Proces Siódemki z Chicago

Jeśli widzę na plakacie nazwisko Aarona Sorkina, można założyć bardzo dużą ilość dialogów. Teatralny rodowód scenarzysty jest obecny od pierwszej napisanej fabuły dla kina, czyli sądowego dramatu „Ludzie honoru”. Po 25 latach pisania scenariuszy oraz tworzenia seriali telewizyjnych, autor postanowił chwycić za kamerę. „Gra o wszystko” była udanym debiutem, więc Sorkin poszedł za ciosem i postanowił zrealizować… dramat sądowy. O głośnym w Chicago 1969 roku procesie przeciwko aktywistom społecznym w sprawie dotyczącej zmowy oraz podżeganiu do przemocy.

proces 7 chicago2

A kim byli oskarżeni? Dwaj działacze Studenckiej Partii Demokratycznej, dwaj członkowie partii Yippies, aktywista Stowarzyszenia na Rzecz Zakończenia Wojny w Wietnamie, dwóch młodych chłopaków sprawiających wziętych z łapanki. No i mający wygłosić przemówienie członek Czarnych Panter, bo wtedy trzeba oskarżać każdego czarnoskórego. A rząd zrobi wszystko, by udowodnić winę oskarżonych.

Podobno w amerykańskim prawie nie ma czegoś takiego jak proces polityczny. Ale reżyser Sorkin pokazuje ten dziwny okres, kiedy w kraju toczyła się niejako wojna domowa. Wojna ideologiczna, spotęgowania przez prowadzenie wojny w Wietnamie jeszcze tak nie podzieliła narodu. Młodzi, bardziej idący na lewo (uważani za komunistów), pacyfiści, hippisi kontra konserwatyści oraz rząd wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Dosłownie iskrzyło, a walka toczyła się m.in. o prawa obywatelskie oraz zaprzestanie bezsensownej wojny. Jednak dla rządu Nixona ci ludzie stali się wrogami, antypatriotami i komunistami.

proces 7 chicago1

Sorkin opowiada się za oskarżonymi, jednak pokazuje pewne wewnętrzne konflikty w grupie. Ci bardziej politycznie zaangażowani (Tom Hayden, Rennie Davis) z pewny wywyższeniem patrzyli na działających bardziej oddolnie aktywistów. Chodziło głównie o Abbiego Hoffmana i Jerry’ego Rubina, którzy wyglądali bardziej jak hippisi, mniej poważni gości. Im dalej jednak w las, tym bardziej widać, że są to bardzo ogarnięci goście. Żeby jeszcze bardziej chwycić, reżyser zastosował prostą sztuczkę: łamanie chronologii. Przebieg demonstracji oraz konfrontacji z policją poznajemy za pomocą zeznań, które zostają potem zwizualizowane. Oprócz tego przebywamy poza salą sądową w dwóch kluczowych miejscach: domu obrońcy William Kunstlera oraz podczas stand-upów Abbiego Hoffmana. Te drugie stanowią pewien bardzo ironiczny komentarz do całej sytuacji.

proces 7 chicago3

Dzięki tym narracyjnym zabiegom oraz fantastycznej robocie montażowej nie nudziłem się ani chwili. Nawet w scenach pozwalających na złapanie krótkiego oddechu. I poznajemy kolejne sztuczki wykorzystywane przez rząd w celu dyskredytacji oskarżonych: jednoznacznie stronniczy sędzia, działający w tłumie gliniarze pod przykrywką, podsłuchy, zastraszanie. A ja nie mogłem pozbyć się skojarzeń w kwestii działania sądu. Oglądając ten proces czułem się jak podczas procesów politycznych państw komunistycznych. Niemal ciągłe odrzucanie wniosków obrony, zmiana składu przysięgłych, manipulacja – za bardzo znajomo to brzmiało, bym mógł przejść obojętnie. Nawet mając świadomość tego, że reżyser jednoznacznie opowiada się po jednej ze stron.

proces 7 chicago4

Chociaż największą gwiazdą filmu Sorkina jest scenariusz, to także aktorzy grają absolutnie fantastycznie. Jest tu masa znanych twarzy zarówno kojarzonych z drugim planem jak John Carroll Lynch, Alex Sharp czy Jeremy Strong. Zaskakuje wypadł Eddie Redmayne jako pewny siebie Hayden, formę potwierdza Joseph Gordon-Levitt w roli prokuratora prowadzącego sprawę, a na dwie sceny show kradnie Michael Keaton. Jeśli jednak ktoś jest prawdziwą gwiazdą, to tutaj są aż trzy najwyrazistsze role.

proces 7 chicago5

Pierwszą jest Abbie Hoffman w wykonaniu Sachy Barona Cohena i powiem to od razu: to jego najlepsza rola w karierze. Na pierwszy rzut oka ten bohater sprawia wrażenie niepoważnego błazna, jednak to on rozgryza przebieg procesu i jest bardzo inteligentnym mówcą. Bardzo duża niespodzianka. Obok niego błyszczy silny, choć niepozorny Mark Rylance. Jego Kunstler to doświadczony prawnik, próbujący stosować i reagować stanowczo na wszelkie nieczyste zagrywki. Ale nawet on bywa czasem bezsilny wobec sędziego Hoffmana o twarzy Franka Langelli. To jeden z największych dupków, tak naprawdę sterujący całym procesem i stronniczy jak żaden inny sędzia od dawna. Rzadko mi się zdarza spotkać postać, której nienawiść odczuwałbym od samego początku.

proces 7 chicago6

Nie mam wątpliwości, że „Proces Siódemki z Chicago” to ważny film dla Amerykanów, pokazujący przełomowy moment w ich historii. Fenomenalnie zrealizowany i zagrany, wiernie odtwarzający nerwowe lata 60., które zmieniły kraj na zawsze. A dla nas niejako przy okazji kino instruktażowe o tym jak walczyć o swoje prawa na ulicy i do czego mogą doprowadzić ludzie niekompetentni do systemu sądownictwa. Zaskakująco aktualne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

7500

To miał być zwykły lot z Berlina do Paryża. Solidne niemieckie linie lotnicze, z doświadczoną załogą na pokładzie. Jednym z pilotów jest mieszkający w Niemczech Tobias Elis. Razem z nim samolotem leci jego dziewczyna, turecka stewardessa. Niestety, spokój nie jest dany na trwałe, gdyż podczas lotu kilku terrorystów próbuje się przebić do kokpitu, co udaje się jednemu. Zostaje pozbawiony przytomności, zaś kapitan zostaje ranny. Sytuacja staje się nerwowa.

Sam pomysł wydaje się prosty, ale jest bardzo efektywny. Niby było już parę filmów o porwaniu (bądź jego próbie) samolotu jak choćby „Lot 93”. Ale debiutujący reżyser Patrick Volbrath jest tego bardzo świadomy. Więc co robi? Umieszcza całą akcję w kabinie pilota, bez jakiegokolwiek kontaktu z zewnątrz. Chyba, że włączy widok kamery od drzwi. Poza tym totalna izolacja, komunikaty radiowe, walenie do drzwi oraz ciągłe poczucie zagrożenia. Takimi prostymi środkami buduje się napięcie, wynikające z tego jak pilot samolotu radzi sobie z taką sytuacją. Niby są pewne procedury (za wszelką cenę nie otwierać drzwi do kabiny), ale na takie zagrożenie nigdy nie jest się w stu procentach przygotowanym. Emocje będą brały górę nad wszelkimi procedurami, bo w końcu są to tylko ludzie. Wszystko oparte jest tutaj na miejscami bardzo nerwowym montażu oraz pracy kamery, jeszcze bardziej podkręcając napięcie niemal do samej granicy. Jak w takiej sytuacji może zachować się człowiek – pilot, terrorysta? Gdzie jest granica radzenia sobie z presją, stresem, napięciem? Niby nie ma tu elementu zaskoczenia, a jednak „7500” potrafi walnąć między oczy.

Wszystko to by nie zadziało, gdyby nie dawno nie widziany Joseph Gordon-Levitt w roli pilota Elisa. Aktor przez niemal większość czasu jest zdany tylko na siebie, a kamera niemal wręcz przykleja mu się do twarzy. A na niej malują się wszelkie emocje: od strachu i lęku po opanowanie oraz spokój. I to wszystko pokazane jest bardzo dobrze, bez łaszczenia się o poklask czy stosując emocjonalny szantaż. Oprócz niego wybija się Omir Memar jako skonfliktowany terrorysta Vedat, będący ofiarą manipulacji swoich kolegów. I tak para napędza drugą, pozornie mniej gwałtowną połowę filmu.

To jest kolejny przykład filmu, gdzie liczy się pomysł oraz konsekwentna realizacja, a nie duży budżet. Trochę budziło mi skojarzenia z „Winnymi”, gdzie też mieliśmy zamkniętą przestrzeń oraz podnoszone napięcie, co jest mocną rekomendacją.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cicha noc

Im bliżej grudnia, czym częściej ma się ochotę na filmy bożonarodzeniowe. Swoją świąteczną opowieść trzy lata temu zaprezentował Jonathan Levine, lecz do polskich kin „Cicha noc” nie trafiła. Ale sama historia nie jest skomplikowana: mamy paczkę trzech kumpli, z czego jeden z nich stracił rodziców w Święta. Ethan (niespełniony muzyk), Isaac (prawnik, mąż i ojciec) oraz Chris (popularny sportowiec) przez 13 lat spędzają wspólnie ten okres, ale te Święta mają być tymi ostatnim spędzonymi razem. a celem ma być legendarny Bal u Dziadka do Orzechów.

cicha_noc_20151

Z założenia film jest dość lekką, miejscami głupawą komedią, gdzie humor miejscami jest naprawdę po bandzie, przypominając inne komedie dla dorosłych. Bo nasi herosi chcą ostatni raz zaszaleć, zajarać dragi i może jeszcze zaliczyć jakąś laskę. Każdy z panów jest innego wyznania, co potrafi wywołać ostre żarty (scena w kościele), ale ma pewne swoje lęki i demony do pokonania: obawy przed odpowiedzialnością, utrata najbliższych, wielka sława oraz akceptacja nowych znajomych. Oraz jedna kwestia – jak powinna funkcjonować przyjaźń. Czy w ogóle jest możliwe jej utrzymanie, mimo obowiązków, znajomych i rodziny. I to pytanie pada między kolejnymi (grubymi) żartami oraz wydarzeniami. Czy to jest komedia a’la „Kac Vegas”? Nie jest aż tak szalona, choć jest kilka rozbrajających scen (wspólne śpiewanie „Christmas in Hollies”, prosty gag z zamianą telefonów czy początek czytany przez…. Tego wam nie powiem, w finale się wyjaśnia).

cicha_noc_20152

Levine zgrabnie balansuje między wątkami oraz postaciami, mimo że w pewnym momencie postacie się odłączają. Są pewne odniesienia do „Opowieści wigilijnej” (dragi przywołujące wspomnienia albo pokazujące przyszłość), niemal beztroska zabawa oraz miejscami mocno oniryczne sceny w postaci wejścia na imprezę czy finału. No i jeszcze lekkie narkotyczne schizy Isaaca, który samą obecnością potrafi rozbroić, stanowiące spore źródło humoru.

cicha_noc_20153

Udaje się też zebrać naprawdę świetną obsadę. Jest świetna chemia między triem naszych protagonistów: troszkę poważniejszy Joseph Gordon-Levitt (Ethan), ciągle zabawny Seth Roger (Isaac) oraz Anthony Mackie (Chris). Cała ta trójka świetnie wygrywa swoje postacie oraz pewne problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Wszystko jest jasno wyklarowane, więzi są silnie zarysowane i wiarygodne. Ale drugi plan kradnie tutaj Michael Shannon jako tajemniczy pan Green – niby zwykły diler, ale okazuje się kimś więcej, pełnym mądrości gościem. A jednocześnie jest bardzo powściągliwie zagrana postać. Są też niezłe panie (najbardziej wybija się Lizzy Caplan oraz Mandy Keating), będące pewną wisienkę na torcie.

„Cicha noc” to dla mnie ostatni udany film Levine’a, potrafiący rozbawić i zmusić do refleksji. Miejscami balansuje na granicy smaku (zdjęcia z penisami), przez co bywa wręcz wywrotowy, jednak to wszystko nie przekracza poczucia dobrego smaku. Czysta, miejscami szalona akcja.

7/10

Radosław Ostrowski

Towarzysz detektyw

Rumunia lat 80. – kraj mlekiem i miodem płynący, zgodnie z obowiązującą komunistyczną ideologią. I to właśnie tutaj walczą ze złem, czyli skażoną, brudną, kapitalistyczną propagandą najbardziej uczciwi gliniarze oraz dobrzy komuniści: Gregor Anghel oraz Nikita Ionescu. Gdy ich poznajemy, próbują wytropić handlarzy narkotyków, lecz akcja kończy się zasadzką oraz śmiercią Nikity. Wtedy do naszego samotnego twardziela dołącza prowincjonalny glina, Iosef Baciu, który był przyjacielem Nikity i obydwaj próbują prowadzić śledztwo.

towarzysz_kapitan1

Podobno jest to wygrzebany z zakamarków przeszłości rumuński serial kryminalny. Ale cały dowcip polega na tym, że to nieprawda. „Towarzysz detektyw” to parodia propagandowych kryminałów zza żelaznej kurtyny, gdzie dochodzi do klasycznego starcia dobra (komunizm) ze złem (kapitalizm). Dialogi serwują wręcz tak propagandowe treści, m.in. o tym, co to znaczy być dobrym komunistom, jak zachód próbuje za pomocą popkultury dokonywać prania mózgu, że religia jest ogłupiająca, Bóg nie istnieje, donoszenie na innych jest ok itd., itd. Jednocześnie pozostaje on wciągającym, inteligentnie poprowadzonym kryminałem, będącym zaszczepieniem amerykańskich wzorców na wschodnią modłę.

towarzysz_kapitan2

Korupcja, przemyt zachodnich towarów, morderstwo i brud – jest to pogmatwane, dziwaczne (gra w Monopoly) oraz bardzo… zabawne. Podniosłe, patetyczne frazy oraz zabawa ogranymi schematami wnosi wiele świeżości. Stylizacja na lata 80. też jest strzałem w dziesiątkę zaczynając od strojów aż po wplecione piosenki („Flashdance… What a Feeling” śpiewane po rumuńsku – perełka) i pstrokato-kiczowate kolory. Tandeta wylewa się strumieniami, tak jak kontrast między oszczędną scenografią mieszkań czy komisariatu zderzona z willą filmowca lub finałową konfrontacją w imitacji ulicy Nowego Jorku.

towarzysz_kapitan3

Fakt, że mamy do czynienia z żartem podkreśla wykorzystanie angielskiego dubbingu do rumuńskiego filmu. Rumuńscy aktorzy grają naprawdę dobrze, a ich twarze są niepodrabiane, tylko że dubbing wykonany jest dość niechlujnie. W wielu miejscach głos całkowicie rozjeżdża się z ruchem ust, co jest absolutnie zamierzonym efektem i dodatkowym źródłem humoru. Tłumaczenie jest przesiąknięte bluzgami i żargonem, a także ideologicznymi podtekstami. Angielscy aktorzy dają z siebie wszystko (zwłaszcza duet Channing Tatum/Joseph Gordon-Levitt oraz Nick Offerman jako kapitan milicji), balansując na granicy powagi i zgrywy.

towarzysz_kapitan4

„Towarzysz kapitan” z jednej strony jest nostalgiczną podróżą lat 80., z drugiej mamy świat zza żelaznej kurtyny, pełnej przerysowanej, karykaturalnej wizji świata. Zgodnej z ówczesną ideologią polityczną, będącej źródłem dowcipu. Mam nadzieję, że powstanie ciąg dalszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Snowden

Some say you’re a patriot
Some call you a spy
An American hero
Or a traitor that deserves to die
In the heart of the free world
In the home of the brave you gave up everything
To bring down the veil

Żadna inna postać w ostatnim czasie nie wywołała takich kontrowersji w historii USA, ale i całego świata jak Edward Snowden. Bohater czy zdrajca? Demaskator czy szpieg? Zdania są podzielone, a jego historia musiała zainteresować filmowców. To była tylko kwestia czasu, a jeśli a ten materiał bierze się tak kontrowersyjny reżyser jak Oliver Stone, oczekiwania zostały podniesione do ogromnych. Reżyser znany był  subiektywnego przedstawiania rzeczywistości, ale zawsze potrafił zaangażować emocjonalnie (patrz „JFK” czy „Pluton”).

snowden1

Osią konstrukcyjną filmu jest wywiad jaki udziela Snowden w Hong Kongu (gdzie, jak wiemy od pewnego posła działa biuro antykorupcyjne) dziennikarzom The Guardian. Podczas spowiedzi poznajemy jego historię od próby służby wojskowej po działalność w CIA i NSA w latach 2004-13. I tutaj reżyser przedstawia naszego bohatera, a właściwie jego przemianę: z naiwnego idealisty chcącego służyć swojemu krajowi do balansującego na granicy załamania nerwowego, podejmującego samotną walkę z systemem. Przenosimy się wraz z bohaterem do różnych zakątków świata – Szwajcaria, USA, Hawaje, wreszcie Hong Kong i Rosja, która bardzo kocha demokrację. Nie jest to jednak szpiegowski thriller, ale rasowa biografia z elementami kina szpiegowskiego.

snowden2

Stone się na bohaterze i na rozterkach, ale nie atakuje konkretnej opcji politycznej. Tak, mówi wprost, że jest źle i trzeba coś z tym zrobić. Krótkie zbitki montażowe pokazują silną presję jaką Snowden odczuwa od strony służb, a reżyser kolejny raz bawi się formą – miesza kolorystykę, filtry (sceny działa szpiegowskiego programu). I z surową bezwzględnością atakuje działania służb specjalnych, co bez wiedzy obywateli inwigilują nas wszystkich. Sami to ułatwiamy za pomocą telefonów komórkowych, portali społecznościowych, gdzie umieszczamy bezmyślnie wszystko. Mówi to wprost i bez upiększania, co wielu może uznać za propagandową agitkę. Nie brakuje tutaj napięcia (brak wywieszki „Nie przeszkadzać” czy kopiowanie danych do pendrive’a), jednak nie jest to najważniejsze. Dopiero pod koniec robi się zbyt patetycznie (przemowa Snowdena o buncie mas), ale ostatnie wszystko zostaje poddane naszej ocenie, prowokując dyskusję.

snowden3

Czuć pewne podobieństwo dzieła Stone’a do „Piątej władzy” o Julienie Assange’u, gdzie tez dotykano temat inwigilacji, ale też i do jakiego punktu można się posunąć ujawniając tajne sprawy i stając do walki z niedoskonałym systemem jakim są taje służby. A za taką walkę płaci się wysoką cenę – w końcu trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny.

snowden4

„Snowden” nie miałby takiej siły ognia gdyby nie znakomity Joseph Gordon-Leviit. Aktor upodabnia się do Snowdena bardzo mocno, przenosząc jego gesty i barwę głosu (chociaż przez długą chwilę byłem pewny, że to Keanu Reeves), ale też bardzo uważnie prezentując wewnętrzne rozdarcie między postępowaniem słusznie, a działalnością służb. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Shailene Woodley, która – wbrew moim oczekiwaniom – nie była tylko ładnym dodatkiem do portretu informatora. Stworzyła wyrazistą postać dziewczyny Snowdena, która go fascynuje, ale zaczyna coraz ciężej znosić fakt, że praca jest ważniejsza od niej. Na drugim planie dominuje bardzo opanowany Rhys Ifans (Corbin O’Brien) w garniturze niczym z klasycznych filmów szpiegowskich oraz całkiem dobry Nicolas Cage (Hank Forrester), który tym razem jest bardzo powściągliwy.

Stone kolejny raz przypomina o swojej dobrej formie i tak jak poprzednimi filmami podzieli wszystkich. Jednak nie radziłbym się skupiać tylko na politycznym aspekcie, lecz na psychologicznym rozdarciu między wyborem tego, co słuszne a biernemu obserwowaniu wydarzeń. I ten dylemat jest dla mnie najciekawszy, a co wy byście zrobili na jego miejscu? Pomyślcie mocno nad tym.

7/10

Radosław Ostrowski

The Walk. Sięgając chmur

Historia Philippe’a Petita stała się głośna dzięki znakomitemu dokumentowi Jamesa Marsha z 2008 roku. Ten francuski linoskoczek w 1974 roku dokonał rzeczy niemożliwej – wszedł na linie między wieżami World Trade Center, świeżo zbudowanymi. Kiedy usłyszałem, że powstanie fabularna historia Petita miałem spore wątpliwości. Nawet angaż Roberta Zemeckisa jako reżysera nie rozwiał moich obaw. Po obejrzeniu stwierdzam: jest dobrze.

the_walk1

Całą historię skoku opowiada sam Petit i robi to naprawdę dobrze. Sam film ma wszystko to, co klasyczny heist movie mieć powinien: plan-przygotowania-realizacja-sukces/porażka. Konwencja ta pasuje do tej historii, a reżyser wiernie odtwarza klimat lat 70. z całą tą wizualną estetyką. A że skok jest dość nietypowy, bo chodzi o przejście na linie (bez zezwolenia i w tajemnicy), to i przygotowania są nieoczywiste. Powoli poznajemy też jak narodził się pomysł, początki kariery Petita (przejście na linie między wieżami Notre Dame, spotkanie Dziadka Rudy’ego – cyrkowca) oraz sam skok. I uwierzcie mi, sceny te trzymają w napięciu, a finałowy spacer – rewelacja, zrealizowana z pietyzmem. Jakim cudem udało się odtworzyć te wieże, nie mam pojęcia, ale osoby za to odpowiedzialne wykonały kawał dobrej roboty. Wszystkie trybiki grają, a jazzowa muzyka Alana Silvestriego nadaje lekkości całemu filmowi.

the_walk2

Żeby jednak nie było słodko jest jeden mały szkopuł – sam Petit. I nie chodzi o grającego go Josepha Gordona-Levitta, który jest tak francuski jak tylko się da. Jednak jego bohater jest dość trudnym do polubienia pasjonatą, dla którego atak na WTC staje się niemal obsesją. Arogancki, pyskaty, krnąbrny, z wielkim ego, ale konsekwentnie idący ku celowi. Dla niego pytanie o to, dlaczego to zrobił, było po prostu płytkie. Nie polubicie tego introwertyka – to mogę wam obiecać. Pozostali aktorzy są po prostu solidni i dają radę, włącznie z Benem Kingsleyem (Dziadek Rudy) i urocza Charlotte Le Bon (Annie).

the_walk3

Jako widowisko „The Walk” spełnia swoje zadanie z nawiązką. Wizualnie dopracowany, z sensownie użytym 3D, chociaż sam Petit zostaje zepchnięty na dalszy plan (ale sam skok opowiadany jest szczegółowo). Ale dobrze się ogląda i cieszy mnie powrót Zemeckisa do żywych aktorów.

7/10

Radosław Ostrowski

Sin City 2: Damulka warta grzechu

Dziesięć lat temu odwiedziłem Sin City i była to pamiętna wizyta. Komiksowa forma, stylizacja na czarny kryminał, sporo czarnego humoru oraz dużo przemocy i erotyki. Najlepszy film w karierze Roberta Rodrigueza, wspieranego przez samego autora Franka Millera. Tym razem mamy następne opowieści w zgniłym mieście.

sin_city_21

Marv nadal czuje chęć zabijania i dobrze go mieć po swojej stronie. Nancy po śmierci Hartigana zaczyna ostro pić, co nie przeszkadza jej w pracy striptizerki. Dwight z powodu swojej dawnej kochanki Avy wplącze się w skomplikowaną intrygą, a hazardzista Johnny wygra w karty z senatorem Roarkiem. To oznacza, że wszyscy wpadną w kłopoty.

sin_city_22

Rodriguez z Millerem drugi raz grają tymi samymi kartami, czyli czarno-biała kolorystyka niczym z kina noir, skorumpowani gliniarze, cyniczni twardziele, mściwe kobiety, femme fatale, zdrady, intrygi itp. Nie ma tutaj zaskoczenia, brakuje połamanej chronologii, nawet czarny humor (miejscami naprawdę smolisty) nie jest w stanie przykuć pełnej uwagi w tym teatrze przemocy. Same historie niespecjalnie porywają, poza Dwightem i Avą, która potrafi trzymać za gardło. Reszta sprawia wrażenie usypiaczy, nawet jeśli jest kilka świetnych momentów (gra w pokera, wizyta u lekarza czy estetyczna przemoc). Wtórność jest największą wadą.

sin_city_23

Drugą jest niewykorzystanie wielu aktorów, którzy są ograniczeni do epizodów (zwłaszcza Ray Liotta i Bruce Willis). Z całej obsady najlepiej poradziło sobie troje aktorów: stary, niezawodny Mickey Rourke (osiłek Marv), świetny Powers Boothe (wpływowy senator Roark) oraz bardzo apetyczna Eva Green (Ava – klasyczna femme fatale). Pozostali są zaledwie przyzwoici (ze wskazaniem na Josha Brolina zamiast Clive’a Owena oraz Josepha Gordon-Levitta) albo nie zwracają uwagi.

sin_city_24

Czuję się lekko rozczarowany drugą częścią. Niby więcej się dzieje, nie brakuje zadymy, ale to już wszystko znamy i czegoś tutaj brakuje. Tej atmosfery z pierwszej części, gdzie poznawaliśmy świat. Ten film nie jest dla mnie wart grzechu.

sin_city_25

6/10

Radosław Ostrowski

 

Kto ją zabił?

Szkoła to bardzo nieprzyjemne miejsce. Wie o tym każdy, kto w niej chodził. A najbardziej widać to w liceum. W jednej z takich szkół chodzi Brendan – okularnik, trzymającym się z daleka wyrzutek. Jedyną osoba, z którą trzyma w miarę dobry kontakt jest jego była dziewczyna Emily. Jednego dnia, dzwoni do niego prosząc go o pomoc. Następnego dnia Brendan znajduje ją martwą w kanale. Próbuje na własną rękę wyjaśnić jej śmierć, prosząc o pomoc nerda zwanego Mózgiem.

Brick1

O tym, że Rian Johnson jest bardzo interesującym reżyserem, wie każdy kto oglądał „Loopera” albo „Breaking Bad”. Jednak w swoim debiucie już pokazał na co go stać. Sam film to bardzo dowcipna i pomysłowa zabawa konwencją czarnego kryminału, który przeniesiono w realia… licealnej szkoły. Widać to zarówno w dialogach czy budowaniu postaci oraz intrygi, ale także miejscami w realizacji, choć jest ona dość eksperymentalna. Kamera bywa trochę wykrzywiona, zdjęcia nieostre, ale kilka ujęć jest świetnie zrobionych (głównie bójki, ale tez ucieczka Brendana przed nożownikiem). W dodatku wszystko jest bardzo pomysłowo zmontowane (konfrontacja dwóch wrogów przerwana przez nalot policji, którego… nie widać czy przeplatające się retrospekcje), klimat coraz bardziej robi się gęsty, a napięcie jest coraz mocniej odczuwalne. Można się przyczepić, że finał nie robi tak mocnego wrażenia, że początek trochę niemrawy, jednak z każdą minutą coraz bardziej się rozkręca.

Brick2

Pod względem obsady, jest to naprawdę bardzo interesująca propozycja. O tym, że Joseph Grdon-Levitt jest piekielnie utalentowanym aktorem, wiedziałem od dłuższego czasu. „Kto ją zabił?” tylko potwierdza swoją predyspozycję. To taki odpowiednik prywatnego detektywa z czarnego kryminału – wyalienowany, sprytny i cyniczny mądrala, który zna reguły i jest naszym przewodnikiem po tym świecie. Wie kto co i z kim, choć sam nie jest w stanie zrobić wiele. Poza nim warto wyróżnić z obsady trzech facetów. Pierwszy to grany przez Matta O’Leary Mózgu – ksywa mówi sama za siebie, jest bardzo inteligentnym facetem, mającym dobre uszy i kontakty (taki informator). Drugim jest naprawdę dobry Noah Fleiss, czyli osiłek Tug, który jest lekko narwany, ale wie tak naprawdę więcej niż mówi. I w końcu trzeci gracz, czyli owiany legendą Szpila. Lukas Haas wcielający się w tą postać sprawia wrażenie demonicznego (czarno ubrany, z laską), ale jednocześnie groteskowego ważniaka. Jeśli chodzi o panie, tutaj wyróżnia się jedna osoba, ale tylko nieźle grająca. Mowa o Norze Zehether, która jako Laura miała być taką femme fatale i to widać przede wszystkim w noszonych przez nią ciuchach.

Brick3

„Kto ją zabił?” jest bardzo pomysłowym kryminałem, ale nie pozbawionym wad. Po pierwsze, mocna inspiracja Chandlerem, czyli intryga prowadzona na granicy prawdopodobieństwa, co nie zawsze wydaje się logiczne. Po drugie, czasami zdarza się przynudzać i tempo jest dość powolne. Ale poza tym jest to naprawdę ciekawe i pomysłowy eksperyment, który może być satyrą na młodzież albo wariacją na kino noir. W każdym przypadku jest to interesująca propozycja.

Brick4

8/10

Radosław Ostrowski


Don Jon

Jon to młody chłopak, którego rytm dnia jest dość oczywisty i przewidywalny. Najpierw samochód, Kościół, rodzina, siłownia, a wieczorem wypad na klub, wyrwanie laski, seks i… pornosy. Bo „żadna prawdziwa laska nie jest w stanie zastąpić laski z pornola”. Do czasu, kiedy pojawi się ubrana w czerwonej sukience Barbara. Żeby ją zaliczyć Don Jon, będzie musiał zdobyć ją w standardowy sposób (randki, poznanie jej rodziny, wspólne oglądanie filmów). Ale gdy się dowie, że on lubi pornole, lekko nie będzie.

don_jon1

Joseph Gordon-Levitt to jeden z ciekawszych aktorów swojej generacji, zgrabnie balansujący między niezależnym kinem („500 dni miłości”), a bardziej komercyjnymi produkcjami (m.in. „Incepcja”), ale tym razem postanowił się naprawdę ostro popracować, gdyż „Don Jon” to jego debiut jako reżyser i scenarzysta. I pozornie serwuje nam opowieść o pornografii i uzależnieniu od niej, co jest po części prawdą. Ale tak naprawdę szuka odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytanie – jak stworzyć związek damsko-męski? Bo pornografia jest jedną z przyczyń doprowadzająca tak naprawdę do skrzywienia naszych wyobrażeń na temat miłości i życia w ogóle. Pornosy stały się naprawdę łatwo dostępne (w wersji miękkiej mamy zarówno w gazetach, telewizji, a o Internecie czy tabletach nawet nie wspomnę), ale tak naprawdę tych ograniczeń (Kościół, dbanie o swoje ciało, rodzina) jest więcej, choć reżyser skupia się na pornografii, która jest tutaj centrum wszystkiego. Całość mocno uderza wizualnie (pulsujący montaż, powtarzalność pewnych scen – Kościół, siłownia) i jest zrobiona w sposób naprawdę niekonwencjonalny, zaś dialogi są miejscami naprawdę ostre i pieprzne (i nie chodzi mi tylko o rzucanie fakami na prawo i lewo).

don_jon2

Może zakończenie trochę psuje ten efekt (dość banalne, ale na szczęście nie topornie podane przesłanie, że jeśli chcesz zatracić się w kimś, to musi pójść w dwie strony – inaczej lipa), jednak mimo to reżyserowi udaje się uniknąć pułapek, nie tworząc kolejnej banalnej romantycznej komedii. I bardzo dobrze, bo ile można robić tą samą banalną opowiastkę o tym jak żyli długo i szczęśliwie.

No i jeszcze w dodatku jest to naprawdę dobrze zagrane. Gordon-Levitt obsadził samego siebie w roli Dona Jona (brzmi dość podobnie jak Don Juan) i świetnie sobie poradził jako „płytki” facet. On marzy tylko o zaliczaniu panienek i nawet udawanie „normalnego” faceta nie jest dla niego problemem. Ale on zawsze wypada wiarygodnie, zaś jego walka z nałogiem potrafi poruszyć. No i ten żel na głowie, ten głos (trochę „grubszy”) – fajny facet, który powoli dojrzewa z chłopca do mężczyzny. Zaś sprawczyniami tego zamieszania są dwie panie. Pierwsza to Scarlett Johansson, czyli Barbara Sugarman. To ona jest sprawczynią całego zamieszania. I wierzcie mi lub nie, ale to jest jej najlepsza rola. Jaka jest Barbara? Apetyczna, pewna siebie, próbująca dominować. No i najważniejsze – jest świadoma swojego seksapilu, owijając facetów wokół swoich palców. Natomiast tą drugą jest będąca w formie Julianne Moore. Jej Esther poznana przez bohatera na wieczorowych zajęciach, sprawia wrażenie trochę nieporadnej kobiety (notatki, kaseta z porno czy palenie zioła), ale tak naprawdę to dojrzała i samotna kobieta, która otworzy Donowi oczy. I jest jeszcze Tony Danza jako ojciec Jona – prawdziwa petarda.

don_jon3

Gordon-Levitt zaskakuje pozytywnie swoim debiutem – jest niekonwencjonalny realizacyjnie, ma mocne dialogi i kilka ciekawych obserwacji. Na pewno ten człowiek jeszcze nas zaskoczy. Ktoś chce teraz obejrzeć pornosa?

7/10

Radosław Ostrowski

Looper – Pętla czasu

W roku 2072 będzie możliwe podróżowanie w czasie, jednak zostanie ono zabronione. Jednak jedna organizacja będzie w stanie wykorzystywać je – mafia. Gangsterzy wykorzystują podróże w czasie, by eliminować swoich wrogów, przenosząc ich 30 lat wstecz, gdzie są zabijani przez zabójców – looperów. Jednak w przyszłości, nowy szef Rainmaker eliminuje looperów i zamyka pętlę, czyli rozwiązuje umowę i wysyła do zabicia loopera starszego o 30 lat. Właśnie takie zadanie otrzymał Joe, ale jego starsze wcielenie ucieka…

looper1

Tematyka podróży w czasie to jeden z archetypów konwencji SF. Ale reżyser Rian Johnson miał bardzo ciekawy i nietypowy punkt wyjścia na tą opowieść. Świat, w którym gangsterzy kontrolują świat, każdy nosi gnata, bo nie jest bezpiecznie, nie należy do przyjemnych, zaś futurystyczne gadżety (motocykle jadące ponad ziemią czy garłacze – broń looperów) mieszają się ze współczesnymi strojami. Akcji w tym filmie jest niewiele tak jak efektów specjalnych, ale robią wrażenie (wszelkie sceny telekinezy Cala) i wyglądają efektownie. Problemem mogło być rozwiązanie paradoksów czasowych, jednak Johnson znalazł wyjście z tej sytuacji – przyszłość w „Looperze” nie jest konkretną rzeczywistością, a raczej pewnym wiecznie poruszającym się, wiecznie płynącym w kalejdoskopie czasu zbiorem alternatyw. Co z tego może wyjść, zależy od nich, zaś reżyser skupia się przede wszystkim na bohaterach i ich trudnych wyborach. Zemsta, odzyskanie dawnego życia – tutaj mamy ludzi z krwi i kości.

looper2

W dodatku są oni bardzo przekonująco zagrani. Najważniejsi są tutaj Joseph Gordon-Levitt i Bruce Willis grający tą samą postać. Ten starszy jest bardziej zmęczony i zdeterminowany, uparcie dążący do celu, dawno Bruce nie był w tak dobrej formie. Gordon-Levitt to ćpun i gówniarz, który po burzliwej przeszłości zaczyna dojrzewać. Świetnie wypada też Emily Blunt w roli, która jest dość kluczowa, a o której nie mogę powiedzieć zbyt wiele. Poza tą kluczową trójką, zwraca uwagę grający drobną rolę Jeff Daniels (Abe, człowiek mafii w Kansas City), Noah Segan (Kid Blue – looper) oraz świetny Pierce Gagnon (dzieciak Cid).

Ciekawie pomyślane i dobrze opowiedziane kino SF, które nie udaje, że chodzi o serwowanie dobrej zabawy. To chyba uczciwa propozycja.

7,5/10

Radosław Ostrowski