SpongeBob Film: Na ratunek

Żółta gąbka mieszkająca w oceanie i pracująca w restauracji zarządzanej przez pana Kraba. SpongeBob jest jedną z najpopularniejszych postaci stacji Nickelodeon, co jest zasługą Stephena Hillenburga I ciągnie się ta seria od 1999 roku. Nie była w stanie tego przerwać nawet śmierć twórcy w 2018 roku. SpongeBob doczekał się także trzech filmów pełnometrażowych, z czego ostatni miał premierę dwa lata temu. Ja byłem już trochę za duży, gdy pojawił się kanał Nichelodeon, więc cała ta mania mnie ominęła. Dlaczego sięgnąłem po “Na ratunek”? powiem o tym później.

Czy trzeba znać poprzednie filmy i serial, by tu wejść? Absolutnie nie, choć na pewno pozwala lepiej poznać postacie tego świata. Podążamy razem z naszym gąbczastym, lecz niezbyt inteligentnym SpongeBobem i jego równie inteligentnym Patrykiem Rozgwiazdą. Bob mieszka razem ze swoim przyjacielem, ślimakiem Garym. Interes kwitnie, a postacie robią to, co zwykle: Skalmar próbuje grać na klarnecie i ma wszystko gdzieś, pan Krab prowadzi interes, wiewiórka Sandy tworzy wynalazki, zaś niski oraz podstępny Plankton chce przejąć interes Kraba. Jak? Kradnąc przepis na jego burger. Zaczyna się jednak orientować, że to nie Krab jest problemem, tylko SpongeBob. Więc nas złol decyduje się porwać jego ślimaka, by wyeliminować problem. A tak się składa, że król Posejdon potrzebuje ślimaka do zachowania swojej urody.

“Na ratunek” jest pozornie prostą historią drogi po odzyskanie swojego kumpla. Problem w tym, że nasi dwaj bohaterowie mają IQ poniżej przeciętnej, co nie ułatwia całej eskapady. Głupawe zachowanie Patryka I Boba jest paliwem komediowym, doprowadzając niemal do granicy absurdu. Slapstick jest tutaj podstawowym źródłem śmiechu, tak jak bardzo przejaskrawione postacie jak robot Otto, co to wszystkich chce zwolnić i kompletnie zawodzi, gdy jest najbardziej potrzebny. Najbardziej łapiący moment to scena snu, gdy nasi bohaterowie trafiają do… miasteczka z Dzikiego Zachodu. Nie animowanego, z żywymi aktorami oraz jednym… zaokrąglonym biegaczem. Z głową Keanu Reevesa w środku. COOOOOOOOOOOOOOO??? To jest dopiero początek szaleństwa, bo jeszcze dwa nieoczywiste cameo. Sama scena wygląda bardzo porządnie i nie wywołuje to zgrzytu.

Jednocześnie twórcy pokazują młode czasy SpongeBoba oraz jaki miał wpływ na swoich przyjaciół. I jest to urocze, nawet ograne odrobinę komediowo (wypowiedź Kraba) oraz okraszone musicalową piosenką. Ładną. Wiem, że dzieci – fani Sponge’a oraz kilkulatkowie – będą oczarowane, lecz dorośli mogą poczuć się lekko wynudzeni. Mnie się w sumie nawet podobało, choć poziom głupoty nie wywoływał takich spazmów jak udział znanych twarzy czy głosów (m.in. Clancy’ego Browna czy… Tiffany Haddish).

Pozostaje nadal porządnie zrobionym filmem, z nietypowym stylem wizualnym oraz kilkoma przyjemnymi niespodziankami w zanadrzu.

7/10

Radosław Ostrowski

Wolny dzień Ferrisa Buellera

Kino inicjacyjne czy młodzieżowe zazwyczaj wydaje się płytkie, nudne oraz opowiadające o pierdołach. Nie oznacza to jednak, że wszystkie tego typu filmy muszą być głupie. Takie robił w latach 80. John Hughes zarówno jako scenarzysta, jak i reżyser. Jego bohaterowie – choć wydawali się stereotypowi na początku – z czasem zyskiwali barwy, stając się osobami z krwi i kości. Nie inaczej jest w przypadku „Wolnego dnia Ferrisa Buellera” z 1986 roku.

ferris bueller1

Tytułowy bohater (Matthew Broderick w swojej najlepszej roli) to złotousty cwaniak, którego poznajemy w domu. Leży w łóżku i symuluje chorobę, by nie być w szkole. To już dziewiąty dzień jego wagarowania, ale ma być też ostatnim. Na wyrwanie się do miasta zabiera swoje najlepszego kumpla – Camerona (Alan Ruck, znany obecnie z „Sukcesji”) oraz o rok młodszą dziewczynę, Sloanę (śliczna Mia Sara). Wszystko po to, by koledze pomóc wyrwać kijek nerwowy z tyłka, by nabrał pewności siebie. Może i rodzice dadzą się nabrać na chorobę (jak też cała szkoła), to zarówno starsza siostra (Jennifer Grey), jak także próbujący go dorwać dyrektor szkoły (Jeffrey Jones) nie ufają mu. Ten ostatni postanawia go załatwić i uziemić.

ferris bueller2

Reżyser skupia się na postaci Buellera i jego paczki, by pokazać prawdopodobni ostatnie chwile beztroski przed wejściem w dorosłość. Tutaj dorośli nie rozumieją świata młodych i tu nawet nie chodzi o szkołę. W tych rzadkich momentach nauczyciele mówią niczym roboty pozbawione pasji, zaangażowania i motywacji do przekazania wiedzy. Nic dziwnego, ze uczniowie zachowują się podczas zajęć niczym tępe zombiaki, przyglądające się wszystkiemu z obojętnością. Jak tacy ludzie mają się odnaleźć w dorosłym życiu? Bueller przy nich sprawia wrażenie buntownika, idącego pod prąd („Po co mam się uczyć europejskiego socjalizmu? Nie jestem Europejczykiem, a to nie da mi samochodu”) i działającego w wariacki sposób. Czasem można odnieść wrażenie, że kombinuje, kluczy i bajeruje, łamiąc niemal non stop czwartą ścianę. Humor leci z prędkością karabinu maszynowego mieszając kreatywność w oszukiwaniu rodziców (oraz tego jak bardzo blisko jest zdemaskowania) z odrobiną slapsticku – wszystkie sceny z dyrektorem, a także ciągle zaskakując niektórymi sytuacjami (scena zamawiania stolika w restauracji czy Bueller śpiewający podczas parady).

ferris bueller3

Jednak pod tą komediową otoczką skrywa się o wiele poważniejszy problem, czyli zagubienie młodych ludzi i pytanie co dalej. Bo z jednej strony jest Cameron, którego rodzice się nienawidzą, a dla jego ojca ważniejsze jest zabytkowe Ferrari niż on sam. Troszkę miękki jest i nagle potrafi spanikować, co daje przeciwwagę dla komediowych strzałów. Alan Ruck gra tutaj fantastycznie i pokazuje jego wycofanie, chwile załamania oraz – najistotniejsze – mentalnej przemiany, bez cienia fałszu. Bueller pozornie wydaje się wygadanym cwaniakiem, a Broderick ma w sobie tyle uroku, że nie można oderwać od niego oczu. Wszystko to jednak fasada, skrywająca kogoś o wiele wrażliwszego i równie niepewnego, co pozostali. Jak wszyscy klauni oraz tacy, co wszystko uchodzi płazem. Nie czuć w tym fałszu, a nie jest to łatwa sztuka.

ferris bueller4

Jest parę niezapomnianych momentów jak wspomniana parada czy wizyta w muzeum sztuki. To wszystko składa się na inteligentną, pełną świetnych dialogów komedię, z wyrazistymi postaciami. Wszystko bez nachalnego dydaktyzmu czy moralizatorstwa, ale z energią oraz odrobinką luzu. Czyli pierwszorzędna robota Hughesa. Ale pamiętajcie: życie idzie szybko i możecie tego nie zauważyć, jeśli się nie zatrzymacie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wszystko wszędzie naraz

Są takie filmy, że po ich obejrzeniu zastanawiasz się, co tu się odbyło. A pozbieranie myśli oraz próby ubrania tego w słowa wydaje się pozbawione jakiegokolwiek sensu. Takie produkcje są dla recenzenta trudne, a jednocześnie jest tyle niespodzianek, że zdradzenie zbyt wielu zniechęci do seansu. Nie zamierzam jednak zrezygnować i spróbuję, bez spojlerów, ogarnąć nowe dzieło duetu Daniels.

„Wszystko wszędzie naraz” skupia się na rodzinie z Chin, mieszkającej od lat w USA ze swoim interesem, czyli pralnią. Głowa rodziny, Evelyn (Michelle Yeoh), ma bardzo dużo na głowie: rachunki, schorowanego ojca, dorastającą córkę-lesbijkę oraz męża, co chce się z nią rozwieść. Nie powiem, jest to przytłaczające i może doprowadzić do frustracji. A nawet spotęgować uczucie, że życie ssie, jest za ciężkie i cokolwiek byśmy zrobili, to nic nie daje. Przecież moje życie miało wyglądać zupełnie inaczej. Podczas wizyty w urzędzie skarbowym, nasza bohaterka zauważa coś dziwnego. Wskutek wydarzeń odkrywa, że nie jest jedyną Evelyn w tym świecie. Że istnieją światy równoległe, wykreowane za pomocą każdej alternatywnej decyzji w jej życiu. I że jest najgorszą wersją samej siebie. Jednak nie ma ona zbyt wiele czasu na przetworzenie informacji, albowiem pojawia się zagrożenie dla wszystkich światów – Jubo Tupaku. I że tylko ona może ją powstrzymać.

Jeśli myślicie, że ten ogólny opis fabuły zapowiada coś dziwnego, to jest dopiero wierzchołek góry lodowej. Danielsowie sięgają, po – kojarzący się ostatnio z kinem superbohaterskim – motyw multiwersum. Światów, gdzie losy naszej bohaterki wyglądają zupełnie inaczej: od kucharki przez znak promujący pizzerię po gwiazdę kina kopanego i mistrzynię kung-fu. Dzieje się tu wszystko, akcja toczy się wszędzie oraz naraz. Postacie przeskakujące z ciała do ciała, przejmując ich umiejętności (jednak by to zrobić trzeba wykonać kompletnie absurdalną czynność), zmieniając otoczenie, a nawet swój wygląd. Od tych pomysłów można zwariować i dostać oczopląsu. Na pewno wiele osób odbije się od tego, bo będzie się czuło zwyczajnie przeładowani kolejnymi zakrętami, pomysłami, absurdami: inspirację „Ratatujem”, popisami kung-fu czy światem, gdzie antagonistki są… kamieniami.

Ale tak naprawdę cała ta bombastyczna otoczka (z wielkim, czarnym bajglem) służy do opowiedzenia bardzo kameralnej historii rodzinnej. O odnalezieniu się w przytłaczającej rzeczywistości, pogodzeniu się ze swoim losem oraz poprawie relacji rodzinnych. Tutaj chodzi głównie o matkę i córkę, które coraz bardziej zaczynają się one od siebie oddalać. I to odtrącenie wywołuje w latorośli poczucie obojętności, przytłoczenia, które zmienia ją w Jobu – pozbawioną nadziei, apatyczną, cyniczną, autodestrukcyjną bestię. Ale pod nią kryje się zupełnie inna warstwa, którą widzi tak naprawdę tylko jedna osoba.

Realizacyjnie to są tutaj wianki, gdzie wybija się zdecydowanie montaż. Zarówno szybkie cięcia, pokazujące przeskoki w przestrzeni jak i wręcz wariackie, bardzo płynne sceny akcji. Te mają szaloną choreografię, godną filmów z Jackie Chanem, ale też troszkę przypominającą bardziej dziką wersję… „Matrixa”. Kolejne absurdalne odloty wyglądają niesamowicie, w tle gra idealnie dopasowana muza zespołu Son Lux. I jest absolutnie rewelacyjnie zagrane – Michelle Yeoh to prawdziwe zjawisko, gdzie ma setki (albo i więcej) swoich inkarnacji, co jest bardzo trudnym zadaniem. Jednak robi to z taką łatwością, że aż wydaje się to nieprawdopodobne. Równie zaskakujący są Stephanie Tsu (coraz bardziej oddalająca się Joy) oraz – chyba największa niespodzianka – Ke Huy Quan, czyli pierdołowaty Waymond, aczkolwiek zdarzają mu się momenty kopania tyłków niczym mistrz sztuk walki. Dlaczego niespodzianka? Bo ten aktor znany był z dziecięcych ról w drugim „Indiana Jonesie” oraz „Goonies” i po 20 latach przerwy wrócił do grania. Oby na stałe.

„Wszystko wszędzie naraz” może przygnieść swoim szaleństwem oraz pomysłami jakby wziętymi pod wpływem wspomagaczy psychodelicznych. Że tego jest za dużo i niepotrzebny ten cały kolaż. Ale jest to całkowicie kontrolowany chaos, nie tracący z oczu głównej bohaterki oraz jej problemów. Choć ubranych w bardzo niekonwencjonalną otoczkę SF. Porąbane kino oraz niezapomniane doświadczenie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nie patrz w górę

Ludzkość ma przejebane – taki prosty, brutalny i przygnębiający wniosek wyciągnąłem po obejrzeniu nowego filmu Adama McKaya dla Netflixa. Już wcześniej – w „Big Short” oraz „Vice” – piętnował ludzką głupotę i chciwość, dla której ludzie przy władzy byli w stanie nie tylko doprowadzić do załamania gospodarki czy destabilizacji układu geopolitycznego. Jednak w „Nie patrz w górę” reżyser idzie o krok dalej, bo tutaj te cechy doprowadzają do zniszczenia całej planety. Jakim cudem?

Wszystko zaczęło się od obserwowania nieba przez astronautów pod wodzą dra Randalla Mindy’ego (Leonardo DiCaprio w najbardziej przyziemnym wydaniu od dawna). Jedna z jego podopiecznych, doktorantka Kate Dibiasky (Jennifer Lawrence) zauważa kometę z krańca Układu Słonecznego. Po dokładnych obliczeniach wynika, że kometa (średnica około 10 km) trafi na kolizyjny kurs z Ziemią za nieco ponad pół roku. Informacje idą do NASA, co okazuje się początkiem poważnej przeprawy. Czy trzeba ratować Ziemię? Prezydent USA Jenny Orlean (Meryl Streep) w dzień otrzymania informacji woli jednak świętować urodziny, co pokazuje jak poważnie traktuje tą sprawę. Dopiero następnego dnia przyjmuje parę naukowców, ale nawet wtedy nie zamierza podejmować działań. Pewne okoliczności zmuszają astronomów do prób dotarcia przez media, co kończy się katastrofą. Bo #nikogo to nie obchodzi.

Reżyser tym razem nie idzie ze swoim satyrycznym ostrzem po prawdziwych ludziach czy systemie, który doprowadza do zapaści. W zamian za to przygląda się współczesnemu światu i wystawia bardzo ostrą ocenę ludzkości. Zapatrzonej w social media, traktujący bardziej poważnie opinie celebrytów o IQ na poziomie orzeszka niż naukowcom, mający innych głęboko w dupie. Gdzie wszystkie działania polityków są robione tylko na pokaz, bo wejdzie wielce dziany koleś (Mark Rylance), który zobaczy szansę na zarobienie kasy za pomocą komety. Jak? Bo są cenne surowce do budowy komputerów oraz smartfonów. Więc całą planowaną misję z rozwaleniem komety atomówkami (zamiast Bruce’a Willisa jest Ron Perlman na pełnym wkurwie) **** strzelił.

To jest jednak dopiero początek cyrku oraz wielkiego pierdolnika, na który para naszych bohaterów kompletnie nie ma wpływu. Olewanie wiadomości, tworzenie memów, fake newsów, krótkowzroczność władzy, chciwość biznesmenów, celebryctwo, odsuwanie naukowców i tworzenie projektów bez weryfikacji. Nie ważne czy mówimy o wizycie w telewizyjnym programie informacyjnym (nasza parka w różnych odstępach czasu wręcz wrzeszczy, by dostać się z przekazem) czy uczynieniu z dr Mindy’ego celebryty, wreszcie nałożeniu przez władzę knebla. Zaś finał może być tylko jeden – koniec świata, bez jakiejkolwiek nadziei i szansy, co podkreśla bardzo ironiczny finał.

I tu mam pewien problem z „Nie patrz w górę”, a może to ja mam coś ze światem. Bo przez cały czas oglądania, mimo humorystycznych momentów czy przerysowania, ja byłem… przerażony, wkurwiony, a nawet niedowierzałem. Śmiech często stawał mi w gardle, rzadko pozwalając sobie z niego wyjść. Skala idiotyzmów oraz ogłupienia to coś, co widzę na co dzień i być może dlatego było to dla mnie obojętne. A może ten pesymizm był dla mnie za ciężki? A może postacie (poza główną parą) to nie są ludzie z krwi i kości, tylko stworzone awatary, karykatury? Fantastycznie zagrane (m.in. przez zaskakującą Meryl Streep czy absolutnie rewelacyjnego Marka Rylance’a), jednak tu liczy się para głównych bohaterów. DiCaprio zaskakuje normalnością jako szary (w sensie nie większy niż życie heros) człowiek, ze swoimi nerwicami, zestawami leków oraz potrzebą doceniania. Jego bohater przez moment zostaje celebrytą, ale jednocześnie jest manipulowany, a jego głos ignorowany. Z kolei postać Lawrence jest zbudowana na kontraście – pełna wściekłości, impulsywna, działająca instynktownie, co doprowadza do chaosu oraz lekceważenia jej.

I ta para oraz reakcje na cały ten popierdolony świat to najmocniejsze punkty tej satyry. Zbyt przerysowanej, groteskowej, przejaskrawionej, a jednocześnie tak… prawdziwej. Po obejrzeniu tego filmu jeszcze bardziej traci się wiarę w ludzi (jak mawiał dr House: „Ludzkość jest przereklamowana”), choć z drugiej strony chce się wierzyć, że taki scenariusz nigdy się nie wydarzy. Bardzo gorzka pigułka.

7/10

Radosław Ostrowski

Kronika świąteczna: Część druga

Chris Columbus to filmowiec, który ewidentnie czuje ducha świąt Bożego Narodzenia. W końcu to ona nakręcił „Kevina samego w domu”, ale też napisał „Gremliny rozrabiają” czy netflixową „Kronikę świąteczną”. W tym ostatnim filmie Kurt Russell jako św. Mikołaj został namierzony przez dwójkę dzieciaków oraz wskutek pewnych komplikacji cała trójka musiała uratować święta. Teraz minęły dwa lata i w rodzince Pierce’ów doszło do poważnych roszad.

Rodzinka spędza wakacje na plaży, gdzie obok krąży potencjalny partner ze swoim synem. Dla wierzącej w świętego Kate to problem, bo nadal nie jest w stanie wymazać z pamięci zmarłego ojca. I bardzo chce się stamtąd wyrwać. Razem z Jakiem (synem gacha o imieniu Bob) trafiają na biegun północny. Wszystko to okazuje się być planem dawnego elfa, który został przemieniony w człowieka. I – jak zapewne się domyślacie – Święta znowu są zagrożone. Czy tym razem uda się zapobiec katastrofie?

Na pierwszy rzut oka sequel wydaje się powtórką z rozrywki. Ale tym razem jesteśmy w wiosce Mikołaja przez połowę filmu, poznając troszkę bliżej tą miejscówkę. Jest parę fajnych patentów: od fabryki lizaków po chatę, gdzie powstają… gry komputerowe. Fajnie, że Miki jest na bieżąco z nowoczesną technologią, jednocześnie poznajemy jego historię oraz skąd się wzięły elfy (ładnie animowane, mają w sobie to urocze coś a’la Minionki). A także czemu Balsnicker (solidny Julian Dennison) przeszedł na ciemną stronę życia elfa. Oraz Mocy.

I mimo przewidywalności, ten film po prostu fajnie się ogląda. Klimat świąteczny wylewa się z ekranu wiadrami, efekty komputerowe nie kłują w oczy, a muzyka jeszcze bardziej buduje atmosferę. Nie zabrakło też odrobiny akcji (pościg saniami) czy humoru. No i jest Kurt Russell jako św. Mikołaj, który jest zajebisty w tej roli. Ma tą energię, luz oraz kilotony charyzmy. Zwłaszcza w scenach z panią Mikołajową, czyli Goldie Hawn (pamiętacie ją jeszcze) – ta relacja jest pokazana bezbłędnie. Z kolei dzieciaki, czyli Darby Camp (Kate) oraz Jazhir Bruno (Jack) wypadają bardzo solidnie, co w przypadku ról dziecięco-nastoletnich nie jest łatwym zadaniem.

Film ten – jak część pierwsza – ma spory potencjał na zostanie świątecznym klasykiem. Minimalnie jest lepszy od poprzednika, bardziej rozbudowujący świat brodacza w czerwonym oraz wieloma fajnymi scenami. Na ten okres wydaje się odpowiednim prezentem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Biały Potok

Są takie filmy, które sprawiają wrażenie jakby bardziej pasowały do wystawienia na scenę teatralną. Potem ktoś doszedł do wniosku, że można z tego zrobić tekst na film. Czasem udaje się zrobić z tego coś interesującego oraz wartego uwagi. Taki jest właśnie przypadek debiutu Michała Grzymowskiego „Biały potok”.

bialy potok1

Zaczyna się – jak w większości przypadku – spokojnie i banalnie. Poznajemy parę sąsiadów, którzy znają się już 10 lat. Razem wyjeżdżają na wycieczki oraz sprawiają wrażenie naprawdę mocno zaprzyjaźnionych, choć dzieli ich wiele. Michał i Ewa są bardziej bogaci, oczekują drugiego dziecka, zaś Bartek z Kaśką są mniej zamożni, niedawno wyszli z długów, jednak sytuacja nie jest za wesoła. Bartek jest w sytuacji podbramkowej i potrzebuje pożyczki na spłatę pracowników, ale tym razem odpowiedź brzmi nie. Między parą dochodzi do kłótni, podczas której padają słowa jakie paść nie powinny.

bialy potok2

„Biały Potok” w zasadzie troszkę przypomina farsę, chociaż nie jest aż tak przerysowana i szarżująca. Jest to komedia, ale twórcy nie walą na siłę żartami. Bardziej przypomina to satyrę na sąsiedzkie relacje, które pod wpływem niedopowiedzeń oraz nieporozumień komplikują się bardziej niż intrygi polityczne na szczytach władzy. I właśnie te sceny doprowadzają na największych wybuchów śmiechu, gdzie postacie brną w zaparte przy swoich podejrzeniach, obsesjach czy próbują ogarnąć co się, do cholery dzieje? Gdzie jest ten moment, gdzie dochodzi do przekroczenia punktu bez odwrotu? I czy jest jakaś szansa na wyjaśnienie tej absurdalnej sytuacji?

bialy potok3

Choć całość jest bardzo krótka, intensywność wydarzeń staje się coraz bardziej odczuwalna. Jest jeden moment na złapanie oddechu (nakręcona w slow-motion scena snu) i tylko ona sprawia wrażenie jakby z innej opowieści. Oczywisty może się wydawać finał, gdzie dochodzi do kumulacji wydarzeń oraz eksplozji. Brawura nabiera tu nowego znaczenia, a ostatnie kadry sugerują, iż nastał spokój. Pytanie tylko na jak długo.

Zaś aktorzy w tej sytuacji odnajdują się po prostu świetnie. Najbardziej mi znanymi twarzami tego filmu byli Marcin Dorociński (Michał) oraz Dobromir Dymecki (Bartek). Pierwszy wydaje się być spokojny, opanowany oraz pełen empatii, rozsadza wręcz ekran swoją obecnością. Zwłaszcza w chwilach, gdy próbuje ogarnąć wynikły chaos. Z kolei Dymecki jest kontrastem: porywczy, zazdrosny nieudacznik, pakujący się w tarapaty i nie szanowany przez żonę. Równie świetne są Julia Wyszyńska (Ewa) oraz Agnieszka Dulęba-Kasza (Kasia), które mają swoje mocne momenty, pięknie uzupełniając się z panami.

Dawno się tak nie uśmiałem, a był to śmiech bardzo gwałtowny. Chociaż humor nie zawsze jest wprost, to zawsze przyjemnie jest zobaczyć udaną komedię, która nie jest ani romantyczna, ani prostacka czy chamska. Bardzo udana alternatywa.

8/10

Radosław Ostrowski

W krzywym zwierciadle: Witaj, święty Mikołaju

Seria o rodzinie Griswoldów to najbardziej znana rodzinka z serii „W krzywym zwierciadle”. Głównie spędzająca wakacje poza domem, w roku 1989 po raz pierwszy została w domu. Aby spędzić święta Bożego Narodzenia. Trzeba tylko się przygotować: znaleźć drzewko w roli choinki, przygotować dekoracje oraz przyjąć resztę rodziny. Więc co może pójść nie tak? Niespodziewani goście w postaci rodziny kuzyna Eddie’ego, oczekiwanie na premię, skłóceni teściowie. Mam dalej wymieniać?

witaj sw mikolaju1

John Hughes kontynuuje swoją opowieść o rodzince, gdzie głowa to pechowiec i pierdoła do potęgi. Tym razem reżyseruje Jeremiah Chechik, lecz nie ma to żadnego znaczenia, bo cel tego faceta jest jeden: nie przeszkadzać scenariuszowi. A ten opowiada historię znajomą do bólu, czyli jak spędzić Święta z rodziną i nie oszaleć. Wszystko, co może pójść nie tak, idzie nie tak. Każda możliwa katastrofa – od nietrafionych prezentów z zapakowanym kotem, nieproszonych gości, kłótnie, frustracje i utrzymanie swojego stanu psychicznego w ryzach. Sama animowana czołówka, gdzie Mikołaj próbuje wbić do domu z prezentami jest zapowiedzią przyszłych wydarzeń. Jeszcze ta premia świąteczna, co pozwoli mu spełnić marzenie i zbudować basen. Myślicie, że to się uda?

witaj sw mikolaju2

A nasz bohater chce jednej rzeczy i jednej rzeczy tylko chce – spędzić Święta z rodziną w sposób jaki sobie zaplanował. Czyli idealnie. Ale co to właściwie oznacza? To jest najważniejsze pytanie tego filmu, padające między kolejnymi pokręconymi gagami. A kluczowa odpowiedź – nie padająca wprost – jest w scenie, gdy uwięziony na strychu Clark ogląda rodzinną taśmę z Wigilii końca lat 50. Kiedy było się dzieckiem, a wszystko wydawało się proste, ludzie życzliwsi, zaś karp smaczniejszy. Polane jest to humorem słodko-gorzkim, gdzie nie brakuje złośliwości, prostego (może za prostego) slapsticku oraz pełnej ekspresji twarzy Chevy’ego Chase’a. Poczciwina, z którym trudno się nie identyfikować, a nawet współczuć. Sytuację podkręca kuzyn Eddie w wykonaniu brawurowego Randy’ego Quaida, który jest prostym redneckiem, co ma serce większe niż rozum, serwuje najlepsze teksty oraz podnosi poziom wręcz do sufitu.

witaj sw mikolaju3

Nie wszystkie żarty jednak dobrze się zestarzały, jest parę momentów po bandzie (rozmowa z ekspedientką w sklepie odzieżowym – w tej roli zjawiskowa Nicolette Scorsese), a tempo potrafi zwolnić. Niemniej jest tutaj parę sympatycznych momentów, zaś świąteczny klimat robi swoje. Muszę wrócić do innych części tej serii.

6/10

Radosław Ostrowski

Ted Lasso – seria 2

Pamiętacie tego amerykańskiego trenera, co pojechał do Anglii, by kierować klubem z Richmond w Londynie? Cóż, jego pierwszy sezon zakończył się spadkiem do drugiej ligi, ale pojawiła się nadzieja na odwrócenie losu. Głównie dzięki motywowaniu zawodników oraz całej zarządzającej ekipy. Pierwsze mecze kończą się remisami, jednak podczas ósmego dochodzi do tragedii. Strzelający karnego Dani Rojas trafia piłką… psa, będącego maskotką drużyny, co osłabia jego pewność siebie. By pomóc zawodnikowi, zostaje sprowadzona psycholog sportowa, dr Fieldstone.

ted lasso2-1

Pierwsza seria była ogromną niespodzianką, która spotkała się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem. Nawet wśród osób niezainteresowanych piłką nożną. Prawdę mówiąc sport jest tutaj pretekstem do opisania relacji między bohaterami. Oraz jaki wpływ ma swój trener na zawodników i poznanych ludzi, próbując zmienić ich w najlepszą wersję siebie. Nawet mimo nieznajomości reguł gry w piłkę nożną. Tutaj jest w zasadzie podobnie, z sezonem jesienno-zimowym. Sportowe mecze nadal są tylko pokazane w kluczowych fragmentach, ale nawet w tych momentach ciągle pojawia się napięcie oraz zaangażowanie. Udaje się cały czas zachować ton między momentami bardziej poważnymi momentami, które są rozładowywane akcentami humorystycznymi.

ted lasso2-2

Oczywiście, w centrum pozostaje Ted w wykonaniu Jasona Sudeikisa, który robi rzeczy wręcz nieprawdopodobne. Ma w sobie ciągle ten potężny urok oraz dawkę amerykańskiego optymizmu, jednak jeszcze zyskuje w dwóch ważnych momentach: podczas rozmów z rodziną przez internet, a drugi raz przy rozmowach z terapeutką. Dr Fieldstone (świetna Sarah Niles) jest odporna na urok Teda – nawet wypiekane ciastka nie robią na niej wrażenia, liczy się szczera rozmowa. Ta relacja może wydawać się przewidywalna: od nieufności po moment wyznania ciężkiej tajemnicy. I ten ostatni moment potrafi poruszyć, serwując jedną z wielu niespodzianek. A wierzcie mi, jest tego o wiele więcej: od ćwiczenia choreografii tanecznej by pożegnać psychiatrę przez alter ego Teda – Leda Tasso po pogrzeb ojca właścicielki klubu, korzystanie z portalu randkowego oraz trenowanie przez Roya Kenta piłkarskiej drużyny 8-latek i roli eksperta w telewizji. Bardzo w stylu Roya kurwa Kenta (Brett Goldstein znowu błyszczy).

ted lasso2-3

Każda z postaci ma swoje pięć minut, by wykazać się i zaprezentować z najlepszej strony. Nawet jeśli nie poznajemy za bardzo ich historii (Holender Jan Mass mówiący to, co myśli), wypowiedziane jedno zdanie mówi wiele o ich charakterze: lojalności, wątpliwościach, zaangażowaniu czy stresie. Co do zawodników, najwięcej czasu poświęca się Jamie’emu Tartowi (Phil Dunster) oraz pochodzącemu z Nigerii Samowie Obisayanie (Toheeb Jimoh). Pierwszy jest synem marnotrawnym, próbującym wrócić do gry, znienawidzony przez resztę drużyny. Zaczynamy poznawać jego trudną relację z ojcem, co zmieniło go w palanta, powoli stając się istotnym członkiem drużyny. Z kolei drugi zaczyna zwracać swoją uwagę skutecznością, stając się mocnym strzelcem i wokół niego toczą się dwa wątki: próba kupienia go przez ekscentrycznego miliardera z afrykańskiego, zaś drugi wokół tajemniczej rozmówczyni z portalu randkowego.

ted lasso2-4

Ja jeszcze nie wspomniałem o związku Kenta z Keeley, który – jak każda relacja – ma lepsze i gorsze dni, ale ostatecznie wszystko idzie ku dobremu czy asystencie trenera o imieniu Nate oraz jak powoli zaczyna mu woda sodowa uderzać. Tu się dzieje dużo, ale nigdy nie miałem poczucia przesytu czy przeładowania. Wątki nie są urywane, zaś zakończenie jest satysfakcjonujące, zostawiając po drodze otwartą furtkę na ciąg dalszy. Wszyscy grają co najmniej bardzo dobrze, a twórcy ciągle potrafią zaskoczyć zabawą formą (równoległy montaż, gdzie słyszymy wyznanie Teda i Rebeki na przemian) czy zmianą klimatu. Są tutaj dwa niespodziewane odcinki – świąteczny, skupiony na spędzaniu Wigilii z dwoma wątkami kapitalnie poprowadzonymi (Święta w dmu Higginsa, który przyjmuje piłkarzy spoza UK oraz problem nieświeżego oddechu u siostrzenicy Kenta) i jeden odcinek skupiony na nocnym powrocie trenera Bearda do domu (mocno surrealistyczny w klimacie „Po godzinach” Scorsese).

ted lasso2-5

Ciągle jestem zdumiony, że pozornie prosty serial jak „Ted Lasso” potrafi oczarować, chwytać za serce, rozbawić i wzruszyć. I to wszystko bez popadania w przesadę, w żadną ze stron, co nie jest wcale takie łatwe. Sudeikis & spółka prowadzą narrację w sposób wręcz wzorowy, dając dawkę pozytywnej energii na dzisiejsze czasy oraz podsyca apetyt na kolejną serię.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Arachnofobia

Doświadczony producent filmowy Frank Marshall z Amblin Entertinment doszedł do wniosku, że po współpracy ze Stevenem Spielbergiem sam weźmie za kamerę i spróbuje sił jako reżyser. I tak w roku 1990 pojawiła się „Arachnofobia” – pierwsza produkcja nowego studia pod Disneyem zwanego Hollywood Pictures. Wsparty przez Spielberga oraz Kathleen Kennedy Marshall zmieszał horror z komedią, inspirując się monster movies oraz „Ptakami” Hitchcocka.

Sama historia zaczyna się w Wenezueli, gdzie zorganizowano ekspedycję naukową dr Athertona. Tam zostaje odkryty nowy gatunek pająka. W trakcie wyprawy ofiarą ośmionoga zostaje fotograf, ale sprawca nie zostaje wykryty. Winą za śmierć miała ponieść gorączka, na którą mężczyzna chorował. Następnie przenosimy się do małego miasteczka w Kalifornii, skąd pochodził nieboszczyk. Tam też trafia dr Ross Jennings razem z żoną i dziećmi. Przenieśli się z San Francisco, by odetchnąć od miejskiego zgiełku, a Jennings miał przejąć praktykę po miejscowym lekarzu. Ten jednak nie zamierza przejść na emeryturę, więc sprawy się komplikują. Jakby tego było mało, w okolicy dochodzi do niewyjaśnionych zgonów.

arachnofobia1

Sam film mocno inspiruje się dziełem Spielberga, z klimatem pozornego spokoju, gdzie wszystko płynie swoim rytmem. Ale pojawienie się morderczego pająka zmienia atmosferę, nie idąc ku makabrze. Reżyser balansuje między strachem a komedią, płynnie zmieniając ton, nawet w ciągu jednej sceny. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że dałem się złapać i parę razy podskoczyłem. Czy to wynika z samej obecności pająka w kadrze? Pewnie tak, zwłaszcza w sposobie filmowania. Napięcie idzie gwałtownie zwłaszcza w finale, gdzie nasz protagonista – lekarz z arachnofobią – musi zmierzyć się ze swoim największym lękiem. Kapitalnie zrobiona scena z armią zwierząt nadal potrafi zadziałać jako horror.

arachnofobia2

Pomaga w tym wszystkim świetne aktorstwo. Przede wszystkim to popis Jeffa Danielsa jako dr Jenningsa – lekarza z arachnofobią, racjonalisty, pozwalającego sobie na odrobinę sarkazmu i skonfrontowanego z mentalnością małego miasteczka (symbolem jego jest dr Metcalf). Całość jednak kradnie rozbrajający John Goodman w roli eksterminatora Delberta. Jest jedyną osobą z odpowiednim sprzętem, serwującego najlepsze teksty oraz dodającego sporo lekkości (i ta muzyka, gdy się pojawia – cudo). A i drugi plan z wieloma charakterystycznymi twarzami (m.in. Juliana Sandsa oraz Petera Jasona) też się sprawdza więcej niż solidnie.

arachnofobia3

Nie jest to najstraszniejszy film grozy ever, ale jeśli chcecie swojemu młodszemu rodzeństwu trochę strachu, można od niego spokojnie zacząć. Czysto rozrywkowe kino, dostarczające frajdy. A o to chodzi. Jeden z lepszych filmów Spielberga, który nie jest przez niego nakręcony.

7/10

Radosław Ostrowski

Poradnik łowczyni potworów

Biblioteka platform streamingowych zazwyczaj służy do serwowania różnego rodzaju filmowego śmiecia – kiedyś wrzucanego od razu na video. Tanie, tandetne, czasem celowo dziadowskie, okraszone znanymi twarzami. Lub nie, głównie adresowane dla nastoletnich widzów. Więc po co ja to oglądam? Bo czasem zdarza się, że trafi się na coś bardziej znośnego albo nawet przyzwoitego. Ale film Rachel Talalay nie jest w stanie do tego poziomu się przebić. Troszeczkę zabrakło.

Ale po kolei. „Poradnik łowczyni potworów” oparty jest na powieści Joe Ballariniego (także napisał scenariusz) i skupia się na Kelly. Dziewczyna jako dziecko miała wizje koszmarów, które niemal ożywały każdej nocy. Najgorsze jest to, że rozpowiedziała to i dzięki temu dostała ksywę Bestiara. Jest też traktowana jako dziwadło w szkole. No i ma typowe problemy nastolatki: podoba jej się chłopak, ale jest zajęty, ma tylko jednego kumpla oraz zamiast pójść na imprezę, trafia do domu dzianej szefowej mamy jako opiekunka dla jej syna. Obostrzenia i zakazy są wobec niego większe niż wobec wielu krajów świata. Szykuje się bardzo ciężka noc, zwłaszcza że pojawia się koszmar z jej dzieciństwa, a dzieciak zostaje porwany. I tak poznaje opiekunkę o imieniu Liz, która okazuje się członkinią tajnego stowarzyszenia opiekunek walczących z potworami.

Można w zasadzie powiedzieć, że „Poradnik” to taka nastoletnia wersja historii w stylu „Facetów w czerni” czy „Pogromców duchów”. Gdzie są wszelkiego rodzaju monstra, potężne duchy czy czarownice, choć więcej się o nich mówi niż pokazuje. Zupełnie jakby to był wstęp do większej serii (jeśli w ogóle powstanie). Mimo skromnego budżetu, udało się stworzyć barwne lokacje i wszystko okraszone niezłymi efektami specjalnymi. Ładnie to wygląda, w tle pojawiają się sympatyczne numery popowe, a kolejne komplikacje są pokonywane dość łatwo. ALE wszystko ciągnie w dół ta cała nastoletnia otoczka – przewidywalna, wtórna i w zasadzie zbędna. Bardziej mnie interesowała cała zabawa w walkę z potworami oraz wszystkie bajery (scena zdobywania elementów do broni przez telefon – cudeńko).

Zagrane jest to poprawnie, bez jakiegoś szału z mniej znanymi twarzami. Najbardziej wybijają się dwie kreacje: Oona Laurence jako liderka zespołu Liz oraz Tom Felton jako główny antagonista, Wielki Guignol. Pierwsza jest zadziorna, charyzmatyczna i twarda kobietka, co nie daje sobie w kaszę dmuchać, ale to niezapomniany Draco kradnie ten film. Ukryty pod charakteryzacją aktor gra w sposób mocno przerysowany, ale widać jak wiele ma frajdy z grania tej postaci i ta energia się przenosi na widza. Bez niego ten film nie byłby taki znośny.

Sam film wywołuje bardzo mieszane uczucia. Bo wychodzi z tego całkiem sympatyczny film, o którym zapomni się dość szybko. Czuć mocno, że jest to produkcja skierowana dla młodszego odbiorcy (widać to w humorze czy muzyce), stare pierdziele jak ja mogą potraktować najwyżej jako guilty pleasure z niewykorzystanym potencjałem.

5,5/10

Radosław Ostrowski