wszystkich rodów? Bo nie wszyscy pójdą na ten układ.

krol_wyjety_spod_prawa1

Reżyser sprawnie opowiada historię Bruce’a od złożenia przysięgi aż do otwartego starcia pod Loudown Hill w 1307. Czyli jak widać, mamy początek walki o niepodległość, a nie cała szeroką biografię władcy. I moim zdaniem, jest to duży plus. Sama historia, mimo wielu postaci oraz dość złożonych układów politycznych, jest bardzo przejrzysta i czytelna. Chociaż muszę przyznać, że przebieg wielu wydarzeń potraktowano dość skrótowo, ale wiadomo – w dwie godziny wszystkiego nie da się upchnąć. Mamy dość skromnie pokazaną relację Bruce’a z nową żoną, żądnych dominacji nad krajem Anglikami, wewnętrznie podzieloną Szkocję czy żądnego zemsty oraz chcącego odzyskać swoje włości Jamesa Douglasa.

krol_wyjety_spod_prawa2

Ale realizacja budzi uznanie. Nie brakuje długich ujęć (choćby pierwsze 10 minut), średniowiecznej muzyki, bardzo dobrze wyglądających kostiumów oraz scenografii. Ale nie jest to film „czysty” i sterylny, bo gdy dochodzi do walk, nie brakuje lejącej się posoki, błota oraz wypływających flaków. Przemoc zmusza Bruce’a do działania podstępem, po partyzancku i te sceny pompują adrenalinę (nocny atak na zamek czy odzyskanie posiadłości przez Douglasa) niczym w rasowym kinie akcji. Dynamika jest ciągle zachowana, krajobrazy wyglądają pięknie (wręcz monumentalnie), a reżyser odpowiednio zaprawia wszystko patosem, gdzie trzeba.

krol_wyjety_spod_prawa3

Aktorsko jest tu więcej niż nieźle, chociaż nie do końca wykorzystano pierwszy plan. Chris Pine w roli Bruce’a daje sobie radę i dodaje parę odcieni szarości do tej postaci, czyniąc tą postać mniej jednoznaczną: przecież zabił rywala o tron, chcąc dogadać się w sprawie wspólnej walki, później działał bardziej jak zbój niż rycerz. Aktor sprawia wrażenie opanowanego i spokojnego, jednak w oczach widać, że się gotuje. Florence Pugh ma podcięte skrzydła i nie ma zbyt wiele do zagrania jako nowa żona Roberta, ograniczona do roli wspierającej i lojalnej wobec niego kobiety. I tylko tyle. Ciekawszy jest drugi plan zdominowany przez niezawodnego Stephena Dillane’a (król Edward I) oraz wręcz obłędnego Aarona Taylora-Johnsona (James Douglas) z dzikością w oczach, której nie da się opisać. To trzeba zobaczyć samemu.

Czyżby zła passa Netflixa, hurtowo realizującego średnie filmy została w końcu przełamana? „Król” może nie jest tak imponujący jak „Braveheart”, ale chyba też nie o to tu chodziło. Zamiast hollywoodzkiego przepychu oraz totalnej rozróby, mamy troszkę kameralne kino historyczne, które bardziej trzyma się ziemi i realizmu. Powolne tempo oraz niektóre nierozwinięte wątki mogą wielu odstraszyć, niemniej wciąga.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Lady M.

Każdy z nas kiedyś słyszał o lady Makbet – kobiecie popychającej swojego męża do zbrodni, doprowadzając jego i siebie do szaleństwo. Lecz „Lady M.” nie jest oparta na dziele Szekspira, lecz powieści Nikołaja Leskowa „Powiatowa lady Makbet”. Jednak zamiast Rosji przenosimy się do angielskiej prowincji, gdzie poznajemy Katarzynę. Świeżo poślubiona kobieta traktowana jest przez męża, jak i teścia niczym przedmiot lub służąca. Kiedy mąż wyjeżdża do kopalni, by zająć się interesem, kobieta wpada w ramiona jednego ze służących –  młodego oraz pełnego chuci Sebastiana.

lady_m1

Debiut reżyserski Williama Ordloyda to zderzenie z jednej strony bardzo plastycznych scen krajobrazów z bardzo ascetyczną, wręcz surową scenografią. Początek to wręcz rutynowa obserwacja dnia codziennego: wstawanie, nakładanie gorsetu, jakieś jedzenie posiłku i czekanie na sofie. A noce z mężem, który nie czuje do swojej kobiety nic, każąc jej stać nago przed łóżkiem, by zrobić sobie dobrze. Ta rutyna może wielu doprowadzić do znużenia, ale im dalej w las, tym bardziej czuć zaszczucie i zniewolenie bohaterki, pragnącej sama decydować o sobie. Reżyser powoli zaczyna podkręcać napięcie, a kilka rzeczy zostawia niedopowiedzianych (dziwna relacja pani ze służącą Anną). Kiedy w końcu zaczyna dochodzić do przemocy, nie boi się jej pokazać bez upiększeń, chociaż to wszystko sprawia wrażenie filmu bardzo chłodnego, trudnego do wejścia. Nawet gdy dochodzi do coraz bardziej wyrafinowanego okrucieństwa, zmieniając opowieść w dreszczowiec, można się odbić od ściany.

lady_m2

Spowodowane jest na pewno fantastyczną, choć bardzo niejednoznaczną kreacją Florence Pugh. Gdy ją widzimy na początku, jest nam jej zwyczajnie żal, ale kiedy zaczyna walczyć o swoje, zmienia się w bezwzględną, pewną siebie kobietę. Bardzo chłodną, wręcz psychopatyczną, co widać w drobnych spojrzeniach. Nie odstępuje jej na krok Naomi Ackie jako bezwzględnie posłuszna służąca Anna, która już dawno podporządkowała się i przystosowała do reguł świata. Także bardzo surowi, choć eleganccy (tylko na zewnątrz) panowie na czele z Paulem Hiltonem oraz Christopherem Fairbankiem tworzą bardzo wyraziste postacie.

lady_m3

Cały czas nie mogłem pozbyć się wrażenia teatralności całego filmu. „Lady M” niby kończy się ostatecznym uzyskaniem wolności, lecz trudno pozbyć się gorzkiego posmaku całości. Ostatecznie film bardzo intryguje, chociaż wymaga większego skupienia.

6,5/10

Radosław Ostrowski