World War Z

Gerry Lane pracował jako śledczy dla ONZ. Jednak odpuścił pracę i poświęcił czas dla swoich najbliższych. Wszystko zmienia się, gdy jednego stojąc w korku jest świadkiem dziwnej sytuacji – śmigłowce lecą nad niebem, policja wchodzi na ulice, a ludzie nawzajem się mordują w szale. Po pewnym czasie okazuje się, że wybuchła epidemia zombie na całym świecie. Gerry wyrusza do bazy wojskowej w Korei Południowej, by znaleźć źródło choroby i pomóc wynaleźć szczepionkę na wirusa.

wwz1

Jak widać zombie to nośmy temat, wielokrotnie wałkowany przez kino. Jednak Marc Forster postanowił pójść inna droga i choć dostał duży budżet, to film rodził się w bólach, ciągle coś poprawiano i modyfikowano. Ale w końcu film trafił do kin i wyszedł z tego dość nietypowy blockbuster. Nie ma tutaj epatowania przemocą, juchą i totalnej rozpierduchy, ale zamiast tego jest dochodzenie, przenoszenie się z miejsca na miejsce (Korea, Izrael, Walia i gdzieś na środku oceanu), pytania i próba znalezienia odpowiedzi. Co nie znaczy, że nie ma tu akcji i strzelania. Nieumarli panoszą się w ilościach hurtowych i zawsze są nieproszeni, zostawiając po sobie masę trupów i kompletne zniszczenie. Nie ma tu heroizmu, patosu i łopoczącej amerykańskiej flagi, zaś Amerykanie nie są tu niezniszczalni jak Stallone i jego wesoła kompania (oni by w kilka godzin rozpiździli to wszystko). Trzyma to w napięciu i wiele razy łapie za gardło, zaś zakończenie tylko pozornie kończy się happy endem, bo wojna dopiero się zaczęła.

Jeśli zaś chodzi o obsadę, to mamy tutaj tylko jednego gwiazdora – Brada Pitta, który radzi sobie naprawdę dobrze i nie jest superbohaterem, tylko świadkiem wielu przerażających i porażających wydarzeń, choć sprytu i pomysłowości mu nie brakuje. Ale non stop prześladuje go pech (gdzie nie idzie, wszystko się sypie i zombiaki atakują), zmuszony do brutalnej konfrontacji z nieżywymi. Reszta obsady w tym dość epizodycznym filmie radzi sobie nie najgorzej (szczególnie wybija się David Morse, Ludi Boeken i Daniella Kertesz – kolejno ex-agent CIA, agent Mossadu i izraelska żołnierz).

wwz2

Forster poszedł trochę pod prąd i nakręcił bardzo realistyczną historię z zombiakami w rolach głównych. Sequel jest tylko kwestią czasu.

7/10

Radosław Ostrowski

Palacz zwłok

Rok 1938. Karel Kopfrkingl jest pracownikiem krematorium, ma piękną żonę i dwójkę dzieci. Poza tym kocha muzykę klasyczną, dba o czystość i higienę. Jego dość spokojne życie ulega zmianom, gdy zbliżają się do kraju naziści. Pod ich pływem powoli staje się jednym z nich – najpierw zdradza swój naród, przyjmuje ideologię hitlerowców, w końcu popełnia morderstwo.

palacz3

Ladislav Fuks uważany jest za jednego z najwybitniejszych pisarzy czechosłowackich, tworzących nietypowe horrory, pełne groteski i mieszania z innymi gatunkami. Parę razy był przenoszony na ekran, zaś za najsłynniejszą adaptację uchodzi „Palacz zwłok” Juraja Herza. Reżyser ubrał historię konformisty w stylistyką kina grozy oraz niemieckiego ekspresjonizmu, bardzo zgrabnie operując czarno-białą taśmą, co w wielu scenach (wizyta w muzeum figur woskowych czy wygląd krematorium) robi naprawdę mocne wrażenie. O pewnej ręce reżysera już świadczy sam początek, gdzie za pomocą szybkiego montażu kontrastuje wygląda Karela (zbliżenia na fragmenty jego twarzy) i zwierząt z zoo, a także w momentach, gdy płynnie przenosimy się z miejsca na miejsce (z koncertu w gminie żydowskiej do spotkania z inżynierem Reinke).

palacz1

Jednocześnie reżyser próbuje wejść w psychikę bohatera, w którym zachodzi przemiana ze spokojnego i szarego obywatela w volksdeutscha i kapusia, zapalczywego wyznawcę ideologii nazistowskiej, którą widzi także w myślach Tybetu. To potrafi zatkać, jednak samego stricte straszenia, krwi nie ma tutaj zbyt wiele (końcówka, gdy bohater morduje swoją rodzinę, by ją ocalić), bo przeraża tutaj człowiek. Ale samo przesłanie jest dość oczywiste, a sam film (poza drugą połową) mnie nie zaangażował. W dodatku jest parę znaków zapytania – dla mnie największym pozostaje tajemnicza kobieta w czerni, z długimi włosami, nawiedzająca parę razy Karela.

palacz2

Jeśli zaś chodzi o obsadę, tak naprawdę liczy się tu jedna osoba – Rudolf Hrusinsky. Aktor znany mi z roli dobrego wojaka Szwejka magnetyzuje i tworzy dość nietypową rolę. To oczami Karela widzimy świat oraz niebezpieczną przemianę. Jednak nie jest to psychopata, z przerażającym śmiechem czy groteskowym wyrazem twarzy. Jest zawsze elegancko ubrany, zawsze uśmiechnięty i dbający o siebie (ten grzebień), opanowany człowiek. Na początku można go potraktować jako dziwaka, jednak potem widzimy jego obsesję na punkcie krematoriów oraz ocalenia ludzkości za pomocą pieca. Zaś w momencie, gdy widzimy go rozmawiającego z mnichem tybetańskim, który widzi w nim nowego Buddę – widzimy już całkowity obłęd.

Mimo paru wad, „Palacz zwłok” to klimatyczne (te zdjęcia, ten montaż, ta chóralna muzyka), ale na pewno nie łatwe kino. Raczej na więcej niż jeden raz.

7/10

Radosław Ostrowski


Krzysztof Komeda – The Fearless Vampire Killers

Fearless_Vampire_Killers

Kto z nas nie lubi oglądać horrorów? A czy takie mniej serio, a bardziej zabawne niż straszne? Jednym z klasyków horroru komediowego są „Nieustraszeni pogromcy wampirów” Romana Polańskiego. Bardziej dzisiaj jest zabawą konwencją i serwująca świetną rozrywkę oraz żart niż wywołuje strach. O samym filmie już mówiłem, wiec teraz pora zwrócić uwagę na muzykę.

A za tą odpowiadał najbliższy współpracownik Polańskiego w latach 60-tych – Krzysztof Komeda. Wydanie, które zaś opisuje pochodzi z roku 2005 roku i wyszło z ręki Harkit Entertainment i zawiera półgodziny muzyki. Czas trwania nie jest wadą tego wydawnictwa.

komedaI już zaczynamy całość od tematu z czołówki. Wokalizy chóru, dźwięki klawikordu tworzą dość mroczną atmosferę. Choć jest to komedia, jednak Komeda nie zapomina o budowaniu suspensu oraz ponurego klimatu, który będzie nam towarzyszył do samego końca. Temat z czołówki będzie się powtarzał parokrotnie (m.in. „Koukol Laughs” czy „Portraits” z orientalnie brzmiącymi bębnami). Drugim pojawiającym się tematem jest motyw liryczny – lżejszy, zwinniejszy z żeńskim wokalem pojawia się już w „Sarah in Bath” i pojawia się parę razy w innych aranżacjach (m.in. „Skiing”, „Snowman” czy przerobiony na walca „Krotock on Sledge”), czasem stając się mroczniejszym („Sarah’s Song”). Jednak w dużej części jest to underscore rozpoznawalny przez znawców muzyki grozy, w dodatku są to dość krótkie utwory nie trwające nawet minuty (m.in. „Alfred Behind Sledge” z ponurym kontrabasem oraz fagotem czy „To the Cellar” z nerwowym fletem oraz dęciakami). Jednak po pierwsze są to słuchalne utwory, m.in. dzięki czasowi trwania, a po drugie nie wywołują one znużenia. Ale jest tutaj małe zaskoczenie, czyli „Alfred Hears Singing”. Zaczyna się lekko i skocznie (flet i dzwonek), by po minucie zmienić klimat za pomocą dęciaków i ciągnącej się wiolonczeli.

Komeda napisał muzykę, która może nie pasowałaby do dzisiejszego kina grozy, ale w samym filmie sprawdza się bardzo dobrze. Poza nią też brzmi przyjemnie (nawet te straszniejsze fragmenty), co w przypadku soundtracku do horroru (jakby nie było) jest zadaniem trudnym. Mała perełka.

8/10

Radosław Ostrowski


Dziecko Rosemary

Rosemary i Guy Woodhouse są młodym małżeństwem, które chce mieć dziecko. Parę dni później poznają sąsiadów zza ściany, państwa Castavetów. Pary się zaprzyjaźniają, zaś Guy jest wręcz nimi zafascynowany. Podczas jednej z wizyt, pani Castlevet daje deser dla nich. Po jego zjedzeniu Rosemary zaczyna się czuć gorzej i ma koszmary. Potem kobieta odkrywa, że jest w ciąży, co daje początek tajemniczym sytuacjom.

Pierwszy w historii kina horror satanistyczny – tak zwykło mówić się o pierwszym amerykańskim filmie Romana Polańskiego. Nie nazwałbym go stricte horrorem, zwłaszcza jeśli za horror uznajecie takie filmy jak „Piła”, „Egzorcysta” czy „Hostel”. Tutaj nie ma krwawych scen, makabreski czy elementów nadprzyrodzonych (poza pociętą sceną koszmaru, gdy Rosemary spółkuje z Diabłem), chociaż zachowania pewnych postaci wydają się dość dziwaczne (zwłaszcza nadopiekuńczy sąsiedzi). To spokojne tempo jest środkiem usypiającym, który ma odwrócić naszą uwagę. Całość jest naprawdę świetnie zrealizowane – zdjęcia imponują naturalnością, aktorzy wyglądają naturalnie i jeśli ktoś mówi, że ktoś wygląda blado, to tak wygląda.

dziecko_rosemary2

Polański nie stawia tutaj jednoznacznych odpowiedzi, buduje atmosferę niejednoznaczności i myli tropy, m.in. dzięki mrocznej muzyce Krzysztofa Komedy czy bardzo delikatnemu montażowi, zaś nawet przewrotny finał nie jest w stanie dać odpowiedzi na pytanie: czy Rosemary naprawdę urodziła dziecko szatana (czarna kołyska, nad nią odwrócony krzyż), a może to wszystko jest wyłącznie urojeniem (nie widzimy dziecka). Także aktorzy, choć grają świetnie, też nie rozwiązują tej sprawy. Mia Farrow znakomicie kreuje postać delikatnej kobiety przekonanej o spisku, ale jest ona ignorowana i jest wiarygodna od początku do końca. Tak samo doskonały John Cassavetes jako mąż-aktor, który próbuje zrobić karierę i nagle mu się to udaje czy grający sąsiadów Ruth Gordon (nadopiekuńcza Minnie) i Sidney Blackmer (czarujący Roman).

dziecko_rosemary1

To jest pierwszy film Polańskiego, o którym z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest czymś, co można nazwać arcydziełem. Świetnie zrealizowany, niejednoznaczny, na więcej niż tylko jeden raz. A co wy o tym sądzicie?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nieustraszeni pogromcy wampirów

Profesor Abronsius jest ekscentrycznym naukowcem badającym nietoperze. Razem ze swoim asystentem Alfredem wyruszają zimą do Transylwanii, gdzie zamieszkują w pobliskiej gospodzie. Na miejscu Alfred zakochuje się w córce gospodarza, Sarze. Kiedy ona zostaje uprowadzona przez wampira, poszukiwacze wyruszają do pobliskiego zamku.

wampiry1

Roman Polański tym razem postanowił pobawić się konwencją horroru, jednocześnie parodiując ją. Jest tu wszystko, co w tego typu produkcji być powinno: ciemna noc, ponura atmosfera, potęgowana przez zimę, wampiry, czosnek, kołki, trumny, pogryzienia itp. Jednocześnie całość jest podana w zaskakująco lekkiej konwencji i tak naszpikowana humorem (głównie slapstickowym, ale i słownym), że nie wywołuje może to takiego przerażenia jak wtedy, ale gwarantuje świetną zabawę. Żeby jednak nie było wątpliwości, że mamy do czynienia z horrorem, przypominają nam o tym zdjęcia, świetna muzyka i atmosfera tajemnicy. W dodatku same wampiry też trochę odbiegają od typowego wizerunku, bo nawet u nich jest podział klasowy (wampir-arystokrata może spać w krypcie – wampir-Żyd już nie), a całość poprowadzona jest do przewrotnego finału.

wampiry2

Jednak najwięcej radości i zabawy sprawiają główni bohaterowie. Profesor Abronsius (brawurowy Jack MacGowran) sprawia wrażenie pokręconego freaka-intelektualisty, zaś jego asystent (sam Polański) to małomówny, nieśmiały młodzieniec. Obaj są tak naprawdę trochę nieudacznikami, którzy nie doceniają swojego przeciwnika, jednak mają sporo szczęścia. Panowie nakręcają ten film i dzięki nim nadal się go tak świetnie ogląda. Poza tym duetem mamy jeszcze urodziwą Sharon Tate (Sara) i demonicznego hrabiego von Krolocka (Fred Mayne).

wampiry3

Dzięki temu filmowi Polański otrzymał szansę kręcenia w Hollywood, którą wykorzystał. Sam film może nie jest taki przerażający jak w dniu premiery, niemniej humor pozostał i nadal działa. Przedni pastisz gatunku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lśnienie

Jack Torrance był nauczycielem, jednak decyduje się podjąć prace jako stróż w hotelu Overlock umieszczonym wysoko w górach. Przybywa tutaj razem z żoną i synem, który ma wyimaginowanego przyjaciela. Na miejscu dowiaduje się, że jego poprzednik zamordował swoją żonę i dwie córki, po czym popełnił samobójstwo. Poza tym w hotelu, zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Stanley Kubrick – ten reżyser ma reputację twórcy realizującego filmy na najwyższym poziomie. Po kasowej porażce „Barry’ego Lyndona” tym razem postanowił nakręcić adaptację horroru Stephena Kinga – bardzo popularnego pisarza grozy. Efekt – jeden z ciekawszych i dość nietypowych horrorów w historii kina. Reżyser stawia przede wszystkim na klimat (opuszczony hotel z mroczną tajemnicą, imponującą scenografią) i atmosferę wyalienowania doprowadzającą do obłędu i szaleństwa, zaś umieszczenie akcji zimą tylko potęguje ten klimat. W dodatku jak to u Kubricka całość jest zrealizowana na najwyższym poziomie – w dodatku po raz pierwszy wykorzystano Steadicam (stabilna praca kamery), zaś montaż jest tutaj bardzo rytmiczny (wplatane w scenach „lśnienia” sceny wylewającego się z windy morza krwi czy morderstwa sióstr) i elementy metafizyczne gmatwają całą sytuację, bo być może są efektem nadużycia alkoholu, może jednak nie. Więcej nie powiem, bo zakończenie mocno namiesza w głowie. W dobie dzisiejszych horrorów „Lśnienie” to perła.

lsnienie1

Jeśli zaś chodzi o aktorów, to już tak idealnie nie jest. Owszem, Jack Nicholson jest po prostu wspaniały, zaś sceny z jego obłędem lub moment, gdy siekierą chce się dobić do łazienki wywołują naprawdę ciarki na plecach. Choć były momenty, gdy miałem wrażenie szarżowania (zamknięcie w chłodziarce), to jednak nie popada on w groteskę czy przesadę, czego niestety nie da się powiedzieć o Shelley Duvall w roli Wendy, żony Jacka. Strach i przerażenie w jej wykonaniu (od momentu odkrycia prawdy o obłędzie Jacka) wydają się przeszarżowane i mocno przerysowane. Może i miało to pokazać przerażenie, ale wyszła z tego karykatura (niepewne trzymanie noża w ręku) – można to było lepiej rozegrać. Za to warto wyróżnić trzech aktorów: Scatmana Crothersa (kucharz Dick Halloran), debiutującego Danny’ego Lloyda (Danny, obdarzony „lśnieniem” syn Jacka) i Phillipa Stone’a (kelner Delbert Grady).

lsnienie2

Chciałbym powiedzieć, że Kubrick nakręcił arcydzieło, ale nie tym razem. Technicznie to perfekcja, aktorstwo też jest dość wysoki poziom, jednak jedna osoba mocno położyła ten film. Mogło być fantastycznie, a wyszło nieco ponad poziom dobry. Poza tym było kilka momentów nużących (m.in. dość długa ekspozycja). Niemniej warto obejrzeć „Lśnienie” ze względu na realizację i poziom, który i tak dla wielu jest nieosiągalny nawet do dnia dzisiejszego.

7/10

Radosław Ostrowski

Martwe zło

Pięcioro przyjaciół wyrusza, by spędzić weekend w domku gdzieś w lesie. Ale powodem tej eskapady nie jest alkohol i seks, lecz detoks. Albowiem Mia, główna bohaterka ma problem z narkotykami. Jednak młodzi ludzie znajdują Księgę Umarłych. Przeczytanie jej wywoła masę problemów, przy których detoks to mały pryszcz.

martwe_zlo1

Dawno, dawno temu w 1981 roku debiutujący reżyser Sam Raimi nakręcił horror, który rozpoczął serię opowieści, gdzie makabra, krew i… humor szła ręka w rękę. Jednak w Hollywood, tak jak na Wall Street, znajdzie się grupa chciwych ludzi, którzy chcą zrobić drugi raz to samo. Dlatego po 30 latach postanowiono zrobić remake kultowego filmu Raimiego, obsadzając za sterami debiutanta Fede Alvareza. Młodzik postanowił opowiedzieć jeszcze raz tą samą historię ozdabiając ją fakami, krwią i makabrą, robiąc to absolutnie na poważnie, co w czasach „Domu w głębi lasu” nie ma prawa już niczym zaskoczyć. Nie jest to jednak wina reżysera, bo ten zrobił, co trzeba i zrobił bardzo krwawy film. Świetne zdjęcia, montaż, mroczny klimat i masa krwi oraz posoki zasługują na uznanie, a w porównaniu ze współczesnymi horrorami, ten wypada bardzo dobrze. Owszem, mamy śladową wiedzę o bohaterach, a ich zachowania stawiają pytania, co do posiadania mózgu, jednak to są jedyne poważne wady tego filmu.

martwe_zlo2

Aktorstwo w przypadku tego typu produkcji nie jest sprawą najważniejszą, niemniej prezentuje się ono całkiem przyzwoicie. Najlepiej wypada Jane Levy jako uwspółcześniona wersja Asha, zaś reszta po prostu jest i nie przeszkadza.

Nic nowego w krainie horroru, ale za to jak wykonane. Zazwyczaj jestem przeciwko rimejkom, ale ten wypadł naprawdę dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Wiecznie żywy

Osiem lat temu wybuchła epidemia, która zamieniła ludzi w zombie. Ludzie, którzy przeżyli odgrodzili się murem od reszty, rządzeni przez wojsko i wychodzą na zewnątrz, by szukać lekarstw. Podczas jednej takiej akcji, córka generała zostaje porwana przez jednego z zombie, niejakiego R, który się w niej… zakochuje.

zombie1

Komedia romantyczna i zombie? Wiem, to brzmi dziwnie, ale Amerykanie nie znają słowa „nierealne”, tylko „nieopłacalne”. Reżyser Jonathan Levine nakręcił wcześniej znakomite „Pół na pół”, które łączyło komedię z rakiem, więc stworzenie tego pokręconego mariażu w „Wiecznie żywym”, nie powinno sprawiać żadnego problemu. Nie brakuje dowcipnych, ale i niepozbawionych refleksji dialogów i dość przekonująco pokazano miłość niemożliwą, bo między żywym a martwym, po raz kolejny pokazując siłę miłości. Więcej treści nie podam, bo za spojlerowanie grozi knebel, a efekt jest pozytywnie zaskakujący. Cała reszta też trzyma dobry poziom – zaczynając od zdjęć i montażu, poprzez charakteryzację i efekty specjalne, aż po ścieżkę dźwiękową, gdzie obok Boba Dylana i Bruce’a Springsteena pojawia się Bon Iver i The National. Nie brakuje też scen strachu (przecież to jest horror, nie), ale są pozbawione krwi i brutalności (poza jedzeniem mózgu, który wywołuje wspomnienia zmarłego, ale wiadomo, że to nie wegetarianie).

zombie2

Muszę przyznać, że w przypadku tej pokręconej opowieści, wszystko było w rękach aktorów, którzy zrobili wszystko, by ten romans uwiarygodnić. Między Nicholasem Houltem (introwertyczny R, który jest narratorem całej opowieści) a Teresą Palmer (delikatna Julie, przy okazji wygląda trochę jak Kristen Stewart, ale lepiej gra) jest chemia, choć początkowo jest przerażenie (wiadomo dlaczego). Poza nimi na drugim planie wybijają się Rob Corddry (zombie Marcus) i John Malkovich (generał Grigio).

Rzadko zdarzają się takie połączenia. Trochę szkoda, bo dzięki temu kino byłoby bogatsze. Sprawnie zrobione, ciekawie opowiedziane i oryginalne.

7/10

Radosław Ostrowski

Mama

Wszystko zaczyna się kilka lat temu, kiedy ojciec po zabiciu żona i swoich wspólników porywa swoje dwie córki i ucieka. Powoduje wypadek i trafia do opuszczonej chaty w lesie. Tam próbuje je zabić, ale zostaje powstrzymany przez tajemniczą istotę. Pięć lat później dziewczynki zostają odnalezione, a opiekę sprawuje nad nimi ich wuj Lucas ze swoją dziewczyną Annabel. Po pewnym czasie okazuje się, że istota nadal opiekuje się dziećmi.

mama1

Ten film przypomniał mi dlaczego nie przepadam za horrorami. Tym większy zawód, że za produkcję odpowiada Guillermo del Toro, twórca znakomitego „Labiryntu Fauna”. Reżyserem został jednak debiutujący Andy Muschietti i to widać, bo choć historia ma potencjał na horror z psychologicznym tłem, staje się tak naprawdę pretekstem do straszenia i sięgania po ograne chwyty – otwierające się szafy, nawiedzony domek, ćmy zwiastujące niebezpieczeństwo, mroczna tajemnica, strasznie brzydki demon – i sprawdzone sztuczki przy straszeniu (muzyka, niedomknięta szafa, wrzaski i piski). Słowem nic ciekawego, a zakończenie także rozczarowuje. Del Toro próbował zrobić ta samą sztuczkę w przypadku równie nieudanego „Nie bój się ciemności” i też mu to nie wyszło.

mama2

Szczerze, nie byłoby tu nic do wspominania, gdyby nie jeden mocny punkt – poza mrocznymi retrospekcjami i porządną realizacją – a jest nim Jessica Chastain, która tutaj wciela się w Annabel – basistkę punkowej kapeli, która wygląda (Annabel, nie kapela) jak emo. Kobieta spodziewa się dziecka, ale nie czuje się gotowa na bycie matką. Ta postać miała w sobie wielki potencjał, który został zaprzepaszczony.

Kolejny horror wyprodukowany przez mistrza del Toro i kolejny raz możemy mówić, że hiszpańska szkoła grozy nie istnieje. Absolutnie nie warte uwagi.

5/10

Radosław Ostrowski

Egzorcysta

Trudno powiedzieć coś nowego na temat tego filmu. Historia jest prosta i niezbyt skomplikowana: 12-letnia Regan zaczyna się dziwnie zachowywać. Matka próbując jej pomóc, desperacko chwyta się wszelkiej pomocy, aż dochodzi do wniosku, że jej córka jest opętana. Wypędzenia demona podejmują się doświadczony ksiądz Merrin oraz przeżywający kryzys wiary Damien Karras.

Realizacji tego filmu podjął się opromieniony sławą „Francuskiego łącznika” William Friedkin, bazując na bestsellerowej powieści Williama Petera Blatty’ego. Ale jeśli spodziewacie się anielskich chórów z epickim soundtrackiem czy efektownych scen i hektolitrów krwi, pomyliliście adresy. Reżyser wręcz w konwencji dokumentu przeplata ze sobą dwa wątki: opętanej Megan, której próbuje pomóc matka (wizyty i badania lekarskie) oraz księdza Karrasa, który zaczyna mieć wątpliwości, co do słuszności wybranej drogi i obwinia się za śmierć matki. A wszystko to w stonowanych kolorach, naturalistycznych i nadal broniących się efektach specjalnych. Jednak szczerze powiedziawszy, czegoś mi tu brakuje – bo nie jest to horror, przynajmniej w ogólnie pojętym znaczeniu tego słowa. I to co straszyło 40 lat temu, raczej nie wywołuje już takiego wrażenia teraz (wyjątkiem jest Regan chodząca na czworaka na schodach czy scena egzorcyzmu). Na plus też należy wyróżnić dość gorzki finał.

egzorcysta1

Friedkinowi udało się za to zebrać naprawdę dobrą obsadę. Ellen Burstyn jako matka Regan idealnie pokazuje jej zagubienie i desperację, Linda Blair przechodząca przemianę z grzecznej dziewczynki w ostrą, bo opętaną laskę bawiącą się krucyfiksem potrafi jeszcze przerazić. Ale i tak najbardziej przykuwa uwagę Jason Miller jako zagubiony ksiądz Karras, któremu sutanna mocno ciąży. To on dominuje ekran i jego rozterki schodzą na plan pierwszy i przykuwają uwagę. No i w końcu – last but not least – Max von Sydow jako tytułowy egzorcysta – silny, pewny siebie, bardzo doświadczony, choć lekko nie przy zdrowiu.

egzorcysta2

Jednak „Egzorcysta” mimo lat nadal potrafi nieźle straszyć i zaskoczyć. Całkiem nieźle się broni, choć gdy oglądałem go za pierwszy razem (jakieś 7-8 lat temu) zrobił na mnie większe wrażenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski