Seria niefortunnych zdarzeń – seria 1

Poznajcie rodzinę Baudelaire’ów – to bardzo zdolna familia, z której członków najbardziej poznajemy dzieci. Najstarsza, 14-letnia Wioletka ma duże zdolności manualne godne samego McGuyvera, 12-letni Klaus to klasyczny mol książkowy, z których czerpie ogromną wiedzę, a najmłodsze Słoneczko posiada bardzo twarde zęby, mogące rozerwać wszystko. Ich spokojne życie zmienia się, gdy ich dom spłonąć, a rodzice zginęli. A sierotki obdarzone ogromnym majątkiem trafiają do tajemniczego krewnego, hrabiego Olafa. Ten jednak zamierza przejąć kontrolę nad majątkiem Baudelaire’ów, bez względu na wszystko.

seria_niefortunnych_zdarzen11

Serial Netflixa powstał w oparciu o cykl powieści niejakiego Lemony’ego Snicketa, który… jest także narratorem całej opowieści. Obecność narratora w filmie zawsze traktowana jest jak wada, jednak Snicket nie jest kimś, kto pełni rolę łopaty dopowiadającej coś, czego nie widzieliśmy lub wskazujący, że tak powinniśmy myśleć czy czuć. O nie, to byłoby za proste. Jedynie przypomina, że to nie będzie radosny i pogodny serial, tylko pełen smutku oraz tragedii, co częściowo jest prawdą. Bo ekipa pod wodzą Barry’ego Sonnenfelda („Rodzina Addamsów”, „Faceci w czerni”) oraz Daniel Handlera dokonuje na widzu czegoś w rodzaju syndromu sztokholmskiego, bo mimo dramatycznych wydarzeń CHCIAŁEM (i zapewne inni widzowie też się w to wpakują) oglądać dalej. Dlaczego? Serial ma wiele tajemnic, które nie są zbyt szybko rozwiązywane, lecz stawiają kolejne pytania (chyba, że ktoś przeczytał cały 13 tomowy cykl), będące haczykami dla takich ludzi jak ja. A każdy tom rozbity jest na dwa odcinki, przez co nie ma sztucznego wydłużenia.

seria_niefortunnych_zdarzen13

Wizualnie jest wręcz oszałamiająco, na granicy mroku znanego z dzieł Tima Burtona oraz silnej kolorystyki i symetryczności kadrów a’la Wes Anderson. Mrok pojawia się zarówno w paskudnym domostwie hrabiego Olafa, wyglądającym jak kompletnie zagracone, podniszczone i nieużywane czy okolica nad Jeziorem Łzawym przed huraganem. Nie znaczy to jednak, że jest szaroburo, co pokazuje chociażby dom dr Montgomery’ego, pełen kolorów oraz gadów. Nawet muzyka ma w sobie coś z klimatów Burtona, co nie jest wadą, a pojawiający się gdzieniegdzie czarny humor, dodaje smaku. Tak samo jak wiele zagadek związanych z lunetą, tatuażem na nodze Olafa czy przeszłości rodziców, która dla dzieci pozostaje kompletną niewiadomą.

seria_niefortunnych_zdarzen12

„Seria…” bardzo mocno pokazuje jedną rzecz, przez co wywraca troszkę konwencję kina familijnego do góry nogami. Bo tutaj dorośli są przedstawieni w sposób może nie negatywny, lecz zamiast być wsparciem dla naszych bohaterów albo są bezradnymi marionetkami Olafa (sędzina marząca o karierze aktorskiej) albo cynicznymi draniami wykorzystującymi ich (Sir, właściciel tartaku) albo kompletnymi idiotami (pan Poe, dla którego praca w banku i przyszły awans są najważniejsze, a naiwny jest jak diabli). Dlatego hrabia Olaf, choć nie posiada talentu aktorskiego, tak łatwo podpuszcza i osiąga sukces. Także z powodu, że dorośli nie wierzą dziecku, bo jak ono mówi prawdę, to zmyśla (bo przekonanie, że Olaf przebiera się, by osiągnąć swój plan jest niemożliwe, prawda?) albo kłamie. Nawet sami Baudelaire’owie zaczynają się zastanawiać, czy warto dorosłym zaufać czy pogodzić się z tym, że jest się zdanym tylko na siebie. To nie jest częsty zabieg w tego typu produkcji.

seria_niefortunnych_zdarzen15

Wspaniałe wrażenie robi obsada. Neil Patrick Harris w roli hrabiego Olafa jest wręcz znakomity, ciągle balansując na granicy groteski i przerysowania, wcielając się w kolejne postacie (włoski asystent, recepcjonistka czy stary marynarz), odpowiednio modulując głos, zmieniając swoje ruchy oraz mowę ciała. Coś nieprawdopodobnego, mimo że sama postać Olafa jest beztalenciem w swoim fachu. Tak samo świetni są odtwórcy ról Baudelaire’ów, czyli Malina Weissman (zaradna i sprytna Wioletka), Louis Hynes (oczytany Klaus) oraz Presley Smith (Słoneczko z głosem Tary Strong), tworząc świetnie uzupełniający się duet. Tak samo wyrazisty jest drugi plan, gdzie błyszczą tacy aktorzy jak Don Johnson (Sir), Aasif Mandvi (dr Montgomery, jedyny dobry opiekun), Joan Cusack (poczciwa sędzia Strauss) czy K. Todd Freeman (mocno kaszlący pan Poe). No i jest jeszcze jedna istotna postać, czyli Lemony Snicket. Patrick Warburton dodaje temu bohaterowi wiele melancholii, zaś jego życiorys pozostaje na razie tajemnicą. Wiemy, że próbę ustalenia losów rodziny uznaje za swój obowiązek, chociaż mam wrażenie, że nie mówi nam wszystkiego (Kim jest Beatrycze, którą tak kocha i dedykuje jej każdą część historii? Czy znał wcześniej rodzinę? Dlaczego się ukrywa – ostatni odcinek to mocno sugeruje – i przed kim?), ale to z czasem zostanie rozwiązane. I nie jest to w żadnym wypadku postać zbędna dla historii.

Nie wiem jak wy, ale zamierzam poznać dalszy ciąg młodych Baudelaire’ów, mimo pewnej schematyczności (dzieciaki trafiają do opiekuna, wkrótce zjawia się Olaf, próbuje bruździć, by na końcu zostać zdemaskowanym i ucieka). Ale to tylko intryguje, a kolejne pytania czekają na odpowiedzi, które mogą Wam się nie spodobać.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Nie sugerujcie się tym utworem:

Paddington

13 października 1958 dla dzieciaków z Wielkiej Brytanii miał się stać bardzo ważny, ponieważ otrzymały nowego, fajnego bohatera dla swoich czasów. Pochodził z Peru, lubił marmoladę, mówił po angielsku, był dobrze wychowany, ale też troszkę nieporadny i pakował się w różne tarapaty. Jego imię było dość trudne do wymówienia, więc dostał ludzkie imię – Paddington, gdyż na tym dworcu w Londynie został znaleziony. Miś Paddington spodobał się wszystkim, a ich autor Michael Bond (1926-2017) zapewnił sobie sympatię milionów czytelników. Kwestią czasu był fakt, żeby zainteresowali się nim filmowcy. Najpierw w formie animowanego seriali, by w 2014 stworzyć pełnometrażowy film aktorski. Zadania podjął się Paul King, reżyser wcześniej pracujący dla telewizji. I muszę przyznać, że z realizacji wyszedł dość obronną ręką.

paddington11

Sama historia to niejako – posługując się terminologią superbohaterską – origin story, gdzie poznajemy naszego misia jeszcze w Peru, wychowywanych przez wujostwo. Ich życie zmienia się z przybyciem pewnego odkrywcy, który poznał ich z cywilizacją i zaprosił ich do Londynu. Wiele, wiele lat później okoliczności zmuszają naszego misia do opuszczenia domu oraz ruszenia do Londynu, gdzie trafia do rodziny Brownów. Familia próbuje pomoc misiowi znaleźć odkrywcę i pozwalają na chwilę przenocować. Tylko, że ktoś bardzo dybie na życie niedźwiadka i chce zrobić z niego wypchanego pluszaka.

paddington12

Reżyser nie wstydzi się sięgać po ograne klisze i archetypy znane z kina familijnego – jest odpowiedzialny i zbyt nadopiekuńczy ojciec, zdrowo postrzelona matka, córka nie mogąca się odnaleźć w tym świecie oraz syn, marzący o karierze astronauty. Całość jest pełna ciepła, prostego humoru opartego na slapsticku, bo nasz miś jest strasznie nieporadny i potrafi wywołać wręcz mały Armageddon (pierwsza próba umycia się czy próba zaklejenia urwanej kartki taśmą), chociaż jest to bardzo sympatyczny i kulturalne zwierzątko z głosem Bena Whishawa. i mimo tego rodzaju humoru, to wszystko naprawdę działa. Choć film jest przewidywalny, serwuje proste przesłanie (bycie dobrym zawsze się opłaca, zło zawsze ukarane jest, a dobro zawsze wraca, rodzina to siła), robi to w sposób bezbolesny (chociaż końcówka korzysta troszkę z łopaty). A realizacyjnie ma kilka ciekawych pomysłów jak przedstawienie rodziny za pomocą… domku dla lalek, gdzie w każdym z pokoi widzimy członków i to, co robią, co dodaje troszkę świeżości czy wizyta w Gildii Geografów, wyglądającej w lekko retro-futurystycznej wersji.

paddington13

Aktorsko jest solidnie, każdy robi swoje, zaś postaci są na tyle zarysowani, że potrafią zapaść (zwłaszcza bardzo skontrastowani państwo Brown, czyli Hugh Bonneville i Sally Hawkins oraz ich sąsiad – lekko wścibski pan Curry w wykonaniu Petera Capaldiego). Ale film kradnie zarówno wspomniany Whishaw, jak i Nicole Kidman w roli czarnego charakteru – opanowanej, chłodnej manipulantki, której motywacja jest zaskakująco jasna, a w realizacji celu jest bezwzględna.

„Paddington” jako wprowadzenie do większej całości sprawdza się dobrze, mimo że troszkę trąci myszką. Niemniej potrafi zaangażować, ma w sobie wiele uroku, chociaż wydaje się być skierowany głównie do młodego widza. Ja się bawiłem całkiem nieźle i doceniam połączenie starego stylu z nowoczesnym sznytem. Widzę potencjał na większą serię.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Śmierć Stalina

Jeśli film robi Arnando Iannucci, to wiadomo, że będziemy mieli do czynienia z polityczną satyrą. A punktem wyjścia tego filmu jest śmierć towarzysza Stalina w 1953 roku. To czas, gdy terror był rozkręcony do granic możliwości, a każdy szary człowiek bał się powiedzieć i zrobić cokolwiek, bo w każdej chwili mógł zapłacić za to życiem. A kiedy wódz narodu umiera, najbliższy współpracownicy zaczynają to, co politycy najlepiej: uszczknąć jak najwięcej dla siebie.

smierc_stalina1

Tylko Brytyjczycy byliby zdolni do takiej zagrywki? Nie do końca, gdyż „Śmierć Stalina” oparta jest na komiksie… francuskim. Ale reżyser miesza tutaj bardzo mocno komedię z bardzo smolistym humorem, polewając to brytyjskim absurdem. Jednocześnie to wszystko bardzo sugestywnie pokazuje spiralę strachu i terroru, która niby toczy się w tle (więzienia Berii, rekwirowanie posiadłości Stalina), jednak to wszystko polane jest bardzo gorzką pigułką, pokazującą mechanizmy władzy wręcz dyktatorskiej. A ten niepokój czuć na początku, gdy dyrektor Radia Moskwa, musi utrzymać i zagrać koncert Mozarta jeszcze raz, bo… Stalin chce nagrania, a tego nie zrobiono. Panowie trzymają się na swoich urzędach, dzięki terrorowi oraz wyczuciu odpowiedniego momentu.

smierc_stalina2

Reżyser coraz bardziej pokazuje kolejne podchody, intrygi, machlojki oraz to, jakie są konsekwencje tych działań (wszystko wokół pogrzebu Stalina i nie wpuszczeniu mieszkańców na plac czy wstrzymanie egzekucji w jej trakcie), co śmieszy i przeraża jednocześnie. Śmiech czasami mocno tkwi w gardle, choć nie brakuje ostrych dialogów czy soczystych wiązanek, nie pozbawionych odniesień do postaci zgniłego kapitalizmu. Ale Iannucci bardzo brutalnie przypomina, że rewolucja i terror są w stanie dosięgnąć każdego bez względu na wpływy i koneksje, a każdy jest tylko pionkiem w czyjejś grze. Ostro też krytykuje ludzi u władzy, jako mocno oderwanych od rzeczywistości, dla których liczy się tylko łaskawość wodza. A by ją uzyskać są w stanie zrobić wszystko.

smierc_stalina3

Do tego jeszcze jest to koncertowo zagrane, a aktorzy ciągle balansują między komediowym tonem i poważnym, bezwzględnym spojrzeniem. Najmocniej zapadają w pamięć dwaj konkurencji: szef NKWD Ławrentin Beria (kapitalny Simon Russell Beale) oraz sekretarz Nikita Chruszczow (cudowny Steve Buscemi). Pierwszy – pozornie niegroźny misio, ale bezwzględny egzekutor, wykorzystujący każdą nadającą się okazję i mający haki na wszystkich, drugi bardziej przypomina szczura czekającego na właściwy moment cwaniaka. Pojedynek tych panów to prawdziwa przyjemność, ale drugi plan też jest bardzo bogaty: niepewny siebie, zakompleksiony Malenkow (rewelacyjny Jeffrey Tambor), bardzo wycofany Mołotow (trzymający fason Michael Palin), twardy marszałek Żukow (kradnący film Jason Issacs) czy dzieci Stalina – nadwrażliwa i naiwna Swietłana (Andrea Riseborough) oraz nadużywający alkoholu, impulsywny Wasilij (Rupert Friend).

„Śmierć Stalina” to mocna, ostra, ale i bardzo gorzka komedia, stanowiąca ostrzeżenie przed politykami, marzącymi o władzy wręcz absolutnej. A sam Stalin by się mocno wkurzył i twórcom filmu dał bardzo ciężką karę – śmiech się przeplata z przemocą i czasami utkwi w gardle, dając wiele do refleksji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Mama i tata

Macie dzieci? Macie czasem taki moment, że już chcielibyście je zabić? Tak się dzieje gdzieś na przedmieściach, gdzie dochodzi do prawdziwej epidemii. Rodzice chcą wymordować swoje dzieci – nieważne, czy mają kilka dni, kilka- czy kilkanaście lat. Dlaczego? Bo zbyt wiele razy zawiodły, oszukiwały, okłamywały, oddaliły się? A może to atak biologiczny czy większy plan? Nie wiadomo, ale ogarnęło to cały świat, a dla reżysera cała ta rzeźnia staje się pretekstem.

mama_i_tata2

„Mama i tata” to ubrany na wesoło slasher, gdzie sama koncepcja polegający na wyłączeniu instynktu opiekuńczego, wnosi wiele świeżości do tego gatunku. Rodzice stojący przed szkołą niczym hordy zombie czy wracający do domu tylko w jednym celu to obraz tak szokujący, że fani politycznej poprawności już zaczną robić się zieloni. Krew się leje litrami, a niektóre pomysły (próba zabicia świeżo narodzonego dziecka przez matkę – a w tle „It Must Have Been Love” Roxette; obłędne wykorzystanie tego utworu) trafiają w punkt. Ta dziwna mieszanka czarnej komedii, krwawego slashera oraz gorzkiego dramatu początkowo może wydawać się co najmniej niezrozumiała. Przyczyny epidemii nie poznajemy, co akurat dla mnie jest sporym plusem. Drugim są relacje rodziców, które dla paru osób (mających własne rodziny) będą odbiciem w lustrze. Bo czy nie było takiej sytuacji, ze wkurzały was porozrzucane zabawki, dostanie piłką w łeb, kradzieże pieniędzy czy traktowanie przez swoje dzieci? Brian Taylor sprawi, że odnajdziecie się tutaj bez większych problemów.

mama_i_tata1

Wiele może przeszkadzać horrorowa konwencja, pełna rozedrganej kamery, agresywnej muzyki czy momentów straszenia opartych na szokowaniu, polanym bardzo czarnym humorem. Sama fabuła wydaje się pretekstem do kolejnych pomysłów związanych z mordowaniem czy dostaniem się do swojego potomstwa (wkrótce martwego). Ale kiedy wejdą dziadkowie, spirala jeszcze bardziej się rozkręca. A dla mnie największą wadą było zakończenie – nagle urwane, stawiające całą historię w stanie zawieszenia.

mama_i_tata3

Aktorstwo jest tu mocno przerysowane, podkręcone, ale takie właśnie miało być. I dlatego mamy tutaj samego Nicolasa Cage’a, dającego typowego Cage’a. Gra on bardzo ostro i wyraziście, ale to bardzo pasuje do tego świata. Na tym samym tonie nakręcona jest Selma Blair, będąca bardziej przyziemi, choć w momentach „ataku” jest jeszcze bardziej szalona niż Cage. W tym świecie jest to komplement.

Tak dobrego Cage’a nie widziałem od dawna, tak jak dobrego filmu z nim. Ten wywrotowy film o tej stronie rodzicielstwa, o której nie mówi się, daje wiele frajdy. Jednocześnie pokazuje pewną cenę za wybranie ścieżki rodzinnej, chociaż robi to nienachalnie.

7/10 

Radosław Ostrowski

Gotowi na wszystko. Exterminator

Dawno temu w małej miejscowości Kochanowo pięciu amigos postanowiło założyć kapelę i ot nie byle jaką, bo death metalową Exterminator z jednym hiciorem „Time to Kill”. Mieli szansę na większą karierę, ale trema, wóda, koks i zioło przekreśliły jakiekolwiek szanse. Drogi się rozeszły, marzenia schowano do kieszeni, trzeba było pójść do pracy, potem rodzinę założyć. Tak też zrobił (prawie) Marcin – chłopak po 30-tce, prowadzący sklep komputerowy. Tylko, że to klasyczny Piotruś Pan, nie zdecydowany na dorosłe życie. W końcu pani burmistrz daje naszemu chłopakowi propozycję nie do odrzucenia: reaktywacja Exterminatora w ramach wsparcia kultury z unijnych grantów. Tylko, czy uda się zebrać starą ekipę po śmierci kumpla?

exterminator1

Jak z opisu można wywnioskować, „Exterminator” nie jest biografią Arnolda Schwarzeneggera. Adaptacja fajnie przyjętej książki oraz jej adaptacji teatralnej. Michał Rogalski bardzo pozytywnie zaskakuje, bo ta komedia – w przeciwieństwie do tzw. komedii romantycznych – potrafi rozbawić, a także poruszyć. Dodatkowo jest to komedia muzyczna, czyli kolejny przykład oksymoronu (czegoś, co nie istniej w rzeczywistości jak np. uczciwy polityk). Sama koncepcja przypomniała mi „Goło i wesoło”, gdzie banda nieudaczników, eee, inaczej: ludzie, którzy już dawno stracili wiarę i nadzieję, postanawiają mimo trudności zaryzykować, by zawalczyć – może ostatni raz – o swoje marzenia i akceptację swoich bliskich, otoczenia, wreszcie samych siebie. Źródłem humoru są tutaj zderzenia naszych bohaterów z brutalną rzeczywistością, czyli granie na wiejskich festynach i lokalnych takich legend metalu jak Kombi, Papa Dance, Mafia czy Janusza Laskowskiego. Ale jednocześnie pojawiają się pytania, z jakimi muszą się członkowie grupy zmierzyć: czy jeszcze jest w ogóle sens dalej działać? I czy za wszelką cenę, by się nie zeszmacić?

exterminator3

I ten nostalgiczny klimat jest najmocniejszym plusem. Drugim jest przeniesienie akcji na prowincję, ale bez pokazywania jej jako wsiowej, gorszej czy zacofanej. Mieszkańcy też próbują jakoś żyć, nie są pozbawieni siły (zespół Wisienki) i pewnych refleksji. Ale to jest tylko drugi plan. Do tego wszystko świetnie podbija muzyka (poza w/w także m.in. TSA, Turbo, Hey, Andrzej Zaucha czy Motorhead), dodająca do tego klimatu. Myślę, że troszkę starsi widzowie (od 35 lat wzwyż) poczują to mocniej i bardziej.

exterminator2

Dla mnie pewnym sporym minusem jest wątek romansowy, czyli relacja Marcina z Magdą, która wydawała mi się troszkę wciśnięta na siłę i mocno spowalniająca całą opowieść (zwłaszcza jego finał). Podobnie jak troszkę zakończenie, na które tak naprawdę czekałem, chociaż z drugiej strony jest to troszkę urwane.

Reżyserowi odwdzięczają się także aktorzy, wyciskając z siebie wszystko. Zwłaszcza grający członków kapeli kwartet: Paweł Domagała (gitarzysta i wokalista Marcin)/Krzysztof Czeczot (długowłosy basista Jaromir)/Piotr Żurawski (drugi gitarzysta „Lizzy”)/Piotr Rogucki (perkusista Makar). Zwłaszcza najbardziej zaskakuje Czeczot z Rogucem, którym najbardziej zależy na zachowaniu twarzy. Drugi plan tutaj solidnie reprezentuje śliski Eryk Lubos (zastępca burmistrza), lekko nakręcona Dominika Kluźniak (pani burmistrz) oraz bardzo spokojna Dorota Kolak (pani Ziomecka), za to dla wielu problemem może być balansująca na granicy przegięcia Aleksandra Hamkało (mocno stuknięta Julia).

exterminator4

Mimo jednak pewnych minusów, „Exterminator” jest bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Bardzo nostalgiczna, ciepła komedia, która nie jest ani prostacka, prymitywna, przesłodzona ani banalna. Film jak muzyka w tle – o czymś, bez wygłupów i w dodatku nie głupie. A Duch Puszczy – bezcenny.

7/10

Radosław Ostrowski

Pograbek

Tytułowy bohater mieszka gdzieś na wsi, gdzie zabija zwierzęta (konie i krowy) za pieniądze. Ma żoną, z którą nie może mieć dziecka. Małżonkowie umówili się z ciężarną matką, że wykupią od niej dziecko, a do zebranej sumy brakuje bardzo niewiele. Lecz jak na złość, kobieta zmienia zdanie. Wtedy pojawia się inny, bardziej ryzykowny pomysł.

pograbek3

Telewizyjny film Jana Jakuba Kolskiego stworzył ten styl, z którym reżyser jest kojarzony aż do dnia dzisiejszego. Akcja niby toczy się tu i teraz, ale jednocześnie jest to bardzo umowny świat, gdzie nawet umarli potrafią nawiedzać żywych, nie brakuje symboliki i metafor, ale to wszystko nie odpycha, wręcz fascynuje. To bardzo delikatne, wręcz subtelne kino, chociaż dotykające bardzo poważnego tematu bezpłodności oraz „znalezienia” sobie dziecka. Reżyser jednak nie osądza swoich bohaterów, tylko przygląda się im, razem z pięknie sfotografowaną przyrodą i okraszając to wszystko miejscami bardzo czarnym humorem. Nawet dialogi, choć niepozbawione pewnego „ludowego” filozofowania, nie są zbyt poważne, potrafią parę razy rozbawić (nocne rozmowy Pograbka z Kuśtyczką), ale i zastanowić nad poważniejszymi sprawami. Kolski prostymi słowami pokazuje, czym jest miłość, szacunek, ale i przywiązanie do siebie.

pograbek1

Może się czepiać, że film jest taki krótki (nieco ponad godzinę), ale „Pograbek” potrafi oczarować swoją plastycznością, skoczną muzyką w tle. Także aktorsko jest tutaj zachowany bardzo wysoki poziom. Trudno oderwać oczy i uszy od Mariusza Saniternika, którego Pograbek wydaje się prostym, szczerym facetem, nie pozbawionym skłonności do rozmyślań. Równie wyborny jest Franciszek Pieczka, choć pojawia się tylko w jednej scenie na samym początku (planujący samobójstwo Kaczuba) czy uwodzący swoim wdziękiem Tadeusz Szymków. A jak sobie radzi Grażyna Błęcka-Kolska, czyli Kuśtyczka? Zazwyczaj najsłabsze ogniwo filmów Kolskiego tutaj prezentuje się nieźle, bez irytacji, co wcale nie jest takie oczywiste.

pograbek2

Choć to dopiero drugi film w dorobku Kolskiego, „Pograbek” stanie się podwaliną charakterystycznego stylu, pełnego baśni oraz ocierająca się o realizm magiczny. Tak rodzi się piękno.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Śmierć nadejdzie dziś

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że budzicie się w dzień swoich urodzin. Po przebudzeniu czujesz się jakbyś był sparingpartnerem braci Kliczko, pamięć dnia wczorajszego praktycznie nie istnieje i jesteś aroganckim bucem. A że masz dziś urodziny, przypomina ci dzwonek telefonu i jakoś młody, pryszczaty gnojek. Wieczór zapowiada się na fajną imprezę, ale pojawia się osobnik w masce twarzy bobaska i wbija ci nóż. Lecz zamiast skończyć w kostnicy, otwierasz oczy i masz poczucie deja vu. Znowu ten sam pokój, ten sam chłopak, ten sam dzwonek. Co tu się wyrabia?

happy_death_day1

Pomysł z „Dnia świstaka”, czyli zapętlenia jednego dnia non stop, jest sam w sobie świetny. Był w komedii (w/w), był film wojenny („Na skraju jutra”), teraz przyszła pora na film horror und groza. Film Christophera Meloni wykorzystuje koncept umierania aż do nieskończoności, by ugrać dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, by poprowadzić grę z widzem w kwestii tożsamości mordercy, będącego ciągle o krok przed naszą Tree. Kim jest? Dlaczego to robi? To, jak reżyser podrzuca tropy (maski porozrzucane, obecność seryjnego mordercy w szpitalu uniwersyteckim), robi wrażenie, ale twórcy nie traktują tego tytułu absolutnie poważnie. Elementy horroru (nieznany morderca, pomysłowe zgony, sceny filmowane nocą czy budująca napięcie muzyka) bardziej pasują choćby dla serii „Krzyk”, stanowiąc dodatkowe źródło humoru i pokazując cudzysłów całego przedsięwzięcia. Właśnie, humor tutaj oparty jest i na ironicznych tekstach, wykorzystaniu repetycji, nawet zachowania Tree w sytuacji sam na sam z mordercą polegających na krzyczeniu oraz uciekaniu przed delikwentem.

happy_death_day2

Z drugiej strony to młodzieżowa historia dziewczyny, dla której szansa ponownego przeżywania tego samego dnia staje się szansą do zmierzenia się z samą sobą oraz zmianą pewnych postaw. O dziwo, przemian z imprezowej, zołzowatej jędzy w fajną dziewuchę jest przekonująca, mimo pozornie absurdalnego założenia, dając sporo satysfakcji. Nawet bardziej poważniejsze wątki związane ze stratą matki i relacją z ojcem, nie są zbyt przeszarżowane, o co byłoby bardzo łatwo.

happy_death_day3

Postawiono tutaj na kompletnie nieznane twarze i to był kolejny strzał w dziesiątkę. Aktorzy grają dobrze, nawet z pewnym luzem (świetna jest Jessica Rothe, wyglądająca jak młodsza siostra Blake Lively) i dystansem, wpasowując się do konwencji horroru z przymrużeniem oka.

happy_death_day4

To lekkie i bardzo przyjemna rozrywka, stanowiąca zgrabną zabawę konwencją horroru. Choć bywały znacznie zabawniejsze („Zombieland”, „Krzyk”) albo znacznie bardziej makabryczne („Martwica mózgu”) i mimo wykorzystania klisz z kina młodzieżowego (romans z nauczycielem, grupa zrzeszająca chude laski, nerdy, sexy chłopak), film Meloniego daje wiele frajdy oraz satysfakcji. Jak dobrze przygotowany drink.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Był sobie pies

Jaki jest pies, każdy widzi. Wiele powstało filmów o tych czworonogach uważanych za najlepszych przyjaciół dwunożnych istot zwanych ludźmi. I poznajemy takiego jednego pieseła, który z każdą śmiercią przechodzi do ciała kolejnego pieska, spotykając po drodze nowych właścicieli.

byl_sobie_pies1

Lasse Hallstrom i pies to połączenie już znane w kinie, co pokazał „Mój przyjaciel Hachiko”. „Był sobie pies” ma wydaje się podobny cel, czyli pokazanie jak silne więzi może stworzyć człowiek z psem. Cały myk polega na tym, że wszystko poznajemy z perspektywy… psa. Psa, który tak jak każda istota, próbuje rozgryźć o co w tym całym życiu tak naprawdę chodzi. Brzmi banalnie? Może i tak, ale reżyser potrafi poruszyć, nawet jeśli historia wydaje się mało zaskakująca. Początek to ucieczka oraz pierwsze wcielenie – rudy retriever nazwany Bailey, spotykający na swojej drodze Ethana, młodego chłopca. I przez większą część filmu twórcy skupiają się na tej relacji: przez dzieciaka aż po okres liceum, by w finale wrócić do tej postaci już jako dorosłego, dojrzałego mężczyzny.

byl_sobie_pies2

Ale jednocześnie Hallstrom nie boi się pokazywać mroku oraz ludzkiej podłości, bo relacja ze zwierzęciem zależy w dużej części od samego człowieka, jego nastawienia, tego jak traktuje oraz czego wymaga. Po drodze będzie zarówno wiele zabawy i frajdy (wyciągnięcie połkniętej monety), ale i znacznie poważniejszych kwestii: rozstań, śmierci, przemijaniu oraz pustki. Choć kolejne wcielenia nie są aż tak rozbudowane, to potrafią poruszyć – czy to relacja z policjantem Carlosem, zakończona dramatycznym pościgiem za porywaczem lub z bardzo samotną Mayą, która dzięki zwierzakowi poznaje… męża. A nasz psiak próbuje nas zrozumieć oraz znaleźć sens życia.

byl_sobie_pies3

Zrealizowane jest to solidnie, bez jakiegoś wielkiego błysku, ale chyba nie o to chodziło. Hallstrom jest szczery, a niektóre refleksje naszego narratora (fantastyczny Josh Gad, w polskiej wersji – Marcin Dorociński) potrafią rozbawić jak z całowaniem (że niby pan naszego psa szukał w niej… pożywienia, a im bardziej się starał, tym bardziej nie znajdował) czy próba nauczenia kota bycia psem. W tle towarzyszy bardzo liryczna muzyka Rachel Portman, zdjęcia też wyglądają ładnie, a i aktorzy grają całkiem nieźle.

byl_sobie_pies4

„Był sobie pies” to proste, wzruszające kino familijne, adresowane do zdecydowanie młodego odbiorcy, który być może będzie chciał mieć swojego czworonoga. Ciepły, refleksyjny, ale w żaden sposób naiwny czy infantylny.

7/10

Radosław Ostrowski

Wojna płci

Rok 1972 to czas, kiedy w tenisie na topie była Billie Jean King – młoda (przed 30-tką) i ambitna kobieta, dla której ten sport jest jej największą miłością. Oprócz tego ma męża oraz parę koleżanek po fachu. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy nasze panie postanawiają założyć WTA, ponieważ nie zgadzają się na nierówne płace (ośmiokrotnie mniejsze niż mężczyźni). Jednocześnie poznajemy niejakiego Bobby’ego Riggsa – kiedyś bardzo utytułowanego tenisisty, obecnie pracownika firmy oraz nałogowego hazardzisty. I to właśnie on proponuje zagranie meczu między nim a King. Kobieta jednak odmawia, ale kiedy obecna rakieta numer jeden (Margaret Court), przegrywa pojedynek z Riggsem, kobieta postanawia przyjąć wyzwanie.

wojna_plci1

„Wojna płci” to próba sklejenia poważnego tematu równouprawnienia w bardziej tragikomiczną konwencję. Zanim jednak dojdzie do przygotowań tego pojedynku, mającego zmienić oblicze świata (a to miał być tylko zwykły mecz), minie bardzo dużo czasu. Dokładniej, jakieś pół filmu. Po drodze zaczynamy coraz bardziej poznawać główne dramatis personae, ich motywacje, charaktery oraz problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Z jednej strony to kwestia równouprawnienia (zarobki, szacunek) oraz walki – symbolicznej, ale jednak – z szowinizmem oraz seksizmem, z drugiej poczucie pustki, odnalezienie siebie na nowo i hazard. Tylko, ze z tych interesujących elementów powstał film – w najlepszym wypadku – bardzo letni.

wojna_plci2

Cała ta opowieść nie angażuje, oglądałem troszkę na zimno, a te najciekawsze wątki są ledwo liźnięte i miejscami wykorzystujące ulubione narzędzie filmowców, czyli łopatę (finałowa scena czy pyskówki między Billie a niejakim Jackiem Kramerem – wpływowym związkowcem tenisa). Do tego (jak w przypadku „Wielkich oczu”) jest troszkę za dużo błazenady ze strony Briggsa, co z jednej strony pasuje na zasadzie kontrastu między pajacującym Briggsem a wręcz śmiertelnie poważną Jean. Z drugiej strony jednak to osłabia siłę rażenia tego filmu, chociaż nie przekracza to granicy przesady jak w „Wielkich oczach”.

Pochwalić za to można odtworzenie klimatu oraz realiów lat 70. – te fryzury, te bardzo wyraziste stroje czy fragmenty imitujące relację telewizyjną pasują do tej epoki. To są też czasy, gdy pewne odchylenia za ogólnie przyjętych norm społecznych nie były akceptowane (ale to już minęło, prawda?), a kobiety nadal były traktowane jako osoby tylko do kuchni i łóżka, bo mają za słabą psychikę oraz nie radzą sobie z presją.

wojna_plci3

Jeśli coś potrafi skupić uwagę to główne role. Znakomita jest Emma Stone – kompletnie niepodobna do siebie (co jest zrozumiałe), ale idealnie weszła w skórę Billie Jean, która jest bardziej męska niż niejeden mężczyzna. Pewna siebie, twarda, nie pozwalająca sobą pomiatać, ale też i bardzo delikatna, zagubiona. A wszystko to pokazane bardzo delikatnie, powściągliwie, bez fajerwerków. Steve Carell zaś jako Briggs też jest świetny, dodając wiele humoru, ale jego motywacja jest nie do końca jasna. Naprawdę był „szowinistyczną świnią” czy to była tylko medialna kreacja znudzonego ryzykanta, próbującego na nowo zdobyć sławę? I stąd ten cały cyrk? To intryguje, a kilka scen (rozmowa z żoną czy wizyta u terapeuty zakończona zabawną puentą) pokazuje troszkę kogoś więcej niż tylko pajaca. Reszta postaci to tak naprawdę tylko tło, choć zapełnione znanymi twarzami jak Sarah Silverman (Gladys Heldman), Bill Pullman (Jack Kramer), Andrea Riseborough (fryzjerka Marilyn) czy Elisabeth Shue (żona Briggsa), których przyjemnie się ogląda.

wojna_plci4

„Wojna płci” miała potencjał na mocne kino z feministycznym zacięciem, ale zmarnowała go. Całość ratuje fantastyczne aktorstwo na pierwszym planie, klimat epoki oraz sceny finałowego pojedynku, okraszone dość dynamicznym montażem. Po twórcach „Małej Miss” liczyłem na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pusty i głupi gest

Film jest próbą pokazania postaci Douga Kinneya. Nic wam nie mówi to nazwisko? A nazwa „National Lampoon”? to było w latach 70. najpopularniejsze czasopismo satyryczne, gdzie pisali ludzie kierowani przez Kinneya oraz kolegi ze studiów, Henry’ego Bearda. A wszystko to zaczęło wywracać amerykańską komedię do góry nogami.

pusty_i_glupi_gest2

Film Davida Waina wyprodukowany przez Netflixa jest oparta na biografii Kinneya. I muszę przyznać, że wreszcie udało się skleić dobry film. Nie jest to jednak stricte klasyczna biografia, tylko czysta komedia, gdzie znajomość postaci z tego okresu nie będzie stanowić żadnego problemu. Ale jednocześnie twórcy bawią się tą konwencją (obecność narratora, łamanie czwartej ściany, zabawa chronologię), co bardzo oddaje wywrotowy charakter naszego bohatera. Imponujące wrażenie robi droga od pierwszych tekstów na studiach, będących parodiami książek literatury aż po wielkie nakłady do realizacji pierwszych filmów („Menażeria”, „Golfiarze”) i nagłej śmierci. Wszystko to tworzy bardzo przyjemny koktajl, gdzie mamy masę absurdalnych pomysłów, zgrabnych żartów (szybko pokazywany spis rzeczy, które zmieniono względem prawdziwych wydarzeń), ale i zaskakująco gorzkich obserwacji. Bo reguły szołbiznesu są bardzo okrutne, a jeśli się nie wyrabiasz, to możesz wejść w ciemną stronę sławy: alkohol, narkotyki. Wtedy ceną może być poczucie wypalenia, ciągłe udowadnianie swojej wartości, wreszcie autodestrukcja i zagubienie.

pusty_i_glupi_gest1

Te dwa elementy, czyli komediowe żarty oraz wręcz egzystencjalny dramat są wygrywane bez cienia fałszu, nie doprowadzając do zaburzenia balansu. Można się przyczepić tego, że aktorzy nie są fizycznie podobni do postaci, w jakie się wcielają, ale nawet to zostaje obśmiane.

Twórcy parę razy zaskakują montażem (rozstanie Douga z pierwszą żoną w formie… komiksowych kadrów, sposób realizacji okładek), w tle grają piosenki z epoki. Wrażenie też robi scenografia (siedziba redakcji), kostiumy z epoki oraz fryzury, co bardzo pozwala wejść w klimat lat 70. i 80. Ale kiedy trzeba, film potrafi wejść w dramatyczne tony, chwytając za gardło.

pusty_i_glupi_gest3

Swoje też robi świetne aktorstwo. Największe wrażenie robi Will Forte (Doug) oraz Martin Mull (narrator, czyli starszy Doug). Z jednej strony Doug to inteligentny, sypiący bon-motami jak asem z rękawa, ale też to facet naznaczony rodzinną tragedią, nie spełniający oczekiwań rodziców. Ta dziwna mieszanka błyskotliwości z brakiem akceptacji ma zaskakującą siłę ognia, jakiej nikt się nie spodziewał. Na drugim, bardzo bogatym, planie wybija się kompletnie nie do poznania Domhnall Gleeson, czyli Henry Beard. Druga połówka składu założycielskiego, ma w sobie z jednej strony wiele luzu, dystansu, otwartości na pomysły, z drugiej jest tym bardziej odpowiedzialnym, mądrzejszym, opanowanym facetem. Razem z Forte aktor tworzy bardzo mocny duet. Z pań najbardziej wybija się Emma Rossum (druga partnerka Douga, Kathlyn Walker), dodając wiele powagi do całego filmu.

pusty_i_glupi_gest4

„Pusty i głupi gest” to zaskakująco dobra komedia oraz jedna z bardziej przełamujących schematów dla kina biograficznego, co nie jest częste. Dowcipne, ale i miejscami gorzkie kino pokazuje do czego może doprowadzić sława oraz chęć rozśmieszania ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski