Gra fortuny

Ostatnimi czasy filmy Guya Ritchie ograniczają jego wizualny styl, czyli bardzo teledyskowy montaż, łamanie chronologii oraz zabawę formą. Ostatnie dzieło „Jeden gniewny człowiek” zaskoczył o wiele poważniejszym tonem, mroczniejszym klimatem oraz bardzo krwistym finałem. Raczej wielu podejrzewało, że to będzie jednorazowy skok i Ritchie zacznie robić swoje. Ale „Gra fortuny” niejako kontynuuje tą drogę, tym razem idąc w stronę kina szpiegowskiego.

gra fortuny1

Bohaterem jest ekscentryczny agent tajnych służb Orson Fortune (Jason Statham), który obecnie przebywa na zasłużonym urlopie. Ściągnięty przez swojego szefa Nathana (Cary Elwes) ma bardzo trudne zadanie: odzyskać skradzioną rzecz z laboratorium na terenie Ukrainy. Nie wiadomo co to jest (roboczo nazwane Rączką), kto chce kupić i co może zrobić. Orson, Nathan i jego ekipa (strzelec JJ oraz amerykańska hakerka Susan) próbują dotrzeć do celu. Wiele wskazuje, że w sprawę może być zamieszany miliarder oraz handlarz bronią Greg Simmonds (Hugh Grant). Żeby zinfiltrować jego otoczenie Fortune decyduje się zwerbować gwiazdę kina akcji, Danny’ego Francesca (Josh Hartnett) – ulubionego aktora antagonisty.

gra fortuny2

W gruncie rzeczy nowe dzieło brzmi jak prosta sensacyjno-szpiegowska opowieść. Ale takie rzeczy byłyby za proste. Mamy tutaj ekipę doświadczonych agentów plus absolutnie nową w grupie agentką plus zwerbowanego aktora. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę okazuje się, że działa jeszcze jedna komórka wywiadowcza. I wydaje się, że chce tego samego. Ale dla kogo pracuje ten drugi zespół? Niezależni agenci? Inna ekipa rządowa? Reżyser komplikuje cała historię, lecz nie na tyle, żeby nie dało się tego śledzić. Chętnie korzysta z montażu równoległego, pewnie buduje sceny akcji (pościg za consigliere Simmondsa czy kulminacyjna rozwałka), przeskakując w różne lokacje i dodając odrobinę szorstkiego humoru.

gra fortuny3

W tym wszystkim bardzo dobrze odnajdują się aktorzy. Jason Statham robi tu w zasadzie to, co zazwyczaj – mówi niewiele, używając głównie twardych pięści, dużych pukawek oraz ostrych one-linerów. Cary Elwes na drugim planie jako szef ekipy sprawdza się dobrze, choć robi tu troszkę za tło. Jeśli ktoś tutaj naprawdę błyszczy to świetnie bawiący się Hugh Grant jako główny zły. Sprawia wrażenie wyluzowanego, dowcipnego i podekscytowany jako dziecko, ale jest w nim coś niepokojącego. Całości dopełniają także zaskakująca Aubrey Plaza (hakerka Sarah Field) oraz przeuroczy Josh Hartnett (Danny Francesco), dopinając reszty.

To nie jest Guy Ritchie z gangsterskich opowieści, jednak nadal pozostaje bezpretensjonalną i dostarczającą masę przyjemności rozrywką. Ktoś powie, że Brytyjczyka stać na wiele więcej, ale nie schodzi poniżej swojego poziomu. A to potrafi niewielu reżyserów.

7/10

Radosław Ostrowski

Revolver

Guy Ritchie to reżyser z bardzo specyficznym stylem wizualnym. Ale po sukcesie „Porachunków” i „Przekrętu” Brytyjczyk spadł na samo dno. Wszystko przez swoją żonę, Madonnę oraz realizację katastrofalnego „Rejsu w nieznane”, który zakończył współpracę z producentem Matthew Vaughem i przyniósł 7 nominacji do Złotej Maliny. Ostatecznie wygrał 5 statuetek w tym za najgorszy film oraz reżyserię. Ritchie zrobił sobie przerwę, by wrócić z filmem „Revolver”, którego produkcją zajął się sam Luc Besson. Niestety, film poniósł w kinach porażkę i został uznany za drugą dużą wtopę w dorobku reżysera. Ale czy słusznie?

revolver1

Bohaterem jest Jack Green – hazardzista oraz drobny kanciarz, który właśnie wychodzi z więzienia. Wpadł tam z powodu właściciela kasyna, Machę, doprowadzając go do upokorzenia oraz utraty pieniędzy. Po siedmiu latach odsiadki oraz dwóch latach przygotowań ma genialny plan na zemstę. Trafia na tajemniczą dwójkę facetów – Aviego oraz Zacha, co zajmują się lichwą i zatrudniają Jacka. Okazuje się, że mężczyzna jest poważnie chory, mając przed sobą tylko parę dni. W tym samym czasie Macha szykuje się do interesu z tajemniczym Jackiem Goldem, co kieruje całym półświatkiem, choć nikt go nie widział.

revolver4

Wielu zarzucało, że narracja jest prowadzona w sposób chaotyczny i niezrozumiały. Bo jest masa przeplatających się wątków, pomieszana chronologia oraz – czasami zbyt częste – powtórzenia. To zdecydowanie, tak jak „Jeden gniewny człowiek”, bardziej poważny film w dorobku Ritchiego. Cała ta gangsterska otoczka, gdzie poznajemy całą historię konfliktu między Machą a Greenem oraz stworzenia przekrętu doskonałego jest tak naprawdę zasłoną dymną. Bo po drodze zaczynają mnożyć się kolejne pytania. Kim są Avi i Zach? Skąd oni tyle wiedzą o Greenie? Kim jest Sam Gold? Na czym polega cały kant? I jak to się wszystko skończy? Dialogi mogą wydawać się czasem pretensjonalne, wręcz bełkotliwe, zaś wplecione cytaty Makiaveliego i Cezara to droga na łatwiznę. O narracji z offu Greena nawet nie wspominam.

revolver3

A jednak film intryguje. Dlaczego? Bo jest bardzo sprawną układanką, zmuszającą cały czas do myślenia. Również wizualne czaruje – nie tylko neonową estetyką kasyn, ale też celowym wykorzystaniem kolorów jak chłodny błękit basenu i solarium czy wycofana biel więziennej celi. Zabawa montażem i narracją to oczywistość w świecie Guya Ritchie, jednak parę sztuczek jest jeszcze w arsenale jak przeplatanka między „żywymi” ujęciami a animacją czy nietypowa praca kamery przy strzelaninie Sortera. A w tle jeszcze gra stylowa jazzowo-funkowa muzyka a’la lata 70, przypominając poprzednie filmy Anglika.

revolver2

Obsada tutaj też błyszczy. Greena gra Jason Statham, który – tak jak ja – próbuje ogarnąć co się tu dzieje w tym świecie, działając mocno na ślepo. Bez odpowiedzi, nie wiedząc komu może zaufać i połączyć wszystkie kropki. Aktor jest zaskakująco wyciszony, niemal monotonnie wypowiada swoje kwestie, chociaż w jednej scenie pokazuje większe emocje (moment utknięcia w windzie). Równie interesujący jest Ray Liotta jako gangster Macha, ale jeśli spodziewacie się powtórki z „Chłopców z ferajny”, przeliczycie się mocno. Facet sprawia wrażenie twardego, wręcz narwanego zawodnika, to są jednak pozory. Słaby, przerażony, paranoiczny – takie jest prawdziwe oblicze Machy. Całość jeszcze uzupełnia pokręcony duet Vincent Pastore/Andre Benjamin (Avi i Zach), ale film kradnie Mark Strong jako Sorter. Wyglądający niepozornie jak księgowy jest mordercą, który nigdy nie pudłuje.

„Revolver” to zdecydowanie niepasujące do filmografii Guya Ritchiego dzieło. Pod płaszczykiem sensacyjno-gangsterskiej intrygi, mamy do czynienia z psychologicznym dramatem o walce ze swoim największym przeciwnikiem: swoim Ego. Może się ono różne nazywać: Green, Macha, Gold, jednak jest zawsze groźny i niebezpieczny, kiedy niespodziewanie przejmie kontrolę nad nami.

7/10

Radosław Ostrowski

Jeden gniewny człowiek

Zaczyna się pozornie spokojnie. Widzimy dwóch konwojentów wjeżdżających do wozu z przewożoną kasą. Na drodze zostają zatrzymani przez wóz remontowy. Tylko, że robotnicy okazują się bandytami i atakują wóz. Włamują się, biorą łup i konwojentów za zakładników. Wszystko idzie gładko? Nie, padają strzały, giną konwojenci oraz jeden z cywilów. Drugi zostaje postrzelony. Parę miesięcy później do firmy konwojenckiej zgłasza się Patrick Hill – doświadczony Anglik i zostaje zatrudniony. Podczas ataku udaje mu się w pojedynkę zabić atakujący gang, co budzi uznanie kolegów. Ale też zmusza do zastanowienia kim, do cholery jest Hill zwany też H.?

jeden gniewny czlowiek1

Co może powstać z połączenia sił Guya Ritchie, Jasona Stathama oraz przerobionego scenariusza francuskiego thrillera? Jeśli spodziewacie się akcyjniaka, gdzie bohater grany przez Jasona Stathama robi to, co zawsze robi Jason Statham – czyli zabija wszystko i wszystkich, co mu staną na drodze… cóż… to nie jest ta bajka. Jeśli oczekujecie kolejnej gangsterskiej produkcji z piętrową intrygą, lekkim tonem oraz smolistym humorem, to też nie do końca. Jest dużo mroczniej i poważniej niż zwykle – w końcu jest to historia zemsty, chciwości oraz determinacji w dążeniu do celu. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tajemnicy budowana jest cała historia. Brudna i pokazująca bezwzględny świat, gdzie zaufanie i lojalność są towarem deficytowym. Zwłaszcza, kiedy w grę idzie duża kasa.

jeden gniewny czlowiek3

Reżyser nadal bawi się narracją – wspomnianą scenę napadu na konwój zobaczymy z kilku perspektyw, przez co poznamy wszystkich graczy. Odkryjemy historię pana Hilla (zaskakująco wyciszony i małomówny Jason Statham), a także ekipy atakującej na konwoje. Będzie parę montażowych przeplatanek, skoki w czasie i bardzo niewielka ilość smolistego poczucia humoru. Na początku będzie też parę seksistowsko-maczowskich tekstów, co budzi skojarzenie z kinem lat 90. (stare, złe/dobre czasy – zależy kogo się spyta). I mimo tych przeskoków co rozdział nie czułem się ani znużony, ani zdezorientowany. Na pewno w tym pomaga bardzo pewna ręka Ritchiego, jak i bardzo wyraziste postacie drugoplanowe (zagrane m.in. przez świetnego Holta McCallany’ego, zaskakującego Josha Hartnetta czy pasującego idealnie Scotta Eastwooda – wygląda tutaj niemal jak ojciec). Sama rozwałka pojawia się dopiero w trzecim akcie, gdzie Ritchie bardziej idzie w klimaty kina Michaela Manna.

jeden gniewny czlowiek2

Rzadko się udaje reżyserom z tak wyrazistym stylem wyjść ze strefy komfortu w taki sposób, by odnieść zwycięstwo. Za bardzo się przyzwyczailiśmy do stylu niektórych reżyserów, że chcielibyśmy takie wyraziste filmy powstawały częściej, a zanim się zorientujemy, pójdzie to w stronę autoparodii. „Jeden gniewny człowiek” może być początkiem nowego etapu, gdzie Guy Ritchie pokaże bardziej dojrzałe oblicze. Czy będzie to jednorazowy wyskok? Czas pokaże, na pewno jednak współpraca z Jasonem Stathamem rozkręci się.

8/10

Radosław Ostrowski

Dżentelmeni

Mickey Pearson to jest prawdziwy dżentelman z krwi i kości, choć pochodzi z USA. Jednak to w Wielkiej Brytanii działa jako biznesmen, wspierający różne fundacje oraz działalność charytatywną. Prawdziwym bogactwem naszego Jankesa jest Królowa Marysieńka, którą sprzedaje w ilościach hurtowych. Ale problem w tym, że Mickey już chciałby się wycofać i sprzedać swój złoty interes. Kiedy znalazł się kupiec i oferta wydała się być zaklepana, nagle wszystko zaczęło się sypać. Ktoś się włamał do jednej z plantacji, pojawia się kolejny chętny do kupna, a jakby tego było mało, okazję w tym widzi pewien dziennikarz zajmujący się odnajdywaniem brudów.

dżentelmeni1

Guy Ritchie po flircie z Hollywoodem (głównie przynoszącym komercyjne rozczarowanie) postanowił wrócić na stare śmieci. W tym przypadku oznacza to londyński półświatek, gdzie nie brakuje wyrazistych bohaterów. Niby są to dżentelmeni i potrafią się elegancko wysłowić, a nawet zapraszani są na imprezy organizowane przez wyższe sfery. Ale kiedy mowa o interesach, to wszystkie chwyty są dozwolone, a zobowiązania przestają mieć znaczenie. Wszyscy zachowują się jak rekiny na zapach krwi. Przewodnikiem po tym bezwzględnym świecie jest niejaki Fletcher – dziennikarz śledczy, który zostaje zatrudniony przez wydawcę tabloidu do śledzenia oraz znalezienia brudów na Pearsona. Pismak jest też wielkim pasjonata kina i całą opowieść ubrał w formę scenariusza. Dlatego wiele rzeczy zostaje podkoloryzowanych, by zdynamizować akcję, a to pozwala reżyserowi na robienie najlepszych rzeczy: zabawę formą, chronologią oraz wodzeniu za nos.

dżentelmeni2

Ritchie serwuje całość dialogami bardzo w jego stylu i niepozbawionym bardzo smolistego poczucia humoru. Obrywa się tu wszystkim: mniejszością etnicznym („Chińczycy aktualizują się szybciej niż jebane iPhony”), raperom, próżniaczej arystokracji, młodzieży czy dziennikarzom, próbującym wejść do high-life’u. Każdy z nich jest przekonany o swoim sprycie, chce wykorzystać okazję na wzbogaceniu się i myśli, że jest nietykalny. Ale wielu się pomyli w tym temacie. Może i reżyser nie szaleje tak bardzo jak w „Królu Arturze”, ale i tak ma kilka szalonych pomysłów jak napad na plantację marihuany w formie… hip-hopowego teledysku czy użycia piosenek (grane na żywych instrumentach „Shimmy Shimmy Ya”). A finał był dla mnie bardzo satysfakcjonujący.

dżentelmeni3

Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, ale to już tak na siłę, to dość wolne tempo oraz (celowo) chaotyczny początek. Z czasem to wszystko zaczyna łapać swój rytm, a nadmiar postaci tylko na początku wywołuje dezorientację. I dla mnie troszkę narracja oraz kilka scen przypominały mi troszkę zapomniany klasyk brytyjskiego kina gangsterskiego, czyli „Długi Wielki Piątek”. Od razu ostrzegam: nie jest to plagiat.

dżentelmeni4

A aktorsko to jest prawdziwa znakomitość jaką można się po Ritchiem spodziewać. Do wielkiej formy wraca Matthew McConaughey jako Mickey Pearson. Niby spokojny, opanowany pan w średnim wieku z umysłem szachisty. Ale kiedy ktoś mu nadepnie na odcisk, budzi się w nim bestia i nie boi się brudzić rąk. To z jakim spokojem oraz elegancją zapodaje dialogi czyni tą postać elektryzująca. Równie wyborny jest Charlie Hunnam jako prawa ręka mafioza, Raymond. Jemu to Fletcher opowiada swoją historię, zaś aktor tworzy swoją najlepszą kreację w swojej karierze. Bardzo ostry, bezwzględny, choć też opanowany gangster z głęboką wiarą oraz wstrętem do narkomanów. Ale tak naprawdę film kradną dwie rewelacyjne kreacje. Po pierwsze, Colin Farrell w drobnej rólce Trenera, potwierdzający swój wielki talent komediowy (scena w restauracji). Po drugie, Hugh Grant jako Fletcher, który jest wypadkową śliskiego cwaniaka, elokwentnego detektywa i pasjonującego gawędziarza. Ten facet ostatnimi laty pokazuje, że ma o wiele szerszy wachlarz umiejętności niż nam się to wydawało.

Jeśli ktoś się obawiał, że Guy Ritchie ostatnio miał stępione pazurki i nie mógł w pełni zaprezentować swoich umiejętności, „Gentlemeni” rozwieją je od pierwszych minut. Gangsterski klimat okraszony brytyjskim poczuciem humoru, galerią wyrazistych postaci oraz pomysłowo poprowadzoną intrygą. Wielki powrót na stare śmieci. Pytanie tylko na jak długo?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Aladyn

Każdy zna historię o Aladynie – drobnym złodziejaszku, który za pomocą magicznej lampy udało mu się wyrwać z nizin społecznych na sam szczyt. Podszywa się pod księcia, wyrywa księżniczkę jako żonę i zostaje sułtanem. No bajka. Disney już z tego zrobił animację, a nawet stworzył sequel. Kwestią czasu było ożywienie filmu animowanego na wersję z żywymi aktorami, by jeszcze raz zarobić na tym samym. Bo jak raz się sprzedało, to sprzeda się drugi raz, prawda?

aladyn1

Streszczenie historii wydaje mi się pozbawione sensu, bo wiemy o co chodzi: Jasmina, zły wezyr, Aladyn z małpką, latający dywan, Dżin, trzy życzenia. Fundament jest prosty i solidny jak sułtański pałac, nie czując się przekonany. Ale kiedy za kamerą stoi Guy Ritchie, nagle poczułem się zaintrygowany. To wydawało mi się idealnym połączeniem – mocno teledyskowy styl reżysera plus łotrzykowska opowieść, prawda? Niestety, Disney spiłował pazury reżysera, ale czy oznacza to kopiowanie jeden do jeden? Na szczęście nie, choć wszystko skupia się na trzech postaciach, które są niejako więźniami swoich kast. Aladyn to cwaniaczek z nizin, który mógłby się wyrwać i ma w sobie masę uroku, Jasmina musi być posłuszna tradycji, zdominowanej przez patriarchat, zaś Dżin jest posłuszny temu, kto potrze lampę. Bez względu na jego intencje oraz motywacje.

aladyn2

Reżyser dość ciekawie rozkłada akcenty, co jest ewidentnie odświeżające. Jasmina, choć ustawiona w pozycji księżniczki, stara się być kimś więcej niż tylko obiektem do oglądania, który można kupić podarkami czy przysięgą politycznego sojuszu. Ma bardzo twardy charakter, mówiący o chęci niezależności nad mężczyznami (poruszająca pieśń „Speachless”). Ale najbardziej widoczna zmiana dotyczy głównego złola, czyli wezyra Dżafara. Nie tylko został odmłodzony, lecz pokazany jest jako lustrzane odbicie Aladyna. A właściwie tego, kim mógłby być Aladyn – człowiekiem wpływowym, z wysokimi ambicjami, konsekwentnie dążącym do obranej ścieżki. Brakuje mu jednak pewnej demoniczności i ostatecznie okazuje się łatwym przeciwnikiem.

aladyn3

Intryga może nie zaskakuje, ale realizacja to zupełnie inna para kaloszy. Ritchie nie ma tego swojego wariackiego stylu, jaki znamy choćby z „Króla Artura” (dynamiczny montaż, zabawa chronologią, pokazywanie tych samych scen z różnych perspektyw). Ale ten kolaż baśni, musicalu oraz kina przygodowego wypada naprawdę dobrze. Kiedy trzeba jest odpowiednio wystawny, niczym produkcja z Bollywood (wjazd Aladyna jako księcia Ali – rewelacja), efekty specjalne też wydają się być na całkiem przyzwoitym poziomie, zaś scenografia i kostiumy pomagają w stworzeniu bajkowego klimatu. No i nie zapominajmy o humorze. Tutaj błyszczy zarówno Dżin, tworzący dość kumpelską relację z Aladynem, jak i mały epizodzik księcia Andersa (za mało go). Tylko, że to wygląda jakoś strasznie sterylnie, jakby było kręcone w studio zamiast w plenerach.

aladyn4

Aktorsko tutaj wybija się absolutnie rewelacyjny Will Smith w roli Dżina. Nasz ziom nie próbuje w żaden sposób zmierzyć się z legendarnym popisem Robina Williamsa w wersji oryginalnej, tylko gra tą postać po swojemu. Jego interpretacja jest taka bardziej wyluzowana, przypominająca pierwsze dokonania w jego karierze i każde jego wejście sprawia najwięcej frajdy. Grający tytułową rolę mało znany Mena Massoud ma sobie sporo uroku i wdzięku, przez co łatwo polubić tą postać, tak samo jak prześliczną Naomi Scott (z całej obsady śpiewa najlepiej) w roli Jasminy. Problem mam za to z Marwanem Kenzari, czyli Jafarem. Podoba mi się motyw uczłowieczenia czarnego charakteru, bez szarżowania, tylko że to podejście pozbawia go charakteru i mamy standardowego przeciwnika.

Powiem szczerze, że jestem lekko rozczarowany tą wersją. To nie jest zły film, ale zatrudnienie tak charakterystycznego reżysera jak Ritchie i brak możliwości rozwinięcia jego stylu jest dla mnie decyzją niezrozumiałą. Ale mimo stępienia pazurków nowy „Aladyn” dostarcza sporo frajdy, pod warunkiem, że lubicie bajki w campowym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Guy Ritchie – 10.09

Sherlock HolmesReżyser, scenarzysta i producent filmowy.

Urodzony 10 września 1968 roku w Hatfield, hrabstwo Hertfordshire. Był drugim synem Amber (z domu Parkinson) i kapitana Johna Viviana Ritchie – żołnierza Seaforth Highlanders. Jako 7-letni chłopiec zaczął trenować karate Shotokan w londyńskim Budokwai, gdzie wiele lat później zdobył czarny pas w judo. Mający dysleksję Guy w wieku 15 lat został wyrzucony ze szkoły koedukacyjnej Stanbridge Earls.

Początkowo Guy zaczynał prace jako reżyser reklamówek i teledysków, ale w 1995 roku zrealizował swój debiut – krótkometrażowy „The Hard Case”. Film obejrzała żona Stinga, Trudie Styler i postanowiła wyprodukować pełnometrażowy debiut. Od tej pory Ritchie stał się specjalistą w dziedzinie komedii gangsterskiej, mocno inspirując się Quentinem Tarantino. Jego filmy wyróżnia szybki montaż, ironiczny humor, krew i bluzgi, łamanie chronologii, obecność narratora (choć nie zawsze) oraz dynamiczna praca kamery.

Głośno o Ritchiem stało się także, gdy ożenił się z Madonną w 2000 roku. Wtedy też nastąpiło poważne załamanie się kariery reżysera. Osiem lat później doszło do rozwodu, a były pan Madonna od dwóch lat jest mężem modelki Jacqui Ansley, z którą ma troje dzieci.

Do tej pory Ritchie zdobył nominację do BAFTY i Saturna oraz wygrał Złotą Malinę (i miał nominację), zaś jego najbliższymi współpracownikami są (do tej pory): montażysta James Nesbitt, producenci Matthew Vaughn, Steve Clark-Hall i Joel Silver, dźwiękowiec Simon Hayes, kompozytorzy: John Murphy, Hans Zimmer i Daniel Pemberton, operatorzy: Tim Maurice-Jones, John Mathieson i Philippe Rousselot oraz aktorzy: Jason Statham, Vinnie Jones, Jason Flemyng, Jude Law i Mark Strong.

Nie się więc co ochrzaniać i pora przedstawić ranking filmografii Guya Ritchie. Trzy, dwa, jeden, zaczynamy!

Miejsce 11. – Rejs w nieznane (2002) – 2/10

Do tej pory wszyscy główkują dlaczego taki reżyser jak Guy Ritchie nakręcił taką kaszanę jak „Rejs w nieznane”. Być może wynikało to z dużego zaufania do swojej ówczesnej żony, Madonny, grająca tu główną rolę wyjątkowo zołzowatej pannicy, która zostaje zmuszona do pobytu na bezludnej wyspie w towarzystwie rybaka ze statku. Tu się kompletnie nic nie zgadza, od pozbawionej chemii obsady, braku poczucia humoru, nie wpadającej w ucho muzyki, przez seksistowskie żarty oraz kompletną zmianę tonu pod koniec, który jest tak kiczowaty, że można zacząć rzygać tęczą. Film doprowadził do załamania kariery reżysera i zakończył kooperację z producentem Matthew Vaughnem, co dla mnie jest poważną stratą. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Revolver (2005) – 6/10

W założeniu poważne i głębokie kino gangsterskie, a w rzeczywistości jest to przekombinowane, pełne bełkotu pomieszanie z poplątaniem. Wychodzący z więzienia Jack Green (niezły Jason Statham) planuje zemstę na szefie kasyna za swoja odsiadkę (świetny Ray Liotta) i opracował bardzo precyzyjny plan. Ritchie nadal trzyma się swojego stylu, mieszając do tego kotła filozofię, repetycje wielu scen, a nawet zabawę konwencją (skok i zabójstwo pokazane w formie… animacji), tylko ze… o co tutaj tak naprawdę chodziło. Scenariusz jest strasznie hermetyczny, reżyser nie pomaga rozgryźć wszystkiego, coraz bardziej mącąc i mieszając tropy. Bardzo wymagające i ciężkie kino.

Miejsce 9. – Aladyn (2019) – 7/10

Aktorska wersja kultowej animacji Disneya (nie pamiętam jej) o złodziejaszku, który zakochał się w księżniczce. Dżin, wezyr, latający dywan, lampa – wszystko tu jest, wygląda jak miejscami film z Bollywood (wejście Aladyna jako księcia Ali), zaś Will Smith jako Dżin bezczelnie kradnie każdą scenę. Problem w tym, że brakuje tego charakterystycznego stylu reżysera. Bawiłem się dobrze, ale czegoś tu brakuje. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Sherlock Holmes: Gra cieni (2011) – 7/10

Drugie spotkanie z Holmesem i Watsonem, którzy tym razem tropią profesora Moriarty’ego (świetny Jared Harris) – zbrodniarza odpowiedzialnego m.in. za zamachy bombowe. Akcja pędzi na złamanie karku, w sprawę jest wplątania pewna Cyganka (Noomi Rapace), intryga się gmatwa, a nasi bohaterowie ruszają przez cała Europę, by znaleźć kolejne nitki. Całość napędza niezawodny duet Downey Jr./Law jako Holmes/Watson, dodając całości luzu, ironii i humoru. A zakończenie zapowiada ciąg dalszy. Może się go doczekamy?

Miejsce 7. – Rock’n’Rolla (2008) – 7/10

Powrót reżysera na stare śmieci, czyli do gangsterskiego półświatka. Wszystko się obraca tutaj wokół dwóch rzeczy: przynoszącego szczęście obrazu, będącego gwarantem interesu między Lennym Colem (znakomity Tom Wilkinson) a Yurim Omowiczem (niezawodny Karel Roden) oraz Dziką Bandą (trio One-Two, Mumbles i Przystojny Bob, czyli Gerald Butler, Idris Elba oraz Tom Hardy), szukających forsy na rozkręcenie swojego interesu. Intryga się gwatwa, każdy chce każdego wykiwać, a przewodnikiem po tym bajzlu jest prawa ręka Cole’a – Archie (fantastyczny Mark Strong). Świetnie zrealizowane (scena tańca miedzy One-Two a Stellą czy ucieczka przed niezniszczlnymi Ruskimi – perła), ze zgrabnie wykorzystaną muzyką i galerią barwnych postaci. Stary, dobry Guy powrócił. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Sherlock Holmes (2009) – 8/10

Było wiele wariacji i mutacji przygód gospodarza Baker Street 221B, ale Guy Ritchie zrobił to w konwencji kina przygodowego. Cała intryga skupia się na „zmartwychwstaniu” okultysty lorda Blackwooda (Mark Strong) skazanego i powieszonego. Holmes próbuje rozgryźć cała intrygę, zwłaszcza, że to Watson stwierdził zgon. Reżyser już na dzień dobry pokazuje naszego bohatera nie tylko jako sprawnego umysłowo, ale przede wszystkim fizycznie (zrealizowane w spowolnieniu bijatyki, gdzie nasz detektyw przedstawia jakie ruchy zrobi przeciwnik i on sam, by na sam koniec przyspieszyć). Intryga jest pogmatwana, humor i akcja idą ręka w rękę, a Robert Downey Jr. bardzo dobrze odnajduje się w tej szalonej konwencji.

Miejsce 5. – Kryptonim UNCLE (2015) – 8/10

Tym razem zabawa w retro kino szpiegowskie, zrobione ze smakiem i klasą. Bohaterami jest dwójka agentów wywiadu z przeciwnych mocarstw – Napoleon Solo (Henry „Superman” Cavill) z CIA oraz Ilja Kuriakin (Arnie Hammer), którzy zostają zmuszeni do wspólnego działania przez swoich szefów. Celem jest niedopuszczenie do III wojny światowej przez neonazistów. Znowu czuć tutaj rękę reżysera, czyli szybki montaż, pełna stylizacja na lata 60. (świetna scenografia i kostiumy, z kapitalną muzyką Daniela Pembertona), gdzie wszystko tutaj skleja się, pędząc na złamanie karku. Ścigamy się samochodami, motorówką, quadami, intryga zgrabnie przechodzi, a duet Cavill/Hammer, wspierany przez śliczną Alicię Vikander oraz nietypowo obsadzonego Hugh Granta. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Król Artur: Legenda miecza (2017) – 8,5/10

Tego się nie spodziewałem, bo Ritchie i król Artur wydawał się dziwacznym połączeniem, ale to mroczne kino fantasy ma prawdziwego kopa. Imponuje styl reżysera (dojrzewanie naszego bohatera jest pokazana za pomocą bardzo szybkiego montażu), a całość mimo pozornego chaous jest zrozumiała, spójna i bardzo sensowna. Realizacja jest znakomita (zdjęcia, montaż, muzyka), co widać chocby w kapitalnej scenie zasadzki i ucieczki, sporo humoru (kwestia Wikingów), skupienie na detalach. Może te mroczniejsze fragmenty, gdzie nasz bohater (kapitalny Charlie Hunnam) musi zmierzyć się z demonami oraz królem-tyranem (wielki Jude Law) wybijają z rytmu, ale to jest na szczęście jedyny poważny minus tego łotrzykowsko-przygodowego kina. Nie rozumiem tych negatywnych ocen. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Dżentelmeni (2019) – 8,5/10

Klasyczny Ritchie w gangsterskim klimacie. Właściciel dużego narkobiznesu chce się wycofać i sprzedać swoje imperium z dużym zyskiem. Tylko, że jedno z jego kryjówek zostaje zaatakowane, a oferowana cena gwałtownie spada. Kto mu bruździ? Historia niby prosta, ale ciągle się komplikuje, pojawiają się kolejni gracze, zaś każde wydarzenie jest istotne i ma poważne konsekwencje. Nie brakuje tu zarówno niepoprawnego politycznie humoru, barwnych postaci (dziennikarz-szantażysta Fletcher czy próbujący prostować młodzież Trener) oraz zabawy formą. Plus świetnie dobrani aktorzy z Matthew McConaugheyem, Hugh Grantem i Charliem Hunnamem na czele. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Porachunki (1998) – 9/10

Debiut, od którego zaczęło się wszystko. Czterech cwaniaczków: Eddie, Soap, Tom i Bacon postanawia zarobić szybkie pieniadze. Plan jest taki, że Eddy – mistrz karciany, chce ograć poważnego gangstera. Niestety, nic nie idzie zgodnie z planem i trzeba zebrać jeszcze pół miliona w ciągu tygodnia. Jest pewien plan. Ritchie barwnie portretuje półświatek, gdzie mamy nietypowych bohaterów jak trio plantatorów marihuany, egzekutora długów Wielkiego Chrisa (świetny Vinnie Jones), handlującego na ulicy Bacona (debiut Jasona Stathama), załatwiajacego różne rzeczy Nicka Greka, a wszystko obraca się się wokół pieniędzy i strzelb. Wszystko się gmatwa, by doprowadzić do przewrotnego i kapitalnego finału. Do tego bardzo świeże, nieograne twarze, bluzgi, kapitalna scena kradzieży i bezbłędny montaż. Bezczelny debiut.

Miejsce 1. – Przekręt (2000) – 9/10

Kto nie pamięta tego pokręconego filmu, gdzie wszystko układa się w kapitalną całość. Historia dotyczy wokół skradzionego diamentu, który chcą mieć wszyscy: od drobnych cwaniaków po grube ryby. Po drodze będą złodzieje przebrani za rabinów, zabijającego jednym ciosem Cygana, Borysa Brzytwę, amerykańskiego szefa, zajmującego się nielegalnymi walkami hodowcę świń Skałę, czarnoskórych złodziei. I jeszcze będzie jakiś pies. Wszystko się tu miesza w jedną, szaloną mozaikę o chciwości, wariactwie. Kapitalny montaż, świetna muzyka oraz rewelacyjni aktorzy: Brad Pitt, Jason Statham, Vinnie Jones, Dennis Farina, Benicio Del Toro, Stephen Graham i wielu wielu innych. Prawdziwa petarda i klasyka w swoim gatunku.

A jakie są wasze ulubione filmy Guya Ritchie? Czy nazywanie go brytyjskim Tarantino jest trafne? Piszcze śmiało w komentarzach.

Radosław Ostrowski

Rejs w nieznane

Wszyscy pamiętamy to, co robił Guy Ritchie na przełomie wieków. To, jak odświeżył kino gangsterskie w UK, dodając teledyskową wręcz formę, smolisty humor oraz barwnych bohaterów. Nic dziwnego, ze porównywano go do samego Quentina Tarantino. Ale w 2002 roku ten zdolny Brytyjczyk wpakował się w wielką kabałę i do tej pory zastanawiam się jak można było zrobić taki film jak „Rejs w nieznane”.

rejs_w_nieznane1

Ale po kolei. Punktem wyjścia filmu jest wycieczka trzech par z Włoch do Grecji. Oczywiście wszystkie pary są Amerykanami. Jak to bogaci – są wybredni, chcą się bawić i zaszaleć. Tylko jedna osoba sprawia wrażenie zmuszonej do eskapady, czyli Amber Leighton. Kobieta ma bardzo wysokie przekonanie o sobie i potrafi doprowadzić wiele osób do szewskiej pasji. Tak jak Giuseppe – rybaka, będącego członkiem załogi. Wskutek pewnego zbiegu okoliczności oboje zostają uwięzieni w łódce pośrodku morza, a ich animozje doprowadzają do większych uszkodzeń. Aż trafiają na bezludną wyspę, gdzie są zdani na siebie.

rejs_w_nieznane2

Początek nie jest nawet najgorszy i nawet ten lekko slapstickowy humor nie drażnił, choć reżysera stać było na znacznie więcej. Jednak, gdy mamy tylko dwójkę naszych antagonistów, „Rejs” zaczyna się kompletnie sypać jako komedia, stając się festiwalem niepotrzebnych bluzgów, wzajemnych wyzwisk i upokorzeń. Role zaczynają się odwracać, co mogłoby dać komediowe spięcie, ale nie do końca zostało to wygrane. Ritchie wydaje się tutaj wręcz prymitywnym dresiarzem, zupełnie pozbawionym czegokolwiek. Psychologia postaci leży, gdyż te animozje mają doprowadzić do zakochania się, wreszcie miłości. W tym wydaniu brzmi to po prostu fałszywie, sztucznie, a miedzy bohaterami zwyczajnie brakuje chemii. Co jeszcze gorsze, końcówka skręca w tak melodramatyczne tony, że przyprawia to o prawdziwy ból.

rejs_w_nieznane3

Ten film mógłby być nawet średniakiem, gdyby nie fatalne aktorstwo. Ale czy może być inaczej, gdy główną rolę dostaje Madonna (ówczesna żona reżysera). Jej Amber jest tak odpychająca, jak tylko to jest możliwe, także pod względem fizycznym. Nawet, gdy zaczyna robić się mniej agresywna, to przesadza w drugą stronę. Samym głosem doprowadza do irytacji, a rzadko zdarza się taka reakcja z mojej strony. Troszkę lepszy jest Adrianno Giannini jako Giuseppe, który jest mocno przerysowany, jednak potrafi być zabawny (zabawa w kalambury czy rozmowy z kapitanem). Tylko między tą parą nie ma zgrania, a „miłość” między nimi nie jest w żaden sposób przekonujący.

rejs_w_nieznane4

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o tym filmie (ok, wyspa ładnie wygląda, ale to raczej jej zasługa niż filmowców), ale kompletnie nic się nie zgrało. „Rejs w nieznane” rozbił bank Złotych Malin i zakończył współpracę z producentem Matthew Vaughnem. Rehabilitacja oraz powrót do formy zajął Brytyjczykowi wiele, wiele lat. Dzięki czemu udało się zapomnieć o tym gniocie, który jest propozycją dla „koneserów”.

2/10

Radosław Ostrowski

Rock’n’Rolla

Londyński półświatek zawsze był interesującym miejscem pokazywanym przez brytyjskich filmowców. Renesans brytyjskiej gangsterski zawdzięczamy Guy’owi Ritchie, który pokazywał to środowisko z dużym przymrużeniem oka oraz ogromnym dystansem. Nie inaczej jest w przypadku „Rock’n’Rolla”, która była pierwszym filmem zrealizowanym po rozwodzie z Madonną, mający zakończyć ten mroczny okres w karierze reżysera. Czy udało się odbić od dna?

rocknrolla2

Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Archie – prawa ręka trzęsącego miastem Lenny’ego Cole’a. Facet ten ma wpływy, koneksje i jest bardzo cwany. Właśnie dobija interes z pewnym rosyjskim biznesmenem, chodzącym ze swoimi karkami. Chodzi o kupno działki, na którą trzeba mieć pozwolenie. Kosztuje to siedem milionów euro, więc trzeba zorganizować forsę, a by przypieczętować transakcję, Jurij ofiarowuje swój szczęśliwy obraz jako rękojmię. Niestety, obraz zostaje skradziony, podobnie jak forsa. Cole, a dokładniej Archie ma poruszyć niebo i ziemię, by znaleźć obraz oraz doprowadzić sprawę do gładkiego końca. W cała aferę są wplątani pewna znudzona księgowa, jej kochanek oraz jego paczka znana jako Dzika Banda, a także pewien rockowy muzyk, Johnny Quid, uważany za zmarłego.

rocknrolla1

Całość jest poszatkowana oraz mocno w stylu Ritchiego. To znaczy, mamy muzyczną mieszankę różnych stylów i gatunków oraz okresów, szybki, wręcz teledyskowy montaż w kilku scenach (sam początek to rewelacja), wyraziste postacie, smolisty czarny humor. Brzmi to jak stary, dobry Guy Ritchie. Intryga coraz bardziej się komplikuje, a kilka wątków dodaje smaczku: wychudzony, naćpany Quid, ukrywający się przed swoim ojczymem, poszukiwania obrazu Ruska, kradzież forsy oraz (pozornie zbędny) poszukiwania kreta wśród gangsterów. I pytanie: kto kogo wpuszcza w maliny, oszuka i wyjdzie z tego mając kupę forsy i bez szwanku. Nie zabraknie pomysłowo zainscenizowanych scen akcji (druga kradzież forsy, zakończona strzałami i gonitwą), dużo postrzelonych gagów (taniec One-Two ze Stellą i obok napisy, byśmy zrozumieli o czym gadają) oraz smolistego humoru (amerykańskie rybki!!!). No i ten akcent, dodający smaczku. Nie zabraknie niespodzianek, retrospekcji i chociaż zdarzają się drobne przestoje, nie ma tutaj mowy o nudzie.

rocknrolla3

No i jeszcze ci aktorzy, którzy dają z siebie kopa. Prawdziwymi gwiazdami są tutaj Mark Strong oraz Tom Wilkinson. Ten pierwszy jako Archie bardzo dobrze wykonuje swoją robotę jako przewodnik po świecie podejrzanych spelun, ulicznych informatorów oraz budzi respekt swoim obojętnym, lecz groźnym spojrzeniem. Drugi z łysiną na głowie potrafi wzbudzić strach, ale tak naprawdę jest facetem z ogromnym ego oraz przekonaniem o swojej niezachwianej potędze. Razem tworzą mocny duet niczym niezniszczalna stal. Po drugiej stronie mamy drobnego cwaniaka One Two (Gerard Butler w świetnej formie) oraz partnerującym mu kumpli Mumblesa (Idris Elba) iukrywającego swoją orientację Przystojnego Boba (Tom Hardy). Tutaj czuć chemię, widać jak zgrana to jest paczka. Do tego dodajmy jeszcze szarżującego Toby’ego Kimbella (Johnny Quid) oraz apetyczną Thandie Newton (Stella) i mamy brytyjski koktajl gangsterski a’la Ritchie.

rocknrolla4

Brytyjczyk wrócił na swoje stare śmieci i chociaż „Rock’n’Rolla” nie ma takiej mocy jak „Porachunki” i „Przekręt”, to nadal kawałek dobrego, wyspiarskiego kina gangsterskiego, zrobionego z klasą oraz kopniakiem niczym riffy elektrycznej gitary. Udany powrót i mocna zwyżka formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Król Artur: Legenda miecza

Któż nie słyszał o królu Arturze – legendarnym władcy średniowiecznej Anglii? Na ekranie ten władca pojawiał się setki razy, ale tym razem postanowiono kompletnie zmodyfikować historię. U niego Artur jest synem króla Uthera Pendragona (co jest zgodne z materiałem źródłowym), który zostaje zamordowany przez żądnego władzy brata, Vortigena sprzymierzonego z potężnym magiem Mordredem. Chłopiec jako niemowlę niczym Mojżesz trafia do Londinium, gdzie wychowują go dziewczyny z zamtuza. Nie znając swoje przeznaczenia, Artur staje się opiekunem burdelu i dba o swoje interesy. Ale dopuszcza się napaści na Wikingów, którzy byli gośćmi króla Vortigena, a ten nie lubi takich sytuacji. Artur dokonuje niemożliwego i wyciąga miecz wbity w kamień – Excalibura. Wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty, w które wciąga go potężna Czarnoksiężniczka stojąca na czele ruchu oporu.

krl_artur_11

Nowe dzieło Guya Ritchiego zebrało bardzo ostre baty i poległo w amerykańskich kinach (jak zwykle dystrybutor spieprzył sprawę), gdyż widzowie zamiast dostać typowy film fantasy otrzymali film w stylu Brytyjczyka: szybki, niemal teledyskowy montaż, pędzącą na złamanie karku kamerę, zbliżenia na detale (nawet podczas wielkich potyczek) oraz miejscami złośliwe poczucie humoru. I jeśli myśleliście, że Angol zrezygnuje z tej stylistyki, to jesteście w błędzie. I powiem więcej, te elementy nadają świeżości całemu przedsięwzięciu, wyróżniając go z grona tysięcy innych opowieści. Gdyby jednak było tego stylu jeszcze więcej, mielibyśmy wielkie kino, a tak jest tylko bardzo dobrze.

krl_artur_12

Reżyser konsekwentnie trzyma się konwencji kina fantasy, w którym nasz główny bohater nie chce, ale musi (jak kiedyś pewien elektryk z wąsami) stać się bohaterem, królem, superhero (niepotrzebne skreślić) i tutaj pomaga w tym silnie zaakcentowany watek magii związany z tajemniczą Czarnoksiężniczką (imię jej nie pada ani razu). I wtedy całość potrafi być bardzo mroczna: wizje śmierci Uthera nawiedzające bohatera, moment odrzucenia Excalibura (oraz ponowne przyjęcie za sprawą Pani Jeziora) czy wykorzystywanie nadprzyrodzonych mocy przez Vortigera (i ceny jaką za to płaci). Te elementy, choć przewidywalne, zrealizowane są znakomicie i forma powoduje, że zwyczajnie chce się to oglądać.

krl_artur_13

Realizacja jest przednia. Imponuje skupienie na detalach i mimo czasami ostrej jazdy kamery połączonej z montażem a’la Ritchie, całość jest bardzo czytelna oraz przejrzysta. Nawet slow motion jest celem do budowania napięcia, a nie efekciarską sztuczką i jest świetnie wykorzystana. Widać, że film miał duży budżet, efekty specjalne wyglądają bardzo przyzwoicie (zwłaszcza stwory w postaci węży) czy dzikie oczy Maga (Maginię – nie wiem jak to powiedzieć). Imponuje też scenografia, pełna bogactwa i szczegółów, podobnie jak efektownie wyglądające stroje (zwłaszcza zbroje rycerzy i samego króla – szpaner jeden), nie zawsze wyglądające jak z epoki. Do tego jeszcze mamy kapitalnie podkręcającą adrenalinę muzykę Daniela Pembertona, mieszająca etniczno-średniowieczny entourage ze współczesną perkusją, krzykami i sapaniem.

krl_artur_14

Aktorsko tak naprawdę liczy się tylko dwóch bohaterów, bo reszta robi albo za dowcipne tło, albo po prostu realizują swoje zadanie na tyle dobrze, że nie zwracamy na nich uwagi (przynajmniej od razu). Mówię tu o Charliem Hunnamie (Artur) oraz Judzie Law (Vortigen). Pierwszy zgrabnie ogrywa postać cwaniaka z tajemnicą, dojrzewający do odpowiedzialności, drugi za pomocą drobnych spojrzeń i gestów kreuje postać opętanego żądzą władzy króla-tyrana. I to działa, choć drugi plan też zapada w pamięć. Szczególnie tajemnicza pani Mag (Astrid Berges-Frisbey), oddany i szlachetny rycerz Bedivere (Djimon Hounsou) oraz szelmowski Bill Gęsi Smalec (Aidan Gillen).

Słuchając opinii krytyków oraz wyników frekwencyjnych, „Król Artur” powinien być totalnym paździerzem i kompromitacją. A wyszedł z tego niemal ocierający się o wielkość znakomity film przygodowy w świecie fantasy. Gdyby nie finał i parę drobnych potknięć, postawiłbym ten tytuł na jednej półce z „Porachunkami” i „Przekrętem”. A że w tej chwili w kinach nie ma lepszych propozycji, to walcie śmiało, tylko miejcie otwarte głowy i nie spodziewajcie się klasycznej opowieści fantasy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kryptonim U.N.C.L.E.

Dziś prawdziwych szpiegów już nie ma – narzekał Ritchie Valentine z filmu „Kingsman” Matthew Vaughna. Chyba wynika to z faktu, że nie oglądał najnowszego filmu Guya Ritchie. Anglik znany z komedii gangsterskich oraz pokazania nowego oblicza Sherlocka Holmesa znów zaskoczył.

kryptonim_uncle1

Jest rok 1962, zimna wojna w pełnym stanie, Mur Berliński już zbudowano, a obydwa mocarstwa zmierzają do ostatecznej konfrontacji. Czy jest coś, co mogłoby połączyć CIA i KGB? Ukrywający się nazistowscy zbrodniarze, którzy porwali profesora i zmusili go do pracy nad bombą atomową. Dlatego wyznaczeni przez swoich przełożonych Napoleon Solo i Ilja Kuriakin muszą podjąć współpracę, by nie dopuścić do planów zbrodniarzy. Ale czy będą w stanie sobie zaufać? No właśnie.

kryptonim_uncle2

Ritchie wziął na warsztat bardzo popularny serial z lat 60., gdzie główne role grali Robert Vaughn i David McCullum. Jednak zamiast uwspółcześnić całą intrygę, jak to się zdarza w przypadku remake’ów seriali telewizyjnych (m.in.: seria „Mission: Impossible” czy „Drużyna A”), stawia na estetykę retro. „U.N.C.L.E.” to bardzo eleganckie kino, z którego aż czuć ducha lat 60. – zarówno jeśli chodzi o kostiumy (panie noszą piękne stroje, panowie w eleganckich garniturach), jak i scenografię, która robi imponujące wrażenie. I nieważne, czy jesteśmy w mrocznym Berlinie czy słonecznym Rzymie – atrakcji jest co nie miara. Owszem, intryga jest nie do końca realistyczna (te finezyjne gadżety!) i jedzie po sprawdzonych kliszach, jednak pewna ręka Ritchiego, wsparta przez scenariusz pełen wolt, dowcipnych dialogów oraz wodzenia za nos (sposób montowania scen, gdy bohaterowie odkrywają swoje karty przypomina… „Sherlocka Holmesa” i jest to kapitalnie rozegrane). Jeśli dodamy do tego jeszcze równie oldskulową muzykę Daniela Pembertona, mamy przednie kino rozrywkowe, dorównujące „Kingsman”.

kryptonim_uncle3

No i jeszcze dobrana świetna ekipa aktorów. Henry „Superman” Cavill może nie sprawdził się jako Człowiek ze Stali, jednak jako Napoleon Solo jest kapitalny. Elegancko ubrany, czarujący złodziejaszek, z gracją i klasą podchodzący do swoich zadań. I jest obowiązkowym podrywaczem – czysty Amerykanin 🙂 Partneruje mu Arnie Hammer i Kuriakin jest odpowiednim kontrastem dla agenta CIA – surowy profesjonalista, który tylko pozornie sprawia wrażenie osiłka. Czuć zgranie między obydwoma panami, a początkowa niechęć musi ufność i jest to pokazane wiarygodnie. Panowie są też wspierani przez czarujące panie – Alicię Vikander (Gaby Teller) oraz Elizabeth Debicki (Victoria Vinciguerra – główna antagonistka), a także obsadzony wbrew swojemu emploi Hugh Grant.

kryptonim_uncle4

Nie jest to może idealna rozrywka (konfrontacja na wyspie troszkę przypomina strzelaniny z gier komputerowych jak „Call of Duty”), ale Ritchie zaskakuje i wraca do formy, co cieszy. Smuci fakt, że tak mało widzów obejrzało „Kryptonim U.N.C.L.E.”, przez co szansa na sequel jest bardzo mała, bo chętnie obejrzałbym ciąg dalszy. Może jak podbije rynek DVD i Blu-Ray, nadzieja ożyje?

8/10

Radosław Ostrowski