Kochając Pabla, nienawidząc Escobara

Wydawałoby się, że po serialu „Narcos” opowiadania jeszcze raz o Pablo Escobarze jest kompletnie pozbawione sensu. I jakakolwiek próba wydaje się z góry skazana na przegraną. A jednak reżyser Fernando Leon de Aranoa postanowił podjąć się tego wyzwania, prezentując historię barona narkotykowego z perspektywy jednej z jego kochanek, dziennikarki Virginii Vallejo, która opisała to wszystko w swoich wspomnieniach.

kochajac_pablo2

Czy można tą historię nazwać ciekawą? Bo ja mam duży problem z powodu tego, czym tak naprawdę miał być? Historią miłosną, biografią kryminalnej kariery Escobara, spojrzeniem na jego życie prywatne, jak próbuje go tropić DEA? Oglądając ten film miałem takie wrażenie, jakby reżyser chciał całe dwa sezony „Narcos” upchnąć w jeden dwugodzinny film. Zamiast skupić się na jednym wątku i konsekwentnie go prowadzić cały czas, mamy tutaj kompletna sklejka wszystkiego, nie dając ani grama dużej satysfakcji. Wszystko jest tutaj tak poprzecinane, poklejone, nie do końca wyczerpując każdy wątek, który zostaje poprowadzony po łebkach. Czy dostaję coś nowego na temat Escobara? Absolutnie nie. Czy się nudziłem? Troszkę tak, bo już to wszystko znałem.

kochajac_pablo1

Niemniej udaje się reżyserowi zachować odpowiednie tempo, wywołać miejscami napięcie, a kilka scen naprawdę łapie za gardło (wizyta w lombardzie, krwawe egzekucje czy ucieczka nagiego Escobara z kryjówki pod ostrzałem). Nie mniej zabrakło mi tu czegoś poza solidne rzemiosło. Nie brakuje krwawej rzezi, bo jest tego dość sporo (ataki na policjantów i odwet), próby kariery politycznej (to szybko zostaje ucięte), rozmów z żoną, jak i perturbacji zawodowych Virginii oraz działań Secure Bloc. Jednak to wszystko (i to z tysiąc razy lepiej) było w serialu Netflixa, który wycisnął z tego tematu wszystkie możliwe soki. Nawet wykorzystanie kilku chwytliwych numerów (m.in. Santany) sprawia wrażenie wtórności.

Nawet aktorstwo wydaje się zaledwie dobre, ale wiadomo – w serialu można wycisnąć więcej z powodu większego czasu. Ale postawiono tu na bardziej rozpoznawalne nazwiska, dające tutaj radę. Javier Bardem robi wszystko, by być Escobarem i ma tyle charyzmy, by zwrócić na siebie uwagę i jest naprawdę świetny, bez popadania w przesadę, co jest dużym plusem. Także Penelope Cruz w roli lekko naiwnej dziennikarki, zakochanej w Pablito jest cholernie dobra. Blado prezentuje się przy nich Peter Sarsgaard (agent Sheppard), ale prawda jest taka, że nie miał tutaj zbyt wiele do roboty.

„Kochając Pablo” można potraktować jako wstęp do „Narcos”, który jest absolutnie zajebisty i zachwyca szczegółowością oraz rozmachem realizacyjnym. W innym przypadku może się poczuć bardzo rozczarowani i znudzeni.

6/10

Radosław Ostrowski

Duchy Goi

Francisco Goya był jednym z najbardziej znanych hiszpańskich malarzy przełomu XVIII i XIX wieku. Jednak ostatni film Milosa Formana nie jest stricte biografią tego twórcy, ale jego losy przeplatają się z dwójką bohaterów, w których losy zostanie wplątany. Pierwszy to inkwizytor ojciec Lorenzo, nawołujący do powrotu wykorzystania dawnych metod, drugą jest modelka malarza – Ines Bilbatua, oskarżona o tajemne praktykowanie judaizmu.

duchy_goi3

Reżyser portretuje realia epoki, skupiając się na dwóch przestrzeniach czasowych – rok 1792 oraz 1807, kiedy do Hiszpanii przybywa Napoleon z hasłami „wolności, równości i braterstwa”. Najpierw mamy terror św. Inkwizycji oraz panującą psychozę strachu, gdzie na podstawie drobnego gestu można zostać oskarżonym o herezję, a tortury tylko wywołują jeszcze większy ból. Bóg się tylko przygląda i nie ingeruje, robi to za niego Historia – przewrotna, okrutna oraz złośliwa persona. Wszystko to okraszone bardzo sugestywnymi rycinami Goi, trafnie punktującego okrucieństwo, podłość oraz wszelkie grzechy ludzkie. Ale potem na scenę wkracza sam Napoleon oraz jego wojska, wprowadzające swój porządek: gwałty, morderstwa, powieszenia, egzekucje. Kraj niby wydaje się „oświecony”, ale jest tak samo zdegenerowany i zgniły jak przedtem, zwłaszcza że ludzie za sterami są niemal ci sami. Może i nie ma św. Inkwizycji, a wpływy Kościoła osłabły, ale poza tym? Forman pokazuje niezmienną siłę władzy dokonywanej przez ludzi, lecz także pewną przewrotność ludzkiego losu, tak zaskakującego i nieoczywistego, doprowadzając do dość ciekawego finału. Cała intryga jest bardzo zgrabnie poprowadzona, a niektóre dialogi do dziś mogą robić wrażenie.

duchy_goi4

Technicznie „Duchy Goi” przypominają obraz – trudno oderwać oczu od trafnej kolorystyki, czasem wręcz surowej (wizyta w zakładzie dla obłąkanych), a jednocześnie pełnej masy detali oraz szczegółów. Przepięknie wyglądały sceny w tawernie czy pierwsze kadry, gdzie inkwizytorzy rozmawiają o grafikach Goi. Także kostiumy robią wręcz piorunujące wrażenie, jakie był pod tym względem (i nie tylko pod tym) osiągnął tylko „Barry Lyndon” oraz scenografia, wiernie rekonstruująca Hiszpanię w czasie fermentu, wręcz z ogromnym pietyzmem odtwarzając choćby tworzenie rycin przez Goyę czy tortury św. Inkwizycji, budząc wielki podziw.

duchy_goi2

To wszystko nie miałoby takiej siły, gdyby nie rewelacyjne aktorstwo. Na pierwszy plan wybija się ojciec Lorenzo, fenomenalnie zagrany przez Javiera Bardema. Sprawia wrażenie początkowo oddanego sprawa fanatyka, ale to tak naprawdę to śliski facet, zmieniający przekonania niczym chorągiewka na wietrze oraz mający wiele, BARDZO WIELE na sumieniu. Ale mimo to ta postać pozostaje ludzka, nie jest czystym wcieleniem zła, co byłoby bardzo łatwo osiągnąć. Równie piorunujące wrażenie robi podwójna kreacji Natalie Portman. Ines, gdy ją poznajemy jest energiczną, żywiołową dziewczyną, pełną radości. Ale pobyt w lochach Inkwizycji zmienia ją nie do poznania, a charakteryzacja dopomogła aktorce w pokazaniu zagubienia, lęku oraz poczucia obcości. Z kolei jej córka Alicia to jej przeciwieństwo – pewna siebie, pozbawiona troszkę zębów, lecz nadal atrakcyjna. I każda z tych Pań mówi i zachowuje się inaczej, co jest ogromnym plusem.

duchy_goi1

A jak z Goyą? Wcielający się w tego malarza Stellan Skarsgaard wydaje się jedynie postacią poboczną, pionkiem wplątanym w opowieść Ines oraz Lorenzo. Pozornie wyluzowany, towarzyski, ale jednocześnie zdystansowany obserwator, nie opowiadający się po żadnej ze stron. Niby tło, ale zapada w pamięć. Drugi plan też jest przebogaty: od wielkiego Inkwizytora (solidny Michel Lonsdale) przez ojca Ines (świetny Jose Louis Gomez) aż po pozbawionego talentu muzycznego króla Hiszpanii (bardziej poważny Randy Quaid).

„Duchy Goi” dla wielu były sporym rozczarowaniem, bo oczekiwano drugiego „Amadeusza”. Jednak Milos Forman potwierdza swój imponujący warsztat, zarówno od strony audio-wizualnej i prowadzeniu aktorów aż do przewrotności w opowiadaniu historii. Gorzkie, refleksyjne oraz bardzo brutalne kino, chociaż pozornie statyczne i teatralne w formie. Bardzo niedoceniony tytuł.

8/10

Radosław Ostrowski

mother!

UWAGA!!!!!!

Tekst może zawierać spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Sam początek filmu Darrena Aronofsky’ego wprawia w konsternację. Spalony dom zaczyna się powoli odnawiać (tak sam z siebie) i wtedy budzi się Ona. Młoda, atrakcyjna, dbająca o dom. On jest poetą, który przeżywa kryzys twórczy. Do tego spokojnego domostwa nagra wprasza się mężczyzna – już niemłody, lekarz lubiący papierosy. Trafia do pokoju gościnnego, a to doprowadza do pojawienia się kolejnych osób.

mother1

Cała historię reżyser pokazuje z perspektywy kobiety, granej przez Jennifer Lawrence, do której kamera wręcz się przykleja niczym rzep do psiego ogona. Wszystko to służy jednemu celowi: wejścia w jej skórę. Dzięki temu powinniśmy poczuć dezorientację, przytłoczenie i lęk. Kobieta nie rozumie zachowania swojego męża, który bardziej interesuje się przybyszami niż jej potrzebami, poczuciem potrzebną, docenianą. A wtedy reżyser zaczyna atakować swoimi inspiracjami, z której najmocniejsza to Biblia (od Adama i Ewy przez Kaina i Abla aż po Nowy Testament do Apokalipsy). Wszystko ma wymiar metafory, gdzie każda postać, zdarzenie jest symbolem czegoś. Krew na podłodze po bójce braci, otwór w piwnicy czy druga część filmu, gdzie On już tworzy swoje dzieło i daje je ludziom.

mother2

Tylko, ze chyba nie są na to gotowi, nie rozumieją do końca. W tym momencie zaczynają się dziać wręcz dantejskie sceny, a Aronofsky zaczyna piętnować całą ludzkość: że jesteśmy chciwi, podli, nieodpowiedzialni, bezmyślni, skłonni do przemocy, zaś dom zmienia się w plac wojny, fanatyzmu, walki z policją i wojskiem. Wszystko jest tak mocno podkręcone, że aż się naprawdę przeraziłem. Jednak kiedy zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Aronofsky serwuje mi efekciarską wydmuszkę. Kamera robi świetna robotę, tak samo jak miejscami bardziej intensywny dźwięk. Tylko, ze ta cała symbolika miejscami była dla mnie za bardzo czytelna (kłótnia braci zakończona zabójstwem czy finał ze śmiercią nowonarodzonego dziecka i… zjadaniem jego ciała), chociaż nie wszystko jest dla mnie jasne (żaba wyskakująca z rozbitego pomieszczenia w piwnicy).

mother3

Aktorstwo też służy tutaj wizji Aronofsky’ego, przez co nie ma postaci z krwi i kości. Jennifer Lawrence i Javier Bardem próbują stworzyć portret związku Mąż/Żona, Mężczyzna/Kobieta. Bardziej przekonało mnie przerażone oblicze Matki, chociaż ta postać przez niemal większość filmu pozostaje bierna, stłamszona, nieporadna. On bardziej interesuje się innymi ludźmi, tak ufny wobec nich niczym dziecko, że aż naiwny. Dziwna ta para, a w ich miłość trzeba wierzyć na słowo.

„mother!” to zachłyśnięcie się Aronofsky’ego swoim talentem i wielkością, że bardzo mocno podzielił widownię. Inni uznają ten film za ogromny, pretensjonalny bełkot, gdzie liczą się symbole niż postacie oraz fabuła, inni za genialne dzieło, pokazujące bezwzględną prawdę o człowieku. Ja jestem gdzieś po środku tego bałaganu, szanując wizję reżysera, ale bez sympatii i podziwu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Adwokat

Tytułowy adwokat ma wszystko to, o czym zwykły śmiertelnik może sobie pomarzyć: kupa szmalu, piękne garnitury, piękna kobieta. Ale pod tym pięknym obrazkiem czai się facet z długami, a wierzyciele nie są zbyt cierpliwi. Prawnik wpada na pomysł wyjścia z kłopotów, czyli zrobienie małej kradzieży. Małej w sensie 20 milionów dolarów od kartelu, jednak coś poszło nie tak i zarówno mecenas, jak i wszyscy zamieszani w sprawę (właściciel nocnego klubu Reiner, pośrednik Westrey) mogą za to zapłacić.

adwokat11

Krążą plotki, że „Adwokat” to najgorszy film Ridleya Scotta. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić filmu gorszego od „Prometeusza”, brzmiało to jak czysta fantastyka. A kooperacja ze scenariuszem autorstwa Cormaca McCarthy’ego brzmiała elektryzująco. I wiecie, co zagrało? Niewiele. Historia jest bardzo szczątkowa i niby gdzieś toczy się gdzieś w tle, ale prowadzone jest to w tak hermetycznie i niezrozumiałe, że trudno się to ogląda. Niby jest to miks czarnego kryminału z westernowymi plenerami oraz pełna filozoficznych refleksji na temat zbrodni, winy, kary i konsekwencji. Słowo niestrawny wydaje się najbardziej odpowiednim – każdy z bohaterów tutaj filozofuje, prowadzi „głębokie” dialogi w stylu, że „Prawda nie ma żadnej temperatury” i że „Każde działanie wywołuje konsekwencje”. Jeśli ciśnie wam się słowo bełkot i pretensjonalność, to jest to trafne stwierdzenie, odwracające uwagę od intrygi. Mamy jeszcze bardzo ślamazarne tempo, przeskoki z postaci na postać oraz kompletnie słabą reżyserię.

adwokat3

Wyjątkiem są tutaj całkiem niezłe zdjęcia Dariusza Wolskiego oraz klimatyczna, lekko westernowa muzyka Daniela Pembertona, który wypłynął dzięki temu tytułowi. I dwie sceny są tutaj świetne: przygotowanie do zabicia kuriera z dekapitacją w tle oraz niezapomniany seks Maliki z… samochodem. Tego nie powstydziłby się sam David Cronenberg w „Crashu”. I jeszcze strzelanina na pustkowiu z kartelem przebranym za policjantów. Oraz odrobina humoru, tylko trzeba to wyłuskać.

adwokat4

Pod względem aktorskim jest… nienajlepiej. Zawodzą praktycznie wszyscy: Michael Fassbender elegancko wygląda, bez względu na to, co nosi na sobie, ale cierpi niemiłosiernie. Nie ma tak naprawdę specjalnie grać. Podobnie pięknie wyglądająca Penelope Cruz jako słodka idiotka oraz Javier Bardem z „postrzeloną” fryzurą jako Reiner. Jedynie wyróżniają się dwie postacie: wyluzowany i zdystansowany Westray (wyglądający bardziej jak Mickey Rourke Brad Pitt) oraz wspinająca się na wyżyny możliwości Cameron Diaz jako chłodna i bezwzględna Malkina.

adwokat21

Musiałem sam się przekonać, co jest prawdą w kwestii „Adwokata” i niestety, to najgorszy film Ridleya Scotta. Reżyser nie panuje nad materiałem, aktorami i realizacją, psując wszystko, co tylko się dało, a aktorzy zwyczajnie męczą się i są tacy poważni, że aż robi się to niestrawne. „Adwokat” powinien zostać zakopany, zniszczony, spalony i wymazany ze świadomości wszystkich widzów.

4/10

Radosław Ostrowski

Biutiful

Hiszpania wydaje się być pięknym krajem, ale ulice i slumsy wszędzie wyglądają tak samo. Na jednym z takich ulic mieszka Uxbal – samotny ojciec, który mieszka z dwójką dzieci. Z czego się utrzymuje? Zarabia na imigrantach, którym stara się zapewnić pracę. I sam przy okazji troszkę zarabia, starając się zapewnić byt. Jednak jego dość stabilne życie zmienia się z powodu jednej diagnozy – nowotwór. I jak tu pomoc przetrwać dalszą walkę o byt?

biutiful1

O Alejandro Gonzalesie Inarritu mówiłem już przy okazji „Birdmana”, a „Biutiful” to jego wcześniejszy film sprzed 5 lat. Historia w zasadzie wydaje się prosta i widzimy bohatera, który powoli odchodzi ze świata. Otoczenie jest bardzo brudne, szare i parszywe – praktycznie pozbawione jakiejkolwiek nadziei, jak i jakiejkolwiek jasnych kolorów. Widać to zarówno w paradokumentalnej formie (ujęcia głównie w ręki, brak mocnych kolorów), jak i dość powolnym tempie. Jest codzienna walka o byt, toczona zarówno przez imigrantów (głównie z Chin i Afryki), jak i naszego bohatera. Problem jednak w tym, ze Inarritu troszkę skręca w stronę moralizatorstwa (etyczne rozterki) oraz pretensjonalności (zakończenie), jednak miejscami tworzony jest oniryczny klimat (wizyta w dyskotece z pulsującym montażem), ale zdarzają się pewne dłużyzny jak relacja z była żoną chorującą na dwubiegunowość czy szef chińskich imigrantów, ale klimat beznadziei oraz depresji potrafi mocno się udzielić.

biutiful2

Ale tak naprawdę ten film jest popisem jednego człowieka – Javiera Bardema. Uxbal przez niego grany to człowiek dźwigający na sobie sporo nieszczęść i cierpień, mocno ukrywający swoją chorobę. Ale jest to też facet wywołujący empatie oraz naprawdę chcący pomóc innym ludziom, co widać w rozmowach z szefami imigrantów jak i żona jednego z aresztowanych. Pozornie zmęczona i zgaszona twarz potrafi pokazać wiele emocji – nic dziwnego, że aktor otrzymał nominację do Oscara.

biutiful3

Piękno w „Biutiful” jest ulotne, zgaszona i pełne brzydoty. Inarritu jest brutalny i bezwzględny wobec otaczającego go świata. Dla tej wizji oraz znakomitego Bardema absolutnie warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Zakładnik

Max jest taksówkarzem w L.A., próbującym dorobić na początek swojego nowego interesu. Pracuje głównie na nocnej zmianie, jednak ta noc będzie dla niego naprawdę ciężka. A wszystko zaczyna się od podwiezienia siwowłosego Vincenta, który składa mu propozycje nie do odrzucenia – ma go dowieść do pięciu miejsc, za co dostanie ekstra zapłatę. Już po przyjeździe na pierwsze miejsce okazuje się, że Vincent jest płatnym zabójcą.

zakladnik1

Michael Mann i kino sensacyjne to pewna symbioza działająca od dłuższego czasu. Tym razem jednak „Zakładnik” wyróżnia się dwiema rzeczami. Po pierwsze, nakręcono go według cudzego scenariusza, p drugie niemal w całości został nakręcony kamerą cyfrową. O ile to pierwsze, nie jest mocno odczuwalne, o tyle to drugie ma wygląda całkiem nieźle, nie wywołując irytacji czy rozdrażnienia. Sama intryga jest bardzo zgrabnie prowadzona, a gdzieś w połowie filmu dowiadujemy się o co tu chodzi. W dodatku Los Angeles nocą wygląda strasznie i tajemniczo – nigdy nie wiadomo kogo można spotkać, a przypadek odgrywa tutaj istotną rolę. Klimat jest rzeczą wyróżniająca film Manna od reszty, tak samo świetne dialogi oraz spójny montaż. Co prawda zakończenie, gdzie nasz everyman decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce, by ratować ostatnią ofiarę, może się wydawać zbyt hollywoodzki, ale to i tak ogląda się z napięciem oraz zainteresowaniem. Realizm działań policji, naturalistycznie pokazana przemoc, świetnie zgrana muzyka (mieszanka ambientu, rocka, jazzu i latynoskich brzmień) robi naprawdę wrażenie.

zakladnik2

Także obsada jest tutaj niezawodna. Największą niespodzianką jest tutaj siwowłosy Tom Cruise w roli zimnego i bezwzględnego płatnego zabójcy Vincenta. Wyrachowany, spokojny, z ironicznym humorem jest wysokiej klasy profesjonalista, który potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji. I naprawdę budzi on przerażenie (a jego giwera jest głośniejsza od reszty). Takiego Cruise’a nie pamiętam, choć w zasadzie robi to, co zawsze (tylko mniej się uśmiecha). Zaś tytułowym zakładnikiem jest Max, znakomicie prowadzony przez Jamie Foxxa. To typowy everyman, który ma swoje plany, jest wygadany i znajduje się w ekstremalnej sytuacji. Poza tym duetem na planie wybija się niezawodny Mark Ruffalo (dociekliwy i uparty detektyw Ray Fanning), piękna Jada Pinkett Smith (prokurator Annie) oraz solidni Javier Bardem (gangster Felix) oraz Bruce McGill (agent FBI Pedroza).

zakladnik3

„Zakładnik” nie jest może jedna z najlepszych propozycji Michaela Manna w karierze, ale poniżej pewnego (wysokiego) poziomu ten reżyser nie schodzi. To po prostu dobre kino sensacyjne, które trzyma fason i nie traktuje widza jak idiotę, a to już sporo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Vicky Cristina Barcelona

Vicky i Cristina to przyjaciółki, które przyjechały na wakacje do Barcelony. Obie panie różni wszystko – Vicky to rozważna brunetka, która ma wkrótce wyjść za mąż, Cristina jest romantyczną blondynką, nie potrafiącą odnaleźć miejsca na ziemi. Ich życia zostaną wywrócone do góry nogami. A wszystko przez przypadkowo poznanego malarza, Juana Antonio Gonzalo.

Woody Allen po londyńskich eskapadach postanowił kontynuować tournee po Europie, tym razem odwiedzając Hiszpanię. I kolejny opowiada o miłości, związkach, trójkątach, a nawet czworokątach. Problem polega na tym, że po pierwsze mało zabawnie (jak na Allena), po drugie za mało wnikliwie (jak na Allena), bo historia jest mało wciągająca i nieciekawa. Owszem, jest piękna hiszpańska muzyka, plenery też są pięknie namalowane, wręcz kipi to jasnymi kolorami. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z ładną otoczką i niczym więcej. Jeszcze ten narrator, który dopowiada to, czego powinniśmy się domyślić (jeszcze nigdy wcześniej reżyser nie stosował typowego narzędzia reżyserskiego, czyli łopaty). Znacznie ciekawiej Allen tą tematykę opowiedział w „Hannah i jej siostrach” czy „Mężach i żonach”. Zabrakło chyba ciekawej opowieści tutaj.

Obsadowo jest naprawdę dobrze. Rebecca Hall i Scarlett Johansson jako rozważna oraz romantyczna radzą sobie naprawdę dobrze. Jednak całe szoł ukradli im świetny Javier Bardem (pogubiony Juan Antonio) oraz kapitalna Penelope Cruz, która pojawia się dopiero w połowie filmu i tworzy zapadającą w pamięć rolę kobiety zmierzającej w stronę autodestrukcji.

Cóż, Allen chyba nie radzi sobie zbyt dobrze poza Nowym Jorkiem, co niestety tym filmem potwierdził to. Czy jest szansa na to, że Nowojorczyk wróci do dobrej formy? Następny film wam to wyjaśni.

6/10

Radosław Ostrowski

Skyfall

Czy jest choć jeden człowiek, który nie znałby lub nie słyszał o agencie 007? James Bond, który zmieniał i rozkochiwał kobiety, dysponował różnymi bajeranckimi gadżetami i zawsze ratował świat przed szaleńcami, ale te czasy chyba już minęły. Już na samym początku 007 musi odzyskać listę agentów działających pod przykrywką w organizacjach terrorystycznych, ale wszystko kończy się postrzeleniem Bonda przez współpracownicę i potem uznany za zmarłego. Ale kiedy siedziba MI6 zostaje wysadzona, agent decyduje się wrócić i gry i znaleźć sprawcę.

skyfall1

Za realizację Bonda nr 23, nakręconego z okazji 50-lecia serii, tym razem wziął się Sam Mendes, twórca tzw. kina artystycznego i ambitnego („American Beauty”, „Droga do szczęścia”, „Jarhead”), co wywołało pewien niepokój i wątpliwości. Jednak obawy okazały się bezpodstawne. Sama fabuła i intryga jest prowadza w zaskakująco precyzyjny sposób, gdzie seria znowu zatoczyła krąg (nie zdradzę więcej, bo to trzeba zobaczyć). Nie zabrakło pościgów (genialny początek w Indiach z samochodami, motorami, pociągiem i koparką), bijatyk, wybuchów, efektownych strzelanin – czyli tego co w serii było znakiem rozpoznawczym oraz przenoszenia się z miejsca na miejsce (Indie, Szanghaj, choć finał rozgrywa się w górzystej Szkocji). Technicznie jest to prawdopodobnie najlepszy Bond, z rewelacyjnymi zdjęciami Rogera Deakinsa (zwłaszcza kolorystyka i oświetlenie to majstersztyk), montażem oraz bardzo dobrze budującą klimat muzyką Thomasa Newmana. Nie ma tutaj szalonych gadżetów (poza nadajnikiem i pistoletem, z którego może strzelić jego właściciel – identyfikacja odcisków), bardziej jest to kontynuowanie drogi wyznaczonej przez „Casino Royale”, stawiające bardziej na realizm. Ale tutaj też nie zabrakło aluzji do poprzednich części (m.in. Aston Martin DB5), odrobiny humoru.

skyfall2

Także od strony aktorskiej trudno jest się do czegokolwiek przyczepić. Znów świetnie wypadł Daniel Craig jako Bond, który także nie jest tutaj niezniszczalnym twardzielem, choć wychodzi z opresji obronną ręką. Relikt dawnych czasów, w których wszelkie problemy rozwiązywało się ołowiem, pięściami w zderzeniu z nowymi realiami też daje radę. Nie brakuje mu ikry, ironicznego dowcipu i elegancji. Za to kapitalny był Javier Bardem jako główny przeciwnik, który nie jest szaleńcem mającym na celu zniszczenia całego świata, lecz psychopatą motywowaną zemstą na swoich dawnych mocodawcach – MI6. Balansujący na granicy przerysowania, ale nigdy jej nie przekracza. Bardziej rozbudowano relacje Bonda z M (Judi Dench tutaj bardziej bezwzględna i opanowana), która stała się dla niego matką i mentorką. Poza tym tercetem należy tez zwrócić uwagę na równie przekonujących Ralpha Fiennesa (Mallory, nowy szef wywiadu), Bena Whishawa (Q – komputerowy geek, symbol nowej epoki), Alberta Finneya (Kincard) oraz Naomie Harris (Eve, piękna agentka).

skyfall3

Mówiąc krótko, „Skyfall” to najlepszy Bond nie tylko z udziałem Craiga, ale i prawdopodobnie jeden z najlepszych z całej serii, w której udało się połączyć wszystko co najlepsze. A że będzie następna część, to jest pewne i oczywiste. Ja już nie mogę się doczekać, a wy?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski